Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'miłośc' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. Między nami coś jest on nie daje mi zasnąć leżę gapiąc się w okno zaraz zrobi się jasno. Razem ze wschodem słońca wstaje moja nadzieja biec chcę w jego ramiona pragnieniem onieśmielam. Patrzy ukradkiem, czuję pieścić pragnie, dotykać odurzona zapachem tylko nim chcę oddychać. Napełnia mnie wonnością kładzie w lesie stokrotek ciepłem przenika ciało czaruje kwietnym złotem. Leżę na łące, marzę kroplą rosy znów poi czas ucieka na oślep dla nas świat milczy, stoi. I jest to niedorzeczne kochać do zmysłów straty on wchodzi w ducha głębiej tworzy wiosny komnaty. Płoszę natrętne, sztywne narzucane zwyczaje kocham się z wzajemnością z moim najdroższym majem !
  2. To o nim ballady i pieśni po dziś dzień śpiewają To jego śpiew wciąż pamiętają i imię jego pierwsze nie moje… A ponoć miłością życia jego byłam? kruche są słowa w porywach czasu jak me życie które nim się zaczęło na dobre się skończyło
  3. To nasze czasy, czasy złamanych obietnic i pustych słów. Każdy udaje, że ma serce, a w środku tylko kurz po uczuciach. Miłość dziś trwa do pierwszej kłótni, do „poznałem kogoś innego”. Kiedyś się walczyło, teraz się usuwa wiadomość i idzie dalej. Ludzie całują się bez znaczenia, dotykają bez sensu, śpią ze sobą, bo nie chcą spać sami, a potem budzą się jeszcze bardziej samotni. Imprezy do rana, emocje z puszki, uczucia rozlane jak tanie wino. Świat pachnie perfumami, ale śmierdzi pustką. Każdy z kimś, a nikt z nikim na serio. Kręcą z dziesięcioma na raz, żeby choć na chwilę poczuć, że żyją. Ale to nie życie, to tylko ucieczka. Wszyscy grają twardych, a w środku gniją od tęsknoty. Lojalność umarła, a prawda jest jak relacja na instagramie znika po dobie. To jest nasz 21 wiek ładny z zewnątrz, zgniły w środku. Wiek, w którym miłość to gra, a serca są walutą, którą łatwo wymienić.
  4. To, co było kotem, jest teraz tylko kwestią futra i temperatury. Żadna z siedmiu dusz nie zgłasza pretensji do dalszego ciągu. Pazury, stworzone do wielkich polowań na muchy, odpoczywają od grawitacji. Ogon — ten precyzyjny przyrząd do wyrażania ironii — wybrał bezruch. To nie jest odejście w światło. Raczej ciche wycofanie się z obecności. Zostaje puste miejsce pod słońcem i to dziwne poczucie, że w ciszy brakuje właśnie tego jednego mruczenia.
  5. Na listku jesień kropelką pisze znużone słońce zamyka oczy mrocznie i mokro wiaterek wzdycha ponury nastrój słówka wypłoszył Przemknęła z gracją ostatnia myszka kotek ciekawie zerknął z poddasza przygoda przeszła mu koło noska z pogodą zamókł słomiany zapał A z drugiej strony tafli księżyca za szybą ciepłych przytulnych krain życie wygodną koleją losu toczy się gładko chłód mając za nic
  6. Uciekłem jak tchórz. Mężczyzna powinien brać odpowiedzialność za swoje czyny i życie. Powinien sterować poczynaniami na tyle skutecznie by omijać zdradliwe skały niepowodzeń i sztormy porażek. Bogactwo, wierność, stałość uczuć i leniwa codzienna stagnacja w ułożonym spokojnie życiu u boku pięknej żony i gromadki pociech. Brzmi romantycznie. Zbyt pięknie. Nie dla mnie bezpieczny, cichy dom. Nie dla mnie zakwitłe ogrody, różanej miłości. Nie potrafię żyć, życiem milionów. To ich marzenia. Ich sukces i normalność. Dla mnie normalność to chaos. Pustka wewnątrz a burza na zewnątrz jestestwa. Dla mnie życie to chwila, mgnienie, ciągły ruch. Ciągła walka z samym sobą. Depresyjnym balastem przeszłości. Czasami to ludzie a innym razem demony choroby, są moją kotwicą. A ja wyrywam się i wiercę niespokojnie. Staję wręcz dęba i duszę się w obroży niemocy. Wreszcie i tak przegrywam. Bezwolnie poddaje się ich woli. I cierpię w swym człowieczym wraku. Gdzieś pośrodku oceanu czarnych myśli. Na dennym, piaskowo-żwirowym dnie. Rozpadam się od rufy po dziób. Gniją we mnie pokłady zrozumienia. Żagle rwą się na strzępy, ulatując w niebyt żywiołu. I tylko beczki z prochem, czekają na zapalną iskrę. Odpal lont skręcony naprędce. I zawlecz go do prochowni. Chociaż raz okaż miłosierdzie a nie zimną obojętność. Dlatego właśnie ciągle miałem uśmiech na twarzy. Zapewniałem Cię, że kocham ponad wszystko. Spędzałem czas tylko przy Tobie. Chłonąłem każdy dotyk, słowo, czułość. Lecz we mnie tlił się już pożar. Wiedziałem, że zostać z Tobą na stałe, równałoby się tragedią dla obojga. Bo ja nie jestem księciem na białym koniu ani dostojnym kapitanem. Jestem tylko przerażonym majtkiem, co szuka protekcji w szponach wiecznej tułaczki. Dlatego rankiem próżno wyglądałaś mnie przed bramą kościelną. Zostałaś sama przy ślubnym ołtarzu. Skradłem Ci serce wiem to. Lecz nie szukaj zemsty ani sprawiedliwości po zhańbieniu jakie Cię spotkało. Moją karą jest samotna żegluga po wieczność. Nocą, zaciągnąłem się w porcie na pokład jakiejś starej brygantyny. Kapitan zwyzywał mnie od szczurów lądowych i zakichanych dzieciaków. Zapytał kim miałbym być na jego okręcie. Nic nie wartym balastem. Odpowiedziałem. Rozbawiłem go tak szczerze, że podarował mi funkcję nawigatora. Rankiem odbiliśmy od nabrzeża. Wychodziliśmy przez główną redę. Wspinałem się ku oku na grotmaszcie. Wtedy ujrzałem Cię obok opustoszałego doku. W białej, ślubnej sukni z szerokim trenem. Welonie opuszczonym na twarz. Z bukietem róż w dłoniach. Patrzyłaś z życzeniem śmierci na ustach. A ja zatonąłem w Twych oczach po raz ostatni. Czując się jak rozbity wrak, gdzieś tam na serca dnie.
  7. Zawsze, wszędzie tylko ty. Widzę Cię, w promieniach słońca. Widzę,w parku zakwitniętych wiśni. Słyszę Cię,w szumnie płaczących wierzb za oknem. Słyszę, w falach rozbijających się o brzeg. Czuję Cię,w zapachu starego zapisanego pamiętnika. Czuję w porannej kawie. Zawsze, ale to już nie ty.
