Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'miłosć' .
-
Poniższe opowiadanie jest wizją przewidywanej przyszłości i tak należy je rozumieć. Ewentualne podobieństwa z postaciami rzeczywistymi są przypadkowe. *************************************************************************************************************************************************************************** Otworzyłam kopertę, wyjęłam list i czytam: Pani Agnieszko kochana, to straszne, że siedzi Pani w więzieniu. Ale jest coś jeszcze straszniejszego. Rozmawiałam wczoraj z Pani mężem na klatce schodowej i usłyszałam od niego straszne rzeczy. Mówił, że Pani jest głupią kozą, że jest jakiś straszny kryzys w waszym małżeństwie, że Pani na niego krzyczy, że on Pani nie kocha, tylko głupieje na Pani punkcie. A przecież zawsze byliście taką wspaniałą parą. Pani Agnieszko, zróbcie coś, żeby ratować wasze małżeństwo. Wasza zawsze wam dobrze życząca sąsiadka Krystyna Jaworska - A to ci dopiero łobuz i chuligan z tego mojego męża! - pomyślałam. - Żeby tak straszyć starszą panią, która zawsze dobrze życzyła naszemu małżeństwu. - Do wyjścia na spacerniak było jeszcze 20 minut. Mi w tym tygodniu zostało chyba jeszcze trochę minut telefonowania, bo w ciągu jednego tygodnia więźniarka może telefonować 15 minut. Ruszyłam więc żwawym krokiem do telefonu dla więźniarek, który znajduje się na korytarzu oddziału. Podeszłam do dyżurującej przy aparacie funkcjonariuszki i zapytałam: - Mogę zadzwonić? Funkcjonariuszka coś sprawdziła i odpowiedziała mi: - Oczywiście. Masz jeszcze pięć minut w tym tygodniu. Podeszłam do aparatu i wykręciłam numer do pani Krysi, który znam na pamięć. - Krystyna Jaworska.- usłyszałam w słuchawce. - Pani Krysiu, tu Agnieszka Zawadzka, pani sąsiadka z klatki schodowej. Dzwonię z zakładu karnego. - Pani Agnieszko, z panią wszystko w porządku? - usłyszałam przestraszony głos pani Krysi. - W jak najlepszym porządku. Przede wszystkim niech pani się przestanie obawiać o moje małżeństwo. Marek jest najlepszym mężem na świecie! Jeżeli mówi, że jestem głupią kozą albo, że głupieje na moim punkcie, to znaczy tylko, że jest we mnie po uszy zakochany i głupieje z tego powodu. - Oj, no to jestem uspokojona, że mąż panią ciągle kocha. Ale martwi mnie oczywiście, że jest pani w więzieniu… - Proszę się o to też w ogóle nie martwić. W więzieniu jestem, bo sobie na to zasłużyłam. W końcu kierowanie samochodem w stanie nietrzeźwości to coś bardzo złego. I bardzo się cieszę, że nikogo nie przejechałam, bo wtedy to by był naprawdę powód do zmartwień. - Oj, pani Agnieszko, ale pani przecież była zawsze taką dobrą dziewczyną. Nie mogli pani potraktować łagodniej. Dać tę karę w zawieszeniu…. - Pani Krysiu, ja wiem, że „więzienie” to brzmi strasznie. Ale proszę się naprawdę nie martwić. Niech pani się koniecznie, ale to koniecznie umówi z moim mężem, żebyście tu razem przyjechali na widzenie. Bardzo serdecznie zapraszam panią! Pozna pani przemiłe dziewczyny ze Służby Więziennej, które mnie tu pilnują. Przekona się pani do naszego polskiego więziennictwa. A pan sędzia, który mnie skazywał, to bardzo zacny i mądry człowiek. Ja to czułam od razu, kiedy wypowiedział pierwsze słowa na mojej rozprawie. Ja coś takiego czuję. Jako dziennikarka mam wprawę w ocenianiu ludzi. - Oj, pani Agnieszko... - westchnęła moja sąsiadka. - Pani Krysiu, muszę już kończyć. Takie więzienne zasady. Pa, buziaczki i do zobaczenia tu, w zakładzie karnym. Pa-a. Po zakończeniu rozmowy z sąsiadką trzeba się było już szykować na spacerniak. Udałam się więc na miejsce zbiórki, gdzie powoli zbierały się już inne dziewczyny i czekały na wyjście na zewnątrz. O wyznaczonej porze pojawiła się jedna z funkcjonariuszek i sprowadziła nas na parter, a następnie, po zmianie obuwia, wyszłyśmy na zewnątrz i zaczęłyśmy kręcić nasze rundy. Kiedy tak chodziłyśmy w kółko, rozważałam co napisać Markowi w liście. Żeby mu dać jasno do zrozumienia, co sądzę o straszeniu zacnej, starszej pani, która zawsze dobrze życzyła naszemu małżeństwu, a jednocześnie nie gnoić go w jakiś bezmyślny sposób. Kiedy tak o tym myślałam, odezwałam się w pewnym momencie do Agaty, która szła obok mnie: - Wiesz co? Ten mój mąż-głuptas, postraszył naszą sąsiadkę z klatki, że w naszym małżeństwie jest jakiś straszliwy kryzys, a on mnie nie kocha. Tak przewrotnie dobrał słowa, że pani Krysia, nasza bardzo życzliwa sąsiadka, się mocno przestraszyła o los naszego małżeństwa. Na szczęście jej wszystko wyjaśniłam w rozmowie telefonicznej. - No twój Marek to jest naprawdę mocno stuknięty. Ja też pamiętam to jego zachowanie na widzeniu, kiedy ci wykopał drewniaki spod stóp, a potem opowiadał, że chce wywołać kontrolowany kryzys waszym małżeństwie… To chyba jakiś ewenement na skalę światową w historii więziennictwa, żeby mąż, którego żonę zamknięto w kryminale, uznał to za coś romantycznego i się tym tak ekscytował. - Oj, od kiedy się tu znalazłam, zaczął naprawdę mocno wariować na moim punkcie. W każdym razie to straszenie naszej sąsiadki pani Krysi, że w naszym małżeństwie rzekomo źle się dzieje, to już było naprawdę przegięcie. Teraz będzie musiał ten chuligan przywieźć tutaj, do mnie, na najbliższe widzenie panią Krysię, a ja ją wtedy ostatecznie przekonam, że ze mną oraz z naszym małżeństwem jest wszystko w jak najlepszym porządku. A razem z Markiem i panią Krysią, to chyba powinna znowu przyjechać moja mama. Nie, żeby mój tata był mniej ważny. Ale on to całkiem dobrze zrozumiał, że ze mną się tu nic złego nie dzieje. A moja mama, skoro ją mój pobyt tutaj tak martwi, to niech przyjeżdża i niech zobaczy, że mogłabym tu być nawet znacznie dłużej i nic złego by mi się nie stało. - To trochę tak, jak u mnie. - odpowiedziała Agata. - Najbardziej się martwi o mnie moja mama, że tu jestem, ale, paradoksalnie, ona do mnie najmniej przyjeżdża. Natomiast mój tata, który w ogóle nie jest zmartwiony moim pobytem tutaj, ciągle mnie odwiedza. Trochę tak, jakby jako sędzia czuł się odpowiedzialny za wykonanie kary, którą jego córka odbywa. Zapewne dogląda, czy mnie tu wystarczająco surowo traktują. - Agata uśmiechnęła się delikatnie, jak panna z dobrego domu, mówiąca z lekką ironią o swoim ojcu, ale mimo to czująca do niego respekt. Kiedy tak chodziłyśmy w kółko po spacerniaku, nie zauważyłyśmy nawet, jak nadzorującą nas funkcjonariuszkę zastąpił Marcin. Aż wreszcie usłyszałyśmy jego głos: - Dziewczyny, kończymy spacer, wracamy na oddział. Wszystkie więźniarki od razu udały się do wyjścia z więziennego podwórka. Kiedy już znalazłyśmy się na oddziale, znowu odezwał się Marcin: - Wszystkie dziewczyny do cel. Za pięć minut zamykamy cele. A zaraz potem odezwał się do Agaty: - Uprasza się pannę Leszczyńską o udanie się do swojej celi, która za pięć minut będzie zamknięta. Agacie takie wyróżnienie się nie spodobało. - Marcin, mógłbyś przestać z tym „ę,ą”. Jesteśmy tu w zakładzie karnym. - odpowiedziała z lekką irytacją. - Agato, ty nawet nie wiesz, jak wielkim zaszczytem jest dla mnie wykonywanie kary takiej wielkiej damy, jak ty. -Nawet, gdybym była wielką damą, to tu, w zakładzie karnym, jestem więźniarką, albo osadzoną, albo skazaną. - odparowała Agata. - I tak właśnie przemawia wielka dama.