perspektywy
-
Ostatnio w Warsztacie
-
@Charismafilos gratuluję!
0
-
-
Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach
-
- 36 odpowiedzi
- 613 wyświetleń
-
- 32 odpowiedzi
- 819 wyświetleń
-
- 31 odpowiedzi
- 824 wyświetleń
-
- 30 odpowiedzi
- 800 wyświetleń
-
- 29 odpowiedzi
- 748 wyświetleń
-
-
Zarejestruj się. To bardzo proste!
Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.
-
Ostatnio dodane
-
Ostatnie komentarze
-
Przez Gra-Budzi-ka · Opublikowano
Kiedy trzej ogrodnicy z Górnej Alzacji zimnej zupy jeść nie chcieli w restauracji, doczekali się wnet reakcji Zośki Z. i spędzili noc w szpitalu bez kolacji. # Po aferze w swojej praskiej restauracji nie przyrządzi nawet zimnej już kolacji niesławna Zośka Z.: do zimnej celi wnet trafiła pomimo głośnych reklamacji. -
Przez violetta · Opublikowano
Ciepło u Ciebie, można się ogrzać:) Lepiej mieć Wróbla w garści:) -
Przez Simon Tracy · Opublikowano
Naprzeciw mnie stała sztaluga z gotowym płótnem. Obok niej Wild miał swój, mały stolik na kółkach. Był cały pobrudzony pozostałościami farb, których słoiczki stały na nim wraz z paletą oraz zestawem pędzli. Patrzyłem jak Wild krząta się jeszcze przez chwilę po drugiej stronie izby. Szukał czegoś pod stołem. Po chwili to znalazł. W jego dłoni, odzianej o dziwo w wełnianą rękawiczkę spoczywały dwa cynowe, pojedyncze świeczniki. Zabrał je ze sobą. Ustawił na stoliku pomiędzy mną a swoim stanowiskiem. Wziął z parapetu okna dwie świeże świece o krótkich knotach i umieścił je w świecznikach. Wyprostował się z trudem i już miał odpalić świece gdy widać przypomniał sobie o czymś, szybkim ruchem sięgnął do zamaskowanej w materiale płaszcza kieszeni i wyjął kolejny zwitek kartki. Wręczył mi go. Odebrałem go i odczytałem treść. Panie Scholl. W trosce o prywatność i dobre samopoczucie zarówno Pana jak i moje, zadbam o to by żaden szczegół mający wpływ na atmosferę pracy, nie zakłócał nam porządku ani stanu nerwów. Widział Pan przecież po wejściu do domu, moje rozwieszone prace. I zdaje sobie sprawę, że nie był to odbiór łatwy i nie pozostawiający uczucia ciężkiego wstrząsu psychicznego. Moje dzieła nie są z pewnością przyjemnym dla oka pejzażem. Dlatego też pozwolę zapalić sobie te dwie dodatkowe świece, ich ostre światło będzie barierą zasłaniającą moje prace jak i mnie samego. Jestem schorowanym starcem Panie Scholl a choroba która mnie dotknęła, zebrała z mego ciała wstrząsające do głębi krwawe żniwo. Może mi Pan wierzyć, że lepiej ślepnąć delikatnie od blasku ognia niż patrzeć na to co straszna choroba potrafi zrobić z ludzkim ciałem. Nie mogę malować z twarzą pod kapturem ani dłońmi ukrytymi pod rękawiczkami, dlatego będę musiał się odkryć i mam głęboką nadzieję, że nie dojrzy Pan zbyt wiele traumatycznych obrazów starczej choroby. Serdecznie Pana za to przepraszam. Jeśli blask świec będzie zbyt ostry i godzić będzie w Pana wygodę to oczywiście gotów w każdej chwili jestem na to by zrobić nam obu dogodną przerwę. Jeszcze raz przepraszam za tak ekscentryczne zachowania i metody. Zanim udało mi się dobrnąć do końca notatki, Wild w tym czasie odpalił świece i zasiadł z wyraźną ulgą na krześle przysłoniętym sztalugą. Byłem w stanie zrozumieć go. Ciężko chorował. Choroba była tajemnicza lecz widać nad wyraz okropna jeśli chodzi o objawy i jej ślady. Jego podejście i owszem było ekscentryczne, lecz nie szalone czy mające znamiona zbrodnicze. Bezsprzecznie był utalentowanym malarzem i obytym człowiekiem sztuki. Fascynował mnie na tyle głęboko, że z coraz mniejszą dozą lęku, zwróciłem ku jego osobie swe oblicze. Świece spełniały swą rolę. Widziałem tylko rozmyte, mleczne światło, mocno zaostrzone, pozostałym z izbie mrokiem. Początkowo patrzyłem dzielnie, potem zacząłem mrużyć oczy, naleciało w nie całkiem sporo łez, więc zamykałem