Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

U Lendzioszków właśnie zasiadali do Wigilii. Lendzioszkowa z trwałą ondulacją na głowie, nalewała barszcz na uszka podśpiewując sobie – W żłobie leży...” – Lendzioszek ze skurczonym żołądkiem myślał żeby jak najszybciej się najeść. - Wtedy rozległo się pukanie.
-O kurwa, na same Wigilie kogoś niesie.
W drzwiach stał Eryk. Był blady i miał dziwnie duże oczy. Lendzioszkowa zrozumiała, że coś niedobrego musiało się wydarzyć.
-Kto? – zapytała tylko mijając Eryka w progu.
-Babcia – wydusił cicho.
Pobiegli wszyscy. Pierwsza Lendzioszkowa, za nią Eryk i Lendzioszek, a zaraz potem cała gromada dzieci.
-Może po doktora trzeba... – Lendzioszkowa dała się dogonić a może nie miała już sił.
-Doktora nie. Babcia się gniewa.
-A co tu ma gniewanie. Choroba nie wybiera. Co babci?
-Nie wiem – Eryk wzruszył ramionami i pobiegł dalej.

Babka Matylda nie wyglądała najlepiej. Dusiła się. Blade policzki nabrały zielonkawej barwy, zaczęła majaczyć.
-Krowy pod lasem przepalować, tylko młotek schować, bo kradną. Jarzębatki na drogę nie puszczać - samochód przejedzie.
Lendzioszkowa zamrugała powiekami, przygryzła wargi i powiedziała.
-Zapiszcie to. Umierającego ostatnie słowa - świętość.
-Kiedy my krów nie mamy – Karolina bezradnie rozłożyła ręce – kur też.
-Nie szkodzi – krzyknęła – Zapisać!
W całym tym zamieszaniu nikt nie mógł znaleźć ani kartki ani niczego do pisania. Wreszcie Zuzka przyniosła magnetofon. Babka mówiła dalej.
-Dziewczynki palta mają w szafie, Erykowi buty będą pasowały po Zuzce, ten sam rozmiar. Ogórki w piwnicy. Krysia kup mąki, ma podrożeć. Pajęczyny w rogach pozdejmować, tylko pająka nie zabijcie, bo nieszczęście. Psu gorącego nie dawać, bo się wścieknie.
Po nagraniu dwóch godzinnych kaset, babka westchnęła i jak się wszystkim wydało, było jej westchnięcie ostatnie.
Lendzioszkowa w międzyczasie zdrzemnęła się teraz zaczęła grzebać przy magnetofonie.
-Nie tu, jeszcze pani pokasuje – odganiała ją Karolina.
-Cofnij, ostatnie zdanie, co powiedziała, w ostatnim...
Testament babki Matyldy Nagrabskiej brzmiał: „Kompot pijcie ze śliwek. Dobry jest kompot ze śliwek”.

Wiadomość o śmierci babki Matyldy szybko rozeszła się po wsi. Zaczęli schodzić się sąsiedzi. Kobiety w czarnych chustkach, mężczyźni z zasępionymi minami, palili na zewnątrz papierosy. Przyszła w końcu ciotka Alina z dziwnym, trochę nieprzytomnym uśmiechem na twarzy. Kłaniała się wszystkim, rozglądając po mieszkaniu jakby była tu pierwszy raz.
-Będą tańce? Jej jak ciasno. Co się tej pani stało? Dlaczego ona jeszcze śpi? – pytała wskazując na babkę.
-Siostra w dużym szoku – stwierdziła Lendzioszkowa. – Człowiek w obliczu ostateczności różne głupstwa plecie.
Doktor Wszędyrówny szepnął coś ciotce na ucho. Zaraz potem wyszli. Nie chciał, żeby wszyscy dowiedzieli się o nawrocie choroby. Odkąd ciotka wyprowadziła się z domu Kowalików jej pamięć przestała działać. Nie rozpoznawała nikogo. W spotykanych ludziach widziała jakieś dawno poznane postaci z przeszłości, może nawet nigdy nieistniejące. Siedziała całymi dniami w oknie i zadawała pytania. - A to co? A to do czego? – Nie rozumiała najprostszych rzeczy. Nie wiedziała czym jest samochód i do czego służy. Bała się kotów i ptaków. Do samego doktora mówiła – Rafałku – chociaż doktor miał na imię Władysław. Tego wieczora doktor Wszędyrówny usłyszał o śmierci babki Nagrabskiej i pomyślał, że widok umarłej sprawi, że pamięć ciotki się naprawi. To była zła diagnoza.

