Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Jak co dnia, jeszcze przed pierwszym brzaskiem brutalne szarpnięcie i krótkie: już czas, wyrwało mnie z błogiego snu. Klnąc w duchu, zwlokłem się z posłania i pobiegłem za potrzebą do gaju oliwnego. Młodsze rodzeństwo miało więcej szczęścia. Zawsze wstawali, gdy słońce było już wysoko i po ogarnięciu domu i nakarmieniu zwierząt, zostawało im sporo czasu na zabawę. Mnie, jako najstarszego, czekała już tylko harówka do samej śmierci.
Ojciec szybko objuczył osiołki i ruszyliśmy do miasta. Przez całą drogę milczeliśmy. On pewnie obliczał ile trzeba zarobić, żeby nasza rodzina nie cierpiała głodu, ja obrażałem się na cały świat, że ciągle chodzę niewyspany. Gdy zza drzew wyłonił się rąbek słońca, warzywa i owoce czekały już w skrzyniach na pierwszych klientów. Przyszedł czas na śniadanie. Łapczywie napełniłem żołądek świeżymi daktylami i przysiadłem na wciąż zimnym po nocnym chłodzie kamieniu. Dopiero koło południa ojciec dawał mi pajdę chleba, a wieczorem jedliśmy główny posiłek w domu.
Zrobiło się całkiem jasno i wokół naszego straganu zaczął kłębić się istny tłum. Ojciec handlował, ja zaś pilnowałem, żeby nikt nam nie ukradł choćby małej figi. Paru złodziejaszków udało mi się przyłapać. Podnosiłem wtedy wielki krzyk, a ojciec ruszał do ataku ze swoją sękatą laską. Pomagał też tłum, bijąc i kopiąc pechowca, który po takiej nauczce więcej do tego zajęcia nie wracał. Nasz stragan cieszył się tak złą sławą wśród złoczyńców, że omijali go z daleka.
Lubiłem podpatrywać ojca, gdy dawał się ponieść żywiołowi handlu i w pocie czoła ważył, wydawał resztę, komentował najnowsze wieści, obśmiewał anegdoty. Było w nim coś dostojnego, co mi się strasznie podobało. Umiał patrzeć człowiekowi prosto w oczy, a siwizna na skroniach i brodzie przypominała, że niejedno w życiu widział i przeżył. Chciałem kiedyś być taki, jak on.
Po południu, kiedy ruch na bazarze zmalał, dostałem wolne i mogłem zająć się swoimi sprawami. Moje sprawy polegały głównie na włóczędze po mieście i wypatrywaniu okazji na łatwy zarobek. Zwykle siadałem na schodach świątyni lub u bram miasta, oferując usługi przewodnika, tragarza, mistrza drobnych sprawunków.
- Ezaw, zawsze do usług. Pomoc w sprawach wszelkich!!! – tak brzmiało moje hasło.
- Ej, mały – zaczepił mnie gruby jegomość, od którego porządnie wionęło winem – Gdzie tu jest najbliższa gospoda?
- Zaprowadzę pana za co łaska – odparłem z chytrym uśmiechem.
- Prowadź, byle szybko. Sucho mi, jakbym octu popił...
Ruszyliśmy pełną słońca ulicą. Gruby pocił się okrutnie i wcale nie mógł za mną nadążyć. Sadził drobne kroczki, a brzuch mu dyndał, jak bukłak pełen wody.
- Zrobiłem interes życia – sapał mi za plecami – Zdobyłem w pałacu namiestnika zlecenie na zastawy stołowe i dywany. Za dwa dni wyruszam po towary. Ale dziś świętuję.
Zaprowadziłem go do gospody Dawida. Mimo dość wczesnej pory, przy każdej niemal ławie siedzieli biesiadnicy. Szumiał gwar rozmów, tłuszcz ściekał po brodach, wino kapało na brudne szaty. Znalazłem dla mojego pracodawcy wolne miejsce i uniżenie podziękowałem za monetę. Zaraz nadszedł Dawid, by przyjąć zamówienie. Mrugnął mi okiem, więc pobiegłem za kotarę, gdzie krzątała się przy piecu jego żona.
- Dobrze się spisałeś – pochwalił i też wręczył mi monetę.
