Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pragnę Państwa z góry uprzedzić i przeprosić: poniższy wiersz liczy ponad 70 zwrotek. Każdy, kto pedejmie się lektury utworu (nie wspominając o ewentualnym dobrnięciu do jego końca), ma zagwarantowany mój szczery podziw dla swojej determinacji. Zapewniam, że po raz pierwszy i ostatni zamieszczam wiersz o tak znacznych gabarytach.
****************************************************************


Z mej pamięci niepokornej,
z mych młodzieńczych przygód licznych,
wydobyłem dzisiaj dla Was
ten obrazek archaiczny.

* * *

Szkolne czasy, więc wiadomo:
jeśli szkoła, to wagary -
jak świat światem wciąż się łączą
doświadczenia owe w pary.

Gdy płonęła wczesna jesień,
lub z cieplejszym tchnieniem wiosny,
w teren chłopcy zasuwali,
jak ogary, co w las poszły,

lecz gdy mróz skuł świat za oknem
każdy głowił się od rana:
gdzie tu prysnąć z wrażych lekcji?
(szatnia była zamykana).

Nam - wilczętom sprytnym, cwanym -
obca była indolencja -
któraż straszna ci przeszkoda,
gdy młodzieńcza jest inwencja?

Było w ogólniaka gmachu -
murach starych i obszernych -
zakamarków różnych mnóstwo,
w tym część duża niepotrzebnych.

Jedno takie pomieszczenie
odkryliśmy raz przypadkiem
w naszej sali gimnastycznej,
tuż pod sceną - Zbych mi świadkiem -

i choć trochę zagracone,
prądu brak i wygód wszelkich,
było dla "konkwistadorów" -
co tu gadać - skarbem wielkim.

Zaraz ktoś plakaty przyniósł
i znalazła się gitara,
jakaś świeczka, stare krzesła
i już miała metę wiara.

Jeden tylko miał mankament
ten nasz wyraj, ten nasz azyl:
gdy "wuefu" czas nastawał
(tak bywało... kilka razy),

gdy ćwiczono skoki, skłony,
grano w "siatę", albo w "nogę",
odcinano nam w ten sposób
ewakuacyjną drogę.

Ale kto by się przejmował
takim drobnym utrudnieniem -
wszak od knowań pedagogów
"dziupla" była wybawieniem.

Każdy głowił się profesor:
- Gdzie znów diabli ich ponieśli? -
A my cicho... pojedynczo...
do kryjówki... i cześć pieśni.

I nie przypuszczały wcale
belferskiego ciała sfery,
że pod licealną sceną
jest piwniczka trzy na cztery.

Zanosiło się na nudy,
komuś "lufa" zagrażała -
sama wizja takiej lekcji
mdliła nas i przerażała.

Więc co robią "naukowcy"?
Na wagary sobie idą -
czterech było nas, "Budrysów",
między nimi ja, Wasz "idol".

Sala gimnastyczna... podest...
klapa w scenie... wykładzina...
ależ to emocje były!
Takich się nie zapomina.

Ale dnia pewnego, zimą,
niemal zapachniało wpadką
jednej z naszych "ekspedycji" -
cud, że poszło nam tak gładko.

Zasuwamy do kanciapki,
lokujemy się po kątach...
komuś w brzuchu zaburczało
(bywa, kiedy lekcja piąta),

cichuteńko gra gitara,
już się śmieją młode pysie,
wtem z kolegów jeden rzuca:
- Hej, chłopaki, s**ć chce mi się -.

Na "wolności" do zmartwienia
powód byłby to ostatni -
ot, wygódka albo krzaczek,
lecz co począć w takiej matni,

bo na sali gimnastycznej
sport się właśnie rozpanoszył -
przemknąć się niepostrzeżenie
szans nie było za pięć groszy,

więc na bite trzy kwadranse,
niczym w brzuchu wieloryba
zostaliśmy uwięzieni.
Rzekł kolega: - Wyjdę chyba -.

Każdy się oburzył szczerze,
każdy chciał mu w łeb przywalić:
- Wstrzymaj się, albo coś wymyśl!
Chciałbyś taką metę spalić?! -.

Koleś minę miał nietęgą,
jak skazaniec przed wyrokiem
i bynajmniej nie żartował,
bo "ściśniętym" dreptał krokiem.

A poza tym przed erupcją
krater emituje gazy -
tutaj też to miało miejsce
i to - wyznam - sporo razy.

W "zagęszczonej" atmosferze
ciężko się rozumowało,
a czas naglił, bo już "monstrum"
bez pardonu na świat chciało.

Nim krytyczny nastał moment
los uśmiechnął się do druha -
na bezrybiu i rak ryba,
kropla morzem, gdy posucha.

Wyostrzony desperacją
wzrok kolega miał jak brzytwa,
dostrzegł w ciemnym kącie puszkę -
małą: zero siedem litra.

Chłopak był w skowronkach cały,
że fant znalazł odpowiedni -
na pokrywce napis głosił:
"farba olej. orzech średni".

Fakt - nie była całkiem pusta,
lecz ocenił nasz rówieśnik,
że nieszczęście jego wredne
jeszcze się w tej puszce zmieści.

