Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Jak co dnia, jeszcze przed pierwszym brzaskiem brutalne szarpnięcie i krótkie: już czas, wyrwało mnie z błogiego snu. Klnąc w duchu, zwlokłem się z posłania i pobiegłem za potrzebą do gaju oliwnego. Młodsze rodzeństwo miało więcej szczęścia. Zawsze wstawali, gdy słońce było już wysoko i po ogarnięciu domu i nakarmieniu zwierząt, zostawało im sporo czasu na zabawę. Mnie, jako najstarszego, czekała już tylko harówka do samej śmierci.
Ojciec szybko objuczył osiołki i ruszyliśmy do miasta. Przez całą drogę milczeliśmy. On pewnie obliczał ile trzeba zarobić, żeby nasza rodzina nie cierpiała głodu, ja obrażałem się na cały świat, że ciągle chodzę niewyspany. Gdy zza drzew wyłonił się rąbek słońca, warzywa i owoce czekały już w skrzyniach na pierwszych klientów. Przyszedł czas na śniadanie. Łapczywie napełniłem żołądek świeżymi daktylami i przysiadłem na wciąż zimnym po nocnym chłodzie kamieniu. Dopiero koło południa ojciec dawał mi pajdę chleba, a wieczorem jedliśmy główny posiłek w domu.
Zrobiło się całkiem jasno i wokół naszego straganu zaczął kłębić się istny tłum. Ojciec handlował, ja zaś pilnowałem, żeby nikt nam nie ukradł choćby małej figi. Paru złodziejaszków udało mi się przyłapać. Podnosiłem wtedy wielki krzyk, a ojciec ruszał do ataku ze swoją sękatą laską. Pomagał też tłum, bijąc i kopiąc pechowca, który po takiej nauczce więcej do tego zajęcia nie wracał. Nasz stragan cieszył się tak złą sławą wśród złoczyńców, że omijali go z daleka.
Lubiłem podpatrywać ojca, gdy dawał się ponieść żywiołowi handlu i w pocie czoła ważył, wydawał resztę, komentował najnowsze wieści, obśmiewał anegdoty. Było w nim coś dostojnego, co mi się strasznie podobało. Umiał patrzeć człowiekowi prosto w oczy, a siwizna na skroniach i brodzie przypominała, że niejedno w życiu widział i przeżył. Chciałem kiedyś być taki, jak on.
Po południu, kiedy ruch na bazarze zmalał, dostałem wolne i mogłem zająć się swoimi sprawami. Moje sprawy polegały głównie na włóczędze po mieście i wypatrywaniu okazji na łatwy zarobek. Zwykle siadałem na schodach świątyni lub u bram miasta, oferując usługi przewodnika, tragarza, mistrza drobnych sprawunków.
- Ezaw, zawsze do usług. Pomoc w sprawach wszelkich!!! – tak brzmiało moje hasło.
- Ej, mały – zaczepił mnie gruby jegomość, od którego porządnie wionęło winem – Gdzie tu jest najbliższa gospoda?
- Zaprowadzę pana za co łaska – odparłem z chytrym uśmiechem.
- Prowadź, byle szybko. Sucho mi, jakbym octu popił...
Ruszyliśmy pełną słońca ulicą. Gruby pocił się okrutnie i wcale nie mógł za mną nadążyć. Sadził drobne kroczki, a brzuch mu dyndał, jak bukłak pełen wody.
- Zrobiłem interes życia – sapał mi za plecami – Zdobyłem w pałacu namiestnika zlecenie na zastawy stołowe i dywany. Za dwa dni wyruszam po towary. Ale dziś świętuję.
Zaprowadziłem go do gospody Dawida. Mimo dość wczesnej pory, przy każdej niemal ławie siedzieli biesiadnicy. Szumiał gwar rozmów, tłuszcz ściekał po brodach, wino kapało na brudne szaty. Znalazłem dla mojego pracodawcy wolne miejsce i uniżenie podziękowałem za monetę. Zaraz nadszedł Dawid, by przyjąć zamówienie. Mrugnął mi okiem, więc pobiegłem za kotarę, gdzie krzątała się przy piecu jego żona.
- Dobrze się spisałeś – pochwalił i też wręczył mi monetę.