- To gość specjalny. Dobrze dziś zarobił. Będzie hojny...
Dawid zmierzwił mi czuprynę i dołożył drugą.
- Będą z ciebie ludzie.
Zadowolony wróciłem na ulicę. Słońce było jeszcze dość wysoko, więc nie musiałem spieszyć się na bazar. Czułem, że niebiosa mi sprzyjają i chciałem wycisnąć z tego jak najwięcej. Zbierałem na własnego osiołka, którym mógłbym wozić rozmaite towary. Często słyszałem na bazarze jak ktoś narzekał, że nie ma kiedy pojechać gdzieś po towar. To była robota w sam raz dla mnie. Musiałem tylko natrudzić się setnie, by uzbierać odpowiednią sumę.
Żadna z twarzy na ulicy nie wydała mi się interesująca. To byli sami mieszkańcy okolicznych domostw, rzemieślnicy z pobliskich warsztatów, żołnierze. Przysiadłem na kawałku porzuconego drewna i wyglądałem kolejnej okazji. Długo nic się nie działo. Trochę podłubałem w nosie, pobazgrałem patykiem na suchym piasku i zacząłem się nudzić. Słońce było coraz niżej. Razem z nim gasły moje nadzieje. Ulica wyludniała się, szanse na zarobek gwałtownie malały. Coraz więcej kręciło się typów spod ciemnej gwiazdy, u których mogłem liczyć co najwyżej na kopniaka.
Rozczarowany powlokłem się w stronę bazaru. Nagle zza rogu wyszedł prosto na mnie jakiś dziwny człowiek. Obaj przystanęliśmy. W jego oczach ujrzałem przerażającą pustkę, jakby nie oglądał nimi świata, tylko rzeczy innym ludziom niedostępne. Miał posturę żołnierza, ale zamiast oręża trzymał w dłoni wysłużony kij. Na pewno nie był tutejszy. Niech mnie licho – przemknęło mi przez myśl i postanowiłem zaryzykować.
- Ezaw, zawsze do usług – bąknąłem bez przekonania.
Spojrzał na mnie i jego oczy na chwilę ożyły.
- Co można kupić za 30 srebrników? – zapytał.
Głos miał zduszony. Mój dziadek miał podobny, gdy umierał w ciemnej klitce z tyłu domu. Potrząsnąłem ramionami i wtedy pewien zwariowany pomysł strzelił mi do głowy.
- A ma pan tyle? – spytałem głupio, a kiedy nie odpowiedział, dodałem szybko – Bo ja mam widoki na niezły zysk.
- Proponujesz mi spółkę, chłopcze?
Wyraźnie się rozluźnił. Musiałem go nieźle rozbawić. Co było robić – pokiwałem energicznie głową.
- Może gdybym był młodszy – klepnął mnie w ramię – Chodź. Dotrzymaj mi towarzystwa.
Ruszył, a ja bez przekonania starałem się dotrzymać mu kroku. W każdym mijanym sklepie pytał co może dostać za te swoje 30 srebrników. Stałem z boku i słuchałem jak kupcy gorączkują się przy ostatnim kliencie. To było naprawdę dużo pieniędzy, więc jeden przez drugiego proponowali zniżki, dowóz do domu i inne niezwykłe udogodnienia, byle tylko zostawił swój skarb właśnie u nich. Jeden stary Arab szedł za nim na kolanach, szarpiąc jego szatę i prosząc, by zainwestował w wonności i sukna, a za miesiąc kwota się podwoi. Ale mój towarzysz nie był zainteresowany żadną ofertą. On chyba postanowił drażnić wszystkich wokół swoją pokaźną sumą i na tym koniec. Arabowi powiedział, że nie ma tyle czasu, a ja zacząłem tracić nadzieję, że coś mi się jeszcze tego dnia trafi. Wtedy postanowił wstąpić do gospody Dawida.
W drzwiach uśmiechnął się do mnie krzywo.
- Oto prawdziwy kres naszego wędrowania.
Też się uśmiechnąłem. Jeśli nic na nim nie zarobię, to moneta od Dawida osłodzi mi poczucie klęski.
- Pozwolisz się ugościć?
Spojrzałem na niknące za wzgórzami słońce i podrapałem się w głowę.