- z lekko zalotnym zabarwieniem odparł Marcin. - Wiesz co...W takim razie mów do mnie lepiej per „głupia kozo”. - odpowiedziała Agata zdenerwowanym, ale jednak opanowanym głosem i z obrażoną miną odmaszerowała do swojej celi, klekocząc przy tym więziennymi drewniakami. Ja też udałam się do mojej celi, gdzie razem z Kasią zostałam wkrótce zamknięta. Marcin sobie od czasu do czasu pozwalał na takie złośliwości wobec Agaty, zdając sobie doskonale z tego sprawę, że ona tego nie lubi. Ale jakoś nie mógł się powstrzymać… To, że Agata jest córką sędziego, jej skromny i prawy charakter, czyli na przykład to, że nie odwołała się od dosyć surowego dla niej wyroku, jej wyjątkowo delikatna uroda, nazwisko kojarzące się z rodem jednego z osiemnastowiecznych królów polskich, no i że taka dziewczyna jest tutaj, pod jego władzą i nosi ubiór więzienny – to wszystko w jakiś sposób najwyraźniej zawróciło Marcinowi w głowie. Jakkolwiek Marcin, jako funkcjonariusz Służby Więziennej, był świadom, że są w takiej sytuacji pewne granice, to nie umiał całkiem zapanować nad swoimi odruchami i stąd takie sytuacje. Jak na to wszystko patrzała Agata, trudno mi było w tym momencie ocenić. Agata była zbyt skryta, żeby ujawnić wszystkie swoje uczucia. Musiałam to dopiero stopniowo wysondować. Bo w kierunku wyswatania Marcina już od dłuższego czasu były prowadzone intensywne, konspiracyjne przygotowania – zarówno wśród więźniarek, jak i funkcjonariuszek. Ja, w każdym razie, musiałam się zająć na tamten moment zdyscyplinowaniem mojego męża-głuptasa za pomocą listu. I napisałam do niego tak: Marek, ty chuliganie jeden! Marek, ty łobuzie jeden! To, że mi zrobiłeś obciach na widzeniu i w ten sposób także naruszyłeś powagę instytucji, jaką jest zakład karny, to ci mogę jeszcze wybaczyć. Ale to, że przez przewrotny dobór słów nastraszyłeś zacną, starszą panią, która jako nasza sąsiadka zawsze dobrze życzyła naszemu małżeństwu, zawsze nam pomagała, tego ci tak łatwo nie przebaczę. Pójdziesz do pani Krysi tak szybko, jak tylko możesz i się umówisz z naszą sąsiadką na wspólny przyjazd do mnie, do zakładu karnego. Ja wtedy pani Krysi pokażę, że zarówno ze mną, jak i z naszym małżeństwem jest wszystko w jak najlepszym porządku. A ty, chuliganie jeden, dowiesz się wtedy coś o konsekwencjach twojego postępowania. Kiedy wyjdę na przepustkę, wtedy poznasz dalsze skutki twojego chuligańskiego wybryku. Przed ołtarzem ślubowałam ci wierność, co oznacza dla mnie między innymi, że odpowiadam za twoje wychowanie. Przebywając tu, w zakładzie karnym, ciągle się uczę tego, jak pozytywny wpływ na życie człowieka mogą mieć kary. I dlatego ja też muszę obmyślić dla ciebie katalog kar, zarówno tych za twoje dotychczasowe przewinienia, jak i za przewinienia, które jeszcze możesz popełnić. Ale, żeby nie było całkiem tak negatywnie: Marzena Lipińska, funkcjonariuszka, która nadzorowała nasze widzenie w ogrodzie więziennym wtedy, kiedy najbardziej narozrabiałeś, bardzo pozytywnie się wyraziła o tobie. Powiedziała, że też chciałaby mieć takiego męża, jak ty. Który by tak bardzo szalał z jej powodu. Marzena, chociaż jest w moim wieku, ciągle jeszcze jest panną. Poznałam ją na tyle dobrze, żeby móc powiedzieć, że jest ona funkcjonariuszką Służby Więziennej z krwi i kości i dlatego nie chciałaby mieć zbyt „łatwego” męża, ale raczej takiego, który by wymagał z jej strony strony wysiłku wychowawczego, na którym by mogła potrenować sztukę penitencjarną. To bardzo ambitna dziewczyna. Skończyła prawo, magisterkę napisała z prawa karnego wykonawczego. Dokładnego tytułu jej pracy magisterskiej nie pamiętam, ale chodzi tam o związki prawa karnego wykonawczego z prawem naturalnym. Może ją kiedyś poznasz. Fajnie by było. Na razie, muszę już kończyć twoja Agnieszka List mi się udało dać oddziałowej może pięć minut po jego napisaniu, ale wiedziałam, że i tak wyjdzie dopiero następnego dnia. *** Jest piątek. Dla niektórych koniec tygodnia, chociaż ja tego obecnie, w związku z przerwą semestralną, tak nie odczuwam. W ostatnią sobotę byłem u Agi w zakładzie karnym. Natomiast dzisiaj przyszła do mnie, do mieszkania pani Krysia Jaworska. Opowiedziała mi, że rozmawiała z moją żoną i dowiedziała się, że w naszym małżeństwie wcale nie jest źle, a jest wręcz bardzo dobrze. Ja na to odparłem, że w zasadzie, to ja nic innego nie mówiłem. Skoro mówiłem, że głupieję na jej punkcie, no to znaczy przecież, że jestem w niej zakochany po uszy albo wręcz po czubek głowy. A że powiedziałem, że jej nie kocham? No cóż… Słowo „kochać” we współczesnej praktyce językowej jest zbyt słabe, zbyt wytarte, więc się zdystansowałem od tego pojęcia. Skoro jako „kochanie” określa się na przykład także uprawianie seksu, to ja miałem prawo uznać to słowo za zbyt wieloznaczne. W końcu ja z Agnieszką nie miałem seksu od kiedy ona jest za kratami, a jest to już spory szmat czasu. Ale czy to znaczy, że między nami nie ma więzi uczuciowej?? Jeszcze czego… Zawładnęła ona teraz moją wyobraźnią, jak nigdy dotąd. Przez praktykowaną za kratami skromność, a wręcz siermiężność stała się dla mnie pewnym ascetycznym ideałem i robi na mnie tym większe wrażenie, im bardziej na skutek więziennych restrykcji jest dla mnie niedostępna. W porównaniu z tym, co jest teraz, to normalne mieszkanie razem i regularne pożycie małżeńskie mogą się wręcz wydawać czymś nudnym. Panią Krysię najwyraźniej te moje wywody przekonały, skoro na końcu powiedziała: - To bardzo dobrze, że Pan tak kocha żonę, kiedy jest ona w więzieniu. Bo ja to już poznałam parę małżeństw, gdzie mąż porzucił żonę, kiedy ta trafiła za kraty. - Proszę się nie martwić, pani Krysiu. - odpowiedziałem. - Teraz, kiedy Aga jest w zakładzie karnym, mam na nią taką ochotę, jak nigdy dotąd. Ustaliliśmy, że do Agnieszki pojedziemy w sobotę przyszłego tygodnia. Pani Krysia obiecała, że sobie zarezerwuje ten dzień i tak się rozstaliśmy. W nocy z piątku na sobotę miałem znowu sen z moją żoną w roli głównej. Aga szła ulicą z pełnymi torbami zakupowymi. Włosy miała związane w warkocz przerzucony przez ramię. Miała na sobie białą bluzkę, niebieskie dżinsy, a na bosych stopach…więzienne białe drewniaki, tyle, że...z czarnymi literami ZK, a więc te, które używa wewnątrz więziennego budynku. Kiedy ją taką spotkałem na ulicy, wziąłem od niej torby zakupowe i razem poszliśmy do nas do domu. Tam weszliśmy na piętro, do naszego mieszkania. Ja tam zostawiłem torby zakupowe oraz odprowadziłem Agnieszkę z powrotem na dół. Przed domen czekał na nią już samochód Służby Więziennej. Daliśmy sobie całusy na pożegnanie, ona do tego samochodu wsiadła, no i odjechali z moją żoną. Tak się zakończył mój kolejny dzień bez żony w domu. Dzień, których miało być jeszcze wiele...Natomiast wciąż jeszcze nie wiedziałem, jak Aga zareaguje na mój ostatni wybryk w stosunku do pani Krysi.