je, próbując się ich pozbyć. Po czasie, światło wręcz piekło, niczym bariera jakiegoś magicznego ognia. Widziałem tylko zarys postaci Wilda. Nic nie zdradzające kontury. Widziałem jak kaptur ląduję na jego karku, a rękawice na stoliku z farbami. Widać zapozowałem idealnie bo nie widziałem żadnych ruchów jego dłoni z prośbą o przesunięcie głowy, wyprostowanie pleców czy osunięcie ramion. Wild nałożył kilka kolorów na paletę, na chwilę znieruchomiał zupełnie po czym usłyszałem pierwszy rys na płótnie. Sesja trwała. Sam nie wiem ile czasu zdołało upłynąć. Był środek nocy czy jednak zbierało się już ku szarówce przedświtu. Nie prosiłem o przerwę, choć zdrętwiałem zupełnie od wymuszonej pozycji. Byłem też głodny. Żołądek co rusz sygnalizował mi to cichym pomrukiem a ja starałem się jedynie skupić na wiązce ognia. Nie myślałem o zmęczeniu czy śnie. Byłem zahipnotyzowany przebiegiem sesji. Mój umysł tracił, właściwe sobie skupienie. Wild także nie prosił powstaniem o przerwę. Był całkowicie pochłonięty pracą. Bez przerwy słyszałem tylko pracę pędzli i grzechot słoiczków z farbą. Wydawało mi się, że z rzadka uchylał się na bok, by widzieć mnie dokładniej. Nie widziałem twarzy, lecz z pewnością ogień, zmieniał barwę jego oczu na zupełnie nieludzką, głęboką czerwień. Innym razem poprawiał płótno w ramach i mogłem dostrzec zarys jego palców. Wydawały się śliskie, blade i pokryte strupami czy głębokimi ranami. Im więcej ruchów wykonywał. Tym mocniej w pomieszczeniu rozchodził się odór słodkiej duszności. Odór jego choroby i niemocy ciała. Im dłużej trwała sesja, tym Wild widocznie opadał jednak z sił. Jego oddech dało się słyszeć z daleka. Był świszczącym rzężeniem, które tu pośrodku zapomnianego cmentarza, mogło wydawać się głosem upiora. Wreszcie gdy zapadłem się zupełnie w halucynogennych obrazach wyobraźni i nie potrafiłem odróżnić już godziny od minuty oraz dnia od nocy. Wild przerwał pracę. Nasunął kaptur na głowę, sięgnął po rękawiczki. Założył je powoli a potem wstał i zaprosił mnie gestem do siebie. Podniosłem się i dopiero teraz poczułem ulgę połączoną ze zmęczeniem. Podszedłem do Wilda. Choć odór jego ciała nie pozwolił mi podejść tak blisko jakbym chciał. Ten widać nie urażony zupełnie. Wskazał z nieukrywaną dumą na płótno. Zajrzałem i ja. W jednej chwili byłem gotów odwołać to wszystko co mówiłem o stateczności umysłu Wilda. Był szaleńcem i jego obraz potwierdzał to zupełnie. Na obrazie a i owszem byłem ja. Lecz jakby starszy o kilkanaście lat, z zapuszczonym jasnobrązowym wąsem i cieniami pod powiekami. Nie to było jednak najgorsze. Moja cała twarz nosiła ślady ran, trupiego opadu i zaawansowanego rozkładu tkanek. Ja na obrazie, zamarłem z uczuciem całkowitego zdziwienia na twarzy i oczach. Usta sine i z pewnością martwe, były szeroko otwarte a z pomiędzy obwodu zębów i cofniętego gdzieś w głąb krtani języka, wychynęła na powierzchnię świata postać tak dalece bluźniercza w odbiorze, że musiałem odwrócić wzrok. Był to olbrzymi i namalowany jak żywy, trumienny czerw w złotej, królewskiej koronie. Jego pobratymcy, żerowali w moich ranach. W dziurach na policzkach i szyi. Było ich całe mrowie. Kolonia czerwi, posilająca się moim trupem. Tego było dla mnie zbyt wiele. Uwolniłem się od uścisku ramienia Wilda i porwałem się w rajd przez naznaczone mroźnym przedświtem mogiły. Próbując zapomnieć o robaku, którego ten obraz zagnieździł mi w ciele. Minął tydzień, który nie dał mi nawet grama ukojenia. Popadłem w stan przedziwny, nazwałbym go melancholijną psychozą. Nie trwałem w delirycznym stanie agresji. Nie mówiłem o Wildzie nikomu. Ciągle jednak widziałem trupie twarze z obrazów. Oblicze cmentarnego robaka w koronie. I ja w tym wszystkim. Starszy, zmieniony… martwy. Nie zyskałem nic oprócz głębokiego rozstroju umysłu i nerwów. Pieniądze