- Nie marnujesz ze mną czasu. Zostaniesz sowicie wynagrodzony.
Usiedliśmy w kącie przy oknie. Zaraz zjawił się Dawid.
- Gospodarzu, co mogę mieć za 30 srebrników?
- Ho, ho! Możesz urządzić suto nakrapianą wieczerzę dla połowy miasta.
- Wieczerzę!? A to dobre! Nie jestem godzien.
- Każdy jest godzien wieczerzy po znojnym dniu.
Obaj zarechotali, choć pewnie żaden z nich nie wiedział dlaczego.
- To daj mi wina, a temu młodzieńcowi co zechce.
- W tej chwili...
Dawid zniknął za przepierzeniem. Rozsiadłem się wygodnie.
- Jak cię zwą, panie? – zapytałem uprzejmie.
- Mojego imienia nie nada żaden rodziciel dziecku nawet za tysiąc lat.
Cmoknąłem niecierpliwie. Powoli zaczynały mnie denerwować te jego zawiłe wywody i arogancki stosunek do otoczenia. W naszej wiosce takie zachowania prowadziły do wrzenia, a potem nieszczęśnik nie umiał opędzić się od złośliwości. Znałem takich ludzi głównie z tego, że nie mieli łatwego życia.
- Dziwny z ciebie człowiek, panie.
Popatrzył na mnie chłodno, jak gdyby to miano sprawiało mu przykrość.
- Człowiek przeklęty...
Dawid przyniósł dzban wina i spojrzał na mnie pytająco.
- Udziec barani i co tam do niego macie – powiedziałem.
Dawid zaśmiał się i ukłonił dworsko. Bezimienny – bo tak nazwałem w myślach mojego towarzysza – ochoczo dobrał się do wina. Wychylił dwa kubki, otarł usta i zerknął na mnie.
- Ile masz lat?
- Nie wiem. Dużo.
Nalał mi pół miarki, którą od razu dzielnie wychyliłem. Wino zaostrzyło mi apetyt, więc dobrałem się do baraniny, jakbym tydzień nie jadł. Bezimienny popijał bez pośpiechu i w milczeniu przyglądał się moim wysiłkom przy udźcu. Uśmiechał się tak jakoś smutno. Wyciągnąłem ku niemu kość z solidnym kawałem mięsa, ale tylko pokręcił głową. Spojrzał w okno i jego twarz raptownie poszarzała.
- Nadchodzi ciemność – rzekł z bojaźnią.
To już była przesada. Potężny chłop z kijem w ręce drżał na myśl o nadchodzącej nocy! Wino uderzyło mi do głowy, sprawiając że nabrałem śmiałości.
- Kim jesteś, panie?
Podparł się na łokciu i westchnął ciężko, jak gdyby miał w płucach same kamienie. Zanim odpowiedział, krzyknął na Dawida, by przyniósł następny garniec wina.
- Powiedz mi – rzekł, biorąc głęboki oddech – Na pewno czcisz swego ojca i jesteś mu posłuszny. Co byś uczynił, gdyby przydzielił ci w życiu rolę, która przynosiłaby powszechną pogardę?
- Nie wiem - odparłem po prostu.
- Co to za odpowiedź? – sapnął niezadowolony – Jesteś dzieckiem, które w każdej chwili może uciec do zabawek, czy mężczyzną zdolnym do obrony swoich racji?
Zastanowiłem się. Słowa Bezimiennego miały sens. Powinienem posiadać zasady i umieć ich bronić. Nagle przyszło mi do głowy, że lada dzień stanę się dużym mężczyzną i skończy się pobłażanie ze strony ludzi, które dotychczas ułatwiało mi tak wiele spraw. Trochę się przestraszyłem.
- Jaką rolę? – spytałem, nalewając sobie wina.
- Złą, podłą, przeklętą. Masz zostać kimś najgorszym.
Szybko pokręciłem głową.
- Niemożliwe. Ojciec by tego nie zrobił.
Spuścił głowę. Nie atakował dalej. Dawid przyniósł następny garniec wina. Bezimienny nalał do pełna i wychylił w jednej chwili. Już nie ocierał ust. Pił niechlujnie, a wino ciurkiem ściekało mu po brodzie.
- Co jest dla ciebie najważniejsze? – zapytał z błyskiem w oku.
- W tej chwili?
- Choćby!
