Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- Pachnie choinką.
Dobermann


To podłe. To cholernie niesprawiedliwe i podłe. Tak właśnie myślał Ariel. Stał tuż przy obrotowych drzwiach banku, w niebieskim uniformie strażnika i w za ciasnej, czerwonej czapce z białym pomponem. Gdyby nie to, że tak bardzo potrzebował pieniędzy nie zgodziłby się na tę parszywą robotę. Niestety musiał. Miał spore długi. Poza tym, żona chciała, aby przejęcie z okazji bar Micwy ich syna było naprawdę wystawne.

Nie powinno tak być. Pani Kazimiera stała przy tekturowej choince, reklamującej świąteczne pożyczki i zastanawiała się nad wydarzeniami ostatniego tygodnia. Tuż przed świętami przyjechały jej córki z mężami i dziećmi. Ostatni raz odwiedziły ją dwa lata temu. Przez ten czas Kazimiera praktycznie nie miała z nimi kontaktu. Pani Kazimiera była zła na siebie, że zadzwoniła do nich dwa tygodnie temu ze szpitala. Wtedy bała się, że więcej nie usłyszy już ich głosu. Lekarz powiedział, że wyzdrowieje, ale córki temu nie dowierzały. Pojawiły się z wielką troską w głosach i z błyszczącymi oczami. Bez zapowiedzi zwaliły jej się jej z rodzinami na głowę. A świąteczne plany, pani Kazimiera miała już ustalone. Wigilię chciała spędzić z panem Genkiem, wdowcem mieszkającym na tym samym piętrze kamienicy. Teraz zaś musiała wypłacić zaskórniaki i wszystko przygotować. Nie powinno tak być. Pani Kazimiera rozkaszlała się. Otarła usta haftowaną chusteczką, zostawiając na niej rozmazane ślady krwi.

Niezłe gówno. Kamila była rozgoryczona. Tego roku jej życie zmieniło się diametralnie. Siedziała na stanowisku kasjerki w tym wielkim banku, obsługiwała klientów sprawdzając stany ich kont, wypłacała im pieniądze albo przyjmowała wpłaty, a każdego z nich musiała obdarować nieszczerymi życzeniami spokojnych i wesołych świąt. I pomyśleć, ze jeszcze pod koniec roku żyła beztrosko jako studentka, na utrzymaniu Andrzeja, a wcześniej jeszcze pana Huberta. To był dziwny człowiek, pomimo, ze spotykała się z nim przez trzy lata, cały czas kazał siebie nazywać panem Hubertem. Kamila nazywała go tak nawet w myślach. W zasadzie średnio go lubiła, ale zabierał ją w wiele ciekawych miejsc, na wystawne bankiety ze znanymi ludźmi i do naprawdę wytwornych restauracji. Andrzej nie był tak zasobny, ale był z kolei młodszy i bardziej rozrywkowy. Kiedy zrobił jej scenę zazdrości i zagroził zerwaniem, jeżeli nie będzie tylko dla niego, musiała się zastanowić. Doszła w końcu do wniosku, że nie jest puszczalską kurewką i usposobienie człowieka też się dla niej liczy. Podziękowała panu Hubertowi i przeszła na wyłączność Andrzeja. Wtedy dostała od niego te cudowne perfumy Hugo Bossa. Teraz jednak studia się skończyły i musiała podjąć pracę. Ojciec załatwił jej robotę w banku. Miała dużo mniej wolnego czasu niż przedtem. Andrzej obraził się na nią i nie obdarowywał już tak szczodrze. W końcu postawił ultimatum- Kamila miała spędzić z nim wigilię, albo nigdy się już nie spotkają. To byłoby okropne. Ale gdyby jej schorowany ojciec miał spędzić święta sam, to pewnie by umarł ze smutku i żalu. Tego dnia miała dać odpowiedź Andrzejowi. Wszystko wydawało jej się takie gówniane.
- Oto cała kwota. Życzę wesołych i spokojnych Świąt.

Jak wspaniale! Mariola cieszyła się świąteczną atmosferą jak nigdy. W oczekiwaniu na wywołanie jej numerka podziwiał białe lampki, którymi przystrojono świetliki w suficie banku. Jutro rano pojedzie z mężem na targowisko i kupią takie same. To będą cudowne święta, pierwsze, jakie spędzą razem. W styczniu będzie ich pierwsza rocznica, a za parę dni przełamią się opłatkiem jako mąż i żona. Na Wigilii pojawią się ich rodzice, jej siostra i jego bracia. Będą podziwiać ich nowe mieszkanie i gratulować, że tak wspaniale ułożyło im się życie. Mariola złapała męża za rękę i posłała mu zalotnego całusa. Ten w zamyśleniu tego nie zauważył. Patrzył gdzieś w bok, przygryzając wargę. Pewnie myślami był jeszcze w swojej pracy. Odpowiedzialny, taki mąż, jakiego życzyła jej mama. Przytuliła się do niego, zerkając w stronę białych lampek. Brakowało tylko dzidziusia.

Jak, do kurwy nędzy, miał jej o tym powiedzieć? Mariusz przygryzał w zdenerwowaniu wargę. Aby uniknąć wzroku żony gapił się w bok, na kolesia w głupim przebraniu renifera, rozdającego bankowe ulotki. Jak powiedzieć żonie, że testy wyszły pozytywnie? Wstać podczas wigilijnej wieczerzy, przy rodzinie, i poważnym tonem oznajmić: Pamiętacie jak byłem w zeszłego lata na delegacji w Bułgarii? Tak, to stamtąd przywiozłem tobie to dobre wino, kochanie. I nie tylko wino. Zostało mi parę lat życia, droga żono, tobie pewnie niewiele więcej. Sugerowałbym przełożyć plany macierzyńskie, na kiedy indziej. Ha, ha. Nie mamo, nie sądzę, aby to było uleczalne. Nie drogi braciszku, pewnie nie załapałeś tego pijąc piwo z mojego kufla. Moi drodzy, pragnę wam powiedzieć, że umrę w sposób głupi , bolesny i niegodny i Bóg jeden wie kogo zabiorę ze sobą. Tak to by wyglądało. Jednak musi ich o tym powiadomić i prawdopodobnie zrobi to właśnie w Wigilię. Nie zniesie tej ich radości i wesołego śpiewania kolęd. Nie zniesie widoku żony rozpakowującej prezenty, bo zamiast niej będzie widział tylko szkielet szamoczący się z wstążkami. A co jeżeli skaleczy się przy oprawianiu pieńka choinki i spryska wszystko swoją krwią? Ha, ha, dobrze, że kupili czerwone bombki i szpic. Ha, ha, ha. Miał ochotę zwymiotować na tego renifera.

Ciepło i bezpiecznie. Jak w łonie matki. Adam, rozdając ulotki, uśmiechał się szeroko. Chociaż i tak nikt tego nie wiedział, bo brązowy strój zakrywał go całkowicie, łącznie z twarzą. Nosił głowę renifera. Dużą, nieporęczną i ciężką, bo w głupi sposób wykonaną na formie z cienkiej blachy. Ale i tak mu się podobało. A z matką miał same miłe wspomnienia. Święta też dobrze wspominał, a przynajmniej od czasu, gdy wyprowadził się od nich ojciec. Ojca nienawidził. Ciekawe, co na to psychologowie. Jak skonfrontowali by wspomnienia z jego dzieciństwa, z planami jakie miał na te święta. Wigilia tylko w towarzystwie Piotra, wspólne śpiewanie kolęd, łamanie się opłatkiem, a potem seks przy kominku. Lubił facetów i było mu z tym dobrze. Szczególnie, że niewielu o tym wiedziało. Czuł się całkiem bezpiecznie. Miał czułego partnera oraz prostą i fajną pracę. Było mu dobrze. Lubił strój renifera, tak samo jak strój wielkanocnego zająca i blond perukę, którą dostał od Piotra. Posłał niewidzialnego, ale ognistego całusa przystojnemu, nowemu ochroniarzowi, stojącemu w drugim końcu hollu, przy wejściowych drzwiach.