-
Stali dokładnie po drugiej stronie ulicy, w świetle dobrze już rozżażonej, gazowej lampy. Było ich trzech, byli młodzi, widać zdeterminowani lecz niezbyt roztropni by pojawić się w środku nocy na terenie tej dzielnicy. Powinni być mi zupełnie obojętni, jak setki innych przechodniów i pijanych w trok zawalidrogów. Mogli w każdej chwili natrafić na grupę chłopców Alfiego White'a, wracających z jakiegoś nocnego rozboju, włamu lub po prostu solidnie zakrapianej libacji. A to miałoby finał wręcz oczywisty. Poczynając od posiniaczonych oczu i wybitych zębów, przez przetrącone kulasy, po pocięte żyletkami twarze lub wystające rączki noży spod linii żeber. A ja nie lubiłem niepotrzebnego rabanu pod oknem. Rozlewu krwi i zjazdu policji tym bardziej. Szukali mnie i wiedziałem o tym dobrze. A do mnie trafiało się tylko na zaproszenie i to pod warunkiem, że to ja zapraszałem a nie ktoś przychodził sobie wprost z ulicy z czyjegoś polecenia. Dobrze jest być sławnym na całe miasto. Taka sława mi odpowiada. Ludzie mnie znają lecz nigdy mnie nie widzieli. Mogą mnie cytować lecz nie znają mej twarzy. Gazety błagają o wywiad, więc ja ignoruję spotkanie z dziennikarzem i posyłam mu do redakcji list z gotowymi odpowiedziami na pytania. Do swych wydawców i księgarzy, również wysyłam listy. Czasami dla zabawy podpisuję kopertę, że niby w środku jest bomba. A potem widzę wypuszczone tomiki na witrynach. Moje wiersze i manifesty, robią większe spustoszenie niż najpotężniejsza bomba. W umysłach i sercach biednych czytelników. Lubię być zapamiętany. Gdy moje słowo zmusza do reakcji. Lubię niszczyć ład społeczny i spokój. Dla jednych jestem Bogiem, dla innych geniuszem a są i tacy, którzy nazywają mnie szaleńcem i zarazą gorszą niż gangi. Gangi werbują swych członków w kompletnych nizinach i nędzy fabrycznych, zadymionych i trujących od wyziewów przedmieść. Ja werbuję jednostki ułożone, oczytane i bezmiar delikatne i wrażliwe. Bogato urodzone lub wżenione. Z jak najlepszych domów i rodzin. Śmietanki miasta. Opływającej w rzeki szylingów, potoki dojrzewającej whisky czy brandy. Mających solidnie ulokowane korzenie, w najwyższych stanowiskach urzędowych. Czasami denerwuje ich to, że dorobił się ktoś, kogo nawet nie widać. I jeszcze wodzi ich dzieciaki za nos. Policja gdyby mogła to pewnie chętnie by mnie zamknęła. Łamię prawo. Wiele praw. Lecz nie używam do tego broni, narkotyków czy nielegalnego alkoholu a kto słyszał kiedykolwiek by zastosowano prohibicję na poezję? Nawet oni nie są tak ograniczeni. Co innego krytycy i wydawcy. Ich prohibicją jest cenzura. I korzystają z niej bardzo chętnie w stosunku do moich prac. Bo kto lubi się bać? I to jeszcze w tak dalece nieetycznym, zmyślonym świecie z pogranicza snu i jawy. Siedem grzechów głównych za które wydawcy nie udzielają rozgrzeszenia i komunii. Dekadencja, nihilizm, egzystencjalizm, turpizm, oniryzm, nekroerotyzm i spirytualizm. Więc o czym mam pisać? O miłosnych błaznach i ich porcelanowych, narcystycznych laleczkach, które mają otoczkę złotą i pełną przepychu, lecz pod kopułą nic ponad kurz, pył, pajęczyny i denną, głuchą przestrzeń? Ja muszę czuć krew i szaleństwo. Konsumować zgniłe resztki poetyckich ciał i płodzić zdeformowane potwory z delirycznych koszmarów. Oto ja Stwórca i moje pokraczne potomstwo ulicy. A Ci na ulicy widać przyszli do mnie po towar. Nazwijmy ich sobie. Dobry, Zły i Brzydki. Z czego ten ostatni najpewniej miał do mnie rzeczony interes. Zazwyczaj Bóg skąpi im wszystkiego od urody po talent. A też chcieliby coś od życia. Choć spalili się już na jego starcie. Dobry był tym najprzystojniejszym. Wysoki brunet o lśniących, gęstych włosach. Uczesany, zadbany i pachnący. W dość biednym acz schludnym garniturze. W wypastowanych derby. Miał ten specyficzny błysk w oku prawdziwego amanta. On kruszył w dłoniach te puste, porcelanowe laleczki kiedy i jak chciał. I co najważniejsze nie miał wyrzutów sumienia. Zły był tym wiejskim, topornym dzieciakiem, który szukał lepszego zarobku i miejsca do spania w mieście. Najpewniej robił u rzeźnika, na targu rybnym lub ewentualnie jako górnik. Za marne pięć może sześć funtów miesięcznie. Miał wąskie świńskie oczka i tak samo spasioną twarz o dwóch podbródkach. Rude dość krzaczaste wąsy i bliznę na szczęce, zapewne po ciosie lub krawędzi zbitej butelki. Miał około metra osiemdziesiąt a bary jak niedźwiedź. Zapewne bił się w barach amatorsko by dorobić kilka funtów. Miał strasznie steraną koszulę o prostym kroju i wytarte na kolanach spodnie z krzywo zaprasowanym kantem. A Brzydki? Był zaiste najgorszy. Typ zubożałego inteligenta. Niski, wątły, lekko łysiejący już mimo wieku. Rudy, z trądzikiem na twarzy i krzywych zębach. Ale ubrany w dobrej klasy garnitur i buty. Na końcu dewizki spoczywał srebrny zegarek a w dłoni chłopak obracał niedopalone cygaro. Gestykulował i tłumaczył coś pozostałym i co kilka chwil zerkał na fronton mojej kamienicy. Jeśli masz do mnie interes to po prostu tutaj przyjdź szepnąłem pod nosem. I w tej chwili chłopak wyrzucił cygaro na trawę dał znak kolegom i zgodnie ruszyli w kierunku mojej kryjówki. Hunter, jeśliś łaskaw idź do drzwi i przywitaj naszych nocnych, nieproszonych gości. Dla świętego spokoju nie zapomnij o rewolwerze za paskiem. Mój sługa, stary, siwy Metys wstał zza biurka i niechętnie ruszył ciemnym korytarzem do drzwi. Otworzył je i wymienił z chłopakami kilka zdań. Minęła dłuższa chwila zupełnej ciszy, po czym do moich uszu dotarły słowa Huntera Pan Tracy zaprasza Pana do środka … tylko pana. I zaiste Hunter wprowadził Brzydkiego do mojego gabinetu ze słowami. Panie Tracy oto pan Zachary Leigh. Brzydki wyprzedził Huntera i bez ceregieli wypalił. Przyszedłem do Pana bo tylko pan może pomóc mi rozwiązać mój problem panie Tracy. Siedziałem w wysokim fotelu, oparciem w jego kierunku, tak by nie widział mojej twarzy. Spokojnie Panie Leigh. Przychodzi pan do mnie w środku nocy, nie zaproszony i nie wyczekiwany. Z prośbą którą nie wiem czy będę w stanie spełnić. Prośbą wykrzyczaną, bez okazania szacunku i pokory. Ale dziś jest dzień szczególny. Pomogę Panu bo jesteśmy jedną, wielką dekadencką rodziną. Nihilistyczną mafią. Niech Pan przyjmie prezent ode mnie jako od ojca chrzestnego. W czym mogę pomóc? Brzydki upadł na kolana i doczołgał się do oparcia fotela. Błagam o to by napisał pan wiersz miłosny dla mojej ukochanej, oczywiście tak by myślała że ja to uczyniłem. Zaśmiałem się zimno. Oczywiście Panie Leigh to dla mnie drobnostka, powiem więcej nie wezmę od Pana nawet złamanego pensa za taką robótkę, lecz musi Pan mieć świadomość tego, że w wierszu ukochana będzie martwa, trącona gnilnym rozkładem, będzie upiorem, duchem, nękającym Pana zmysły aż do obłędu. Czy tego pan oczekuję? Zniosę wszystko byleby tylko była moja. A więc umowa zawarta. Wziął moją dłoń i ucałował. Dziękuję. Ponad wszystko dziękuję. https://youtu.be/PPskYVBqdNw?si=q8RT2SHVTQTq6d4J
- 4 odpowiedzi
-
2
-
- dekadencja
- dekadentyzm
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Kolejny raz drzwi windy rozwarły się na boki, za nimi ukazał się oświetlony lampami o mlecznym szkle, korytarz klatki schodowej. Całkiem dobrze utrzymanej i zadbanej jak na dzielnicę w której znajdował się ten konkretny wieżowiec. Trochę doniczkowej zieleni, kilka rowerów i jeden wózek dziecięcy na zimnej posadzce kładzionej na wzór dwukolorowej szachownicy. Wąskie a szerokie okienka nie wpuszczające zbyt wiele ożywczego, naturalnego światła. Szyby ich były zakurzone i przymulone od papierosowego dymu, palących na klatce chłopców. Nie było ich stać na picie i zabawę w pobliskim barze. Dlatego oblegali, sklep z alkoholem, który zajmował niewielki budynek naprzeciw wieżowca. Pielgrzymowali tam od wczesnego rana do późnego wieczora. Właścicielka kończyła pracę ledwie godzinę przed północą, Więc mieli aż nazbyt wiele czasu by oddać się ochoczo w alkoholowe odmęty zapomnienia. Choć zawsze jeździłem windą, mimo tego że przerażało mnie to i to nie z powodu lęku o stan techniczny urządzenia czy klaustrofobicznych przestrzeni a po prostu częstej jazdy w towarzystwie wielu osób, których niby znałem jako sąsiadów, ale nigdy nie potrzebowałem spotykać na swej drodze samotnika i wyrzutka. Nie potrafiłem nawiązywać choć przelotnych, pełnych podstawowych grzeczności kontaktów. Kogo to mogło obchodzić jak minął mi dzień, lub dokąd lub skąd idę. Dzień dobry. Żaden dzień mojego życia taki nie jest. Dobranoc. Bezsenna, pełna bolesnych retrospekcji, rozmowy z sennymi koszmarami, które wychodzą z głowy i patrzą na zamęczone ciało, unieruchomione w pościeli. Oczy szeroko zamknięte. Na realne potrzeby. Na znalezienie wyjścia z labiryntu. Staram się zawsze uciec w kąt. Choć w windzie jest to dosłownie niemożliwe. Wszyscy zaszczycają mnie swym wzrokiem. Nie potrafię odpowiedzieć tym samym. Pocę się i duszę wręcz próbując nie odwzajemniać zainteresowania. Lecz gdzie mogę skoncentrować uwagę. Na lustrze? Po to by patrzeć na siebie i nie poznawać się. W domu nie mam luster. Nie mam ochoty patrzeć na postęp choroby i nieodwracalnych skutków alienacji. Ale ludzie chcą widzieć i przyciąga ich to. A ja nie chcę tłumaczyć, dlaczego wybrałem tak jak wybrałem. Przecież nie będę też udawał, że czytam regulamin dźwigu. Ja człowiek z poza kanonu, charakterystyki, regulaminów i zasad społecznych. Zakazy mnie denerwują. Uważam, że nie powinniśmy zakazywać niczego co nie godzi w bezpieczeństwo publiczne i niezależność jednostki. Człowiek żyję po to