- Rodzina – odparłem zgodnie z prawdą.
Pokiwał smętnie głową.
- A co będzie najważniejsze?
- Moje osiołki - odparłem bez namysłu – I moje wozy. Będę woził towary.
- To wyobraź sobie, że z narażeniem życia musisz bronić swojego osiołka. Ostrze mierzy prosto w twoją pierś, a tam zabijają twoje zwierze. Co robisz?
- Mojego osiołka? Ciężko zapracowanego? Walczę z każdą armią. Bez niego jestem nikim! Jeśli trzeba oddać życie, nie mam wyboru.
- Nie mam wyboru. Piękne słowa.
Był coraz bardziej pijany. Bełkotał coś do siebie, przeklinał, wymachiwał pięściami. Mrok za oknem gęstniał. Wiedziałem, że znów oberwę. Ojciec na pewno już zwinął stragan i był w drodze do domu. Miałem tylko nadzieję, że będzie warto.
Bezimienny niespodziewanie pogłaskał mnie po głowie. Źrenice mu drgały, nie był w stanie skupić wzroku w jednym punkcie.
- Mam do ciebie ostatnią prośbę – wysapał - Załatw mi najlepszy kawał sznura, jaki o tej porze można zdobyć. Daję za to resztę swoich srebrników.
Oczy mi się zaświeciły. Tyle pieniędzy za kawał sznura? Wytężyłem mózg. Sklepy były już zamknięte, najbliżsi znajomi mieszkali na drugim końcu miasta. Pozostało mi liczyć na Dawida. Pobiegłem za przepierzenie. Siedział na zydlu obok pieca i przeliczał zyski.
- Dawid, potrzebuję porządnego sznura! – krzyknąłem.
- Ciszej – skrzywił się i potrząsnął paluchem w uchu – Na jakie licho ci sznur?
- Szykuje mi się robota...
Pokiwał głową i wstał ciężko. Po chwili dostałem trzy rodzaje do wyboru. Zdecydowałem się na nieco przybrudzony, ale masywniejszy niż pozostałe, kilkumetrowy powróz. Bezimienny drzemał lekko przechylony. Potrząsnąłem go brutalnie za ramię – całkiem jak mój ojciec co rano.
- Mam sznur.
- Co?
- No sznur!
Doznałem zawrotu głowy. Jeśli wymyślił ten sznur w pijackim zwidzie i już tego nie pamięta, nici z moich srebrników. Przetarł twarz i spojrzał na mnie nieprzytomnie. Nagle rzucił mi sakiewkę. Odetchnąłem z ulgą. Położyłem mu sznur na kolanach i pożegnałem się szybko. Kiedy obejrzałem się w drzwiach, on już spał dalej.
Pognałem na skróty przez kamieniste wzgórza. Świadomość zarobionych pieniędzy dodawała mi sił. Złapałem ojca jeszcze przed domem. Śmignął mnie kilka razy batem po nogach i mu przeszło. W domu oberwałbym dużo gorzej, bo byłbym ofiarą pokazowej kary dla młodszego rodzeństwa. Ku wielkiemu niezadowoleniu mamy odmówiłem zjedzenia kolacji i pobiegłem do piwnicy, gdzie za jednym z kamieni trzymałem zarobione monety. Wyjąłem je i przesypałem do mieszka Bezimiennego. Potem zabrałem się do liczenia.
Przed świtem ojciec szarpnął mnie za ramię. Już niedługo – pomyślałem złośliwie – Chaim dorasta. Niech teraz on ci pomaga. Ja idę na swoje. Pobiegłem do gaju za potrzebą i ruszyliśmy do miasta. Nieopodal bramy głównej ojciec przystanął raptownie, a ja na wpół śpiąc, zagapiłem się i uderzyłem głową w ośli zadek. Na tle blednącego księżyca ujrzałem kręcącą się na linie postać. Uwiązany do gałęzi sznur skrzypiał żałośnie. Ojciec ukląkł na dukcie i zmówił krótką modlitwę. Zaciekawiony podszedłem bliżej. W wiszącej postaci z trudem rozpoznałem Bezimiennego i sakiewka, którą przymocowałem do sznurka od portek, zaczęła mi niemiłosiernie ciążyć. Puste oczy patrzyły gdzieś do góry, spękane usta były rozwarte. Ostatnim jego gestem było pokazanie języka całemu światu.