  8. Twoje myśli utonęły chyba w toni tego jeziora. Zapatrzyłeś się i zamyśliłeś tak głęboko. Spójrz chociaż na chwilę w stronę ognia. Na mnie i chłoń tak moją miłość. Wróciłem z dalekiej sensualnej podróży. Zapomniałem, że nie jestem już sam. Nie teraz i nie tutaj. Przepraszam, mówiłaś coś? Zupełnie odpłynąłem. Tu jest zbyt pięknie. Zbyt idealnie, nawet jak na najwspanialszą randkę. Sosnowe ognisko płonęło z cichym sykiem pomiędzy naszymi ciałami. Nadal nie mogłem dać wiary, że odważyłem się błagać ją wręcz o to wyjście A ona zgodziła się od razu, choć przecież byłem cieniem. Odpadem na końcu jej listy miłosnej. Bestii udało się uwieść piękność. Ale to piękno miało władztwo. Prowadziło bestię na smyczy i łańcuchu. Popatrzyłem w ogień. Furię ujarzmionego ogniska a potem uniosłem wzrok wyżej w jej szare, niesamowicie jasne i duże oczy. I tam były płomyki. Nie furii a uczucia delikatności. Byłem ślepcem. I teraz wydawało mi się to zupełną niedorzecznością. Przecież z początku nie widziałem jej albo nie chciałem widzieć. Zaślepiony zupełnym przeciwieństwem siebie i akceptujący wybory, których nigdy bym nie zaakceptował. Byłem kuszony ze zbyt wielu stron. I ulegałem pokusie. Prostej, zwierzęcej. Potem gardziłem sobą a i tak powtarzałem upokorzenie. To ona wykonała krok. Każdy kolejny był coraz śmielszy, aż wreszcie dostrzegłem swój błąd. Była przecież tym wszystkim co kochałem. Jej wdzięk, sposób bycia, uroda i niesamowicie szalony humor. Jej uśmiech. Nie mogłem oderwać się od jej głosu. Zamieniłbym lata stracone w miłosnym wojnach. Na choć dzień w jej ramionach. A jednak to miałoby swą cenę, której nie zapłaciłbym nawet dla niej. Mówiłam, żebyś na mnie spojrzał i wrócił do rzeczywistości. Tak, tak… rzeczywistość. Jest ona smutna i bolesna. Zupełnie nie chwalebna ani romantyczna. Widzisz Ty chcesz żyć pełnią życia. Pełnią miłości i szczęścia chcesz napełniać me serce. Lecz to byłoby zupełnie nietrafione. Nie chcę kłamać, że moglibyśmy, bo nie możemy nawet próbować. Ja mam już swą pełnię. Wskazałem na świecący nad tonią okrąg księżyca. I to jest droga życia z której nie mogę już zejść w imię żadnych zasad i wartości. Tym bardziej tak niepewnych i nietrwałych jak miłość. Ja wybrałem inność a nie życie w stadzie. Jestem samotnym wilkiem. Z wyboru ale i konieczności. Może kochałbym Cię, gdybym był jeszcze człowiekiem. A teraz pozwól, że odprowadzę Cię bezpiecznie przez las. Teraz zrozumiesz mnie i moją decyzję. Księżyc zaświecił mocniej wychodząc zza niewielkiej chmury sunącej leniwie po niebie. Światło objęło mnie. Wstałem od ognia i zadarłem głowę w stronę srebrnego globu. Wycie wilka poniosło się po kniei i falach jeziora. Patrzyła na przemianę tak jak wszyscy inni. Z niemym przerażeniem. Gdy było już po wszystkim i olbrzymi siwy wilk okrążył ognisko by wtulić potężny łeb w jej bok. Wstała od razu. Teraz ona czuła się jak w transie. Wilk obejrzał się tylko raz upewniając się czy za nim podąży. Zniknął w zaroślach leśnej gęstwiny a ona dopiero teraz uroniła łzy. Ruszyła za nim. Przeklinając to, że jest tylko ludzką pięknością a nie samotną wilczycą. Dla A.S.
  9. w szumie strumyka w liściach zielonych w tańczących ogniach w słowach ważonych widzę Cię, czuję zamyślam Tobą i odzyskuję swą duszę młodą układam myśli równo w szeregu wyrzucam z głowy śmieci nieważne wlewasz mi pokój w serce łagodnie ono się staje mężne, rozważne w zapachu kawy w promieniach słońca w lekkim wietrzyku miłym spojrzeniu widzę Cię, czuję zamyślam Tobą i pozostaję w cichym skupieniu patrzę uważnie w czas teraźniejszy to co minęło Tobie oddałam to co nadejdzie jest tylko Twoje moim pragnieniem jest Twoja Chwała widzę Cię w Słowie co zostawiłeś widzę w Kościele gdzie Ołtarz Święty widzę Cię w sobie gdy Cię przyjmuję i gdy odpuszczasz mój grzech przeklęty pragnę dziękować dziś i w wieczności za Twoje dobro co nie ma końca pragnę utonąć w Twojej Miłości choć dusza moja słaba i drżąca widzę Cię Panie oczu nie zamknę czuję Cię Boże i trzymam wartę przyjdź Zmartwychwstały Jezu Najwyższy i ulecz serca grzechem rozdarte
  10. Wiele pytań pojawia się, gdy twoje serce się cięższy pod nocami, które wloką się powoli jak węże, podczas gdy wspominam to marcowe popołudnie, leżąc na naszych ciałach, gdy cię zapytałem: «Czy tak bardzo we mnie wątpiłeś…?» To sześć miesięcy, siedem, osiem, rok — jak ułamek czasu — wieczność uczuć, która mogłaby mnie uzbrojić przeciwko twojemu powiedzeniu, że moje słowa są jedyne, które cię ratują, a jednak ta nadmierna radość, którą mogliśmy dzielić między Rzymem i Florencją w sierpniu, teraz wydaje mi się pusta bez ciebie. Zawsze starałem się budować światło, nawet gdy niebo było szare i miałem nadzieję na burzę moich nigdy niespełnionych marzeń: nasza wspólna choroba inaczej się nazywa szukanie dróg i wymówek, aby być myślą twojego ciała nieodłączną od mojego.