- To gość specjalny. Dobrze dziś zarobił. Będzie hojny...
Dawid zmierzwił mi czuprynę i dołożył drugą.
- Będą z ciebie ludzie.
Zadowolony wróciłem na ulicę. Słońce było jeszcze dość wysoko, więc nie musiałem spieszyć się na bazar. Czułem, że niebiosa mi sprzyjają i chciałem wycisnąć z tego jak najwięcej. Zbierałem na własnego osiołka, którym mógłbym wozić rozmaite towary. Często słyszałem na bazarze jak ktoś narzekał, że nie ma kiedy pojechać gdzieś po towar. To była robota w sam raz dla mnie. Musiałem tylko natrudzić się setnie, by uzbierać odpowiednią sumę.
Żadna z twarzy na ulicy nie wydała mi się interesująca. To byli sami mieszkańcy okolicznych domostw, rzemieślnicy z pobliskich warsztatów, żołnierze. Przysiadłem na kawałku porzuconego drewna i wyglądałem kolejnej okazji. Długo nic się nie działo. Trochę podłubałem w nosie, pobazgrałem patykiem na suchym piasku i zacząłem się nudzić. Słońce było coraz niżej. Razem z nim gasły moje nadzieje. Ulica wyludniała się, szanse na zarobek gwałtownie malały. Coraz więcej kręciło się typów spod ciemnej gwiazdy, u których mogłem liczyć co najwyżej na kopniaka.
Rozczarowany powlokłem się w stronę bazaru. Nagle zza rogu wyszedł prosto na mnie jakiś dziwny człowiek. Obaj przystanęliśmy. W jego oczach ujrzałem przerażającą pustkę, jakby nie oglądał nimi świata, tylko rzeczy innym ludziom niedostępne. Miał posturę żołnierza, ale zamiast oręża trzymał w dłoni wysłużony kij. Na pewno nie był tutejszy. Niech mnie licho – przemknęło mi przez myśl i postanowiłem zaryzykować.
- Ezaw, zawsze do usług – bąknąłem bez przekonania.
Spojrzał na mnie i jego oczy na chwilę ożyły.
- Co można kupić za 30 srebrników? – zapytał.
Głos miał zduszony. Mój dziadek miał podobny, gdy umierał w ciemnej klitce z tyłu domu. Potrząsnąłem ramionami i wtedy pewien zwariowany pomysł strzelił mi do głowy.
- A ma pan tyle? – spytałem głupio, a kiedy nie odpowiedział, dodałem szybko – Bo ja mam widoki na niezły zysk.
- Proponujesz mi spółkę, chłopcze?
Wyraźnie się rozluźnił. Musiałem go nieźle rozbawić. Co było robić – pokiwałem energicznie głową.
- Może gdybym był młodszy – klepnął mnie w ramię – Chodź. Dotrzymaj mi towarzystwa.
Ruszył, a ja bez przekonania starałem się dotrzymać mu kroku. W każdym mijanym sklepie pytał co może dostać za te swoje 30 srebrników. Stałem z boku i słuchałem jak kupcy gorączkują się przy ostatnim kliencie. To było naprawdę dużo pieniędzy, więc jeden przez drugiego proponowali zniżki, dowóz do domu i inne niezwykłe udogodnienia, byle tylko zostawił swój skarb właśnie u nich. Jeden stary Arab szedł za nim na kolanach, szarpiąc jego szatę i prosząc, by zainwestował w wonności i sukna, a za miesiąc kwota się podwoi. Ale mój towarzysz nie był zainteresowany żadną ofertą. On chyba postanowił drażnić wszystkich wokół swoją pokaźną sumą i na tym koniec. Arabowi powiedział, że nie ma tyle czasu, a ja zacząłem tracić nadzieję, że coś mi się jeszcze tego dnia trafi. Wtedy postanowił wstąpić do gospody Dawida.
W drzwiach uśmiechnął się do mnie krzywo.
- Oto prawdziwy kres naszego wędrowania.
Też się uśmiechnąłem. Jeśli nic na nim nie zarobię, to moneta od Dawida osłodzi mi poczucie klęski.
- Pozwolisz się ugościć?
Spojrzałem na niknące za wzgórzami słońce i podrapałem się w głowę.