Opublikowano

klnąc w duchu niby- przecinek
szewski parobek- czy zetknąłeś się w tekstach Star-, lub Nowotestamentowych z określeniem parobek?
odbyciu zwierząt- nie śmiem zapytać co on takiego z tymi zwierzętami odbywał
placek manny i gulasz z baraniny - placek raczej jęczmienny (czyli chleb) - gulasz jest natomiast potrawą węgierską. Biedacy w dawnym Izraelu na codzień ograniczali sie do chleba i być może- falafeli
zaczęły kłębić się tłumy- moim skromnym zdaniem- tłum
ojciec handlował, ja pilnowałem- a ja pilnowałe, lub myślnik w miejsce przecinka
nie umiał za mną nadążyć- nie mógł
z wozem... wozić?
popisałem patykiem- umiałeś pisać?- może kreśliłeś, lub bazgrałeś?
wino bewstydnie ściekało mu...- czyli jak?
To by było ( w kwestiach tecnicznych) na tyle.
Artystycznie- po prostu cymes.

Opublikowano

Tu nie zauważyłam żadnych technicznych wpadek, czytało się gładziutko, a dialogi po prostu świetne. Ogólnie bardziej mi się podobało niż pierwsza część, ale może dlatego, że postać tego przedsiębiorczego chłopaka naprawdę ci się udała.

Ogólnie ciekawe ujęcie tego starego jak świat biblijnego tematu... Ciekawe, bo patrzysz oczami różnych zwykłych ludzi. Ja jednak osobiście wolę bardziej demitologizujące spojrzenia.

Opublikowano

Wczytałem się ponownie i jeszcze znalazłem coś, co budzi moje wątpliwości. Chleb z owych czasów, to był raczej rodzaj placka- coś, jak podpłomyki, pizza, czy tortilla. Lepiej niż pajda brzmiałoby zatem kawałek (ułomek) chleba. Patrz- łamał i rozdawał swoim uczniom...
I druga sprawa- czy izraelici w owych czasach nosili porcięta? Chyba raczej coś w rodzaju przepaski biodrowej... Powtórna informacja o ( co prawda doniosłym) -akcie defekacji w gaju oliwnym zdaje się nie być aż tak istotna.

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Dzieki za odwiedziny. Będzie, jak połączę sacrum z profanum, a to nie takie łatwe. Musi potrwać. Sprawa zbyt poważna, by dziłać szybko. Może zdążę przed następną Wielkanocą :)))

Opublikowano

w momencie w ktorym pojawia sie Judasz, bylem pewien ze pojdziesz w kierunku"ostatniego kuszenia chrystusa". widziales? judasz grany przez harveia keitla , pojawia sie pod koniec filmu u zonatego i dzieciatego jezusa po wielu, wielu latach od swojej zdrady i opierdala go za to , ze zrobil to o co jezus prosil , wziął na siebie piętno zdrajcy i zmarnowal sobie zycie, a tu sie okazuje ze na marne...ze jezus w tym czasie, kiedy on żył z tym brzemieniem
, egzystowal sobie w najlepsze, bynajmniej nie jak swięy. myslalem ze zagrasz podobną kartą. ale, na szczescie, miales lepszą. pokazales jego ludzkie oblicze , lepiej niz wielu przed toba. nawet w slynnej (i przereklamowanej )pasji judasz to ciegle TYLKO TEN KTORY WYDAL JEZUSA NA SMIERć i nikt wiecej. tych pare zbolalych min, ktore robi grajacy go aktor , nie czyni z niego czlowieka z krwi i kosci. takiego, w ktorym chciwosc wziela gora i ktory za pozno zrozumial co zrobil. twoj judasz to facet, ktoremu sie wspolczuje. podoba mi sie gdy judasz mowi , ze nikt juz nigdy nie nazwie dziecka jego imieniem. to mowi wiele o tym co dzieje sie w jego glowie i sercu. nie podoba mi sie zdanie , ze sakiewka zaczela chlopakowi niemilosiernie ciazyc. tani chwyt i w tym opowiadaniu niepotrzebny.cale opowiadanie jest jak najbrdziej swietne. pozostaje mi tylko pochylic czolo.
a jako ciekawostke, to ci powiem, ze we wloszech, a zwlaszcza na sycyli wierzą ze J. byl
rudzielcem
. i kazde dziecko , ktore sie tam urodzi z takimi kudlami, ma przejebane na dziendobry. mysle ze stamtąd wlasnie wziął sie stereotyp, ze rudy jest fałszywy.

Opublikowano

Ocvzywiście, że widziałem film Scorsese. Filmoznawca w końcu ze mnie dyplomowany :)
Ale nie sugerowałem się nim. Mój chłopiec jest zmyślony od zera, a o zgodość tak znów nie dbałem :) Dzięki. Sakiewkę chyba faktycznie usunę.

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...