  11. Wąż pojazdów coraz bardziej się wydłużał. Choć jego czoło nie poruszyło się prawie wcale w czasie ostatnich piętnastu minut. Korek był tym większym utrudnieniem, że blokował jedną z głównych, miejskich arterii w czasie popołudniowego lecz na szczęście powoli rzędnącego szczytu. U podnóża wjazdu do wiaduktu zablokowane były dwa z trzech pasów ruchu. Wypadek był potężny i z pewnością tragiczny w skutkach. Lewy pas okupowały pojazdy karetek, radiowozy i dwa zastępy straży. Betonowy słup wiaduktu, zlał się w jedną makabrycznie, fantasmagoryczną strukturę, z wrakiem osobowego pojazdu. Moje auto ze mną za kierownicą stało praktycznie obok tragicznej sceny. Widziałem cały ten dramat jak na dłoni. Choć po prawdzie starałem się zbyt wiele nie oglądać, nie dlatego bym doznawał uczucia wstrząsu czy szoku na skutek gwałtowności zdarzenia a raczej dlatego, że nie była to moja sprawa. Nie moja tragedia. Nie moje życie. Nie moja śmierć. Moja ukochana, siedzącą na fotelu pasażera, nie chciała patrzeć za okno kierowcy. Bała się widoku krwi czy ciał. Zawsze była delikatna i zbyt czuła by żyć w zgodzie z tym okrutnym światem. Ponaglała pod nosem, pojazdy przed nami by zmienić perspektywę widoku za oknem. Dojeżdżając do miejsca akcji ratunkowej, uniosłem szyby jak najwyżej by skutecznie zagłuszyć uciążliwy harmider. Włączone koguty radiowozu oślepiały mnie lekko, lecz nie na tyle bym nie widział szczegółów. Rozległ się metaliczny trzask tarcia. Strażacy starali się oderwać wrak od słupa. Dźwięk jeżył włosy na karku i rękach. Specyficzny , połączony z odgłosem spękanego szkła i piskiem osi. Samochód musiał być nieduży. Czarny z trójramienną gwiazdą na tylnej, ściętej na prosto pokrywie bagażnika. Nie zostało z niego wiele. Kłębowisko blachy, części i elementów kabiny. Cała przednia część przestała istnieć. Nawet silnik był rozbity w perzynę. Prędkość musiała być olbrzymia. A na asfalcie, próżno było szukać śladów hamowania. Kierowca pędził tak w warunkach ulewnego deszczu, który padał od kilku godzin. Stracił panowanie i znalazł swój koniec na betonowej przeszkodzie. Pojazdem jechały trzy osoby. Dwa białe worki na ciała, spoczywały niedaleko przy ostatniej zaparkowanej karetce. Były pełne. Akurat gdy na nie patrzyłem, grupka policjantów rozstawiła wysoki parawan. Odcinając zmarłych od świata żywych. Karetka była otwarta. Na noszach spoczywał młody chłopak a lekarze właśnie robili wszystko by nie podzielił losu tych dwojga. Reanimowali go dość długo. Nie przestając jednak ani na chwilę. Jego serce nie chciało wbić pierwszego biegu. Tracili go z każdą chwilą bardziej. Wąż samochodów i służby ratunkowe no i wrak auta. A jednak był tam ktoś jeszcze. I to było najdziwniejsze. Na akcję reanimacyjną patrzył młody chłopak. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Blondyn o zielonych oczach i słusznej, postawnej budowie ciała. Był autentycznie przerażony. Sparaliżowany i zszokowany ciałem, lecz zupełnie świadom tego co rozgrywało się wokół. Początkowo wziąłem jego osobę za kolejnego pasażera auta, tym bardziej że nie był sam. Rękę na jego ramieniu w geście niebiańskiego spokoju, trzymał facet około trzydziestki w bardzo ładnym i stonowanym garniturze. Garnitur był kremowy, prawie tak samo jak długie i rozpuszczone włosy jegomościa. Był bardzo wysoki i szczupły. A wyraz jego twarzy był zupełnie dziwaczny jak na obrazy scen jakie przyszło mu oglądać. Bił od niego niezmącony spokój i harmonia. Był jak anioł, gdyby tylko takowe istniały. Chłopak nie przyjmował widać energii z jego dłoni. Szarpał się, wił, wiercił i krzyczał wniebogłosy. Odejdźcie! Ja nie chcę żyć! Nie chcę dalej żyć! Chcę umrzeć! Chciałem umrzeć! Pozwólcie mi odejść! Należało im się! Nie żyją! Ona nie żyję! Zginęła z nim! Ja też chcę! Zdradzili mnie! Obydwoje mnie zdradzili! Ona z nim… rozumiecie! Musieli umrzeć! Tak tylko mogłem rozstrzygnąć to sprawiedliwie! Muszę umrzeć! Zdradziła mnie! Ale to nie zemsta, to ulga! Nie możecie mnie ocalić! I tak umrę! Tak samo jak ona! Dla niej!... Po tych słowach obaj ruszyli w stronę karetki. Weszli do środka gdzie ratownicy robili wszystko co w ich mocy by ocalić go ze szponów śmierci. Zniknęli obaj a gdy to się stało ratownik prowadzący resuscytację krzyknął. Mamy go! Wrócił do nas! Odwróciłem się do ukochanej Z trudem spojrzałem w jej pełne łez oczy. Nie ma sprawiedliwości pomyślałem. Wiedziałem o tym dobrze, że na jego miejscu, zrobiłbym dokładnie to samo.
  12. It's been so lonely without you here Like a bird without a song Nothing can stop these lonely tears from falling “Nothing compares 2 U” — Sinéad O’Connor Chciałabym dotknąć twojej twarzy pulsowaniem mojej dłoni, ale samo myślenie o tym sprawia, że serce ucieka mi z gardła. Więc, jeśli bym to zrobiła, z nas dwojga pozostałaby tylko jedna biedna kałuża, podczas gdy chciałabym ożywić bieg rzeki, która znajduje swoje źródło w morzu moich słów. Chcesz w nawiasach, czy wystarczą przecinki abyś mógł zrozumieć: jeśli pewnego dnia zabiją miłość do ciebie, to jakby pozostawili mnie bez marzenia o twojej twarzy, zarówno twojej, jak i mojej. Co to znaczy? Zostanę taki, jaka ja byłam, bez dostrzegającego światła w twoim uśmiechu, a w każdym zębie za tym uśmiechem, pewnego dnia, bez powtarzania się, na korytarzu. 2023
  13. Myślałem o tobie i o tym, że pustka może obiecać jedną rzecz: pełnię — i że pewien rodzaj śnieżnej pustyni pęka z nadmiaru szczęścia. Adam Zagajewski Przypadkowo spotkałeś cud. Niespodziewany uśmiech spotkałem tak: przypadkowy. Od teraz nie wierzę "na wszelki wypadek". Jesteś jak słońce całujące się rano, całuje mnie, całuję świat. To dlatego, że świecisz bardziej niż diament, więcej niż możesz sobie wyobrazić; czasami też nie mogę tego zinterpretować. Fascynuje mnie cały mój umysł. Jesteś poezją, która rodzi się ze spotkania, ponadczasowe piękno, o które uwielbiam dbać, piękno oczu, aby chronić. 31/1/26
  14. Emanuele M. W ciszy pokoju, (którego koloru już nie pamiętam), lecz twoje słodkie wspomnienie, pożądliwe pragnienie: ja, posiadający ciebie w żarliwym tańcu. Kim oni byli? My nienasyceni, który jesteśmy w ścisłym uścisku?, podczas gdy nasze serca pułsują, zjednoczone w ekstazie jęków i łkań? Wędrowaliśmy, pragnęliśmy, między tym, co nierealne, a tym, co namacalne — my gubiliśmy się w spojrzeniach niewłaściwych ciał, w słowach zdławionych pożądaniem, wytyczającanych od namiętności w ogromnym wszechświecie istnienia. Więc gdzie mamy zboczyć, (jeśli w ogóle to musimy zrobić) — jeśli nie poza granicę intymności? Teraz spokój nie jest już teorią: to twój ciepły głos, który mnie otula. Ludzie źle o nas mówią, że umrzemy przez siebie nawzajem: Miłości, uważaj, to są kłamstwa owinięte pod spojrzeniami fałszywych bogów. Połóżmy nasze ciała na tej ziemi póki co: twoja dłoń, pieszcząc mnie, uczyni z ciebie przystań — Miłość, jesteś uleczeniem na każdą moją udrękę. Słodkim końcem moich lęków. Moją odnalezioną częścią: jestem twoim oddechem, a ty: moim płucem.
