Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano



Na szczęście mój pobyt na kolonii trwał tylko dwa tygodnie. Jechało mi się nad morze bardzo ciężko. Podsłuchałem przypadkiem rozmowę mamy z Babi, że przynajmniej na 2 tygodnie kłopot z głowy. Nigdy nie myślałem o sobie jako o kłopocie. Przecież to ja, Jacuś, ukochany jedynak, za którym wszyscy przepadają od kołyski. Aż tu bęc. Przez całe 17 godzin jazdy zatłoczonym pociągiem obrażałem się na mamę za potraktowanie mnie w ten sposób. Już raz mi podpadła rok temu, kiedy wysłała mnie do sanatorium w Rabce i prawie wcale nie przyjeżdżała w odwiedziny. Te nędzne dwa razy to było dla mnie stanowczo za mało. Pokłóciłem się z pielęgniarką o bolesne kłucie w dupę, z kucharką o wstrętną zupę owocową na ciepło i jakąś doktorką o to, że basen do leczniczych kąpieli jest za płytki i nie nadaje się do pływania. Już po tygodniu miałem gotowy plan ucieczki, ale postanowiłem dać mamie ostatnią szansę. Wysłałem do niej kartkę, że już mam kumpla, z którym zwiejemy i stanie się to lada dzień, jeśli natychmiast nie przyjedzie i mnie stamtąd nie zabierze. Owszem, przyjechała, ale nie po to, żeby mnie zabrać. Udobruchała mnie kieszonkowym i super książkami oraz komiksami, których przytachała kilkanaście. Umówiliśmy się, że ten tydzień jeszcze wytrzymam, a jak będę grzeczny, to w domu będzie czekał na mnie magnetofon. Wobec takiej perswazji ustąpiłem od razu. Tak bardzo chciałem mieć sprzęt do słuchania muzyki, że wytrzymałbym gorsze tortury, niż kłucie w dupę, zupa owocowa i płytki basen.
Ale z tym kłopotem to przesadziła. Przez bite 17 godzin nie zamieniłem z nikim jednego słowa, choć sporo fajnych chłopaków jechało na kolonię, ciesząc się, że pogoda dobra, woda ciepła i święty spokój od rodziców. Kiedy zajechaliśmy na miejsce i zobaczyłem pierwszy raz w życiu morze, moje nerwy na mamę, zmieniły się w coś w rodzaju wdzięczności. Rozpakowaliśmy się prędko i wychowawca zarządził wizytę na plaży. Rany, to był widok! Szliśmy boso przez las po piaszczystej ścieżce i nagle, spomiędzy drzew, wyłonił się nieskończony błękit wody. Nigdy niczego takiego nie widziałem – to znaczy widziałem jako brzdąc, ale ni w ząb nie pamiętałem. Pierwszy rzuciłem się biegiem w dół skarpy i dopadłem przybijających do brzegu fal. Były ciepłe i słone. Walnąłem się w ubraniu na mokry piasek i machając ramionami nakreśliłem figurę orła z rozpostartymi skrzydłami. Cała banda wparowała do wody, pluskając się i rycząc ze śmiechu. Przypomniały mi się zdjęcia, które Stary zrobił lata temu, podczas rodzinnego wypadu do Jastrzębiej Góry. Ciągle na nich płaczę ze strachu przed ogromem morza, a on uparcie wysyła mnie w pontonie na spotkanie fal. Strasznie to dziwne, że bałem się wody. Teraz zdało mi się to zwykłą fanaberią mojego charakteru, oporem wobec narzuconego. Przecież parę lat później pojechaliśmy nad Sołę do Kęt i Stary wrzucił mnie prosto w prąd rzeki. W pierwszej chwili pomyślałem, że oszalał i chce mnie utopić u progu życia, ale prąd mnie porwał i musiałem ostro pracować kończynami. Nagle okazało się, że bez problemu utrzymuję się na powierzchni i odpowiednie balansowanie ciałem wystarcza, by nie utonąć. Regularną żabką dopłynąłem do filarów mostu. Uśmiechnięty Stary czekał w miejscu, gdzie bystry nurt rzeki przechodził w leniwe rozlewisko.