Pięć tysięcy za przyjęcie dla tego nastoletniego głupka to zdecydowanie za dużo. Nie powinienem tu narażać życia dla chłopca, który nawet nie rozumie, czemu nie powinien obchodzić Bożego Narodzenia. I jeszcze w tej czapce. Co to za popapraniec wymyślił? Ariel, odszedł od drzwi i usiadł za tekturową choinką. Był oto niezgodne z regulaminem, ale nawet o tym nie wiedział. Zerknął na zegarek. Za pięć minut zamykali. Wskazówka sekundnika minęła dwunastkę, spojrzał na drzwi. Akurat w tym momencie obróciły się, wpuszczając do środka trzech świętych Mikołajów, pustymi czerwonymi workami na plecach. Jeden trzymał glauberyt, pozostali dwaj walthery P99.

Pani Kazimiera nie rozumiała tego całego zamieszania. Kiedy padły pierwsze strzały, myślała, że to petardy. Jakieś wygłupy Dopiero, gdy wylądowała na zimnej kaflach, pchnięta przez uzbrojonego Mikołaja, zrozumiała, że to napad. Skuliła się przy plastykowych krzesełkach i zaczęła tłumić narastający w niej atak kaszlu.

Kamili wydawało się, że ogląda jakiś film. Nie docierało do niej, że to wszystko, może dziać się naprawdę. Nagle usłyszała krótką serię z pistoletu maszynowego. Wokół posypały się plastykowe i szklane odłamki z kamery, zawieszonej nad jej głową. Zobaczyła lekko dymiącą lufę naprzeciw siebie, a między udami poczuła rozlewającą się plamę ciepła. Mikołaj z glauberytem obrócił się i zaczął coś wykrzykiwać do leżących na ziemi klientów banku. Rabusie z pistoletami po chwili pojawili się przy jej stanowisku.
- Wiesz co robić maleńka – usłyszała. Podali jej worek.
Zaczęła ładować do niego gotówkę, z otwartej kasy. Ktoś poza zasięgiem jej wzroku nie mógł powstrzymać uporczywego kasłania.

Mariola leżała przytulona do męża. Cicho łkała.

Mariusz obserwował wszystko zafascynowany.

Adam stał sparaliżowany strachem. Kiedy bandyci kazali wszystkim położyć się na ziemi, nie zrobił tego, z powodu stroju. Gdyby położył się w kostiumie na ziemi nic by nie widział, nie wiedziałby, co się dzieje, byłby całkiem odcięty od świata. Stał tak, dopóki wszyscy się nie położyli. Mikołajowie nie zwrócili na niego uwagi. Po chwili dopiero dotarło do niego, że musieli go wziąć za wielką pluszową zabawkę. Nie wiedzieli, że w jej środku tkwi człowiek. Gdyby teraz się poruszył, najpewniej rozpruliby go pociskami. Stał więc nieruchomo. Modlił się, aby mógł tak trwać niezauważony do końca napadu. Ile może trwać napad? Trzy minuty? Pięć? Wtedy zaczęły mu się trząść nogi.

Ariel obserwował wszystko nieznacznie wychylając zza tekturowej choinki. Mieć wszystko pod kontrolą, mieć wszystko pod kontrolą – tłukło mu się pod czapką mikołajka. W spoconej dłoni trzymał Tetetkę. Jak mógł się wkręcić w coś takiego?

Pani Kazimiera zanosiła się kaszlem. Na posadzce pojawiały się coraz większe krople krwi. Mikołaj z glauberytem stał nad nią i wrzeszczał, przeklinał, rozkazywał, aby się zamknęła. Ona jednak nie mogła. Nawet, kiedy poczuła na skroni lufę pistoletu maszynowego.

Kamila oddała jednemu z Mikołajów worek z plikami banknotów. Kątem oka próbowała dostrzec, na kogo krzyczy Mikołaj z pistoletem maszynowym. Jego wspólnicy również patrzyli w tę stronę.

Mariola miała zamknięte oczy. Słyszała tylko wrzaski i straszny, okropny kaszel. Wtedy wyczuła, że jej mąż porusza się, jakby chciał wstać. Zaczęła się modlić.

Mariusz wstał. Żaden z rabusiów nie patrzył w jego stronę. Wszyscy zajęci byli kaszlącą starowinką. Ten z glauberytem pastwił się nad nią, kopał czubkiem buta i szturchał lufą pistoletu. Pozostali dwaj, wyraźnie zdenerwowani, krzyczeli na niego, żeby przestał. Chcieli już wynosić się z banku. Mariusz podszedł powoli do jednego z rabusiów. Szybko objął ramieniem jego szyję i założył duszenie. Zaskoczony Mikołaj wypuścił z rąk pistolet i torbę z łupem.

Adam widział wszystko dokładnie. Mężczyzna, który zaatakował jednego ze złodziei stał pomiędzy nim a pozostałymi Mikołajami. Wielki, nieruchomy bankowy renifer znajdował się na linii strzału rabusiów. Stal i dygotał. Do momentu, kiedy nie spostrzegł, ze ten, który wypuścił z rąk pistolet, zrobił to celowo. Ręką, której nie mógł zobaczyć facet zgrywający bohatera, Mikołaj sięgnął po coś małego i ciężkiego, przypiętego do paska. Adam pojął, że to granat i przestał się trząść. Popuścił.

Wszystko się pieprzy, pomyślał Ariel. Tetetka w jego rękach był gotowa do działania. On sam nie bardzo.

Rozległ się strzał.
Potem kolejne dwa.
Następnie seria z pistoletu maszynowego.
W ciszy, która zaległa po wystrzałach, upadek granatu na posadzkę rozbrzmiał donośnie, niczym dzwon.

Zanim zaczęli strzelać do ludzi, zanim rozległa się eksplozja, ktoś zaatakował jednego z bandytów. Jego pistolet upadł, uderzając w twarz kaszlącą i zaplutą krwią panią Kazimierę. Zaatakowany Mikołaj zagroził, że jeżeli nie zostanie puszczony wolno to wszystkich wysadzi w powietrze. Pani Kazimiera wstrzymała oddech.

Tuż przed pierwszym strzałem Kamila postanowiła nacisnąć dzwonek alarmu. Wtedy spostrzegła, że jej nieznaczny ruch dłonią został zauważony przez ochroniarza w czapce Mikołaja. Mikołaj celował w nią ze swojego pistoletu. Wiedział, że strzeli, nie rozumiał tylko, czemu do niej. Jej ostatnia myśl zanim padł strzał, pobiegła ku jej ojcu. Ktoś krzyczał.

Mariola przestała się modlić i krzyknęła.

Mariusz usłyszał krzyk kobiety. Tuż przed pierwszym strzałem. Wtedy zrozumiał, że to koniec. Zrozumiał też, że jedyne, czego mu naprawdę żal, to tych wszystkich lat spokoju i dostatku, których pozbawił swoją żonę. Napiął mięśnie i skręcił bandycie kark.