- Nie marnujesz ze mną czasu. Zostaniesz sowicie wynagrodzony.
Usiedliśmy w kącie przy oknie. Zaraz zjawił się Dawid.
- Gospodarzu, co mogę mieć za 30 srebrników?
- Ho, ho! Możesz urządzić suto nakrapianą wieczerzę dla połowy miasta.
- Wieczerzę!? A to dobre! Nie jestem godzien.
- Każdy jest godzien wieczerzy po znojnym dniu.
Obaj zarechotali, choć pewnie żaden z nich nie wiedział dlaczego.
- To daj mi wina, a temu młodzieńcowi co zechce.
- W tej chwili...
Dawid zniknął za przepierzeniem. Rozsiadłem się wygodnie.
- Jak cię zwą, panie? – zapytałem uprzejmie.
- Mojego imienia nie nada żaden rodziciel dziecku nawet za tysiąc lat.
Cmoknąłem niecierpliwie. Powoli zaczynały mnie denerwować te jego zawiłe wywody i arogancki stosunek do otoczenia. W naszej wiosce takie zachowania prowadziły do wrzenia, a potem nieszczęśnik nie umiał opędzić się od złośliwości. Znałem takich ludzi głównie z tego, że nie mieli łatwego życia.
- Dziwny z ciebie człowiek, panie.
Popatrzył na mnie chłodno, jak gdyby to miano sprawiało mu przykrość.
- Człowiek przeklęty...
Dawid przyniósł dzban wina i spojrzał na mnie pytająco.
- Udziec barani i co tam do niego macie – powiedziałem.
Dawid zaśmiał się i ukłonił dworsko. Bezimienny – bo tak nazwałem w myślach mojego towarzysza – ochoczo dobrał się do wina. Wychylił dwa kubki, otarł usta i zerknął na mnie.
- Ile masz lat?
- Nie wiem. Dużo.
Nalał mi pół miarki, którą od razu dzielnie wychyliłem. Wino zaostrzyło mi apetyt, więc dobrałem się do baraniny, jakbym tydzień nie jadł. Bezimienny popijał bez pośpiechu i w milczeniu przyglądał się moim wysiłkom przy udźcu. Uśmiechał się tak jakoś smutno. Wyciągnąłem ku niemu kość z solidnym kawałem mięsa, ale tylko pokręcił głową. Spojrzał w okno i jego twarz raptownie poszarzała.
- Nadchodzi ciemność – rzekł z bojaźnią.
To już była przesada. Potężny chłop z kijem w ręce drżał na myśl o nadchodzącej nocy! Wino uderzyło mi do głowy, sprawiając że nabrałem śmiałości.
- Kim jesteś, panie?
Podparł się na łokciu i westchnął ciężko, jak gdyby miał w płucach same kamienie. Zanim odpowiedział, krzyknął na Dawida, by przyniósł następny garniec wina.
- Powiedz mi – rzekł, biorąc głęboki oddech – Na pewno czcisz swego ojca i jesteś mu posłuszny. Co byś uczynił, gdyby przydzielił ci w życiu rolę, która przynosiłaby powszechną pogardę?
- Nie wiem - odparłem po prostu.
- Co to za odpowiedź? – sapnął niezadowolony – Jesteś dzieckiem, które w każdej chwili może uciec do zabawek, czy mężczyzną zdolnym do obrony swoich racji?
Zastanowiłem się. Słowa Bezimiennego miały sens. Powinienem posiadać zasady i umieć ich bronić. Nagle przyszło mi do głowy, że lada dzień stanę się dużym mężczyzną i skończy się pobłażanie ze strony ludzi, które dotychczas ułatwiało mi tak wiele spraw. Trochę się przestraszyłem.
- Jaką rolę? – spytałem, nalewając sobie wina.
- Złą, podłą, przeklętą. Masz zostać kimś najgorszym.
Szybko pokręciłem głową.
- Niemożliwe. Ojciec by tego nie zrobił.
Spuścił głowę. Nie atakował dalej. Dawid przyniósł następny garniec wina. Bezimienny nalał do pełna i wychylił w jednej chwili. Już nie ocierał ust. Pił niechlujnie, a wino ciurkiem ściekało mu po brodzie.
- Co jest dla ciebie najważniejsze? – zapytał z błyskiem w oku.
- W tej chwili?
- Choćby!