by żyć a nie wegetować w klatce zakazów i nakazów, wyimaginowanych rządów i bóstw. Dlatego najczęściej po prostu patrzę w czerwone cyfry na panelu. Jak wędrują piętra w górę i w dół. Sinusoida życia. Reakcji i stadiów. Burzy i letargu. Mania stworzenia i lęk destrukcji. Umysłu poety. Czekam na swoje piętro. Wciśnięty w opiekuńczą ciepłotę ciał stada. To nie mój gatunek. Nie moje stado. Gdyby tylko wiedzieli kogo próbują chronić. Gdyby tylko znaleźli się ze mną za drzwiami mego mieszkania. Wtedy czar o dobrym lecz dziwnym sąsiedzie prysł by w jednej chwili. Odkryliby wiersze i pamiętniki. Luźne zapiski. A co najważniejsze, tajemnicę, która jest zbyt straszna. Nawet dla mnie. Na panelu wyświetliła się cyfra pięć. Jeden ze starszych sąsiadów pożegnał się z nami i wysiadł utykając lekko na prawą nogę. Cyfra siedem. dwie młode siostry, wysiadły życząc nam miłego dnia. Zarzuciły plecaki na ramiona i ruszyły pędem ku mieszkaniu spiesząc na spóźniony obiad. Cyfra dziewięć. Sąsiadka w średnim wieku chwyciła siatki z zakupami i szybko opuściła kabinę. Zawsze była wredna, wścibska i niemiła. Zostaliśmy tylko we dwóch. Ja i biedny studenciak z mieszkania naprzeciw. Chodził do szkoły muzycznej i śpiewał. zawsze z gitarą w futerale. Ubrany w znoszone buty, cerowane spodnie i płaszcz w tak tragicznym stanie jak gdyby okradł z niego bezdomnego. Czasami pukał do mnie po jakieś drobne lub kilka kromek chleba. Grał i śpiewał pięknie. Miał talent ale co ważniejsze jego cierpienie miało widać głęboki sens a dusza miała już dość. Pisał własne piosenki. Tylko tak mógł choć na moment usidlić swe demony. Był jedynym godnym, bym kiedyś mógł pokazać mu swoje teksty. Lubiłem go. Kocham inność. Piętro dziesiąte. Ostatnie. Wysiadamy. On z futerałem ja z rękoma w kieszeniach. Nie za dobrze pan dziś wygląda. Ta depresja pana wykończy. Zdobyłem się na lekki uśmiech. Czułbym się lepiej będąc martwy. Wiem, że Ty to rozumiesz. Jego mina mówiła tylko prawdę. Pożegnaliśmy się pomiędzy swoimi mieszkaniami i zakluczyliśmy szybko drzwi po wejściu. Wszedłem przez ciemny przedpokój do salonu i zapaliłem światło. Dobry wieczór kochanie. Jestem już tylko z Tobą i dla Ciebie. Najpierw zaparzę kawę a potem opowiem Ci cały mój dzień. Tylko ona była moim szczęściem i życiem. Jedynym powodem ku temu by nie wyskoczyć oknem wprost na zaparkowane na parkingu auta. Była tylko moja. Łączyło nas wszystko a dzieliła jedynie odległość. Cały salon był w jej fotografiach. Były ich setki a może tysiące. Ściany i sufit były nimi wyklejone szafka i biurko również. Ich stosy były na kanapie i parapecie. Dziesiątki stały w oprawach. Najpiękniejsze z nich były święte. Ozdobione kwiatami i podświetlone świecami. Każdy wiersz powstawał dla niej. Czekałem, zawsze tylko na jej wiadomość. Na jej anielską urodę, głos i ruch. Poprzysiągłem sobie że szybciej oszaleję niż ją stracę. Cóż oszalałem z miłości. Nie, nie miłości. Brzydzę się miłością. Oszalałem z uwielbienia do jedynej kobiety, której nie dane mi będzie nigdy mieć. I tym jest dla mnie dobry wieczór. Bo każda chwila z nią jest jak dzień w raju. Muzyka, poezja, natchnienie i jej fotografia na poduszce. Patrząca na mnie tak jak może patrzeć tylko anioł. https://youtu.be/G23iLGhh9lo?si=HC4mEvAuPSpaDfq4
- 5 odpowiedzi
-
6
-
Jeden po drugim rwę płatki stokrotki. Zdaje mi się, że sama nic nie powiesz. Trzeci po czwartym rwę stokrotki płatki. Zza horyzontu wyjawia się człowiek, Wygląda tak obco jak ja - ujadam. On zaś przemawia moim, ludzkim głosem. Rysuje się w jego słowach obawa. Zakładam opaskę na śpiące oczy. Stokrotki płatki spadają na ziemię Coraz to wolniej, im bliżej do końca. Ta rozjeżdża się w nogach - kuleje, Rozchwiana iskrami mdlejącego słońca. I o wszystkim chce mi się zapominać. Nie jestem pewny czy cię oskarżyłem, (siódmy po ósmym płat stokrotki zrywam), Czy chwilę temu nazwałem cię kurwą. Stanąłem z kwiatem obdartym ze skóry Przed miejscem, które leżało odłogiem. Nic nie znaczy jego sąd ostateczny. Liczyć skończyłem w procesu połowie. Zjednoczył się z nim w swoim obszarpaństwie. Zaczął wtem tłuc w mojej klatce piersiowej. Zapytałem go - jak zabić Goliata? Odrzekł, że nic się nigdy nie wyjaśni.
-
Każdy mój ruch jest poczęty z bezsilności. Na planszy mojego życia, wszystkie pola są śmiercionośnymi pułapkami. Dlatego najlepszym sposobem wydaje się, utonięcie w myślach. Sennym bezruchu, któremu bliźniacze wsparcie okazuję Twoja obojętna i skupiona na błądzeniu po klawiszach fortepianu twarz. Ty nadal grasz. Palcami, kościstych kłamstw. Opuszkami, chłodnych uśmiechów. Knykciami, zdradliwych, porannych pocałunków. A ja ciągle myślę nad kolejnym ruchem. Minutą, godziną, dniem. Gdybym tylko wiedział ile mi pozostało czasu? Ile nam go bezcelowo ubyło? Ile zabrały wieczory, pełne tulenia i szeptów? Ranki chłodne, łaknące rozgrzania w miłosnych uniesieniach. Podróże słów do naszych serc i dusz. Ukrytych za grubymi murami niedostępnego egoizmu. Uwielbienia własnego ja. Ty - trującą lilia. Ja - doskonały narcyz. Mogę tylko patrzeć ukryty za zwartym szykiem swych wojsk. Pionów, co pieśń bitewną wznoszą. Bez wahania, oddają ofiarę z życia. Zabierając w zaświaty, tylu wrogów ile zdołają Gońców rozesłałem. Wrócili z niczym przed moje oblicze. Zapomniałem już. Jestem sam i sam muszę podjąć decyzję. Nie mam sojuszników ani przyjaciół. A wroga tylko w Twej osobie. Konie, rwą murawę pod sobą. Podkutymi kopytami. Ich oczy przekrwione, ślą pioruny z nienawiści złożone, na wrogie szańce. Parskają i rżą niespokojnie, chcąc rwać cwałem ku miłosiernej śmierci lub wiecznej chwale. Kaptury kolczug lśnią, nad ceglanymi blankami wież. Kusze załadowane bełtami z miłosną trucizną, wcelowane w Twe serce. Czekają jedynie na sygnał by rozpętać piekło. Królową, wygnałem na Twój koniec planszy. Po cóż mi szpieg i kłopot w oddziale. Chodzi mi tylko o Ciebie. By Cię pokonać. Zniszczyć i upokorzyć. Przed światem i ludźmi. Osądzić i osadzić w lochu. Gdzie Twój krzyk i szloch, będą wieczną udręką. Za grzechy nasze. Których ja jednak nie żałuję. Spojrzałaś przez ramię na mnie. Nie grasz? Spytałaś zdziwiona. Myślę nad ruchem. Odparłem. Jak chronić króla. A zabić. Najlepiej jednym, dobrym ruchem. Niepotrzebną królową.
-
Wyciągnąłeś do mnie rękę, kiedy tkwiłam poraniona i obolała, zaplątana w zasieki codzienności. Słów i czynów najbliższych mi wrogów, które jak deszcz wystrzelonych pocisków, gruchotały kości, przebijały się przez mięśnie a co najgorsze wrzynały się w tkankę mózgu, zostawiając blizny, które bardzo przypominały ślady po żyletce czy nożyczkach. Cały świat ginął wtedy w majaku omdlenia. W kałuży krwi, rozlanej na świeżo wypranej pościeli. I wtedy Ty. Ten jeden anioł. Zwiastował mi nadzieję. Usiadłeś obok i wziąłeś mnie w ramiona. Mówiłeś głosem wsparcia i miłości. Głaskałeś dłońmi moje rany a one zasklepiały się magicznie. Całowałeś rozognione gorączką policzki, szkliwe oczy, utkwione w martwocie nieosiągalnego dla śmiertelnych punktu. Trzymałeś mą dłoń. Mocno i pewnie. Tak bym już nigdy nie mogła zbłądzić, chciałam żebyś prowadził mnie za rękę już zawsze. Do bezpiecznych przestrzeni Twego świata. Mogłeś ratować tysiące czy miliony innych a Ty wybrałeś mnie. Zawsze myślałam, że powtarzasz w kółko te brednie. Nie liczy się wygląd. Liczy się wnętrze i osobowość. Kiedy w gorące i parne, lipcowe, widne noce, kochałeś się ze mną, porównując w pauzie między westchnieniami me ciało do arkadyjskich łuków, linii i zagłębień. do strzelistych kolumn i sklepień gotyckich katedr Proporcje doskonałe. Ad quadratum, ad triangulum. Szeptałeś pieszcząc mnie ustami. Pełna harmonia spełnienia się piękna. A oczy moje widziałeś jako widne witraże, przedstawiające żywoty nie świętych a grzeszne, lubieżne fetysze, którymi karmiliśmy swe nienasycone zmysły. I wreszcie po miesiącach całych. Uleczyłeś mnie w pełni. Stałam się boginią i aniołem. Tobie oddana i Tobie przeznaczona. Na zawsze. Obiecuję i przysięgam. Lecz zapomnieliśmy w tych miesiącach niebiańskiej miłości, że nie aniołami jesteśmy a ludźmi wątłymi. I obietnice czy przysięgi nasze znaczą tyle co zamki z piasku porwane przez fale. Pomiędzy ludźmi jest tylko dystans. Coraz dalszy i dalszy. Nie ma harmonii. Nie ma doskonałości. Katedra miłości wycisza z czasem swe organy a przez wybite witraże, wpada nie słońce a armia gargulców i demonów. Popada wszystko w ruinę i pożogę. Z ołtarza płynie ostatnie zdanie. Ofiara spełniona. Idźcie w pokoju boże dzieci. A przed ołtarzem na strojnym w kwiaty i ornamenty castrum doloris. Spoczywa trumna otwarta. Ostatni raz patrzysz mi w oczy i mówisz z pustą rezygnacją. Nie kocham Cię już. Wracaj do swego świata śmierci. Mam już innego anioła. I zaiste w prezbiterium objawił się nam anioł. I podszedł do nas bez lęku ani wahania. Objął ją i ucałował tak jak dotąd robiłem to ja. Oderwała się z trudem od jego ust, tylko po to by dodać jeszcze tylko to. Dziękuję, że mi pomogłeś i byłeś ze mną w najgorszych chwilach. Uleczyłeś mnie i wyciągnąłeś do świata. Dzięki Tobie mogłam zacząć normalnie żyć. Drobiazg. Odpowiedziałem jedynie, dając szerokiego kroka, wchodząc do trumny i zamykając za sobą skrzypiące niczym dusza potępiona wieko. Organy zagrały swymi przeciągłymi piszczałkami marsz pogrzebowy a z ołtarza popłynął głos kapłana. Wieczny odpoczynek, racz mu dać Panie. Para aniołów uleciała przez rozwarte wrota ku niebu ciesząc się swoją obecnością. W tym samym czasie świątynia zawaliła się grzebiąc całą doczesność w trwałym korowodzie śmierci.