Mężczyźni przed domem mówili o gwiazdach. Profesor Szczubełek otwierając usta puszczał gęste kłęby dymu jakby w środku palił mu się nieugaszony papieros. Mówił tak przekonująco, że słuchali go jak wyroczni.
-Tam – wskazywał w rozgwieżdżone niebo – Tam wszystko jest zapisane. Każdy dzień i każda godzina. I chociaż byś jeden z drugim nawet się zesrał, to zapisanego tam, nie odwrócisz.
-Przeznaczenie...kurwa – westchnął Lendzioszek.
-Tak jest – kontynuował profesor. – To jest właśnie przeznaczenie. Jak się tak teraz dokładniej przyglądam, to wszystko zaczynam rozumieć. Nadeszła dla Nagrabskiej ostatnia godzina i choć zdrowa była jak koń, musiała umrzeć. Siła wyższa. O ta gwiazda, obok tej gwiazdy, a z drugiej strony tamte trzy. Śmierć jak malowana.
Patrzyli wszyscy za palcem profesora i nie mogli zrozumieć skąd on to wszystko wie. Dlaczego im gwiazdy wydają się tylko świecącymi punktami, a ten potrafił z nich czytać jak z książki.
-Gwiazdy...kurwa – westchnął po raz któryś Lendzioszek.
-O sąsiedzie, uważajcie. One wszystko słyszą. – profesor pogroził Lendzioszkowi.
-Co z tego, że słyszą?
-Mściwe bywają. Jak podpadniesz bracie gwiazdom, to już jesteś stracony. Weźmy takiego Napoleona. Pod szczęśliwą gwiazdą się urodził i całe życie go prowadziła. Chociaż był konus do wielkich zaszedł urzędów. Cesarzem Francuzów się ogłosił. Ot do czego może doprowadzić gwiazda szczęśliwa. Gdyby nie to, że gwiazdy się na niego obraziły wygrałby w cuglach wszystkie bitwy.
-E zaraz wszystkie. W końcu by się mu to wygrywanie znudziło i tak by przegrał. Ja tam w żadne gwiazdy i przeznaczenia nie wierzę. Ja Piórkowski wam to mówię. W życiu na żadne gwiazdy się nie patrzyłem a jakoś chwalić Boga mi się szczęści.
-Nosił wilk razy kilka... – zaśmiał się Szczubełek – do czasu, wszystko jest do czasu.

Kobiety zgromadzone w mieszkaniu odmawiały różaniec, za spokój duszy zmarłej. Kiedy siedząca najbliżej Lendzioszkowa zamiast „Ojcze Nasz” wykrzyknęła – „Jezus Maryja!” Leonikowa szturchnęła ją delikatnie w łokieć.
-Co to za modlitwa?
-Jezus Maryja – powtórzyła Lendzioszkowa.
-Nie, chyba „Ojcze Nasz” – zdenerwowała się Gałązkowa – Co wy sąsiadko, różańca zapomnieliście?
-Ja, ja, ja... – Lendzioszkowa zaczęła się jąkać.
-Co wam? – dopytywały się inne z tyłu.
-Oko – powiedziała Lendzioszkowa.
Po tym jak powiedziała „oko” podeszła do babki i zaczęła się w nią wpatrywać.
-Otworzyła jedno oko – Lendzioszkowa mówiła jakby sama sobie nie wierzyła.
-Normalna sprawa – uspokoiła ją Choinkowa. – Zmarły po śmierci przez jakiś czas jeszcze się rusza. Mięśnie mu stygną. Mój ojciec jak umarł to się jeszcze herbaty napił.
-Jak to herbaty?
-Normalnie. A co myślicie, że umarłemu pić się nie chce? Napił się herbaty, popatrzył na nas i znów umarł.
-Ględzicie sąsiadko!
-Jak tu siedzę.
Kiedy babka Matylda otworzyła oczy i uniosła głowę, Choinkowa nachyliła się nad nią i spokojnym głosem zapytała.
-Herbaty się napijecie?
Po czym odwróciła się w stronę przerażonych kobiet mówiąc – A nie mówiłam.
Babka tymczasem wstała na dobre. Rozejrzała się po kuchni, widząc zapłakane sąsiadki wzruszyła ramionami. Przez dłuższy czas nie mówiła nic, dopiero jak z dworu zaczęli przychodzić mężczyźni, westchnęła i powiedziała.
-Co za ludzie. Nawet umrzeć w spokoju nie można.

Kiedy rozłoszczeni sąsiedzi wracali do domów Lendzioszek dogonił profesora Szczubełka i na cały głos, tak żeby wszyscy słyszeli zapytał.
-To co, w gwiazdach kurwa zapisane, przeznaczenie kurwa...
Profesor jeszcze raz spojrzał w rozgwieżdżone niebo i powiedział nieco filozoficznie.
-Śmierć się zdarza codziennie, a zmarwychwstanie, panie sąsiedzie tylko od czasu do czasu. O nim nawet gwiazdy nie wiedzą. Siła wyższa.