- Umiesz pływać, synku! – stwierdził tylko i poszliśmy do pobliskiego baru „Kaskada” na piwo i oranżadę.
Rzecz jasna, Stary pił piwo, mnie została oranżada i korek jajeczny jako obowiązkowa przekąska. Po piątym zjedzonym przeze mnie korku Stary już trochę bełkotał, ale ignorowałem go. Zauważyłem przy okazji, że bywam jego nieodrodnym synem, jeżeli w czymś się sprawdzam. Dobre wyniki w szkole, umiejętność posługiwania się podstawowym angielskim, znajomość trudnych słów, wyniki w sporcie przynosiły mi same pochwały. Dla niego liczyła się wyłącznie rywalizacja i zwyciężanie. Dlatego nie cierpiał moich kumpli. Widział w nich szarą, bezimienną masę chłopsko-robotniczą, nie zdolną do niczego poza żarciem, sraniem i spaniem.
- Masz za kumpli samych debili – wściekał się kiedyś, doprowadzając mnie do szału.
Nigdy nie myślałem o nich w ten sposób. Fakt, prawie każdy lądował w Hilfie (szkole specjalnej), ale mnie to nie przeszkadzało. Nasze wyniki w szkole nie miały nic do rzeczy podczas życia na ulicy, w którym liczył się charakter, honor, poczucie humoru, czy siła fizyczna. Nie potrzebowałem ich inteligencji, tylko towarzystwa. Tomek świetnie grał w piłkę, Adi i Tyki chętnie przystawali na moje zwariowane pomysły i spędzali ze mną czas, a z Kolombem często chodziłem do kina.
- Nie możesz sobie poszukać normalnych kolegów? – dodała mama – Takich, od których możesz się czegoś nauczyć?
Poczułem, że dwoje dorosłych na jednego dzieciaka, to stanowczo za dużo i wkurzyłem się nie na żarty. O ile wiecznie nie mogli się pogodzić ze sobą, to, kiedy chodziło o mnie, zwierali szyki, stawiając mnie na przegranej pozycji. Miałem sposoby na jedno lub drugie, lecz gdy działali razem, byłem bez szans.
Teraz, nad morzem, poczułem niesamowitą dumę, że umiem pokonać nadciągające fale i mogę płynąć bez końca. Minąłem czerwoną boję i spróbowałem kraula. Nigdy nie wychodził mi zbyt płynnie, ale prułem wodę, niczym jakiś statek. Prułbym ją tak bez końca, gdyby czyjaś włochata łapa nie złapała mnie za kark i brutalnie nie zaciągnęła na brzeg. Zachłyśnięty słoną wodą, ujrzałem przekrwione oczy wychowawcy, który coś wrzeszczał, że wypływać za boję nie wolno, bo to pewna śmierć. Wytarmosił mnie po piasku i zostawił w spokoju. W sumie byłem mu wdzięczny, że odpuścił ciąganie za uszy. Polubiłem go za to. On też mnie zapamiętał i przez cały czas byliśmy dla siebie mili. Tak jak mój Stary, cenił sprawność, a ja byłem zawsze pierwszy do porannych ćwiczeń na ścieżce zdrowia, wycieczek na plażę i zawodów sportowych. Był to jeden z niewielu przypadków, kiedy miałem dobre stosunki z pedagogiem płci męskiej. Takie same miałem jeszcze tylko z księdzem od katechezy i czasami ze swoim Starym. Z resztą darliśmy koty, bo nie chciałem dać się im podporządkować lub zwyczajnie ich nie lubiłem. Z kobietami było o niebo lepiej, bo mój zestaw niewinnych min, uśmiechów i mądrych słów działał na nie rozbrajająco.
W sumie byłem z tej kolonii bardzo zadowolony. Znalazłem chwilowych kolegów i świetnie się bawiłem. Mama dodatkowo podkreślała zbawienne działanie jodu, którego nie wiedzieć czemu potrzebowałem i cieszyła się z dyplomów za slalom z piłką, bieg przełajowy oraz rzucanie do kosza. Ale i tak najbardziej liczyło się dla mnie to, że mogłem wrócić do kumpli z ulicy.