- Rodzina – odparłem zgodnie z prawdą.
Pokiwał smętnie głową.
- A co będzie najważniejsze?
- Moje osiołki - odparłem bez namysłu – I moje wozy. Będę woził towary.
- To wyobraź sobie, że z narażeniem życia musisz bronić swojego osiołka. Ostrze mierzy prosto w twoją pierś, a tam zabijają twoje zwierze. Co robisz?
- Mojego osiołka? Ciężko zapracowanego? Walczę z każdą armią. Bez niego jestem nikim! Jeśli trzeba oddać życie, nie mam wyboru.
- Nie mam wyboru. Piękne słowa.
Był coraz bardziej pijany. Bełkotał coś do siebie, przeklinał, wymachiwał pięściami. Mrok za oknem gęstniał. Wiedziałem, że znów oberwę. Ojciec na pewno już zwinął stragan i był w drodze do domu. Miałem tylko nadzieję, że będzie warto.
Bezimienny niespodziewanie pogłaskał mnie po głowie. Źrenice mu drgały, nie był w stanie skupić wzroku w jednym punkcie.
- Mam do ciebie ostatnią prośbę – wysapał - Załatw mi najlepszy kawał sznura, jaki o tej porze można zdobyć. Daję za to resztę swoich srebrników.
Oczy mi się zaświeciły. Tyle pieniędzy za kawał sznura? Wytężyłem mózg. Sklepy były już zamknięte, najbliżsi znajomi mieszkali na drugim końcu miasta. Pozostało mi liczyć na Dawida. Pobiegłem za przepierzenie. Siedział na zydlu obok pieca i przeliczał zyski.
- Dawid, potrzebuję porządnego sznura! – krzyknąłem.
- Ciszej – skrzywił się i potrząsnął paluchem w uchu – Na jakie licho ci sznur?
- Szykuje mi się robota...
Pokiwał głową i wstał ciężko. Po chwili dostałem trzy rodzaje do wyboru. Zdecydowałem się na nieco przybrudzony, ale masywniejszy niż pozostałe, kilkumetrowy powróz. Bezimienny drzemał lekko przechylony. Potrząsnąłem go brutalnie za ramię – całkiem jak mój ojciec co rano.
- Mam sznur.
- Co?
- No sznur!
Doznałem zawrotu głowy. Jeśli wymyślił ten sznur w pijackim zwidzie i już tego nie pamięta, nici z moich srebrników. Przetarł twarz i spojrzał na mnie nieprzytomnie. Nagle rzucił mi sakiewkę. Odetchnąłem z ulgą. Położyłem mu sznur na kolanach i pożegnałem się szybko. Kiedy obejrzałem się w drzwiach, on już spał dalej.
Pognałem na skróty przez kamieniste wzgórza. Świadomość zarobionych pieniędzy dodawała mi sił. Złapałem ojca jeszcze przed domem. Śmignął mnie kilka razy batem po nogach i mu przeszło. W domu oberwałbym dużo gorzej, bo byłbym ofiarą pokazowej kary dla młodszego rodzeństwa. Ku wielkiemu niezadowoleniu mamy odmówiłem zjedzenia kolacji i pobiegłem do piwnicy, gdzie za jednym z kamieni trzymałem zarobione monety. Wyjąłem je i przesypałem do mieszka Bezimiennego. Potem zabrałem się do liczenia.
Przed świtem ojciec szarpnął mnie za ramię. Już niedługo – pomyślałem złośliwie – Chaim dorasta. Niech teraz on ci pomaga. Ja idę na swoje. Pobiegłem do gaju za potrzebą i ruszyliśmy do miasta. Nieopodal bramy głównej ojciec przystanął raptownie, a ja na wpół śpiąc, zagapiłem się i uderzyłem głową w ośli zadek. Na tle blednącego księżyca ujrzałem kręcącą się na linie postać. Uwiązany do gałęzi sznur skrzypiał żałośnie. Ojciec ukląkł na dukcie i zmówił krótką modlitwę. Zaciekawiony podszedłem bliżej. W wiszącej postaci z trudem rozpoznałem Bezimiennego i sakiewka, którą przymocowałem do sznurka od portek, zaczęła mi niemiłosiernie ciążyć. Puste oczy patrzyły gdzieś do góry, spękane usta były rozwarte. Ostatnim jego gestem było pokazanie języka całemu światu.