  15. całowałeś obfitą krągłość mego brzucha pieściłeś blade ciało urabiałeś rękoma jak ciasto na chleb zachwycała cię delikatność mojej skóry w rozlanej bieli nasze ciała i myśli przenikały się wzajemnie podobno mnie kochałeś a ja zarżnęłam uczucia w sobie chyba nie umiem nie tęsknić za tobą
  16. Ja nie zadzwoniłabym dzwoneczkami gdybym wiedziała, że wchodzisz w serce z taką łatwością Amelia Rosselli Tęsknię za tobą jak tęskni jedna skamielinę za jej odkrywcą. Jesteś odkrywca moich wspomnień, które pisałam do ciebie. Wydobywasz ich bez litości dla mnie, wkradasz się aż do serca, gdzie zostawiasz pęknięcia. Co mam zrobić? Przeklinam drugą połowę, która odrywa się i unosi (nienawidziłam częstego nadużywania słów); oni jak martwe stało. Ale ciało jest wciąż żywe, tysiąc raz, kiedy byłam «alive», ale w środku siebie śpiewałam «dead». Jedna poetka, pewnego dnia mnie nie znajomego zniknęła w nigdy nieotwartej walizce pamięci (bo nie pamiętam dnia, w którym ją przeczytałam, ale tak dobrze, tak łapczywie dobrze pamiętam oczy, które ci pożerałam); (bo jeśli ją otworzę [walizce], pożre mnie jak pierwszy pocałunek nigdy nie nasycony tobą): Tęsknię za każdą śmiercią, która widziała twoje narodziny, i z każdą śmiercią która przeżywam i ożywam. Jak bardzo chciałabym, żeby były moje te s ł o w a, moje! Tylko dla tego, żeby tobie ich pokazać, ale ty, z tamtej strony kontynentu zobaczysz je i nie zrozumiesz. I wtedy, obróconym w moją stronę, jakbyś chciał wziąć oddech, przyniesiesz mi pytanie, spojrzysz na mnie: to ja jestem tymi wersami. Tak zadawała ból sól, którą mi zaoferowałeś podczas naszego ostatniego obiadu. To jest jakby mieć różne kultury jedzenia nie twojego, najpierw nie mojego, a potem: nikogo. Niespodziewany: całus i podpis. 26.12.24
  17. Z miasta, tutaj jest kawał drogi. A mimo to nie mogę odpędzić się od gości. Ciągną tu czasami całe karawany, jakby miały tu być okazałe świątynie, cudowne źródełka albo nieomylne wyrocznie. a jestem tylko ja. Stary, lekko zbzikowany i podatny na plotki dawny król tych ziem. Da Pan wiarę, abdykowałem przecież całe millenia wstecz a są nadal Ci w mieście co biją mi pokłony służalcze a rada miejska mimo zniesienia monarchii nadal płaci mi zupełnie zbyteczną emeryturę. Więc na przekór im postanowiłem się delikatnie odświeżyć. Teraz mój portret nad kominkiem wygląda jak podobizna mojego dziada lub pradziada. Pan się przyjrzy. Wypiękniałem nie ma co. Faktycznie odmłodził się znacznie. Zniknął jego siwy zarost, zmarszczki i pełne, wydatne policzki. Był teraz cudownej urody, młodym blondynem o zawadiackich, niebieskich oczach. Ubyło mu tuszy a przybyło pokaźnej muskulatury. Jedynie humor pozostał bez zmian. Miał teraz około dwudziestu lat. Miał bo mógł. W krainie snu możemy nawet zmieniać swój wygląd i wszystko co z nim związane. Dziwna to zaiste kraina i gdyby nie umiejętność nieskończonej wyobraźni, to łatwo popaść tu w paranoiczne szaleństwo. Bo jak racjonalnie miałbym opisać to, że siedzę właśnie w wiejskiej posiadłości, dawnego dworzanina Wilhelma Orańskiego, on jest dwa razy młodszy ode mnie, choć na ziemski czas, zmarł dwieście lat przed mymi narodzinami. A odwiedzamy się tu co jakiś czas, gdy tylko marzenia senne skierują mnie w okolicę miasta Braima, lub gdy muszę poprosić o radę dużo mądrzejszego i bardziej doświadczonego mistrza snów. Tak było i teraz. Żeglowałem po tafli jeziora aż dwanaście dni, by tutaj dotrzeć. Bardzo dużo czasu spędzam ostatnio na południu. Górnicy goszczą mnie chętnie a nawet odstąpili mi jeden z domów w centrum Lecudarib bym mógł w spokoju śnić bez obaw o ciągłą wędrówkę. Moje sny są ostatnio krótkie i płytkie. Koszmarne duchy życia w teraźniejszej jawie, oblegają moje wyniszczone chorobą komórki. Moja wędrówka choć nadal rozciągnięta w czasie krainy snu, jest rwana i obleczona ciągłym cieniem nagłego zbudzenia się. Czasami zlany potem i ledwie rozbudzony, łkam w miękkość poduszek. Boję się, że stracę sen a zyskam tylko potworną rzeczywistość ludzi ograniczonych. Słuchał mnie uważnie a potem stwierdził. Mistrzowie snu nie tracą jego właściwości, ale to prawda z czasem trzeba się opowiedzieć po jednej ze stron. Piękna snu lub koszmaru jawy. Niejednokrotnie słyszę jak wiele zmieniło się na Ziemi, ile minęło lat? Dwieście ziemskich. Tu były to miliardy eonów i er. Tutaj czas nie ma władzy nad absolutem umysłu i jego kreacji. Na Ziemi czas zabija wszystko. Bałem się nieistnienia. Motywu zgasłej świecy życia. Dlatego w trakcie jednej z podróży, osiadłem tu na stałe. Opowiadając się na wieki ku życiu we śnie. Ziemia jest moją matką, lecz sen jest wiecznym rajem. Nie żałuję i nie żałowałem wyboru nigdy. Wędruję Pan od bardzo dawna Panie Tracy, jest Pan w przededniu swego wyboru. Stąd ten stan niepewności. Ostatnio śnił mi się Pan w ziemski sposób, można powiedzieć, że ten sen nasunął mi koncept by prosić o radę… Zaśmiał się i rzekł Jak to jest być pogrążonym we śnie? To wspaniałe istnienie. Bez trosk, zmartwień, chorób i śmierci. Nie ma tu smutku, cierpienia i łez. Szczerze to nawet nie wspominam o dawnym ziemskim życiu. Zapomniałem o nim i ludziach, których tam zostawiłem. Teraz mam kontakt jedynie z mistrzami snu i mieszkańcami krainy. Mistrzowie to mój jedyny, pozostały kontakt z Ziemią. Wasze opowieści są bardziej niesamowite niż to co widuję tutaj. A nie ma większych dziwów niż te z krainy snu. Kto raz ujrzy alabastrowe wieże i marmurowo szmaragdowe schody nabrzeża w Celephais, ten zapomina o wszystkim. Przecież sam Pan wie o tym. Nie może Pan zostać tu na stałe. Ciało się buntuję przeciw umysłowi. Widać jest w świecie realnym coś co Pana trzyma na smyczy rozsądku. Mam rację? Jest taki ktoś… ona … jej… chciałbym… Z nią zostać? Dokończył za mnie. Pokiwałem głową. Ona nie śni moich snów. Nie rozumie wierszy jakie tworzę. No i jest szczęśliwa z kimś innym. Nie mogę sobie tego wybaczyć. Jak i tego, że mógłbym mimo wszystko ją porzucić. Zna Pan zasady Panie Tracy. My przechodzimy przez Las Głębokiego Snu, kiedy tylko mamy na to ochotę. Podróżujemy