Opublikowano

Dobrze się czytało i szkoda, że takie krótkie. Kęty, moje rodzinne strony, od razu mi się przypomniało jak jako dzeciak kąpałam się w Sole:)
Tylko jedno... "wytrzymałbym gorsze tortury, niż kłucie w dupę, zupa owocowa" chyba zupę.

Pozdrawiam,
Marion

Opublikowano

Witam! Sądzę, ze ten uciekający wątek to "odcinkowość" tego, co wklejasz tutaj… bo jest to jednak pewna ciągłość i sztuczne ucięcie (ze względu na długość tekstu) daje takie wrażenie.
Czytam również jednym tchem – opowieść bardzo dynamiczna, pomimo niewielu dialogów. Podobają mi się te „wycieczki w bok”, odbicia od głównego wątku (w tym fragmencie kolonia) – nie przeciągasz ich w nieskończoność, a obrysowują one grubą kreską portret bohatera i jego środowisko. Pozdrawiam Arena

Opublikowano

raczej nie Areno, mi chodzi o zgubienie wątku w takim sensie, że jest bardzo duża nagonka na tę złość, kiedy to mały słyszy, że jest kłopotem. Ten wątek jest wypiętrzony, a potem ginie (tonie :)). Albo zbyt silne jest jego wprowadzenie (ukazanie emocji chłopca, jego zagniewanie w pociągu), albo za szybkie zakończenie tematu (brak pociągnięcia go, ucięcie nagłe i pozostawione samemu sobie). Autor daje początkowo odczuć czytelnikowi, że ta obraza będzie czymś ważnym, pewnym pionem rozdziału, tymczasem wątek umiera na zawał chyba, bo w zakończeniu o nim ani słowa.
Pewnie, że samo dzielenie na części może powodować takie niedokończenia, no ale chyba powinno się epizod rozpoczęty dokończyć w serwowanej cząstce?
Także osobiście czuję zachwianie w kompozycji tego fragmentu.

a owe dygresje, masz rację, świetnie wcięte, wyważone, kreślą bohatera, aż miło :)

Opublikowano

Zaszło małe nieporozumienie :)

Wątek kłopotu jest marginalny i potraktowany jako dowcip. Może zbyt dużo go...
W końcu po to rodzice wysyłają dzieci na kolonie,
żeby od nich odpocząć.
Urażony dzieciak zapomina o tym natychmiast,gdy widzi morze
i świetnie się bawi. Ot i wszystko...

Zupa owocowa jako tortura. W mianowniku też jest moim zdaniem dobrze.

Co lepiej brzmi?

Gorsze tortury niż zupa owocowa.

Gorsze tortury niż zupę owocową.

Opublikowano

oj się cytowaną zupą dałam zasugerować.....łue pewnie że zupa, przepraszam za mieszanie

mówisz, że kłopot marginalny i dziecko szybko o nim zapomniało widząc morze? wytłumaczenie ładne, hmmm, może kupię, pomyślę

Opublikowano

I tu właśnie jest problem zbyt małych fragmentów.
Obiecuję w miarę szybką poprawę.
Nie wiem,jak to powiedzieć, ale to dzieciak inny niż większość. Ten kłopot go nie uraził
- chciałem przez to dać tylko sygnał o jego egoiźmie (nie cierpieniu, czy czymś takim - to powieść o innych sprawach) i poczuciu wyższości, co się wkrótce zmieni w demoralizację, na skutek rozkładu rodziny i tego, że wychowuje się właściwie na ulicy.
Będę wrzucał większe partie, może to coś pomoże.... Miłej nocki, Nata.

Opublikowano

No dla mnie - wreszcie ciąg dalszy :)

Jak zwykle smakowicie mi się tę Twoją nostalgiczną wyprawę w czasie czytało..
A fragment o kłuciu - w kontekście całości jest właściwie dobrany; źle może brzmieć, gdy ktoś czyta część trzecią jako samodzielny utwór :)

Pozdrawiam bardzo.
Wuren

Opublikowano

Oj, Leszek. To poczekasz. Podstawiony dopiero pojechal do drukarni... Pod koniec tygodnia będzie wysyłka :) Ale dzięki za umocnienie w niedoli (wszystkim dzięki), bo pisanie o gówniarzach to jednak okropna męka.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...