Adam widział wszystko dokładnie. Najlepiej ze wszystkich. Ochroniarz, zapewne oszalały ze strachu wycelował do kasjerki. Zanim strzelił, leżąca na podłodze staruszka chwyciła pistolet, który na nią upadł i strzelił do Mikołaja z glauberytem. Trafiła go w białą brodę. Tył jego głowy rozerwał się, krwią bluznęło aż na zawieszone pod sufitem białe światełka. Wtedy ochroniarz strzelił do kasjerki. Chybił dwukrotnie, pociski rykoszetowały od metalowych okuć blatu i trafiły w Mikołaja z waltherem, przebiły go, następnie weszły w ciało Mikołaja z granatem, a wychodząc z niego utkwiły w korpusie faceta zgrywającego bohatera. Wszyscy trzej Mikołajowie wraz z bohaterem osunęli się jednocześnie na ziemię. Mikołaj z glauberytem zacisnął jednak palec na spuście i padając skosił jeszcze dwie tekturowe choinki i stojącego za jedną z nich ochroniarza. Ochroniarz oberwał w ramię, korpus i udo, a siła obalająca pocisków rzuciła nim na obrotowe drzwi. Wszystko nagle ucichło. Było tak cicho, że odgłos toczącego się po posadzce odbezpieczonego w ostatniej chwili granatu był aż nadto wyraźny.

To cholernie niesprawiedliwe i podłe, pomyślał Ariel. To niesprawiedliwe, żebym umierał tuż przed Bożym Narodzeniem, z powodu bar Micwy mojego syna, który i tak wolałby śpiewać kolędy niż czytać haftarę. Ariel umierał zły. Cieszyło go tylko to, że chłopaki jednak wzięli na akcję granat. Miał już nadzieję, że zginą wszyscy w tym cholernym banku, kiedy zobaczył coś przedziwnego. Podobny aniołowi chłopiec o długich blond włosach i umalowanych na czerwono ustach rzucił się przed siebie, nakrywając granat wielką głową renifera. Wybuch wcale nie był taki wspaniały.

marcholt

Opublikowano

Krzesła - plastikowe będzie dobrze. plastykowe to do plastyka należą :)
Kamili wydawało się, a potem usłyszał... chyba usłyszała :)
Znów plastykowe odłamki...

Tera merytoryka :)

Marchołt, a nie jest to trochę za długie jak na konkurs? Dobrze, że akurat mam czasu od groma i mogłem spokojnie przeczytać.

Fajna jazda z tą narracją. Jestem pod wielkim wrażeniem. Tylko pewnie Ci się oberwie za ten wątek żydowski, jak mnie razu pewnego. Chcesz powiedzieć, że taki Ariel wśród nas żyje i synowi barmicwe odstawia w Polsce? No chyba, że to nie Polska, ale imiona jakieś znajome :) A może już tak poza konkursem pokusisz się o "Noc na ziemi" - ludzie z różnych stron świata itp, tylko ten napad cholerka...

Poza tym, kawał świetnego opowiadania, nie ma co!

Opublikowano

hmm, widzę asher zajął się błędami, to porozmawiamy sobie o treści... (choć korektor by jeszcze co nieco znalazł :))

pomysł świetny,
przedstawianie kolejnych postaci baardzo dobre,
napad na bank, hmmm, przegięcie? nie chodzi mi o sam napad ile o jego opis, po cóż tak szczegółowo? Szczególnie o to zdanie mnie drażni:

"Chybił dwukrotnie, pociski rykoszetowały od metalowych okuć blatu i trafiły w Mikołaja z waltherem, przebiły go, następnie weszły w ciało Mikołaja z granatem, a wychodząc z niego utkwiły w korpusie faceta zgrywającego bohatera." - jakbyś opowiadał o majestatycznym locie sowy między drzewami, a nie sekundowym locie wystrzelonego naboju. To spowolnienie jest celowe? I jeśli już, to służy czemu?

to tyle :) pozdrawiam

Opublikowano

A mnie sie ten opis podoba. To tak jakbym oglądał replay z meczu. Można dokładnie prześledzić lot piłki, zachowanie poszczególnych zawodników i każdy najdrobniejszy szczegół.
Zreszta analiza zachowania każdej postaci też jest dosyc drobiazgowa.
Na razie jeszcze nie wystawiam oceny. Najpierw wydrukuję sobie wszystkie prace, a potem zacznę dokładną analizę. Obiecuję, że będę ostry i całkowicie nieobiektywny :-)

Opublikowano

replay z meczu?
no tak... czy to opowiadanie adresowane jest tylko do specyficznej grupy ludzi, jaką stanowią mężczyźni? a reszta świata, np ja?! dobrze, że się domyśliłam (prawie sama :)) co to ta tetetka!

Leszku, owszem, postacie są opisywane szczegółowo. Ale ten lot też musiał taki być? A jakiego koloru była posadzka na której leżeli zakładnicy? Już taki opis w szczegóły bym wolała. No i wtedy i lot mógłby być, ale też to zwolnienie jakieś...., już od czasu rzucenia granatu mamy zwolnienie akcji, po cóż jeszcze? niemal ją cofamy.

ale to moje zdanie, każdy ma własne :)

Opublikowano

Właświe mam tylko jedno zastrzeżenie, brak zaskoczenia, chyba przez tytuł. Od samego początku przypominało to film akcji, przedstawienie bohaterów i punkt kulminacyjny-to poprostu musiał być napad ! Przez całe opowiadanie obstawiałam kto wypali: "to jest napad!", Renifer czy może pani Kazimiera:) Na koniec zdołałes mnie jedenak zaskoczyć.

Opublikowano

Panie i panowie.
W kwestii napadu, zwolnienia akcji (riplej), tetetek, przesady, i wątku zydowskiego wypowiadam się co następuje:
opowiadanie posiada motto, myśl przewodnią, czy jak to tam zwać.
I to motto, proszę państwa, to nie w kij dmuchał, to nie w kij pierdział, tylko pocoś ono tam stoi.
Ale proszę wypowiadać się dalej, wszelkie interpretacje są słuszne.
(czemu jednak nikt nie wypowiedział się w kwestiach odkupienia win oraz maski?), a ja przysłchuję się z wielką uwagą. I jestem wdzieczny, za każdą wypwiedź.
Co do błędów - plastykowy - bo tak mi łord poprawił. usłaszał to oczywiście literówka.
A posadzka w banku była beżowa. Tylko zapomniałem napisać.

hohohooo!

Opublikowano

Bardzo dobre opowiadanie, od początku do końca trzyma w napięciu. Na tak niewielkiej powierzchni udało ci się stworzyć bohaterów, z którymi można się zżyć, polubic ich i którzy cię jeszcze na koniec zaskoczą. Tylko nie jestem pewna, czy głowa renifera (nawet blaszana) może zatrzymać wybuch granatu?

Opublikowano

Acha, Marchołt, byłbym zapomniał. Najbardziej mnie wziął fragment z HIV-em. Majstersztyk :) Mam pytanie, czy Ty naprawdę uważasz, że wszyscy ten film widzieli i im się podobał? Ja widziałem i pamiętam, że za ch... mi nie podszedł, więc motywu przewodniego nie chwytam. Że niby tam napad i tu tyż?