bez granic materii i czasu. Inni nigdy tacy nie będą. Pana wybranka nigdy tu nie trafi. Choćby bardzo się starała. Istnienie tutaj niesie za sobą cenę, odrzucenia powłoki człowieczeństwa. To narcystyczny hedonizm. Liczy się tylko moja wygoda i szczęście. Nic nie może zakłócać pogody w raju a już z pewnością nie niespełniona miłość. Musi Pan pożegnać definitywnie, albo mnie albo ją. Bycie w wiecznym rozdarciu między światami zawsze prowadzi do klęski a nawet obłędu. Powodzenia w podjęciu decyzji. Cmentarz ghouli na granicy świata snu. Gnił pod powierzchnią mogił i grobowców, ale i na morowej, skażonej trupimi wyziewami powierzchni. Wspiąłem się po drabinie na jego poziom i wbiłem czujny wzrok w absolutny mrok wokół. Tutaj nigdy nie panowała cisza tak znana z ziemskich nekropolii. Było to królestwo ghouli. Skakały i ganiały się w zapadliskach grobów i otwartych odrzwiach grobowców. Śmiały się szyderczo i piskliwie, śpiewały, wyły do gwiazd, wznosiły modły z Necronomiconu u ogniskowych ołtarzy. Ucztowały na rozkładających się zezwłokach. Uprowadzonych z nekropolii na powierzchni świata widzialnego. Mlaskały, czkały, oblizywały kości, wysysały szpik. Łamały czaszki, rozrywały mostki, wyrywały kręgosłupy. Robiły makabryczne płaszcze ze skór. Piły krew i grały w dosłowne kości. Spierając się, obrażając a nierzadko bijąc i wszczynając burdy. Było to z pewnością najmroczniejsze miejsce w całej krainie snu konkurujące jedynie z Leng i Kadath w zimnej, samotnej postaci. Lecz ja miałem tutaj samych przyjaciół nie wrogów. Podszedłem do pierwszego z nich. Był zajęty porcjowaniem ciała jakiejś młodej dziewczyny. Wyrwał jej kończyny i wykręcił głowę niczym piłkę. A teraz odcinał poszczególne organy, prymitywnym, kamiennym ostrzem. Pozdrowił mnie jednak serdecznie gdy się zbliżyłem i zaoferował poczęstunek w postaci solidnie zgniłej, zielonkawej wątroby. Grzecznie odmówiłem dając mu znak by się nie krępował i zajadał sobie bez przeszkód. Wsunął ochoczo całość do ust i oblizał palce z gęstego krwawego śluzu. Gdzie jest Pickman? Jest z Wami? Nie mogąc mówić przez zapełnione usta pokiwał tylko głową i wskazał mi grobowiec oddalony od reszty i wyglądający na najstarszy ze wszystkich w okolicy. Podziękowałem mu, jednak bez uściśnięcia dłoni. Przedzierałem się przez prawdziwe błoto z krwi i kości, po chwili cuchnąłem nie gorzej od ghula. Zapukałem grzecznie w drzwi grobowca czekając na odpowiedź. Wejdź przyjacielu. Ty jedyny zachowujesz tu nienaganne maniery. Miło że wpadłeś. Zastałem Pickmana przy pracy. To jest przy sztaludze i płótnie. Obraz przedstawiał czystą makabrę którą mogę skreślić jedynie pokrótce. W centrum obrazu namalował Pickman istotę, którą od razu poznałem choć patrzenie na nią wymagało nadludzkiego wysiłku i samozaparcia by nie oszaleć z trwogi. Shub-Niggurath, Matka Tysiąca Plugawych Młodych, trzymała setki ciał ghuli i ludzi w swych mackach i karmiła nimi swe koźlęta a także akolitów Cthulhu. Był to realistyczny do głębi, malarski zapis wezwania na bluźnierczej mszy w okolicach wzgórz Dunwich. Był to nie obraz a akt czystego bluźnierstwa. I za to kochałem Pickmana. Jeśli coś powodowało we mnie lęk. To jego stracona dusza i jego dzieła. Uściskał mnie serdecznie i zapytał z czym przychodzę. Wyjąłem małe zawiniątko z kieszeni płaszcza. Było to jej zdjęcie. Jedyne jakie miałem ze sobą w krainie snu. Zakop proszę zdjęcie mojej ukochanej na tym cmentarzu. Co ginie w krainie snu, nigdy już nie może się tu odrodzić. Chcę by ta miłość umarła. Zamierzam zostać na stałe. Pickman zapomniał już jak to jest kochać, być kłębkiem nerwów a nawet człowiekiem. Ale wtedy objął mnie jak brat. Zapominasz drogi druhu do kogo przybyłeś. Zapomniałeś, że Pickman tworzy dzieła, których postaci wręcz wychodzą z ram. U mnie każdy detal ma w sobie życie. Nie zabiję jej a przeciwnie dam życie. Namaluję ją dla Ciebie. Tak starannie jak nigdy. By mogła żyć tu z Tobą. Na dobre i złe. W krainie wiecznego snu
  18. Im wyżej serpentyną, bukowych i startych do cna, pałacowych schodów głównego hallu, tym refleksy światła dnia, stawały się jakby coraz bardziej strachliwe i zastanawiały się czy brnąć po jasnej ścianie ogołoconej z portretów, bibelotów i sztukaterii, ku najwyższemu z pięter. Gdybyś mój drogi Czytelniku, przybył tu prowadzony pierwszą, jasną, wiosenną pełnią, wtedy krocząc w górę schodów z lampą naftową w prawicy, uczułbyś w porę prędką jak błysk, że to nie ogień rozmywa mrok a mrok osacza wątły ledwie zalążek płomienia. Chcąc wejść jak najwyżej, musiałbyś z każdym, potwornie długo rozważanym krokiem, baczyć na to, że wchodzisz do świata gdzie nic co ludzkie i namacalne nie może Cię ocalić. Zwłaszcza coś tak zawodnego jak umysł. Ten kto uważa się za skostniałego i zatwardziałego racjonalistę o sercu z lodu i kamienia. Też przegrałby w starciu z grozą tego miejsca. Czułby w całej apokaliptycznej agonii, jak lód i kamień, kruszeje pod wpływem jej głosu, śpiewu i śmiechu. Ale cóż to jest by jedynie słyszeć, czuć, przeczuwać. Trzeba ujrzeć by uwierzyć. Postać jej jest zagadką dla ludzi. Żywy trup. Żywy duch. W martwym od pokoleń domu. Jak grobowcu zarośniętym bluszczem i powojem. A ona tak piękna. Tak rozkosznie młoda i pełna pasji. Nieświadoma stąpania po linie pogranicza życia i śmierci. Jej postać uwiodła wielu. Stąpa powoli po swej włości. Za dnia jak i w nocy. A to odpoczywa na kocu w cieniu ogrodowej jabłoni. To znów stoi u odrzwi rozwartych na oścież, rozglądając się ciekawie na boki, jakby za kim kto uszedł przed nią z domu i nie wrócił więcej, lub umówił się że przybędzie lecz wystawił jej uczucia na próbę. Lecz najgorszym przypadkiem jest to, by wracać samotnie obok pałacu, wczesno kwietniową nocą, szczególnie tą gdy deszcz płynie lodowatymi strugami ze stalowych chmur, lub gdy mokra, śnieżna zadymka uderza w pierś zmęczoną i przykleja się do zmarzniętych ust i nosa. Nie patrz wtedy w okna najwyższego piętra, choćby diabły miały wyskoczyć z zaułka ulicy i szarpać miały Twą głowę na karku ku budynkowi. Ona zawsze