Opublikowano

klnąc w duchu niby- przecinek
szewski parobek- czy zetknąłeś się w tekstach Star-, lub Nowotestamentowych z określeniem parobek?
odbyciu zwierząt- nie śmiem zapytać co on takiego z tymi zwierzętami odbywał
placek manny i gulasz z baraniny - placek raczej jęczmienny (czyli chleb) - gulasz jest natomiast potrawą węgierską. Biedacy w dawnym Izraelu na codzień ograniczali sie do chleba i być może- falafeli
zaczęły kłębić się tłumy- moim skromnym zdaniem- tłum
ojciec handlował, ja pilnowałem- a ja pilnowałe, lub myślnik w miejsce przecinka
nie umiał za mną nadążyć- nie mógł
z wozem... wozić?
popisałem patykiem- umiałeś pisać?- może kreśliłeś, lub bazgrałeś?
wino bewstydnie ściekało mu...- czyli jak?
To by było ( w kwestiach tecnicznych) na tyle.
Artystycznie- po prostu cymes.

Opublikowano

Tu nie zauważyłam żadnych technicznych wpadek, czytało się gładziutko, a dialogi po prostu świetne. Ogólnie bardziej mi się podobało niż pierwsza część, ale może dlatego, że postać tego przedsiębiorczego chłopaka naprawdę ci się udała.

Ogólnie ciekawe ujęcie tego starego jak świat biblijnego tematu... Ciekawe, bo patrzysz oczami różnych zwykłych ludzi. Ja jednak osobiście wolę bardziej demitologizujące spojrzenia.

Opublikowano

Wczytałem się ponownie i jeszcze znalazłem coś, co budzi moje wątpliwości. Chleb z owych czasów, to był raczej rodzaj placka- coś, jak podpłomyki, pizza, czy tortilla. Lepiej niż pajda brzmiałoby zatem kawałek (ułomek) chleba. Patrz- łamał i rozdawał swoim uczniom...
I druga sprawa- czy izraelici w owych czasach nosili porcięta? Chyba raczej coś w rodzaju przepaski biodrowej... Powtórna informacja o ( co prawda doniosłym) -akcie defekacji w gaju oliwnym zdaje się nie być aż tak istotna.

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Dzieki za odwiedziny. Będzie, jak połączę sacrum z profanum, a to nie takie łatwe. Musi potrwać. Sprawa zbyt poważna, by dziłać szybko. Może zdążę przed następną Wielkanocą :)))

Opublikowano

w momencie w ktorym pojawia sie Judasz, bylem pewien ze pojdziesz w kierunku"ostatniego kuszenia chrystusa". widziales? judasz grany przez harveia keitla , pojawia sie pod koniec filmu u zonatego i dzieciatego jezusa po wielu, wielu latach od swojej zdrady i opierdala go za to , ze zrobil to o co jezus prosil , wziął na siebie piętno zdrajcy i zmarnowal sobie zycie, a tu sie okazuje ze na marne...ze jezus w tym czasie, kiedy on żył z tym brzemieniem
, egzystowal sobie w najlepsze, bynajmniej nie jak swięy. myslalem ze zagrasz podobną kartą. ale, na szczescie, miales lepszą. pokazales jego ludzkie oblicze , lepiej niz wielu przed toba. nawet w slynnej (i przereklamowanej )pasji judasz to ciegle TYLKO TEN KTORY WYDAL JEZUSA NA SMIERć i nikt wiecej. tych pare zbolalych min, ktore robi grajacy go aktor , nie czyni z niego czlowieka z krwi i kosci. takiego, w ktorym chciwosc wziela gora i ktory za pozno zrozumial co zrobil. twoj judasz to facet, ktoremu sie wspolczuje. podoba mi sie gdy judasz mowi , ze nikt juz nigdy nie nazwie dziecka jego imieniem. to mowi wiele o tym co dzieje sie w jego glowie i sercu. nie podoba mi sie zdanie , ze sakiewka zaczela chlopakowi niemilosiernie ciazyc. tani chwyt i w tym opowiadaniu niepotrzebny.cale opowiadanie jest jak najbrdziej swietne. pozostaje mi tylko pochylic czolo.
a jako ciekawostke, to ci powiem, ze we wloszech, a zwlaszcza na sycyli wierzą ze J. byl
rudzielcem
. i kazde dziecko , ktore sie tam urodzi z takimi kudlami, ma przejebane na dziendobry. mysle ze stamtąd wlasnie wziął sie stereotyp, ze rudy jest fałszywy.

Opublikowano

Ocvzywiście, że widziałem film Scorsese. Filmoznawca w końcu ze mnie dyplomowany :)
Ale nie sugerowałem się nim. Mój chłopiec jest zmyślony od zera, a o zgodość tak znów nie dbałem :) Dzięki. Sakiewkę chyba faktycznie usunę.