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

jak zacząłem czytać, wyglądało to całkiem normalnie i już myślałem, że obędzie się bez elementów charakterystycznych dla Twoich opowiadań. oczywiście jednak później musiała wyskoczyć jakaś makabryczna scena:) ogólnie nie przepadam za strzelaninami, ale ta scena strzelaniny w końcówce niby naturalnie krwawa, ale w interesujący sposób.
oczywiście technicznie tekst bardzo dobry, bardzo dobry.

pozdrawiam
MZ

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

nie no motto to chyba w opowiadaniu - jeżeli w "filmie" był jakiś morał to ja idę nakryć granat głową renifera :DD
poza tym co to za pistolet był, że po rykoszecie jeszcze przez dwóch typków przeleciał

pozdr

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • -  Nawet kilofy nam nie pomogą, padniemy z głodu lub pożarci przez mrówki, nim się przekopiemy przez ten gruNawetz. Jesteśmy tu pogrzebani - rzucił w beznadziei Seweryn i przystawił czoło do lodowatej skały - potrzebuję czegoś na migrenę…    Jegor opierał się o ścianę i przesuwał palec wzdłuż ostrza pałasza, całe stępione, lepiej poszukać nowego. Dzięki rozsianym zewsząd trupom mieli pokaźny zapas prochu, ale nie wystarczający by wysadzić nowe przejście. Mieli też tylko dwóch strzelców, cała reszta kopalni została wyrżnięta w pień.    - Jest jeszcze jeden sposób by się stąd wydostać - rzucił lakonicznie Halyjczyk.   - Jaki? Mówże na Peruna Wielkiego!   - Kopalnia połączona jest z kolonią mrówek. One też muszą jakoś wychodzić na powierzchnię, by szukać pożywienia. Więc jeżeli wejdziemy do ich gniazda, możemy znaleźć inny wylot.   - Po tym pogromie chcesz stawić im czoło tylko we dwójkę?   - A widzisz inne wyjście? - spojrzeli po sobie przenikliwie. Obaj wiedzieli, że to szalony pomysł, ale obaj też wiedzieli, że innych nie rady znaleźć - wiemy już, że boją się ognia i że potrafią jakoś roztopić stal. Ich pancerz jest też nieco za gruby dla szabel, tępią się i szczerbią.   - Więc jaki mamy plan?   - Chodź póki co do głównej jamy, poszukajmy więcej gorzały… Albo czegoś jeszcze mocniejszego.   - Mam nadzieję, że starczy dla mnie na ból głowy.   Niegdysiejsza kopalnia zamieniła się teraz w pełnowymiarową nekropolię, porozszarpywane trupy walały się na każdym stopniu spirali. Tu i ówdzie leżała też szczęśliwie ubita mrówka, stosunek jednak strat między stronami, zgubnie przechylał się na stronę ludzką. Przetrwańcy wymienili swoje stępione ostrza, zebrali też zapas prochu. Za pazuchami znaleźli jeszcze dwie dorodne butelki z gorzałką. Jegor rozdarł również jeden z carskich mundurów, płaty tkaniny owinął wokół dogasającego łuczywa. Prawie każdy strażnik miał schowane w kieszeni krzesiwo, więc przetrwańcy zabrali dla siebie po sztuce.    - Mam jeszcze jedno zadanie dla naszych starych kling, wpadłem na pewien pomysł - rzekł w trakcie szperania Jegor.   Podeszli do trupa jednej z mrówek, było to jedno z najlepiej zachowanych ciał. Jegor nakazał przycupnąć Sewerynowi przy insekcie. Nagle ataman wzniósł szablę ponad głowę, Seweryn już łapał za rękojeść pałasza, chciał dobyć go z pochwy i sparować jak najprędzej nadchodzący cios. Klinga Seweryna zatańczyła w powietrzu, na nic jednak nie natrafiła. Jegor całkowicie minął ostrzem kapitana i maltretował tępą szablą ciało mrówki, dopóki nie urżnął jej łba. Lepki płyn trysnął z powstałej rany, ochlapał łańcuch, który spętywał Seweryna z Jegorem. Stalowe ogniwa topniały i kruszyły się przy szarpnięciu. Seweryn poczuł swobodę.   - Teraz moja kolej - rzucił Jegor, prowadząc Seweryna do następnej mrówki.   Cały proces powtórzył się, tyle że to Seweryn tym razem był oprawcą. Tępy pałasz bardziej rozdzierał, niż ciął pancerz mróki, ale szkoda było marnować na ten brutalny proceder świerzych ostrzy. Obaj mężczyźni stanęli teraz przed sobą w pełni swoich sił, w pełni własnej swobody i uzbrojeni po zęby. Lustrowali się oczami pełnymi uznania. Jeszcze rankiem rzucali się sobie do gardeł, teraz mogliby zrobić to samo, z lepszym, szybszym i śmiertelnym skutkiem.   Zeszli na dno jamy, roztrzaskane skrzynie złota leżały tam nieruszone. Zwrócili się do skrzydła, w którym zaczął się pogrom. Ciała Sepentrionów, którzy tam legli zniknęły, na podłodze zostało tylko kilka krwawych smug. Szeroka szczelina ziała na poznaczonej bruzdami ścianie. Jegor nawilżył łuczywo alkoholem i skrzesał ognia. Obaj ocalali przestąpili na drugą, nieznaną stronę podziemi, stopa po stopie.   Następne kroki stawiali z ostrożnością. Nawet Jegor wykazywał zachowawczość, z surowością kopalni zdążył już się oswoić, lecz wąskie tunele za roztrzaskaną ścianą były dla niego czymś zupełnie odmiennym. Bezkresna ciemność rozlewała się gdzie wzrok sięgnął, a mrok przecinały tylko nikłe płomienie dwóch łuczyw. Przewieszone przez barki arkebuzy klekotały, obijając się o ściskające podróżnych skały. Szable dygotały w pochwach w rytm ruchu bioder. Dłonie w rękawicach prześlizgiwały się po chropowatych nierównościach, pomagając utrzymać równowagę na pochyłej powierzchni. Echo oddechów mieszało się z basem tupotu baczmagów.   Odsunęli dłonie od ścian i spostrzegli jak ich palce owija cienka, lepka substancja. Ta sama, która bryzgała z otworów gębowych mrówek, tyle, że rozcieńczona i nieszkodliwa. Tak samo i podeszwy butów lepiły się miejscami do podłogi, a delikatne mlaskanie zaczęło podążać za echem tupania. Ciche i odległe tykanie dało się usłyszeć przy postojach. Minęli po drodze kilka rozgałęzień, lecz starali się nie zbaczać i trzymać głównego, najszerszego korytarza.   Wyszli do całkiem szerokiej jamy, w jednym z jej kątów spoczywał sporych rozmiarów głaz, albo półka skalna, trudno było ocenić w ciemnościach. Przemierzyli salę wzdłuż krawędzi. Nagle Seweryn spostrzegł osobliwy biały proszek walający się na ziemi. Pochylił się, by go zbadać. Jegor wkrótce zdał sobie sprawę z braku kroków podążającego dotychczas za nim towarzysza. Odwrócił się z wilgotnym od potu czołem. Doznał ulgi, gdy zobaczył kapitana żywego. Wkrótce biały proszek przykuł i jego uwagę.    - Wiem już chyba z czym się mierzymy - mruknął ataman cicho pod nosem.   - Tak? Czym więc jest ten proszek?    - To mączka kostna. Jesteśmy w mrowisku lodowych grabarzy.   - Co takiego?    - To gigantyczne mrówki, które potrafią obgryźć człowieka do gołego szkieletu, ale to im nie wystarcza. Żuwaczkami mielą również i kości, taka mączka znacząco wzmacnia ich pancerz. Tuż nad nami jest… To znaczy był obóz pełen ludzi, nic dziwnego, że urosły do takiej liczebności.   - Perunie chroń nas…   - Słusznie. Musimy być obecnie w jednej z ich spiżarni, a to znaczy, że jesteśmy coraz bliżej ich leża.   Zapadła chwilowa cisza, jednak cisza ta była złudna. Dotarło do nich, że już od jakiegoś czasu podczas ich rozmowy, do ich uszu dobiegał narastający szmer. Lekką wibrację podłoża dało się już odczuć pod podeszwami. Jegor i Seweryn wyciągali płonące łuczywa we wszystkie strony, by tylko dostrzec zagrożenie. W końcu dojrzeli blady błysk gładkiego pancerza owadów.   Zwrócili się w przeciwnym kierunku, przebiegli parę kroków, lecz mrówki wyłoniły się i z tej strony. Miarowym krokiem wycofywali się pod ścianę, nie mieli dokąd pójść. Seweryn z desperacji spojrzał w górę, zachłysnął się nagle powietrzem, nadzieja wypełniła ponownie jego członki.    - Półka skalna! Wspinaj się!   I chyżym susem wciągnął się w górę, podał w mig rękę Jegorowi. Byli wyżej, ale wciąż w kącie bez wyjścia. Machali łuczywami, mrówki cofały się parę kroków, ale wkrótce nadrabiały, gdy ogień zwracał się w inną stronę.    - Wznieś pochodnię! - niespodziewanie rozkazał Jegor - Niech podejdą!    - Oszalałeś!?    - Wznieś mówię!   Seweryn wahał się z początku, lecz po srogim spojrzeniu towarzysza, usłuchał. Ogień jarzył mu się ponad głową. Jegor z początku uczynił to samo, lecz wkrótce sięgnął do kieszeni pod kożuchem. W ręku błysnęła butelka gorzały. Przycisnął szyjkę do warg i napełnił usta po brzegi. Wtedy opuścił łuczywo przed siebie i bryznął z gęby alkoholową chmurą prosto w ogień. Fala gorąca rozlała się na potwory, znów rozległo się żałosne kwilenie, a cokolwiek przetrwało, pierzchło z powrotem w głąb jaskiń.    - To twój kolejny szalony plan, który uratował mi skórę, ale mówże mi na przyszłość, co chcesz zrobić - wycharczał Seweryn w przypływie adrenaliny - gdybym nie usłuchał, obaj byśmy zginęli. Ale przynajmniej jesteśmy teraz bezpieczni.   - Nie przesadzałbym, zostało mi tylko półtorej butelki na takie sztuczki.   - W takim razie lepiej ruszajmy, wolałbym zostać z nadmiarem gorzały, ale być na powierzchni.   - Czekaj chwilę, widzisz tamten kokon na ścianie? Chciałbym go obaczyć, będę miał alkohol w gotowości.   Seweryn nie spostrzegł wcześniej osobliwego kokonu, zastanawiał się, czemu tak paskudna rzecz mogłaby interesować Jegora. Podchodzili miarowymi krokami do uwitego z mrówczej wydzieliny bąbla, a im bliżej byli, tym Sewerynowi coraz częściej się zdawało, iż pod jego powierzchnią dostrzec można drobne drgania. Przystanęli z dwóch różnych stron. Jegor z gorzałą i łuczywem w rękach, Seweryn z obnażoną szablą. Lechita wbijał delikatnie sztych między włókna, sunął ostrzem w dół, aż gdy szczelina była wystarczająco duża, grawitacja zrobiła swoje. Z kokonu wypadł wprost na ziemię jakiś duży obiekt. Po chwilowej konsternacji, okazało się, iż jest to człowiek! Spowity w sepentrioński mundur wartownik kopalni!    - Nie na taki łup z kokonów liczyłem… - oznajmił nonszalancko Jegor.   - Spójrz! Jeszcze dycha - ryknął Pilecki.   - Mrówki zostawiły świeże mięso na później.   - Pomóż mi go obrócić na plecy, dajmy mu dobrze złapać powietrza i postawmy go na nogi.   - Będzie dla nas zbędnym obciążeniem, lepiej go zostawić.   - Im większa grupa, tym łatwiej będzie nam przetrwać. No dalej, pomóż mi. My cię rannego na stepie nie porzuciliśmy.   Jegor się przemógł, zrobili tak, jak ustalił Seweryn. Oparli na nieprzytomnego strażnika o ścianę. Klepnęli go po parę razy po policzkach, by nieco przywrócić mu kontakt ze światem. Strażnik mruknął parę razy i uniósł leniwie powieki. Rozglądał się chwilę, nie rozumiał zbytnio co się dzieje, dopiero co był na warcie, ktoś otworzył szczelinę i ostatnie co pamięta to dźwięk szurania i płynący mu przed oczyma sufit.    - Zostałeś porwany i uratowany, teraz musimy się stąd jak najprędzej wynieść - wyjaśniał Sepentrionowi Jegor, postanowił zachować szczegóły masakry w kopalni dla siebie.   - Pułkownik pewno mnie zleje za obijanie się, długo tu siedziałem?   - Zbyt długo, rusz zad!   - Chwila, ale wy jesteście więźniami. Jakim prawem mi rozkazujecie?   - I jesteśmy uzbrojeni, więc wstawaj jeśliś oleju we łbie nie utracił.   Nowy towarzysz coś pomamrotał pod nosem, lecz wkrótce ruszyli dalej w głąb jaskiń. Ku ich niezadowoleniu, poziom groty schodził pochyło w dół. Szli powolnym krokiem, zważając na każdy szmer. Powietrze zrobiło się nadwyraz duszne, ale czy to przez strach, czy wszechobecny śluz mrówek, żaden nie chciał przed sobą przyznać. Uratowany Sepentrion począł z wolna odzyskiwać równowagę, coraz pewniej stawiał kroki. Umysł otrzeźwiał mu się coraz bardziej z każdym pokonanym metrem.    - Jak cię zwą? - zaczepił strażnika Seweryn.   - Arkadij.   - Słuchaj Arkadij, mam nadzieję, że pojmujesz w jakiej sytuacji się znajdujemy?   - Nie pamiętam zbyt wiele.   - Jesteśmy w jądrze niebezpieczeństwa, musisz odpuścić swoje dawne nawyki i słuchać nas, jeśli chcesz przeżyć.   - Mam się bratać z Lechitą? Za żadne klejnoty Cara. Czuję wasze zimne lufy na karku, tylko dlatego z wami podążam. Poczekajcie tylko, aż dotrą do nas posiłki, doigracie się za pojmanie sepentriońskiego sołdata.   - Odpuść, to nie ma sensu - wtrącił Jegor, nagle wytrzeszczył oczy i zawołał do towarzyszy - stop!   Tuż przed nimi zionęła niezgłębiona otchłań, szeroka wyrwa w ziemi, która niemal pochłonęła ich podczas marszu. Chyląc łuczywa nad przepaścią, nie sposób było dostrzec jej dna, dało się jednak zauważyć przeciwległy brzeg, urywający się stromo spadającą ścianą. Jegor poburkiwał niezrozumiale pod nosem i rzekł wkrótce do reszty.   - Powinniśmy dać radę to przeskoczyć. Ja pójdę na pierwszy ogień, skaczę z was najlepiej i pomogę wam utrzymać się na drugiej stronie. Drugi niech skoczy Arkadij, jeszcze trochę kuśtyka i trzeba go asekurować - podszedł blisko Seweryna i szeptem rzekł mu do ucha - i pilnuj go, by nie zwiał.   