patrzy z okna na ulicę i błaga słodkim, pójdź ku mnie, ogrzej się, rozgość, zwierz się, zabaw, miłuj… ostań na wieki ze mną. Wielu opłakano gdy okazało się, że znaleźli w pałacu swój grób. Jednak kto zliczy tych co płakali przez żywe, niewieście upiory. Zdradzające, manipulujące, wykorzystujące. Zimne i bezduszne jak trupy. Byłem już o krok od grobowej deski. Alkohol wypalił mi trzewia, gruźlica płuca a niespełniona miłość rozkrwawiła serce. Szedłem więc pijanym krokiem obok jej okien. Traf chciał, że było to czwartego dnia kwietnia akurat w dzień męki pańskiej. Bary i speluny były moimi stacjami. Zdradliwa narzeczona, Piłatem co umył ręce i wydał wyrok. Upadałem więcej razy niż po trzykroć w deszcz i kałuże. Zbiczowany przez myśli o zakończeniu życia. I wtedy dostrzegłem jej urzekającą postać w oknie. Rzekła jedynie, pójdź i drzwi uchyliły się natychmiast skrzypiąc nie naoliwionymi zawiasami. Wszedłem przez ogród na schody i przez drzwi, ku schodom bukowym głównego hallu, serpentyną na piętro. U ich podnóża na stoliczku, stała zapalona naftowa lampa. Chwyciłem ją w prawicę. Ruszyłem. Było mi wszystko jedno. Chciałem tylko kochać. Im wyżej tym lampa świeciła słabiej. Gdy tylko pod stopą uczułem podłogę ostatniego piętra, lampa zgasła a z ciemności szerokiego korytarza wychynęła jej postać. Mogła być równie dobrze żywa bądź martwa. Była z pewnością spełnieniem się snu. Moim gotyckim, wiktoriańskim romansem. W sypialni okazała mi swe wdzięki i sztuki miłosne. Była żywa duchem a martwa ciałem. Zupełnym przeciwieństwem mnie. I może dlatego była moją wiecznością. Bo przeciwieństwa się przyciągają.
  19. "Wiersz jest najpiękniejszą formą, późniejszego gnicia" Użyj wobec mnie serca a Cię wyśmieję i obrócę w niewolnika. Użyj wobec mnie siły a Cię zabiję i będę drwił z Twej głupoty. Użyj wobec mnie języka romantyków a Ci go utnę i wsadzę do gardła. Lecz gdy pokażesz mi w trakcie wiosennego spaceru z dala od zgiełku cywilizacji, padlinę sczerniałą zgnilizną, much i czerwi otoczoną, krwawym wirem. Bielejącą czystością rozprutych, od gazów rozkładu kości. Cuchnącą słodkim afrodyzjakiem śmierci, porzuconą pod mostkiem drewnianym, w trzcinie strugi leniwej. Wtedy Cię schwycę w ramiona i podrzucę w niebiosa błękitne nad ziemi skalanej połacią. I ucałuję gorąco Twe pełne nektaru życia usta, którymi dusza pewnego dnia, ku bramom zaświatów wyruszy. I wypowiem z radością te słowa, żeś mi szczęściem największym i lubym. Połowicą bliźniaczą, pośród plemienia ślepego, ludzkiego wybrana. Twarda jak trumna. Zimna jak onyksowy nagrobek. Z duszą straconą dla świata, lecz dla mnie świętą, dziękczynną. Pójdę z Tobą ku śmierci, co wszędzie wokół króluje. I pisać chociaż spróbuję o sztuce, która też na kartkach tych zgnije. Szczeźnie jak my zapomniana, w czerni anonimowego grobu. Rozłożeni przez larwy i muchy, złączeni w uczuciu wiecznym do wzdętej od gazów rozkładu, słodkiej, jedynej marności.
  20. W krainie snu dobre wieści rozchodzą się znacznie szybciej niż te złe. I moje pojawienie się nad brzegiem płynącej leniwie Skai uznano za dobry omen a wręcz długo wyczekiwane święto. Cztery ziemskie noce błądziłem po znajomych mi krainach. Tak tych przyjaźnie nastawionych jak i tych położonych na rubieżach jak Thraa czy Kadatheron. Do Ultharu jednak zagoniły mnie koszmary powstałe w wyniku kolejnej poważnej infekcji i gorączki. Leczyłem się przez jakiś czas w krainie ghouli. Nigdy by mnie nie wypuścili, gdybym wyjawił im prawdziwy cel mojej podróży. Koty Ultharu. Ich rycerze i zagończycy, od zawsze zwalczają ghoule. Polują na nie dla zabawy i treningu lub po prostu z nudy. A nuda w Ultharze potrafi trwać całą ziemską wieczność. Dlatego ghoule gardzą snem i jego marzeniami. Wolą mgielne, posunięte rozkładem nekropolie o dusznym wyziewie moru. Rozkwitłe, krzywo zbitymi krzyżami na połaciach zapomnianego ugoru pogranicza. Odprawiają tam czarnomagiczne sabaty, harcują wesoło po wnętrznościach mogił, z odgryzionymi dłońmi lub całymi nogami trupów w ostrych lecz krzywych zębach. Ghoule słyną z gościnności dla mistrzów snu. Lecz nie warto posilać się u nich czymś więcej niż wodą. Na szczęście ziemskie ograniczenia tutaj nie sięgają. Człowiek jest jedynie spragniony przygód i zabawy a także plotek i wieści. Nie było mnie przez cztery noce lecz tu minęło wieleset lat. Choć czas o jakim zwykle mówimy i do stosowania jakiego, się dostosowaliśmy, nie ma tu zastosowania. Można powiedzieć, że wszystko żyje lecz stoi w miejscu. Nikt się nie rodzi ani nie umiera. Postaci dzieci i starców zdarzają się na ulicach. Lecz są to mistrzowie snu, odwiedzający jak ja tę krainę. Ulthar, Celephais czy nawet Kadath, zawsze wyglądają tak samo. Zaproszono mnie do sali tronowej. Byłem w niej setki razy. Wysokie, marmurowe sklepienie o żebrowym wzorze, pokryte było freskami historii królestwa. Były tam walki w Zaczarowanym Lesie, wojny z ghoulami a także podróż kociego króla za Bazaltowe Słupy Zachodu ku księżycowi. Na pokładzie kryształowego galeonu bez żagli a o anielskich skrzydłach. Były tam księżycowe istoty oraz postać Randolpha Cartera w niewoli u Mi-Go. Wszędzie tak wokół tronu jak i w kątach, krzątała się kocia arystokracja i służba a także uzbrojeni w rapiery strażnicy. Byli tam persowie, koty brytyjskie, egipskie, zwykłe dachowce i syberyjskie o jasnych, przenikliwych oczach. Tron był wydawać by się mogło, prostym fotelem o puchowych obiciach, pełnym wełnistych frędzli i gałganów. Zaściełał go stos długowłosych kocy i miękkich poduszek. A na ich szczycie dumnie wypoczywał koci król, w otoczeniu swego haremu. Był persem w sile wieku i umysłu. Ciemną, połyskującą zdrowo sierść ukrył pod zbroją ze złota a na łebku spoczywał mu niewielki, zdobiony najprawdziwszym rubinem turban o barwie najczystszej bieli. Panie Tracy, Ulthar czekał na Pana z utęsknieniem i można rzec, że niby czarodziej, zjawia się Pan idealnie w czas. Nigdy zbyt wcześnie i nigdy zbyt późno. Ukłoniłem się przed królewskim majestatem. Koty Ultharu tak samo jak ich ziemscy krewniacy, są