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - to bardzo stary wiersz - wiem że rymy kulawe - obecnie nie piszę              wierszy rymowanych - miło że czytałaś -                                                                                  Pzdr.serdecznie.  @Adam Zębala - @Rafael Marius - @Simon Tracy - @huzarc - dzięki - 
    • @Dekaos Dondi Fajnie byo płynąć kroplą i kropli tysiącem w Twoim wierszu. Dla mnie ta podróż kończy się na "przytula światłem niechciane odbicia", wtedy mogę sobie dalej coś wyobrazić. Wolę pozostać dłużej w pięknym opisie. 
    • W Poznaniu przy Grunwaldzkiej trzynaście stary Żyd miał sklep ze słodyczami pachniało palonymi migdałami  i niedopalonym gazem z instalacji Zakładu Siły i Światła z przeszklonych regałów spoglądały spode łba marcepanowe zwierzęta karmelowe serca biły miarowo w przeźroczystym celofanie   nam  ciągle brakowało dwudziestu groszy na żółtego zająca z rozbieganymi oczami i różowego prosiaka z klapniętym uchem na którego swędziały mleczaki chudzielec z siwą brodą podnosił swój cienki palec niczym sfatygowany starocerkiewny grzmot Teofanii i mówił że to naprawdę ostatni raz w ogóle to mamy się cieplej ubierać bo zimno i drzwi zamykać bo gaz drogi a od mrozu odpadają palce i będziemy pisać w szkole nosem   wtedy na tablicy świata ktoś napisał, że wszyscy mają iść w cholerę przyszło pismo z Prezydium Miasta, że Żyd wędrowiec ma wędrować a nie kombinować worki z cukrem i kleić krzywe mordy lukrowego zwierzyńca w ogóle to niech bierze swoją starą żonę, która tylko ceruje skarpety wielkie jak hebrajska gablota i jedzie ze swoim cukrowózkiem  gdzieś gdzie jest jakieś coś czego nie ma tu, może tam będę chcieli figurki z masy migdałowej i korzenne pierniki w kształcie pajaców które głupio się uśmiechają i mają podejrzane kolory   mijały noce po dniach, świat schodził na ludzi, psy uciekały z miast nie oglądają się za siebie południami słońce tańczyło na ścianach sklepiku  cieniami słodkiego zoo ortalionowa kurtka z doszytym rękawem z włóczki miała starczyć na podróż w każdą stronę,  na całe szczęście wielką skarpetą da się owinąć dwoje ludzi gdy znów przyjdą zimne dni i spadnie pierwszy śnieg   kot zapakował do walizki żonę z kłębami włóczek i krokodyla z żółtą wstążeczką na którego zawsze był mały popyt i bardzo rzadko się odzywał; różowe świniaki uradziły że najwięcej kalorii jest w szynkach i da się przeżyć długo na tym wikcie zielony zając wyjątkowo nie uciekał nigdzie i kupił bilety na pociąg z piernika który bardzo łatwo się wyklejał z braku smarowanie i niedostatku olejków eterycznych których nigdy nie było dość w punktach sprzedaży i sklepach sieci Społem wtedy zielona żaba z białymi wężami ustaliły że miejsce zbiórki będzie niedaleko pieca, a krokodyl ze złamaną nogą zajmie się kartonowymi biletami w końcu lepiej źle jechać niż dobrze iść   ostatnia szczapa drewna jak wiadomo daje najwięcej ciepła w piecu znowu zapłonął ogień, siwy dym buchnął z komina, zaskrzypiały koła i latarnia zamrugała żółtym światłem,  serca zaiskrzyły rumianym kolorem, zapach karmelu i spalonego drewna rozniósł się na powrót, a na ścianach zatańczyły cienie cukrowej menażerii, wszyscy byli gotowi do drogi dalekich podróży z których nikomu nie śpieszno wracać                        
    • Zamieszkał mi koń nad sufitem  nie ma strychu mieszka on chodzi stuka włącza pralkę  w ciszy zegarowej bryka wyro odkurzacz  krzesło wali kopytami w segmencie sąsiedzkim box  siodło uzda lejce  ichacha mówiła mi  że głośno chodzi słoń co mieszka pod kopytami sawanna trąba parkiet  kontra stukot młotkiem  rymarstwo deska skóra końska
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witam - może masz racje  po co  no ale peel widocznie był ciekawszki -                                                                                                             Pzdr.serdecznie. Witaj - dzięki za przeczytanie - a latarnia piękna -                                                                                            @infelia - dzięki  - 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...