-
Pozbyłem się książek, zdjęć i listów, tych które były żywymi objawami mej dawnej, zdać by się mogło wtedy, nieuleczalnej i śmiertelnej choroby tak ciała tonącego w bezdni nieludzkiego upodlenia jak i duszy zapadłej w mrokach obłędu tej szatańskiej siły jaką szaleńcy w niej ostali, nazywają prawdziwą miłością. Teraz po latach, wreszcie byłem wolny od wierutnych bredni. A przynajmniej tak myślałem. I takie dowody dawało mi życie zdala od ludzi, ich świata i szalonych wyobrażeń opartych na uczuciach i marzeniach. Jednakowoż muszę z przykrością stwierdzić, że życie jednostki społecznie wykluczonej jest dość monotonne i zaplątane w ciągłość i chroniczną punktualność rytuałów dnia codziennego. Jest to ta smutna prawda, gdy możemy w zasadzie robić to na co mamy tylko ochotę a w istocie nie mamy sił i sprawczości członków oraz lotności umysłu by robić coś więcej ponad przetrwanie do zbawczego wieczora i niespokojnego, rwanego koszmarami snu. I tak wygląda dzień. Mija on na posągowym wręcz trwaniu na fotelu niczym cokole pomnika. W odmętach tej osobliwie indywidualnej i zakorzenionej w sercu rozpaczy. Czasami patrzę godzinami w biel kartek, z zawieszoną stalówką pióra nad nimi. Niczym wahadło, porusza się ona od lewa do prawa, cal wręcz od zbrukania kajetu, czarną posoką atramentu. Kartki wrzeszczą okrutnie, smagane ostrością pióra. Jak skazaniec z nagą piersią, rozpięty na stole kaźni. A pióro-wahadło rozcina jego żywot, tylko po to by pokazać sprawczość i prawdę, jedynej prawdy - śmierci. Najgorsze są noce. Gdy nie śpię po kilka z nich pod rząd a trwam niczym na posterunku. Pijany z tęsknoty i żalu. Wędruje po znajomych acz w świetle księżyca zupełnie obcych korytarzach. Patrzę na ściany i zawisłe na nich skarby. Obrazy, portrety, trofea i broń. Był taki czas, gdzie chciałem się porywać z szablą na słońce. W imię miłości, godności i praw niby mi przeznaczonych. Głupcem byłem wierutnym za młodu. Ach są i pistolety. Pożyczone wieki temu od przyjaciela. W celu tak błazeńsko prześmiewczym teraz, w celu odebrania sobie życia w imię miłości do panny, która nawet nie wiem gdzie teraz przebywa ani co u niej słychać bo rozmawiałem z nią ledwie kilkakrotnie. Ale kochałem wtedy po grób. A teraz kocham ciszę jak w grobie. Czasami światło księżyca prowadzi mnie do angielskiego ogrodu na froncie posiadłości. a czasem nawet dalej, hen do mostku nad strumieniem i sadu wiśniowego w tym roku rozkwitłego najpiękniejszym kwieciem, wyjątkowo wcześnie. Lata temu, w najstarszej jego części była postawiona jesionowa, zgrabna ławeczka z czarnymi okuciami. Teraz nie ma po niej nawet śladu. Jest tylko najstarsza w całym sadzie wiśnia, która wciąż kwitnie i owocuje. Jakby na przekór i złość temu co zdążyło już dawno umrzeć, zgnić i przeminąć a co narodziło się u podnóża jej korzeni i pnia. To tu pierwszy raz byłem tylko ja i ona. Był maj. Miłość w powietrzu. Mój wiersz dla niej. I jej niewinność. Niezdecydowanie. Wtedy to jedyny raz odważyłem się uchwycić jej uświęconą dłoń i na kolanach błagać. Wtedy uciekła, niewzruszona moimi łzami. Straciłem ją na wieki. Już na zawsze. Pamiętam siedziałem tam aż do zmroku. A potem sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni czarnej marynarki i wyciągnąłem małe zawiniątko, pudełeczko na biżuterię. Pierścionek zaręczynowy, dowód mojego oddania i miłości. Żółte złoto z naprawdę dużym diamentem. Cena i wartość nie grały roli. Dostawała ode mnie kunsztowniejsze i droższe podarki. Jej braciom również nie skąpiłem grosza a jej rodziciel awansował znacznie społecznie, dzięki moim szerokim kontaktom i wstawiennictwu. Tylko po to by koniec końców ośmieszyć me oświadczyny i wydać pierworodną i jedyną córkę za bądź co bądź majętnego ale jednak chłopa. Skończyły się konszachty ze mną i przyjaźń. A jedyna sprawiedliwość w tym, że sam roztrwonił majątek i stanowiska. A ja opływałem w luksus na jego oczach. A pierścionek zapytacie. Zakopałem go w korzeniach tej wiśni i do dziś dnia tam spoczywa. Uświadomiłem sobie, że jest on jedynym trwałym jeszcze symbolem dawnego mnie. Więc przyszedł ten dzień, że musiałem zniszczyć i jego. By nigdy już nie korciło mnie bym mógł podarować go innej kobiecie lub co gorsza by trwał tam w dole jak drzazga, jątrząc me niespokojne i chwiejne myśli. Ziemia była przyjemnie zimna i mokra gdy zagłębiłem w niej palce. Nie mógł być głęboko a ja chciałem odkopać go jak najszybciej… Na tyłach sklepiku mojego przyjaciela, był maleńki, lekko zagracony pokoik, wyłożony dębową mozaiką i pomalowany w barwach letniego nieboskłonu. Szczerbaty już na rogach stolik o lekko odklejonym blacie, poplamiony resztkami świec czy jadła, służył nam teraz jako stół do pokera i stolik kawowy dla srebrnego serwisu. Graliśmy jak prawdziwi zawodowcy, z rzadka jedynie odrywając wzrok ku filiżankom lub kartom a skupiając go jedynie na swych lekko spoconych i zmarszczonych obliczach. Przegrywałem okrutnie i choć stawki nie były duże to jednak portfel stawał się coraz chudszy w mojej kieszeni. I choć zawsze graliśmy dla zabawy mimo stawek za prawdziwe pieniądze, to dziś było mi nie do śmiechu. Wreszcie gdy znów postawiłem na przegraną trójkę asów, pojawiło się w drzwiach chwilowe wybawienie w postaci dorosłej już prawie panny, córki mego druha. Patrząc na to jak jej ojciec ściąga banknoty ze stołu i chowa do kieszeni, obrzuciła mnie chłodnym acz dość współczującym spojrzeniem. Ojciec ogra dziś pana do cna. Przegra pan nawet pierścionek a chciał go pan przecież sprzedać. Wyjąłem go na blat. I każde z nas zatrzymało na nim wzrok. Przez te piętnaście lat nie stracił nic ze swego blasku i urody wykonania. Był tak samo piękny jak kobieta dla której go zamówiłem i dla której powstał. Takie błahostki jak on nie mają dla mnie żadnej wartości moja droga, dlatego chcę się go pozbyć… ile za niego dasz przyjacielu? Jak dla Ciebie to dziesięć tysięcy. Jego córka stanowczo zaprotestowała. Ależ ojcze, to pierścionek zaręczynowy, symbol uczucia, miłości i oddania. Symbol szczęśliwego pożycia i związku. Czy pana wybranka umarła, że sprzedaje Pan go tak po prostu? Żyję moja droga i ma się jak najlepiej. Ma męża i dwoje wspaniałych zapewne dzieci. A pan… Nie dałem jej skończyć. To ja umarłem i już nigdy się nie odrodzę. Jesteś zbyt młoda by to zrozumieć. To nie symbol miłości a klęski. A ja chce żyć bez wspomnień i przyszłości. Chcę tylko żyć. Nie wracać do przeszłości. Mnie czeka już tylko jedno wesele moje dziecko. Gdy śmierć mnie w tany porwie, na parkiet swego wesela. Tak więc mógłbym zachować pierścionek i wręczyć go pani szczególnej. Tej która zbawi mnie pewnego dnia od ciężaru największego. Mojego przegranego życia.
- 7 odpowiedzi
-
6
-
- dekadencja
- dekadentyzm
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Obiecałeś że znajdziesz klucz do kłódki. Ale nie zauważyłeś że była otwarta. A może zauważyłeś? Nie chciało ci się sprawdzać, prawda? Łatwiej było mówić. Słowa były łatwiejsze niż czyny.