dumni, pyszni i przekonani o wyższości swej rasy ponad wszelkie inne a w szczególności ludzi. Tylko osoba o wyjątkowych cechach charakteru i woli, może pozwolić sobie na to by stanąć przed obliczem kociego króla w sali tronowej. Koty lubią postaci inteligentne. Naukowców, wynalazców, artystów czy poetów i bardów. Uwielbiają ziemskie opowieści o swoich kuzynach. Choć trzeba przyznać, że koty Ultharu są od nich znacznie większe, silniejsze, mądrzejsze no i potrafią pisać i czytać a nawet malować i rysować. Koci król podobnie do mnie jest poetą. Dodatkowo również miał zaszczyt spisać kronikę swego ludu od dnia pierwszego marzenia sennego o Ultharze aż po finał wędrówki kotów na rubieże krainy snu do ruin miasta cyklopów. Gdzie zginął jego chwalebny ojciec, w walce z nocnymi zmorami. Śnię o Ultharze bardzo często królu, bo nie ma dla mnie jako prostego człowieka, większej nagrody ponad tą która daje możliwość spędzania wśród Was, doskonałych istot, czasu jaki oferuje mi mój niespokojny ostatnio sen. Tym razem wieleset lat błądziłem po prastarych borach i krainach. Górach Pierwszych Bogów, śnieżnym i bijącym piorunami Hateg-Kla. Śniłem tak głęboko, że wypadłem prawie poza płaskowyż żalu… nie karz mi królu mówić o nim i samotnej górze w zimnej postaci ostałej nad jego grozą przeżartym jestestwem. Król spuszył swe wspaniałe futro na wspomnienie Kadath a wzrok jego na mgnienie wręcz osnuła mgła lęku. Miast tego dał znak straży a ci rozwarli wrota. Wprowadzono o dziwo kilku ludzkich więźniów, w kajdanach i brudnych przepaskach. Jednym z więźniów bezsprzecznie była kobieta. Ją rozkazano zakryć szczelnie od stóp do głów, a to dlatego, że ziemskie kobiety są w Ultharze postrzegane jako synonim niesamowitego piękna i seksualnych pragnień. Wojownicy gdy tylko spotkają ziemską kobietę tracą zupełnie głowę i rozsądek. Zakochują się bez pamięci, piorą między sobą a czasami nawet porywają je wywołując zbędne wojny i zatargi. Słowem, kobieta w Ultharze przynosi ogromnego pecha. Więźniowie nie wyglądali mi na mistrzów snu. I z pewnością nimi nie byli. Zdarza się, że niektórych we śnie prowadzi wspaniała i barwna wyobraźnia. Wtedy czasami trafiają przypadkiem do którejś z krain snu. Są w niej jednak zupełnie zagubieni. Nie znają miast, wiosek, postaci. Trafiają wiedzeni jedynie strachem do miejsc z których już nie dane im będzie się obudzić. Nie potrafią kontrolować snu. Płyną z falą postępującego marzenia, raz lądując w bezpiecznym porcie łóżka, innym razem rozbijając się o skały koszmaru. Więźniów postawiono naprzeciw tronu. Zaiste prześmiewczy wydawałby się Wam ten widok. Koty w zbrojach i z szablami w dłoniach prowadzą spętanych, półnagich ludzi przed oblicze króla kotów. Dwóch z nich krzycząc, błagało mnie o łaskę i wstawiennictwo. Zostali szybko uciszeni ostrymi pazurami, które u kotów miejscowych bardziej przypominały pazury lwa niż dachowca. Panie Tracy, sądzę po pana mimice, dokładnie tak samo jak ja, uważa Pan, że nie ma wśród nich mistrzów snu. Lecz czy wobec tylu mileniów spędzonych w krainie, rozpoznaje Pan kogoś z tego grona? Widział Pan ich kiedykolwiek na szlaku, w którymś z cudownych miast wybrzeża lub w osadach i miastach poza Morzem Południowym? Jeśli nie to proszę się nie obawiać, nie zostaną straceni, samica również. Sprzedam ich górnikom, lub wymienię na rubiny w Kadatheronie. Ale wolałem zaczekać z tym do pańskiego przyjazdu. Nie chciałbym być winny tak okrutnej zbrodni i zniewagi jak sprzedaż przyjaciela, własnego przyjaciela. A więc czy rozpoznaje Pan w choć jednym przyjaciela? Długo patrzyłem w ich umęczone oblicza. Wychudzone postury. Na bose stopy i spętane linami dłonie. Zatrzymałem się i przy kobiecie. Czułem podświadomie, że jest inna niż reszta więźniów. Nie odzywała się, nie szlochała nie ruszała się nawet. Dumnie wyprostowana i ciskająca gromy oczyma tak doskonale zielonymi i dużymi, że można by wziąć ją za kuzynkę kotów. Długo na nią patrzyłem. Aż wreszcie… Samicy nie znam ale odkupię ją mości królu i zapłacę sowicie w lepszej walucie niż plugawi górnicy. Zapłacę informacją dla Ciebie i rycerskiej świty, odnośnie tego gdzie wasi zajadli wrogowie ghoule, trzymają klejnoty zrabowane z ciał cmentarnych. A jest to skarb, który widziałem nie dalej jak kilkanaście dni temu, przekraczając bramę głębszego snu. I rozpali on wręcz Wasze wyobrażenie. Cały Ulthar będzie iskrzył blaskiem drogocennych kamieni. A więc ziemska samica za informację? Szedłem z nią do kryształowego nabrzeża. Mój statek o diamentowych żaglach cumował w doku. Weszła niepewnie po trapie. Nie bój się. Już nikt Cię nie skrzywdzi. Odstawię Cię bezpiecznie za granicę snu. Obudzisz się i już nigdy tu nie wrócisz. To sen. Wręcz zdaje się być jawą. Lecz to sen. Podróż przez jego nieskończenie rozległe krainy. Ufasz mi? Przytaknęła głową bez słowa. Była piękna. Jak sen. Jak wieżyczki i zamki Celephais. Jak tajemnicze i senne Ilek-Vad, ukryte w wiecznym półmroku zmierzchu. Jak kamienny, wyniosły i nęcący Thalarion. Jej oczy jak jego bramy za które wejdziesz ochoczo lecz nigdy już nie powrócisz. Ulecieliśmy w gwiazdy. Rozsiane po pogodnym nieboskłonie. Galery pływały w tę i z powrotem wokół nas na szlaku ku księżycowi i Bazaltowym Słupom Zachodu. Wreszcie po wielu miesiącach żeglugi, przekroczyliśmy je. Chwilę przed tym, pocałowałem ją czule, zanim brzask który rodził się nad falami, zabrał mi jej postać do jawy. A ja zostałem znów sam w ukochanej krainie snu. Obudziła się nagle w swoim łóżku. Świt czerwienił się w oknie. Przetarła sen z zielonych, dużych oczu. Czuła się jak gdyby spała miesiącami a nawet latami. Błądziła we śnie tak realnym, że przebudzenie było wręcz zbrodnią. Pamiętała każdy szczegół. Zaczarowany Las, Ulthar, niewolę, ratunek, podróż przez krainy wybrzeża. Swego wybawiciela. Mistrza snu i poetę. Pocałunek na pokładzie jego statku. A potem ciemność i przebudzenie. Obróciła się na drugi bok, przeklinając swoją wybujałą wyobraźnię. Zasnęła tym razem spokojniej. Lecz już zawsze błądziła w jego niekończącym się śnie.