Po tych słowach Jegor przeciął powietrze i bez problemu znalazł się na przeciwległym brzegu urwiska. Obrócił się na pięcie, kazał Arkadijowi szykować się do skoku. Sepentrion zrobił drobny i niezgrany rozbieg, mięśnie jego nóg jeszcze się na dobre nie rozbudziły, tor jego lotu zataczał ostry łuk w dół. Przed oczyma mignął mu tylko bury bohomaz skał, zderzył się ciałem ze ścianą, lecz w tej samej chwili Jegor chwycił jego miotające się swobodnie w powietrzu ręce. Wciągał oszołomionego Sepentriona, nagle, gdy ciało Arkadija znajdowało się już niemal w całości na stałym podłożu, spory kawał skały ukruszył się pod ciężarem dwóch mężczyzn. Jegor uskoczył przez zawalającą się ziemię, ciało Arkadija znów wisiało. Ataman skupił w sobie całe siły i jednym szerokim ruchem przyciągnął strażnika do siebie, tym razem bez przeszkód.   Seweryn stanął przy krawędzi, jego skok nabrał dodatkowych trudności. Trasa znacząco się wydłużyła przez skruszenie się skały. Kapitan kręcił głową w beznadziei, mógł się tylko cofnąć i poszukać innej drogi, w samotności.    - Nie dam rady przeskoczyć, szczelina zrobiła się zbyt szeroka - krzyknął do Jegora.   - Musisz, nie mamy innego wyjścia.   - My?   - Bądź co bądź, potrzebujemy się wzajem. To jak, zaufasz mi?   - Nie mam innego wyboru.   Gdy to mówił, cofnął się o parę kroków, zrobił tak mocny rozpęd, jak tylko mógł. Powietrze gładziło go po skurze, gdy szybował tuż nad przepaścią, nie czuł kompletnie żadnej materii pod podeszwami baczmagów. Dłoń trzymał otwartą, wysoko w górze, strach tym razem nie zamalował mu twarzy. Z gruchotem zbił się ze ścianą, czuł mocny ścisk na przedramieniu, on także zacisnął na czymś równie mocno dłoń. Linię podłoża miał przy piersi, skulonymi nogami odpierał się od skalnej ściany, jedną ręką podciągał się o krawędź przepaści, za drugą wciągany był przez Jegora.   Stanął na równe nogi, obaj mężczyźni byli zdyszani. Między nimi na podłożu, plątał się wracający do przytomności Arkadij. Jego również postawili w pionie. Szli ramię w ramię, Halyjczyk i Lechita. Sepentrion chwiał się przed nimi.   Wkrótce wkroczyli do nietypowej groty, której ściany mieniły się pod ogniem łuczywa niczym gwiazdozbiory. Ten widok z miejsca oczarował by kogoś z wrażliwą artystyczną duszą, ba nawet może i zainspirował do spisania ambitnego poematu. Lecz nie to grało w duszy obecnych tam ocaleńców, to byli zahartowani żołnierze, skupieni jedynie na przetrwaniu obecnej sytuacji. Beznamiętnie maszerowali pod gwieździstym sufitem, nie zważając na obecne tam piękno nawet na krótką chwilę.    Wtem powróciło tykanie, ale tym razem różniło się ono, było wyraźnie cięższe. Byli teraz w dość wąskim korytarzu, łatwiej byłoby się im obronić ogniem, niż w otwartej grocie. Czekali więc na impakt w najwęższym odcinku.   I wtedy z gęstej ciemności ponownie wyłonił się rój, ale Jegor odczuwał dużo większe zagrożenie. Czuł to, ale nie mógł jeszcze świadomie pojąć, z czym się musi zmierzyć. Umysł Halyjczyka rozjaśnił się w końcu, gdy przez korytarz śmignęło kilka mrówek obok siebie, a jedna większa od drugiej.    - To żołnierze! - wydusił z siebie ataman.   Chwycił za pełną butelkę alkoholu i bryznął zawartość hen przed siebie, rzucił pochodnię. Ogień buchnął niemal pod sufit, lecz tym razem kwilenie usłyszeć było można sporadycznie. Wielkie mrówki kroczyły przed siebie niepowstrzymane.   Zdawało się już, że to koniec, że tym razem trzeba niechybnie salwować się ucieczką. Mrówki przestępywały przez pląsające płomienie i były coraz bliżej. Jegor próbował się już wycofać, ale nagle na przód wyskoczył Seweryn. Wyciągnął spod kożucha zgrabioną prochownicę i cisnął ją prosto w ogień. Grzmot podobny do gniewu Peruna odbijał się między ścianami. Mrówczy łeb roztrzaskał się na drobne kawałki, gdy styknął się z eksplozją prochu.   Jegor wrócił na front korytarza, razem z Sewerynem rzucali następne wory pełne prochu, mieli ich niemały zapas z głównej jamy kopalni. Rzucono chyba z sześć prochownic, mrówcze ciała latały w strzępach po jaskini, obryzgując twarze ocaleńców rozgrzaną w ogniu krwią. Reszta roju ponownie się wycofała w głąb. Byli ocaleni.   Obaj mężczyźni dyszeli teraz przeraźliwie, ich zapasy kurczyły się z każdym starciem. Jegor ruszył już do przodu, Seweryn łapał jeszcze chwilę powietrze, a Arkadij stał cały ten czas osłupiały ze strachu. Halyjczyk zajrzał w głąb korytarza, przystawił ucho do ściany. Nie widział nic, ani nie słyszał żadnych nadchodzących kroków. Odwrócił się do towarzysza, lecz nagle bach! Coś przyćmiło mu widok, runęło na niego z sufitu, a on wierzgał się teraz na podłodze. Jeszcze jeden żołnierz ostał się, gdy próbował ominąć płomienie. Jego żuwaczki bezlitośnie próbowały zgnieść czaszkę Jegora, lecz ataman w ostatniej chwili zdążył je złapać w dłonie. Całą siłę skupił teraz w ramionach, ale ścisk żuwaczek był niewyobrażalnie mocny. Mimo wszelkich prób rozszerzenia uścisku, te zwężały się coraz bardziej. Mięśnie ramion Jegora bolały, jakby były rozrywane na strzępy. Jego kończyny wiotczały, siła go opuszczała. Nagły trzask, Jegor zwolnił ramiona i zapadła ciemność.   Otworzył oczy, wciąż leżał na ziemi. Na nim zwiotczałe truchło mrówczego żołnierza, zrzucił je z siebie. Odsłaniając sobie widok, dotarło do niego, że nad nim stoi Seweryn ze wzniesioną lufą arkebuza, jeszcze dymiła od świeżego wystrzału. Seweryn opuścił broń i wyciągnął rękę do Jegora, tamten stanął na nogi.   Niespodzianie do tej dwójki dołączył Arkadij, jego wzrok zmienił się nieco, nie przepełniała go już aż tak pogarda.    - Muszę jednak przyznać, że mości panowie uratowali mi już niejednokrotnie życie. To… jak panowie nieugięcie walczą… Proszę odpocząć, pójdę na zwiad.   Arkadij oddalił się, a Seweryn z Jegorem przycupnęli na ziemi, musieli nieco ochłonąć.   - Czemu tym razem nie działał na nie ogień? - pytał Seweryn otrzeźwiony już po akcji.   - To żołnierze, mają znacznie grubszy pancerz, do tego jeszcze nie mają gruczołów kwasowych. Robotnice używają łatwopalnego kwasu, by zmiękczać skały i drążyć w nich tunele. Przy okazji, gdy nie mogą znaleźć pożywienia, wchłaniają w ten sposób minerały. Ten kwas nie potrafi jednak trawić złota.   - Złota? A co ma złoto do tego?   - Spójrz wokół siebie, na tę grotę. Wszędzie w skale rozproszone są pyłki złota, mrówki zlepiają w samorodki i wydalają całkowicie oczyszczone. O spójrz tam w kąt! - i Jegor wskazał kilka drobnych, błyszczących kulek leżących pod ścianą.   - To znaczy, że jeśli wybilibyśmy całą kolonię, pozbawilibyśmy Sepentrionów wydajnego źródła złóż dla tej kopalni? I nie mieliby jak finansować wojny!   - Dokładnie tak.   