Eryk nie mógł zrozumieć tego co się stało. To było zbyt skomplikowane. Babka Matylda była silniejsza od śmierci? Czy to w ogóle możliwe, żeby jakiś człowiek, żeby taki człowiek, mógł sobie umrzeć a zaraz potem zmartwychwstać? Czy może tam gdzie babka poszła po śmierci nie było dla niej miejsca i kazli jej wracać? Może dziadek Teoś miał coś z tym wspólnego? Następnego dnia kiedy w domu zapanował jako taki spokój Eryk podszedł do babki i zapytał.
-Babciu...
Wyczekał chwilę kiedy oderwie się od drutów i zmierzy go wzrokiem
-Czego? – odsapnęła w końcu ciężko.
-Możesz mi coś powiedzieć.
-Mogę. Weź się za jakąś przyzwoitą robotę.
-Gdzie byłaś?
-Gdzie byłam?
-No jak umarłaś...
Babka spojrzała w okno. W jej oczach pojawiła się nieznana łagodność.
-Na łące.
-Na łące?
-Nie wiem czy powinnam o tym mówić, może to grzech? A co tam... powiem ci. Wyobraź sobie cudowną łąkę, zieloną, pełną kwiatów, rozświetloną słońcem, pachnącą. Tam właśnie byłam.
-Sama?
-Widziałam twojego ojca.
-Całego?
-A co w kawałkach? Wyglądał na zupełnie zdrowego.
-To znaczy, że nic mu się nie stało? Może wcale nie przejechał go ten pociąg. Mówił coś?
-Wokół było mnóstwo innych ludzi, chciałam do nich podejść, ale nie mogłam. Rozumiesz? Było mi tak dobrze, czułam się młoda, zdrowa, nie chciałam wracać.
-To dlaczego wróciłaś?
-Nadleciał anioł.
-Wygonił cię?
-Głupiś. Był bardzo grzeczny. Pocałował mnie w rękę. To musiał być jakiś ważny ktoś. We fraku był. Powiedział mi, że nie czas jeszcze.
-Nie czas? Co to znaczy?
-Nie wiem. Chyba, że na mnie nie czas.. Podszedł i powiedział: „Pani Nagrabska nie czas jeszcze”. I odleciał.
-Tylko tyle?
-A jak był w górze to krzyknął: „Erykiem się zajmij. To nicpoń, leń i niedowiarek. Nie żałuj mu pasa.” Całe niebo aż trzęsło się ze śmiechu.
-Nieprawda. Nie byłaś na żadnej łące. Cały czas byłaś tutaj. Nie byłaś na żadnej łące...
Kiedy babka wyjrzała przez okno za wybiegającym Erykiem, zobaczyła go płaczącego, poczuła radość. Nigdy jeszcze nie udało się jej doprowadzić go do takiego stanu, żadne bicie, żadne kary nie wywoływały u niego łez. Teraz się udało. Przyklękła przed obrazami i zaczęła szeptać słowa modlitwy. Od czasu do czasu zerkała za okno i uśmiechała się tajemniczo. Kiedy zaczynała nowennę do Matki Boski Kodeńskiej usłyszała kroki. Eryk wrócił.
-Wszystko wiem – krzyknął na cały głos.
-Modlę się. Nie widzisz?
-Wiem, że mnie nienawidzisz. Całe życie marzyłaś o synu a rodziłaś same córki. Aż dziadek umarł i się skończyło.
-Co ty pleciesz, uspokój się. Kto ci takich bredni naopowiadał?
-Ty mnie nienawidzisz z zazdrości, że mnie mama urodziła. Ty, ty wszystkich nienawidzisz. Przez ciebie mamie zepsuła się głowa, przez ciebie ciocia...
-Wyjdź natychmiast!
Babka podniosła się z kolan i wskazała Erykowi drzwi. Trzęsła się cała jak osika przed zbliżającą się burzą.
-Alina ci nagadała, co? Stara wariatka. Bóg ją pokarał, zobaczysz jak będziesz plótł takie rzeczy, to ciebie też palec Boży dosięgnie.

Opublikowano

Nie ma co komentować, jak zwykle super. Wpisuje się tylko po to, że mi głupio, iż kolejny świetny tekst pozostaje bez komentarza. Może to skutek Twojej niekomunikatywności? Miłego Nowego!

Opublikowano

Nie bardzo miałem kiedy się zabrać za twego Eryka. Dopiero teraz mogłem spokojnie przeczytać. Właściwie każdy mój wpis pod Twoimi tekstami brzmi banalnie, ale cóż mogę na to poradzić. Podoba mi się i już.
Znalazłem jeden błąd: może nawet nigdy nieistniejące.
P.S. Mogłeś spokojnie puścić w konkursie- opowieść wigilijna, jak się patrzy, nawet cud jest.
Szkoda...

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...