-
"Jedyną rzeczą, która ma jeszcze moc sprawczą w świecie po sensie, jest obsesja." Noc przełomu. Ostatnia a zarazem pierwsza. Stary rok odszedł przed dwiema godzinami a nowy narodził się jak zawsze ślepy i w ułudzie nadziei na poprawę bytu jednostek doczesnych. Jakaż to okrutna a zarazem prześmiewcza farsa. Święta i nowy rok. Bajeczki dla małych dzieci o jedności, pokoju, zgodzie i miłości. O cieple ognia rodzinnego i atmosfery wzajemnej godności i szacunku. Ja nie życzę nikomu dobrze, nie życzę jednakże też źle. Ale cóż mi przyjdzie z czyjegoś szczęścia i sukcesu nawet jeśli miałby się on magicznie zyścić pod wpływem słów, gestów czy guseł tych przeklętych dni? Nic się nie zmieni. Sukcesy innych nie motywują one ranią i jątrzą uczucie wstydu, hańby i zawiści. Ludzkiej, podłej i małostkowej zazdrości. A ja najadłem się w życiu dość hańby i wstydu. A zazdrość. Czego miałbym im zazdrościć? Uciesznych, grzesznych igier, tańców i hulaszczego pijaństwa do odcięcia się od ludzkiej myśli poznawczej? Grania w karty, kuligów czy zabaw na świeżym śniegu? Czasami widzę przez okno salonu, jak zdać by się mogło dorosłe i solidnie wykształcone jednostki zachowują się jak dzieci i to te rozwrzeszczane i rozpieszczone do granic. Patrzę jak bałwany lepią jeszcze większe bałwany. Swoje autobiograficzne pomniki. Mienią się w słońcu i iskrzą dumnie. Scala je mróz i ulotność. A potem idzie wiosna zielona a z nią ocieplenie. Patrzę z tego samego okna jak bałwany z każdą godziną marnieją, topią się aż wreszcie kruszeją i rozpadają się na części. A potem widzę ich twórców. Jak wracają z pracy lub uniwersytetu. Marni, w rozsypce, upadku pod ciężarem jestestwa. Widzę jak czas ich kruszy. Żadne z ich życzeń nigdy się nie spełni. Bo życzenia nie są do spełniania a do pustego karmienia skrzywdzonego ego. Błędne koło. Cierpią cały rok by w święta życzyć sobie oddechu. Choć wiedzą że to tylko słowa nie czyny. Bo codzienność wymusza na nich czyny podłe i niegodne losu i struktury człowieka. Walka o byt. Człowiek w centrum wszechświata. Człowiek jest kowalem swojego losu. Brednie humanizmu. Wszechświat kręci człowiekiem. I nijak nie ma na to lekarstwa. Jest tylko przekleństwo klatki codzienności. Część spotkań towarzyskich jeszcze trwała, inne dogasały powoli a goście na nie sproszeni, przenieśli się w dużej mierze na zewnątrz. Jedni by zaczerpnąć tchu i odsapnąć, inni by zapalić w spokoju a jeszcze inni by dać upust erotycznemu napięciu. Za oknem posłyszałem ściszone głosy grupki młodych osób najpewniej studentów lub uczniów gimnazjum. Weszli widać do przedsionka bramy mojej kamienicy a potem do dolnego hallu. Ciężkie dębowe drzwi stuknęły z impetem a głos kroków objął stukotem marmurowe schody. Słyszałem przytłumione, lekko podpite głosy. Żegnali się najpewniej, życząc sobie ostatni raz wszelkiego dobra. Jeszcze tylko odgłos kluczy w zamku drzwi, znów kroki, teraz mniej liczne. I znów błoga cisza. Koniec tych bachanaliów. Teraz tylko cierpienie i udręka. A dla mnie czas na zbawczy sen. Na stoliczku leżał kłębek czarnej wełny. Rzuciłem go mojego kotu by i on miał trochę radości i zabawy tej nocy. Oczywiście momentalnie wyskoczył spod stołu i rzucił się na ofiarę. Maltretując ją niemiłosiernie pazurami i zębami. Kominek dogasał z wolna. Sięgnąłem po lampę, podkręciłem płomyk i ruszyłem do sypialni. Będąc obok drzwi wejściowych dosłyszałem nieopodal odgłos lekkich, kobiecych kroków. Zdziwiłem się bo ostatnie piętro kamienicy, zajmowali raczej samotni i posunięci już znacznie w latach mężczyźni jak ja. Zanim to do mnie otwarcie dotarło, kroki znalazły się pod moimi drzwiami a kołatka zasygnalizowała nieśmiałe pukanie. Mam nadzieję, że to nie gość w dom o tak nie towarzyskiej porze a to że jakaś pijana latorośl zmyliła drogę do domu lub piętro. Rad nie rad zrobiłem kilka kroków i otworzyłem… Mówią że marzyć to nie grzech. U mnie to proste bo nie wierzę w marzenia ani grzech. Ale tej nocy nowego roku odwiedził mnie gość o którego postaci marzyłem i życzyłem sobie jego powrotu. A więc czyżby marzenie może się urzeczywistnić? Dostałem na to namacalny i najlepszy dowód. Choćby przerażający w swej istocie i metafizycznej głębi. Otworzyłem drzwi a w progu zastałem jej postać. Taką o jakiej dziś marzyłem, jakiej pragnąłem. Jaką kochałem i wspominałem co dzień od dnia jej rychłego zgonu. Była wręcz zwiewna i blada. Ledwie zaróżowione policzki wygięty się pod wpływem szerokiego uśmiechu. Jej kasztanowe, ułożone w dorodne fale włosy spływały jak wodospad na alabastrowe ramiona i piersi. Ubrana była w ukochaną, malachitową suknię wieczorową. Kolczyki i kolia z pereł oraz makijaż uczyniły z niej bezsprzeczne artemidowskie bóstwo pożądania. Zielone oczęta tak niewinne, miały w sobie niezgłębione pokłady miłości. Długo syciliśmy się nawzajem tą chwilą. Nie mogąc wydusić słów ani poruszyć zastygłych w nagłym szoku ciał. Wreszcie przemogła się i mogłem usłyszeć jej głos. Za nim było mi tęskno najbardziej. Polały się łzy. Chciałam przyjść osobiście i życzyć Ci szczęśliwego nowego roku i zapytać czy wszystko u Ciebie w porządku? To było Twoje życzenie. Czy chciałbyś nadal abym mogła spędzić z Tobą resztę tej nocy Simon? Rzuciłem się na nią i tuliłem jak największy skarb. Płakałem jak dziecko i nie mogłem przestać. Wreszcie osunąłem się na kolana i tuląc się do idealnej talii wyskomlałem wręcz Tak! Z Tobą chcę być już na wieczność. Och Natalie… Poddźwignęła mnie z kolan i ucałowała gorąco. A ja postanowiłem śnić i marzyć jedynie o niej już do końca swoich dni.
- 10 odpowiedzi
-
10
-
- dekadencja
- dekadentyzm
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Sen o miłości do czarownicy
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Jej oliwkowo zielone, lekko zmrużone, za zasłoną krótkich acz grubych rzęs, oczęta. Wpatrywały się we mnie z cichym uwielbieniem. Szybko doskoczyła, jeszcze nie ostygłym po niedawnym spełnieniu ciałem ku mojej piersi. I złożyła na moich zamkniętych na głucho ustach, pocałunek zbyt lubieżnie gorący bym mógł nadal ignorować z wyższością samca alfa jej próby zwrócenia na siebie uwagi. Wczepiłem palce w jej ciemne pukle, dziś wyjątkowo pofalowane. Może to sen tak spokojny. Dziecięcy wręcz. Rozrzucił je na świeżej pościeli. A potem żar zespolonych ciał nadał im tego nęcącego blasku i kształtu morskiej fali. Mając ją w ramionach czasami zapominałem o całym świecie. Żyłem w jej blasku i cieniu. Dla jej głosu i ciepła słów miłosnych. Dla jej oczu. Wzroku anioła. Ona mną władała. Choć nie chciała tego. Chciała być. Leczyć mnie. Rekonstruować moją duszę. Z każdym dotykiem i pocałunkiem, odrastało mi serce. Kiedyś wyjedzone przez mrok. Otoczyła je opieką i troską. Nie musiałem mówić. Nasze myśli zawsze były jednością. Czasami śmiała się, że mnie usidliła magią. Zaklęcia z jej ksiąg, pozwoliły mnie przywołać i ujarzmić. Czy kiedykolwiek chciałem od niej odejść? Przenigdy. Już nie migruję wśród leśnych mokradeł i zapomnianych nawet przez szeptuchy bagiennych borów. Mroźny księżyc ma jednak potężny zew. Tej klątwy nie zakończy nawet moja śmierć. Więc przemieniam się w jej ramionach. Samotny wilk, który dzięki ludzkiej czarownicy, jest choć trochę zrozumiany. Poddany nie