pozostały w kopercie w domu Wilda. Nie byłem w stanie zarobić teraz nawet pensa. Nie mogłem jeść ani pić. Wszystko stawało mi w gardle, zupełnie jakby trafiało na żywą przeszkodę. Króla rozkładu. Zupełnie niespodzianie rankiem zapukano do moich drzwi. Wstałem z ociąganiem i dopiero wtedy gdy pukanie przemieniło się w prawdziwe dudnienie otworzyłem drzwi spodziewając się komornika lub grupy wierzycieli. Był to chłopiec od Wilda. Przywitał mnie ukłonem i szczerym uśmiechem. W ręku trzymał kopertę. Wręczył mi ją ze słowami. Pan Wild przesyła list i serdeczne pozdrowienia, oraz życzenia jak najszybszego powrotu do zdrowia. Nie czekając na moją reakcję ani zapłatę ruszył w dół schodów. Wróciłem do salonu i już miałem cisnąć kopertę w ogień kominka, ale powstrzymałem się w porę. Ciekawość zwyciężyła. Zerwałem lak. W środku oczywiście był złożony list jak i ku mojemu zdziwieniu pieniądze, pomnożone jednak co najmniej dwukrotnie od pierwotnie obiecanej kwoty tamtego wieczora. Chwilowo porzuciłem zainteresowanie kwotą i sięgnąłem po list. Panie Scholl Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie żywię do Pana absolutnie żadnej, nawet najbardziej lichej urazy. Wina spoczywa tylko i wyłącznie po mojej stronie a pańska reakcja była całkowicie zrozumiała i uzasadniona. Jestem przeto człowiekiem głębokiej kultury i nie mógłbym zostawić teraz Pana z tymi wszystkimi pytaniami, szczególnie w tak ciężkim stanie nerwów jaki Pan bezsprzecznie przeżywa. Oczywiście chciałem również rozliczyć się z Panem, podziękować za bycie moim modelem a z racji tak niespodzianych problemów, podwoić stawkę wypłaty. A teraz przejdźmy do meritum. Widzi Pan, moje dzieła. Portrety tych mężczyzn. Ich makabryczne, zabrane przez rozkład i śmierć twarze. Oni wszyscy pozowali jak Pan i przysięgam na Boga, że wszyscy robili to żyjąc. Nie wykradam ciał z grobów ani nie morduje swoich klientów. Zaręczam o tym. Zapyta Pan z pewnością. Skoro pozowali za życia to jak stali się martwi? Można powiedzieć, że widzę przyszłość każdego swojego modelu. Choć może to zbyt wiele powiedziane. Widzę tylko to jak przyjdzie im rozstać się z życiem. Te wszystkie tragedię. Już ich dotknęły lub dotkną w niedługim czasie. Pana niestety również. Skoczy Pan za kilkanaście lat z dachu siedziby miejskiego banku. Pieniądze nie dadzą Panu szczęścia. Żałuję. Część z moich modeli jeszcze chodzi po świecie i cieszy się życiem jak Pan. Ale skończą tak jak na moich obrazach. Zapyta Pan i słusznie, skąd mam pewność? Tego nie umiem wytłumaczyć. Wykształciło mi się to po moim wypadku, który odebrał mi wszystko oprócz talentu. Uzna mnie Pan za szaleńca. Groźnego obłąkanego samotnika. Mój dom, cmentarz, atmosfera i nocne sesje. Wszystko wskazuje na szaleństwo. Ale wiem, że widział Pan pewne szczegóły w moim wyglądzie a także czuł słodki zapach w moim domu. A co gdybym Panu powiedział, że mój wypadek zakończył się tragicznie. Moją chorobą jest śmierć. Malując Pana byłem martwy. Jestem martwy od wielu, wielu lat. Uwierzyłem w każde jego słowo. Tak jak w robaka w koronie, który cicho chrzęścił odrażającymi odnóżami, gdzieś opodal mojego bijącego szaleńczo serca. A za kilkanaście lat opuści swego żywiciela przez rozwarte martwo usta. Dedykuję Lenore Grey, z podziękowaniem za to, że jej niesamowita wyobraźnia, pobudza mnie do pisania coraz lepszych utworów. -
Przez Annna2 · Opublikowano
@Czarek Płatak onomatopeje trzask szum, stuk puk - nadają surowości, surrealistycznego dotyku. A i jest tu zmysłowość. -
Przez Annna2 · Opublikowano
@viola arvensis epifora wdzierająca się w serce, a jednak, pomimo bólu, rozdarcia "przypadek beznadziejny"- ma nadzieję jeszcze ma pomimo wszystko, pomimo, że jest mu jeszcze dane spełnienie.
-
-
Najczęściej komentowane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się