Seweryn powstał, przestępował z nogi na nogę. Drapał się po głowie, wyglądał, jakby dostał kolejnego ataku migreny, nic jednak bardziej złudnego. Stanął nagle sztywno przed Jegorem, wziął głęboki wdech i rzekł stanowczo.    - Jesteśmy już głęboko w mrowisku, może głębiej niż powinniśmy być. Zmierzyliśmy się już kilkukrotnie z zagrożeniem, o niemało przepłaciliśmy to życiem. Mam jednak prośbę. Zejdźmy jeszcze głębiej i wyplewmy te cholerstwa do gołej ziemi. Potrzebuję twojej pomocy, sam nie dam rady. Złożę do wojewody wniosek o twoje ułaskawienie jeśli się na to zgodzisz.   - Daruj sobie swoje łaski, jeszcze nie jedno narozrabiam na stepach. Jeśli chcesz wybić całą kolonię, najłatwiej będzie uderzyć w królową. Bez matki, wszystkie mrówki pomrą w najwyżej tydzień.   - Czyli zgadzasz się?    - I tak chciałem zabrać stąd kilka samorodków, a przy gnieździe królowej jest coś znacznie cenniejszego. Wchodzę w to.   - Nie marnujmy w takim razie czasu.   - Tylko Arkadij nie może się o tym dowiedzieć, może wciąż być lojalny wobec cara i z pewnością przeszkodzi nam, jeśli coś wypaplamy.   - Racja, ale chyba wiem jak wywieźć go w pole.   I zmierzali w głąb gniazda, a na karkach czuli narastające napięcie. Wkrótce napotkali wracającego z patrolu Sepentriońskiego towarzysza, złączyli się na powrót w jedną grupę i nie zatrzymywali się już więcej. Pomniejsze korytarze przecinały się coraz częściej, główny korytarz przekształcał się w coraz szerszą jamę. W końcu jama przekształciła się w główną salę, z której wybiegały odnogi tak liczne, że przetrwańcy zapomnieli, z której przybyli. Jedno z przejść było znacznie większe od pozostałych, kończyło się ono skrajną pochyłością, oblepioną w całości śluzem o osobliwej woni. To właśnie tą drogą postanowili ruszyć dalej wojownicy. Zbliżyli się doń i spojrzeli po sobie. To był czas ostatecznych wyjaśnień.    - Arkadiju - zaczął Seweryn - nie chcieliśmy ci mącić w głowie, lecz nadeszła pora ci coś wyjaśnić. Gdy kopalnia została opanowana przez mrówki, niemal wszyscy zginęli podczas szturmu. Wszyscy poza nami dwoma. Chcemy pomścić naszych poległych pobratymców, a tam w dole znajduje się właśnie źródło całego zamieszania. Czy zechcesz nam towarzyszyć?   - Wszyscy? - głos zadrżał Arkadijowi - nie, nie mogę z wami tam pójść. To nie moja walka, to czyste szaleństwo. Ledwo sobie daliśmy radę podczas przeprawy, a tam ma być coś gorszego? Mogę dla was jednak zostać na czatach. Będę pilnował tyłów, jednak jeśli nie wrócicie do mnie w kwadrans, odejdę stąd bez was.   - Niech i tak będzie - rzekł beznamiętnie Jegor - czas nagli, pora ruszać.   Zjechali na podeszwach po stromiźnie. Zjeżdżalnia miała dobre kilkanaście metrów. Dotarli do dna, a ich oczom otwierało się leże królowej kolonii. Sama monarchini zdawała się być w uśpieniu, lecz zbudziła się, wyczuwając nadciągające, obce zagrożenie.    - Bogowie, to coś jest wielkie jak żubr! - wydukał z siebie Seweryn.   Bestia powstała na swych sześciu odnóżach. Wielka królowa poczęła szarżować w kierunku kapitana i atamana, obaj mężczyźni dobyli szabel. Seweryn uskoczył w trymiga na bok, Jegor stanął teraz naprzeciw wielkiej mrówki, mierząc ostrzem prosto w łeb. W ostatniej chwili wymachu, królowa zakleszczyła jednak klingę Halyjczyka między żuwaczki. Ataman siłował się, by wyciągnąć szablę z potrzasku. Czuł jak żyły pulsowały mu w ramionach, gdy napinał mięśnie do kresu swej wytrzymałości, magma lała się mu przez tętnice.   W tym czasie Seweryn podbiegł od boku i niestępioną jeszcze szablą odciął jedną z nóg mrówki. Ta zaryczała z bólu i rozstrzaskała ostrze Jegora. Na ten ryk wezbrało się rozległe szmeranie, tykanie patyków o kamienną podłogę. Halyjczyk nie dał się zdezorientować nagłym obrotem sytuacji, królowa wychynęła łeb w jego stronę i kłapnęła żuwaczkami, niczym dwie iskrzące o siebie kosy, tamten jednak uskoczył w prawo. Do sali ześlizgnął się nagle Arkadij.    - Nadciągają! - krzyczał wypluwając płuca - Nadciągają! Pomocy!   Sepentrion był w panice, jego twarz była jak z najgorszego malowidła. Wbiegł wprost przed rozwścieczoną monarchinię mrówek, ta znów kłapnęła żuwaczkami, a Arkadij został przecięty na pół w pasie. Krew bryznęła jak z rozbitego jajka, twarz Sepentriona zamarła, nie wydał z siebie nawet jęku bólu. Jego dwie połówki padły na ziemię poszerzając taflę szkarłatnego bajora.   Tuż za Arkadijem zbiegło się kilku mrówczych żołnierzy. Jegor odwrócił się gwałtownie. Wypalił do jednego z potworów z arkebuza, z trzema następnymi musiał zmierzyć się ostrzem pękniętym.   Seweryn rzucił się natomiast na ziemię i przeturlał pod tułowiem królowej. Wstając z kolan, zamachnął się i odrąbał czystym cięciem drugą środkową nogę. Królowa nie mogła już utrzymać własnego ciężaru i padła z hukiem na ziemię, unieruchomiona. Kapitan nie marnował czasu, gdy tylko zauważył, że Jegor ma kłopoty, ustrzelił żołnierza z arkebuza i skoczył na pomoc.   Zostało jeszcze dwóch mrówczych żołnierzy. Jegor nie mógł się za żadne skarby przebić złamaną szablą przez ich pancerz. Wtem jednak Seweryn wpadł na jednego ze stworów z uzyskanym w biegu impetem. Żołnierz wywrócił się plecami do ziemi, a Seweryn wbił sztych szabli prosto w miękki brzuch.   Została ostatnia mrówka, która szarżowała wprost na Jegora. Ataman odpędzał się resztkami klingi, lecz roztrzaskane ostrze za żadne skarby nie potrafiło choćby zarysować pancerz owada. W końcu jednak Jegor postanowił wetknąć między żywaczki potwora palące się łuczywo. Mrówka chwilę próbowała przegryźć drewniany trzonek, lecz w tym czasie Jegor odbiegł na kilka metrów, Seweryn widząc co się dzieje, rzucił wprost w ogień swoją ostatnią prochownicę. Mały worek prochu przefrunął po sali, zatoczył w powietrzu łuk i niechybnie zbliżał się do źródła żaru. Już jeden jęzor ognia musnął go lekko i nagły błysk oświetlił salę. Nastąpił huk, a łeb żołnierza rozwarł się na dwie połówki.   Zagrożenie zostało zażegnane, lecz w kącie sali kwiliła jeszcze ranna królowa. Dwaj mężczyźni podeszli do niej i gdy ta rozwarła żuwaczki w przypływie bólu, wojownicy wbili w jej gardło swe szable po sam jelec. Stwór szybko znieruchomiał i ucichł.   Kroczyli obok siebie na koniec sali. Ściana, brak wyjścia. Seweryn chciał się wycofać na rampę, lecz Jegor nie zatrzymywał się. Coś małego i białego wiło się po kątach. Jegor uniósł to przed swą twarz, było wielkości jego przedramienia i nieustsnnie się poruszało.   - To larwy mrówek? - pytał Seweryn.   - Nie inaczej.   Jegor wzniósł oburącz lawrę ponad głowę i niespodziewanie ścisnął ją w dłoniach. Przezroczysty sok wypływał z miękkiego, pomiętego ciałka, a Jegor spijał każdą kapiącą kroplę.   - Co ty wyprawiasz!? Te larwy karmione były ciałami górników, obok których pracowałeś!   - Taka jest natura, ich materia wróciła do obiego, a ja chcę znów tę energię zapożyczyć. Czy wiesz ile takie larwy muszą w sobie trzymać składników odżywczych, by wyrosnąć na takie bydle, jak tamte? Jestem wykończony po całym dniu walki, a to działa jak niezwykły otrzeźwiacz.   Jegor przetarł nadgarstkiem wyrastające spod jego nosa, wilgotne krucze pióra, kilka kropel larwiego napoju spływało mu jeszcze z warg na zarośniętą brodę. Wyciągnął zza pazuchy pustą butelkę po gorzale, podszedł do następnych larw i wycisnął jeszcze dwie. Butla była napełniona po sam korek przezroczysto zielonkawym płynem.    - A to na później. Chcesz trochę?   - To poniżej jakichkolwiek norm!   - Hah - Jegor zaśmiał się pod nosem - nie umoralniaj mnie. Właśnie wyrżnąłeś całą kolonię mrówek na swoje widzimisię. Ja po prostu też chcę coś z tego mieć. Niejeden szlachcic z zachodnich stepów zapłaci mi fortunę z choćby naparstek tego napoju.   - Robiłem co musiałem dla swej ojczyzny, by na tych ziemiach mógł panować spokój i porządek. Ty z kolei nie kierujesz się absolutnie żadnymi zasadami poza własnym dobrobytem.   - Porządek? Zasady? Czy nie widzisz do czego one prowadzą? Tam ponad nami, wznosi się obóz ciemiężców, czy takiego porządku szukasz? Rygoru?   - Istnieje jednak umiar. Nie wszystko musi być sprowadzane do ekstremów.   Dudniący szmer przerwał im niespodziewanie rozmowę, nie byli pewni skąd dobiegał. Czy po drugiej stronie ściany była jeszcze jedna komnata? Czy coś nadbiegało z rampy?    - Mniejsza z kłótniami - uciął Jegor - coś nadchodzi i powinniśmy się stąd jak najszybciej ulotnić.   Ruszyli wspinać się po rampie. Lepka powierzchnia pomagała się im utrzymać w miejscu, lecz wzrastał w nich niepokój. Nie mieli już prawie żadnych zapasów, a szmer stawał się coraz bardziej donośny i rozległy. Gdy byli już u szczytu, od razu rzucili się do biegu. Kręcili się po korytarzach, raz w prawo raz w lewo, raz ciaśniej, raz szerzej, ale nigdy wstecz, gdyż szmer nie odstępował ich na krok. Znaleźli się nagle w ślepej uliczce, desperacko rozglądali się i macali ściany w poszukiwaniu szczelin. Seweryn spojrzał w górę. Na końcu korytarza znajdował się szyb prowadzący pionowo w górę.   Jegor pierwszy zaczął się wspinać. W szybie było jak w kominie, jego pierś i plecy nieustannie stykały się ze skałami. Trudno było zgiąć kolano, czasem wisiał w powietrzu, tylko dzięki sile swych ramion. Byli prawie u szczytu, jasność blado przebijała się przez sufit, lecz nagle Jegor spostrzegł, iż wyjście zapieczętowane jest lodową czapą.   - Wyjście zamarzło na kość! - Jegor rzucił informację w dół.    - Kuj sufit szablą! - krzyczał Seweryn - Szybko, są już tuż, tuż!   - Nie mam, królowa mi ją roztrzaskała.   - Dam ci swoją, czekaj!   Seweryn oparł się stopami i zadem, by nie runąć w kominie. Ciężko było wyprostować u szczytu ramiona w łokciach, a co dopiero wyciągnąć sztywną szablę z równie sztywnej pochwy. Szło to mozolnie, Pilecki co rusz musiał zmieniać ustawienie ramion, a płaz szabli niebezpiecznie prześlizgiwał mu się. Najpierw po piersi, a później po karku. Pałasz w końcu był wyciągnięty, lecz trzeba było go jeszcze podać i obrócić sztychem do góry, nie dźgając przy tym towarzysza, ani siebie. Kapitan wyprostował rękę najmocniej jak mógł, trzymał szablę za płaz, aż Jegor wreszcie złapał.    Sztych i głownia obijały się o ściany pionowego szybu. Jegor próbował obrócić pałasz raz trochę wyżej, raz trochę niżej, ale nie mógł znaleźć dość szerokiego miejsca. W końcu chwycił za sztych rękawicą, okazało się, że miejsca starczy, ale tylko tuż przy obojczykach Jegora. Ostrze niemal ocierało się o gardło Halyjczyka, a gdy już pionowo je prostował, zaciął nawet lekko skórę. Teraz jednak nie zważał na stróżkę krwi, rył z całych sił sztychem w lodzie.   Drobne promienie przedzierały się już przez czapę, szczelina nad głowami powiększała się, była już na tyle duża, by pomieścić Jegora, a więc i Seweryn się zmieści. Ataman wystawił rękę ponad jaskinię, rzucił w śnieg szablę i kurczowo złapał się krawędzi szczeliny. Podciągnął się, był na powierzchni. Podał rękę towarzyszowi, postawił go obok siebie. Rozświetlona jama ukazywała gnające za nimi chmary mrówek. Jegor chwycił szablę i wraz z Sewerynem pierzchli hen za horyzont.   Biegli chyba z dwa kwadranse, nie oglądali się, w końcu jednak i halyjski hart ducha się wyczerpał i Jegor przystanął, odwrócił się do zostawionych przez nich na śniegu śladów. Nie widział nic, prócz okalających ich drzew.    - Chyba je zgubiliśmy, jesteśmy bezpieczni - mówił zdyszany ataman, próbował złapać oddech.   - A co teraz? Sam w obozie mówiłeś, że jesteśmy na pustkowiu.   - Nie zostało nam nic innego, niż iść na zachód, aż do skutku. Chyba, że chcesz tu siąść, zamarznąć i umrzeć z godnością.   - Nie, godnie by było walczyć do końca.   - Też tak sądzę - Jegor rozpiął najwyższy guzik kożucha i wyciągnął coś zza pazuchy - obiecałem ci chyba zostawić coś na ból głowy. Masz, zostało jeszcze pół butelki gorzały.   - Ha! Przydałoby się czymś rozgrzać - Seweryn pociągnął łyk z gwinta.   I ruszyli wkrótcę ku zachodowi, torując baczmagami śnieg, wprost do chylącego się za horyzont różawego Słońca.
    • @violetta   Violetta …ale z Ciebie koleżanka…:( potrzebuję Ciebie a Ty sobie śpisz…:( nie wiem jak można spać :( w taką noc;) 
    • @tie-break No, sporo ostatnio chodzę po moim mieście. Albo jeżdżę bez celu autobusami. I też tak czuję, że się we mnie zapisało.  Dzięki!
    • @hollow manZnakomite :) Jak śpiewał Niemen - "mam tak samo jak ty". Miasto jest mną, a ja jestem miastem. To jeden z moich ulubionych tematów na wiersze, w których miasto to nie tylko przestrzeń życiowa, czy też wygodna metafora do wszelkich człowieczych przypadków, ale coś dojmująco ludzkiego w swojej strukturze, funkcjach, dynamice, różnorodności zachodzących w nim procesów. Miejska tkanka odtwarza to, co dzieje się w naszych głowach.
    • @violetta   gdzie jesteś Violetta?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...