ocenie a wysłuchaniu. Lecz pamiętam i te noc czerwcową przed laty. Gdy świeżo porzucony na skraju polany. Wyłem aż do utraty głosu. Padłem w wystające ponad ściółkę, korzenie prastarego dębu. Moje żale obudziły go ze snu. Schwycił mnie w swe starcze konary i umościł wygodnie na listowiu gałęzistych dłoni. Zapytał kim jestem. Samotnym wilkiem odpowiedziałem. Drzewa myślą i odpowiadają dość długo. Wreszcie odparł z wielką rozwagą. Nie wyglądasz na wilka. Bo kiedyś byłem człowiekiem, lecz pobratymcy z wioski nałożyli na mnie klątwę. Wypędzili mnie z granicy siół. Stałem się bestią. Znasz ludzi? To podły gatunek. Dąb zasępił się lub nawet przysnął myśląc nad odpowiedzią. Wreszcie odrzekł z powagą. Nic nie wiadomo mi o gatunku ludzi. Młody to zapewne szczep lub plemię. Znam dobrze ptaki co zamieszkują przestworza i korony moich pobratymców. Znam ryby srebrzyste i prędkie co płyną w nurtach górskich i leśnych strumieni. Znam jaszczurki, pająki czy ślimaki co wędrówkami swymi po korze. Wywołują łaskotanie i uczucie świądu. Znam łosie, jelenie czy dziki. Co chadzają w ostępy. Zniżają łeb w ukłonach ilekroć widzą mą postać przechadzająca się po lesie. Czasami rozmawiam z wilkami. O wolności. Lecz Ty nie wyglądasz na szczęśliwego i wolnego. Rzucono na mnie czar. Klątwę, której ani czas ani pokuta nie zdejmie. Dąb znów długo myślał. Czar… klątwy… magiczne konszachty. Runy, pergaminy, konstelacje. Drzewa nie znają się na tym. My rośniemy w ciszy prastarych puszcz. W miejscach świętych, dotkniętych jedynie stopą Pierworodnego. Naszymi braćmi są chmury i skały. Słuchamy pieśni wichru. A kołysze nas do snu szemrząca dziko Atrubre. Pani wszystkich wód, której źródło spłynęło z nieba przed eonami. Ale znam kogoś kto mógłby zaradzić na Twą niedolę dziwny wilku. Zabiorę Cię do czarownicy, która może będzie potrafiła zdjąć klątwę. Las jest wielki i dziki. Pełen parowów i dolin. Nie zbadają go w połowie nawet tak śmiesznie mikre łapy jak Twoje. Zresztą nieroztropnie byłoby wysyłać Cię tam samopas. Zaniosę Cię zatem wilku. Ku dawnemu kręgu rady. Do magicznych wrót Dok Natt. Tam jest dom czarownicy. Mieszka w wysuszonym cielsku trolla. Ona będzie umiała pomóc. I ruszył ku kniei z moim ciałem uwięzionym w gałęzistym uścisku. Dopiero szóstego dnia stanęliśmy u celu. Dąb wyszedł zza ostatniego szpaleru świerków. Każdy z nich zaszumiał w ich drzewnym języku, oddając hołd władcy lasu. Moim oczom ukazał się przepołowiony światłocieniem zmierzchającego słońca krąg polnych głazów, pokrywały je wyżłobione linie runicznych, elfickich zaklęć. W centrum okręgu stała budowla prawie tak wysoka jak Dąb, Złożony z kamieni i księżycowego srebra łuk Dok Natt. Miejsce gdzie Pierworodny śpiewał swym dzieciom pieśń o powstaniu życia. Gdzie nauczył ich miłości i dobra. Bo zła wtedy w krainie nie było. Nie było elfów, ludzi ani krasnoludów. Był tylko Pierworodny, jego głos i zrodzone ze śpiewu dusze. Ognie natchnienia. Które dały początek życiu. Dąb ułożył mnie delikatnie w kręgu. Dopiero wtedy dostrzegłem osobliwe domostwo na lewo od nas. Było to cielsko trolla. Zamienione w kamień. Naruszone eonami opadów i erozji, pełne wgłębień i pieczar, prowadzących wgłąb jego martwych trzewi. Jedno z nich prowadziło do domu czarownicy. Dąb z zaciekawieniem krążył wokół cielska trolla. Z pewnością kiedyś go znał. I nie myliłem się. Kelljoon Maczuga… pomiot magii która zatruła pieśń. Zabił go przed wiekami Jannii, Bóg góry. Była to era jaką pamiętamy już tylko my, strażnicy lasu i skały górskich zboczy. W jego wnętrzu uwiła swe gniazdo czarownica. Bywaj wilku. Obyś w świętym Dok Natt, odnalazł to czego szukasz i zmazał klątwę swego rodu. Ludzi jak ich nazywasz. Odszedł w las a za nim udały się dwa najwyższe świerki. A ja ruszyłem niepewnie do trollowej jaskini. By szukać ratunku. I znalazłem go w objęciach czarownicy. -
Przeczytałam dziś książkowa definicję miłości, Wydawało mi się to tak banalne i oczywiste. Tak jak to,że trawa jest zielona. Ale okazało się, że wiele ludzi widzi trawę różową. Nawini i ślepi,pomyślałam. Teraz to oni szczęśliwi biegają parami po różowej trawie,nie rozumiejąc że jest zielona. Bo do czego im ta wiedza? Nie biorą pod uwagę tego że może ona być zielona. Kolor zielony wydaje się dla nich zbyt przygnębiający. A ja siedzę na łące zielonej trawy. Sama. Dopatrując się w niej różnych odcieni zieleni.
-
Szukaj głupcze miłości. Czas... start. Pełnej czułości, oddania i wiary. Takiej co zabliźnia rany serca i skóry. Niezniszczalnej i gorącej jak piekło lub sam czart. Przysięgam. Nie dam Ci tej broni. Będziesz teraz sam wśród ciszy. Wśród deszczu i wiatru. Nieuchwytnych melodii. Sam na sam z pięknem arkadii. Ani słodkiej ani tym bardziej gorzkiej łzy nie uroni. Cnoto! Obłudnico! Zrywam ja z Ciebie kolejne wianki. Załatwiłaś mnie na glanc. Rzucając bezwiednie, pomiędzy chłód dłoni a uczucia gorąc. Będę żył i umierał w snach. Dla nigdy nie przybyłej wybranki.
-
Najpiękniejsza maska w teatrze cieni
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
*Afíste aftí tin prodosía na sas férei ton pio potapó thánato (gr) - Mam nadzieję, że ta zdrada przyniesie Ci najpodlejszą śmierć. Zapatrzeni jak w obraz. Wybraliście ją na swoje zbawienie. Na swoją najpiękniejsza, jedyną miss. Przeżyłem lot w dziesięciopiętrową otchłań. Od dachu po bruk. Przez nią, lecz nie dla niej. W niej nie ma nic z kobiety. We mnie, nie ma nic z człowieka. Ja wierzę w moc zemsty. Więc proszę Cię o pomoc Eris. Zazdrość jest paliwem, najgorszych tragedii. Ten nóż jeszcze nie gardło a twarz Ci rozsieka. Na Twoim ciele plugawym, wszelkie diabły spełniały swe dzikie żądzę. A ogary piekieł zostawiły ślady pazurów i zębów. A ja chcę wrócić w spokoju do swoich dzieł. Gdzie znam każdą literę. Gdzie obraz słowem maluję. Spokojna i pewna jest każda kreska. Gdzie znam wszystkich marsowych i posępnych królów. Proś ich o wybaczenie. Choć obca im jest litość i łaska. -
zaplątała w słów przeciętność powiew wiosny burzą myśli ogarnęła niemoc błogą by uśmiechem móc nakarmić niedorosłym nawet tych co szczęście mają już za sobą gdy zakwitła świat zmieniła absolutnie to co szare nagle mieni się barwami i to życie które do tej pory smutne i zmęczenie ciągłą walką z wiatrakami taka piękna choć w spojrzeniu tak niestała ile miała któż wie dała tylko tyle była wiosną i młodością była całą i jak tęcza pojawiła się na chwilę
-
Wsłuchana w ciszę zaglądam głębiej tam gdzie wygasły już wszystkie mroki, nie pozostawiam niczego w błędzie nadchodzi Miłość- - słyszę Jej kroki. Słodkim pragnieniem na wskroś przeszyta i z wiarą, która zmazuje zdrady, idę w głąb duszy sensem spowita aż strach przede mną ucieka blady. Ogniem sycona, gaszona łzami zaczynam istnieć pod Twym dotykiem, choć jestem niczym kałuża błota pragnę na wieczność być Ci płomykiem. Ale dostrzegam swój koniec świata spadam na klęczki leżę kamieniem, Ty się pojawiasz tulisz miłością mówisz, że jesteś mym przeznaczeniem. W ogrodzie życia nic nie zakwitnie jesli nie skropisz ziaren cierpieniem, to co dziś boli kiedyś zamilknie nic nieznaczącym spłynie westchnieniem. Dla Ciebie żyję i Ciebie słucham Tobie oddaję łez moich morze, choć nieporadna zmącona winą Tobą oddycham - -moj Wielki Boże!