  21. Mój wiersz jest z tych z gatunku nieprzystosowanych. Dla nieprzygotowanych głów i myśli. Co myślą jedynie w kategoriach, łatwo, przyjemnie, pięknie. A ja lubię chaos. Gdy ogień kominka pochłania zachłannie, pobrudzony szkicami tworzenia, poetycki papier. Bo poezja, którą czasami chciałbym przekazać pochodzi z duszy i serca. Nie mam ich już od dawna. Więc muszę improwizować. Wejść jak grzeszny demon do Twojej głowy, ust, serca. Wpełznąć przez tulące ramiona do Twoich snów i pragnień. Widzieć je jak na dłoni. Doprowadzić Cię do tego stanu, gdy będziesz mi się spowiadać ze swych powszednich dni. Ukochanych i znienawidzonych wydarzeń. A ja jak kameleon. Pokryje swe ciało kamuflażem. Tysiąca masek i form. I dobiorę tą jedną dla Ciebie. Ale najchętniej uciekłbym na ukochany cmentarz. I zaszył się w krypcie po wieczność. Bo wiem, że światło jest dla mnie zabójcze a Ty nim emanujesz. I gdy już moje szponiaste dłonie, okrywają pieszczotą Twe alabastrowe ramiona. Wtedy cierpię mimo braku serca. Bo bliskość równa się zgubie. A ja wolę być uczciwie zgubiony w mrocznym potępieniu, niż fałszywie mamiony, myślą, mową i Twym uśmiechem. Dlatego plany trawi ogień. Łzawy skowyt pośród zapomnianych mogił, słyszą tylko Ci co tańczą nad mgielną poświatą księżyca, Słowa w wierszach są urwane, ułomne i zawiłe. Muszę przeczekać ten jasny, miłosny dzień. I rzucić się na powrót w mgłę. Zimowych, cichych borów. Gdzie wilcze sfory, prowadzą ujadając i skomląc radośnie, korowód Dzikiego Gonu. Gdzie śmierć jest godna hołdu i modlitwy a miłość pod postacią anioła, śpi snem wiecznym, przebita z furią ostrym nożem. Gdybyś tylko wiedziała ile krwi niewinnie przelanej miały na sobie te dłonie. To nie brałabyś ich w swe uświęcone łaską ręce. Pozwól umrzeć temu co dopiero zamierza się narodzić. Niech przez wybite i skruszałe ściany grobowca, przyświeca mi tylko funeralne światło gwiazdozbioru jedynej trwałej marności. Kostuchy i jej wyczekiwanych plag.
  22. Link do piosenki: Marzył chłopiec o piosence Marzył chłopiec o panience Śnił i marzył, i śmierć przyszła Z ciała dusza wyszła Uleciała hen daleko A pod powieką Ciężką jak ołowiu bryła Jeszcze miłość żyła I przeżyła chłopca I przeżyła świat i Boga I zapłakała: moja droga, Moja droga, moje drogi Niezbadane ich odnogi Gdzieś się chłopcze włóczył Czegoś się nauczył Za żywota swego I śmierci ciała twego Gdzieś się błąkał Ile łez wylałeś Nim zrozumiałeś Żeś za życia martwy chodził I w cierpieniu trupim brodził A chłopiec tak powiada: Toś nie ty mnie tu wiodła Lecz twa złuda podła Czemuś tak mnie okłamała Przecież we mnie trwała I wiara, i nadzieja Czy zabrakło miłości Ach, pożółkły moje kości A miłość na to: Nie, za dużo miałeś A za mało chciałeś I wie już chłopiec Gdy śmierć przyszła A z ciała dusza wyszła Kochał, był i żył Minął świat, minął Bóg Minęło wszystko Została piosenka Został złoty róg Co w serca sięga Serca z kamienia Budzi ze złudzenia I panienka zapłakała A miłość wciąż trwała
  23. Był sen, a we śnie twarz. Portret barwny - wyraźne zjawienie. Akryl to był? A może gwasz? Nie. Barwiony był - tęsknieniem. Było tam nieco miłości - chyba, A gdybym śnił jeszcze - Choć nie lubię gdybać - To by nam szpaki i świerszcze Grały. A teraz już ranek - Mżawka, śniadanie i mięta. Gonią się myśli, smutki - na zmianę, Ja już niczego nie chcę pamiętać. 25 X 2022
  24. Piosenka (krótka): choć sama nie wiedziała cichy szept wysłała jej szept usłyszał słuchał i dyszał na szept, krzykiem odpowiedział choć silił się – nie wiedział że krzyk choć głośny mniej, niż szept radosny w końcu ciszej i ciszej serce mówiło, mówiło i tak dalej, wciąż dalej aż szeptem przemówiło ona, gdy szept usłyszała przerażona, aż struchlała on, gdy krzyczeć przestał czym jest miłość poznał teraz, gdy oboje szepczą wszystko wiedzą, wszystko słyszą choć daleko ziemię depczą razem śnią i razem dyszą
  25. "Sen o Wiktorii" Młodopolski erotyk inteligencki Panienka nie wygląda mi ani trochę, na smutną, porzuconą i zdradzoną. O nie! Panienka ma animusz i skora jest widać ku temu, by do mnie uderzać w zaloty sercowe. A ja, z przykrością muszę to dodać, brnę w tą igrę miłosną coraz to głębiej. Bo szukam Twego wzroku, co się ku mnie błyskiem szczęśliwości mieni. Wodzę za Tobą zmysłami i sennym marzeniem nawet, bo mi raźniej wtedy na duszy i weselej w sercu, gdy Cię oglądam co rano i widzę żeś w pełni rada na nasze słowne zaczepki co się mogą zakończyć u restauracyjnego, wieczornego stołu jak i w gorącej, świeżej, nocnej pościeli. Nie dociekam. Czy pocieszenia szukasz prędkiego, boś przed tygodniem ledwie zdradzona została? Czy Cię jednak mój temperament ujął za serce i zapragnęłaś nowego owocu miłości skosztować? Kupidynie, czemu Ty ślepcze, strzały miotasz? W kogo celujesz, sam nie wiesz. Ile się znamy? Niedługo. Dni ledwie dziesiąt. Księżycowych kwadr kilka. A tak nam dwojgu nie wstyd, tych podchodów miłosnych urządzać. A jeśli kiedyś przyjdzie ten dzień, że przekroczymy rozsądku granice, to ja rzeknę tyle, żeśmy temu niewinni. Bo rozgrzeszyć się trzeba. Zdradzeni perfidnie. Połączeni przypadkiem. Czasem jest tak, że to sensu ani celu nie ma. A działa tylko spojrzenie i uśmiech. I ta myśl, że to może nie być tylko sen. Dla Wiktorii mej…
×
×
  • Dodaj nową pozycję...