- 33 odpowiedzi
-
13
-
Ślij listy do diabłów z Fiddler's Green
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Oficer wachtowy obrócił leniwo klepsydrę i rozkazał wybicie czterech popołudniowych szklanek. Wiało silnie od rufy. Nasz galeon odniósł prawie śmiertelne rany w walce z posejdonowym żywiołem. Za wschodni horyzont odchodziły, gnane furią zniszczenia, skołtunione, grafitowe i zimne bałwany burzowych chmur. Pierwszy oficer, przeciskał się ku mnie z trudem. Mijał pokład zaścielony resztkami żagli i luźnym już w większości olinowaniem masztów. Melduję, że Czarny Łabędź zatonął a z Zielonego Smoka nadano sygnałem, że przyjęli kilkanaście ton wody w ładownie przez uszkodzenie poszycia. Nie będą w stanie wyrównać stępki. Dodatkowo prawie powaliło im grotmaszt i zerwało z niego gafel. Woda i wiatr zablokowały ster i zerwały oba bakstagi. No i stracili dziesięć osób w tym szypra. Patrzyłem przez reling na bakburcie na szczątki Łabędzia, unoszące się na spienionych falach. Znów oszukałem widmo śmierci. A przepowiedziane mi umrzeć na morzu a nie ze starości gnuśnej lub krwawej zarazy. Podejść pod burtę Smoka! Pod wiatr podejść od dziobu! Rzucić liny i trap między pokłady Przejąć załogę! A żywo dranie! Co do metra! Później czekać na dalsze rozkazy. Pod mundurem, poprawiłem zawiniątko z Twoimi listami. Od łez i słonej wody były już nieczytelne. Usłyszysz kiedyś Miła, dzwięk dzwonków marynarskich za oknem. I ujrzysz wtedy w salonie, widmo swego kapitana. Wokół jego załogę przeklętą. Dla nich żegluga jest wiecznością. Tak jak pokuta za grzechy. Ostatnia psia wachta. Tam gdzie bezkresne oceany zaświatów. Cmentarzysko dusz i wraków piekielne. -
Królik zawsze stoi za rogiem Wskazuje na zegar Jest przecież dobrze Czas i tak nadejdzie Wiadomości stają się krótsze Godzina dzień dwa dni Bez odpowiedzi Królik się uśmiecha Jest ktoś inny To nie było to Ona już tego nie czuje Królik nadal wskazuje na zegar Teraz już wiesz Królik zawsze miał rację
- 1 odpowiedź
-
6
-
- miłość
- przemijanie
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Pieszczoty mogilnych kochanków
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Chciałbym pisać elegię wzniosłe do Twego niedoścignionego, nieziemskiego piękna. Hymny miłości rzeźbić na wieki trwałą uwielbienia strugą na Twych alabastrowych dłoniach i rześkiej, ledwie zaróżowionej skórze szyi. Lecz jak tutaj wierzyć w coś więcej niż śmierć? Kiedy życie błądzi w jej podziemnych labiryntach, zapomnianych przez dusze i Boga. Jak zerwać kajdany, narzucone przed najdawniejszymi eonami? Skute zaklęciami wieszczy cmentarnych i ich podszeptów i wpływów. Zderzam się z coraz agresywniejszą rzeczywistością. Pomiędzy światem śmierci a życia. Potęga tych bezlitosnych, przeciwstawnych sobie członów. Chciałeś demony swe okrutne zachować losie w ciele zaszczutego przez świat mężczyzny. Umierał bez grzechu i bez winy. Anioły niosły jego trumnę. Płakały porzucone, wzgardzone, wychowane przez ghoule dziatki - niebogi. Nad mogiłą cichą, głęboką. Deszcze, nawet latem wyjątkowo chłodnym, żaliły się drętwota zawisłego dżdżu. Trawy, dziwnie bujne, szemrzały do późna w noc, tworząc mogilny kobierzec zielony. Pamiętaj Miła, jak pieszczę Cię co noc, zamknięty w śnie wiecznym. Słodkość niewysłowiona Twych ust, dzikość zespolonych ciał wśród drgających oddechów, nagłym uniesieniem, pot nasz sperlony wśród zakamarków, rozgrzanej, rozrzuconej pościeli. Przebudzenie - do zimnej jak lód. Ciemni, rodzącego się w bólach jesiennego przedświtu. Duch ucieka wspomnieniem o żywej miłości do ostatniej gwiazdy porannej. Wszystko co mam jeszcze w sercu. Jest tylko dla Niej. Trumna ciasna a w niej para kochanków się tłoczy w uścisku Erosa zespolona po wieczność. Ciała ich zabrał czas leniwy. Kości bieleją w kontraście do dusznej ciemności. Zdobią ich łoże trumienne i pąki róż burgundowe i narcyze hadeskie i uwiędłe płatki maków co pól już ziemskich nie uświadczą. Tak idę przed siebie bez celu. W noc tą rozbłysłą poświatą księżyca. A kochankowie harcują cicho na przodzie mej koszulki. A ja ostatni raz wchodzę w targany sennym powiewem wiatru las. Zza pasa wystaje broń. W niej, załadowane ołowiane kulki.- 2 odpowiedzi
-
5
-
W natłoku wielu myśli i wypłakanych łez. Tłumaczyłem ci boże jakie to życie jest. Wpatrzony nocą w okno prosiłem Cię o zdrowie. Szeptałem wzrok spuszczając, że samotności się boję. Czas goił wiele ran, lecz ciągle powracały. Bałem się nie raz ten świat pozostawić. Samotny smutny jeden chodziłem na spacery. Miałem wrażenie, że zaraz pozostanę niemy. Lecz pewnego wieczoru poznałem pewną damę. Którą mogłem nazwać pełnego szczęścia mianem. Do dzisiaj zaskoczony w odwzajemnioną miłość. Wrzucam smutki i żale w wielkiego ognia stos. Dziękuję ci kochanie, że wciąż przy mnie jesteś. Chciałbym choć nie mogę zachować zdrowia resztę. Mogę wręczyć tylko swe własne dobre serce. Nie siłę i urodę wiec daję jak najwięcej. Wtuleni w swe ramiona po ciężkim pracy dniu. Wpatrzony w twoje oczy rozumiem cię bez słow. Uciekają kłopoty w tedy boją się nas. Kochając siebie bardzo tak wiele możemy dać.
- 2 odpowiedzi
-
4
-
Nad obcy poranek zwykłych ludzi mi patrzeć. Smutne to jest widząc, jak zaczynają dzień pożarem. Dwoje ludzi kochających się w sobie, Wznieca ten ogień jeszcze mocniej. W głębi serca oboje czekają na deszcz. Łzy spadły. Pożar zgasł.
- 1 odpowiedź
-
4
-
Piękna, biała róża, którą wypatrzyłem pośród innych zabrałem ją ze sobą. Ile razy brałem ją w dłoń, raniła mnie i boleśnie kłuła. Moje słabe obycie z kwiatami kazało mi ją pielęgnować mimo bólu i ran. Tak pojąłem czym jest miłość przez ciernie.
- 7 odpowiedzi
-
11
-
To samo mieszkanie. W nim — wrzeszcząca cisza. Światło zapalam już tylko dla siebie. Mój cień nie wita się z nikim.
-
Bez celu. Pożeram kolejne kilometry drogi i litry paliwa. Jest środek nocy. Przez uchylone szyby wpada chłód i bezsilność. Wiatr wykrzykuje mi w twarz, plując ostrym piaskiem, to co wiem już od dawna. Jestem pomyłką. A świat ma ustalony bieg i ewolucję tylko zdrowych i silnych gatunków. Suche odnogi korzeni, które wyrosły przypadkiem. Teraz są skazane na zagładę. Zagłuszone potokiem słów. Obłożone ciężarem swej niedoskonałości. Zaduszone przez demoniczne palce tych co niby mają uczucia i serce we właściwym położeniu. Moje serce jest na łańcuchu. Pokutuje za swoją głupotę młodości. Mijam przydrożne znaki, zjazdy i skrzyżowania. Ilekroć widzę naprzeciw światła wielkich ciężarówek, mam ochotę szarpnąć w lewo koło kierownicy. Ale wtedy przypominam sobie, że nie warto. Przecież bycie przeźroczystym dla innych nie jest takie złe. To nie koniec świata. To początek nowej odsłony. Życia pozagrobowego. Bo nie żyję ale nie mam grobu. Jak Peter Rugg, szukam celu, domu i wytchnienia w klątwie. Jestem jeźdźcem burzy, który by uratować swą duszę, zaprzedał ją Diabłu. Ziemia kręci się wokół uczuć. Tych pięknych. Miłości, pragnieniu, oddaniu, bezinteresownej empatii. Gdzie byliście ludzie? Moi udawani przyjaciele. Gdy spowiadałem się ze swych zbrodni. Zasiadaliście w ławie przysięgłych a nie oskarżonych. Nie było mnie stać na dobrego adwokata. Nie chciałem też tego z urzędu. Broniłem się sam. Przeciw wszystkim. Wydaliście jednogłośny wyrok. Wyrok śmierci zamieniony w drodze aktu łaski na banicję. Wieczną ucieczkę w obłokach wściekłej burzy. Zostawiłem w drzwiach list pożegnalny. Śmierć kiedyś wejdzie na ganek, będzie pewna że mnie zastanie. W łożu ostatecznym. Z zimnym, martwym wzrokiem. Z rękoma wzdłuż ciała. W cichym, opuszczonym domu. Gdzie łzy były atramentem dla poezji. A ja w tym czasie będę rozkoszował się czarną kawą na jakiejś zapomnianej, pustynnej stacji benzynowej. Patrząc na wschód słońca będę myślał tylko o niej. O tym że zostawiłem jej wiersze. Romantycznego banity. Który wolał uciec autostradą do piekła. Niż jeszcze raz spuścić serce z łańcucha.
-
Znajdowałem się w laboratorium, odkryłem oksytocynę Zafascynowany odkryciem, wypowiedziałem Ci nowinę Dałem ci skosztować, być może ci zasmakowała Przy czym zapomniałem, że pewnej substancji brakuje do wiązania Mowa o wezopresynie, nie posiadałem jej wiele Ja ją spróbowałem, by skończyć jak Scheele Chciałem ci ją dostarczyć, abyś poczuła to co ja Otrzymałem od ciebie, negatywny znak Przesiąknięty trucizną, nie zechciałaś mi pomóc Szukałem lekarstwa, sięgnąłem do alkoholu Nic nie pomogło, wszystko wokół się kręci Przekręciłaś mój świat, pozostając tylko w pamięci
-
Teoria bezwzględności uczuć
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Trudno mi o tym pisać, ale lubię gdy znikasz sprzed mych spragnionych oczu i jaśniejących od Twego anielskiego blasku myśli. Uciekam na długi czas lecz wiedz, że codzień wyglądam przez okna mej utraconej duszy, by choć przez krótką chwilę wyłapać twój cień, cichcem stapający w mgielnym oparze przedświtu, przez bruk parkowej alei. Ja już nie umiem kochać. Lecz nadal staram się wielbić Cię jak boginię. Tak moje uczucie to skrajne uwielbienie. Jego wykwintny, najprzedniejszy rodzaj. Po co mi wiara w lepszy dzień? Gdy noc zimna scala mnie w jedność z łóżkiem. Pęta mnie i dusi wśród trumiennych trenów, jedwabnych sukien zesłanych mi przez demony snu, piekielnych mar. Lecz wiem, że jest jeszcze czas. Unosi się i kręci coraz to szybciej wśród gasnących gwiazd i ciemnej materii ta niebieska mała kula. Twoje oczy prowadzą mnie w kojącą czerń niebytu. Droga mleczna, zamienia się w cichy, szemrzący głucho, westchnieniem tysięcy dusz Styks Mam tutaj Ciebie szlachetna Muzo. Twą najukochańszą, ciepłą dłoń. Wyjdę z Tobą na brzeg. Charonie, nie trzeba mi obola. Nie dla mnie kwitną, ogrody Twej miłości. Znikaj a mnie pozostaw wśród pustynnych wydm piekieł. Jak Persefona, nie z umarłym i przeklętym a na powierzchni czas swój doczesny, wśród najpiękniejszych chwil i zabaw spędzaj.