Tu nie było, że: "co nagle..."
i nie było: "za chwileczkę...".
Odtąd wiem, co pośpiech znaczy.
Ktoś taktownie zdmuchnął świeczkę.

Mrok nas okrył litościwy,
lecz niejeden bodziec zdradzał,
że kolega pomysłowy
zamierzenie w czyn wprowadzał.

Jakie owe bodźce były?
Raz z "przepony", raz z "osierdzia"...,
lecz niech lepiej pozostaną
za zasłoną miłosierdzia.

Puszka mała... i po ciemku...
oj, nie było mu zbyt łatwo.
Wtem w ciemnościach głos się rozległ:
- Ja pier***ę! Dajcie światło! -.

Trzask zapałki... i blask świecy
porozpędzał mrok po kątach...,
"autor", "dzieło" ukończywszy,
we wzrokowy wszedł z nim kontakt.

Widok zaś był dramatyczny,
zbulwersował wszystkich srodze,
bo "meritum" okazałe
spoczywało na podłodze.

Kiedy głową się nie myśli,
nigdy nie wiesz, co cię spotka:
jak skierować "to" i "owo"
w dziurę o średnicy spodka?

W większą czeluść owszem, spoko,
lecz w tak małą? Pełna klęska!
Na przeszkodzie anatomia -
nawet wtedy, kiedy męska.

Tak więc w miejsce przeznaczenia
"owo" wpadło wręcz wzorowo,
szkód nie czyniąc w środowisku.
"To", dostojnie legło obok.

Zręcznie-ręcznie, czy kopniakiem...,
sam już nie wiem jak się stało,
że co miało siedzieć w puszce,
w końcu w niej wylądowało.

Terkotliwy jazgot dzwonka
kres obwieścił naszej kozy,
a kolega swe "trofeum"
z gracją pod sweterek włożył.

Trochę czasu upłynęło,
nim "przestępcy" z końca sali
chyłkiem i niepostrzeżenie
pod drzwi klasy zawitali.

Chciał "dywersant" swoją "bombę"
wynieść zaraz do śmietnika,
lecz na lekcję dzwonek wybrzmiał -
zaczynała się fizyka.

Wetknął balast w kąt przy szatni,
mówiąc: - Wezmę ją po "fizie" -.
Zgodnie mu przytaknęliśmy -
wszak nikogo nie ugryzie.

Gdy minęła lekcja - pobiegł.
Wrócił... dziwny: - Coś cię boli? -,
a on na to: - Ale numer!
Ktoś tę puszkę podp*******ł! -.

Najpierw nikt mu wierzyć nie chciał,
każdy myślał, że to ściema.
W końcu sprawdziliśmy wszyscy.
Rzeczywiście! Puszki nie ma!

Tego co się działo potem
nie widziałem, Bogu dzięki,
dalsze losy puszki z "farbą"
znam jednakże z drugiej ręki.

W małym domku koło szkoły
mieszkał nasz znajomy woźny -
czasem gderał, sarkał trochę,
lecz ogólnie był niegroźny.

On to właśnie, razem z synem,
idąc pustym korytarzem,
dojrzał puszkę. Od "młodego"
znam historię dalszych zdarzeń.

Puszka farby w czasach "Edzia",
to rarytas był nie lada.
Schował zdobycz pod fartuchem
mrucząc: - Nada się, oj nada -.

Wyglądała na nietkniętą -
pełna była... w dobrym stanie...
Jasne! Przecież tydzień temu
było w szkole malowanie!

Pedel gościem był trunkowym,
ćwiartkę ciągnął jednym duszkiem.
Myśl przewodnia: jak najszybciej
przehandlować farby puszkę.

- To nie będzie chyba trudne -
wstrząsnął skarb swój: - Jest przynęta.
Do wieczora bez problemu
znajdę sobie kontrahenta -.

I istotnie - po południu
klient przyszedł upragniony.
Woźny, jako że bon ton znał,
czule zwrócił się do żony:

- Dawaj stara szkło i żarło,
sprawa bowiem tu niebłaha! -
(pedel Kazik miał na imię,
jego żonie było Stacha).

Już był poczuł nasz bohater
owo "coś" znajome w kościach -
godnie i po wielkopańsku
do jadalni prosi gościa.

Na stołeczkach się sadowią
jeden z flaszką, drugi z farbą,
obaj skłonni do transakcji,
chociaż każdy z miną hardą.

Po burzliwych pertraktacjach,
gdy już każdy kapkę spożył,
towar trzeba było sprawdzić -
Klient puszkę więc otworzył.

Nie przypuszczał biedny woźny,
że los tak mu da po łapach:
konsystencja... barwa... - owszem -
ale (w mordę!) skąd ten "zapach"?

O czym obaj pomyśleli,
tego dziś już nie rozwikłasz.
Faktem jest, że farba z "wkładką"
"krzepki" utworzyła miszmasz.

Zatrwożyła się cieciowa
widząc jak im lica bledną:
- Coście chłopy narobili!
Jezu! Kwiaty mi powiędną! -.

Odurzony wonią "farby"
wrzasnął kupiec z groźby nutą,
że cieć oszust i szubrawiec
i że farbę dał zepsutą.

Ależ była awantura...,
taka się zrobiła chryja,
że nasz "sprzątacz" przedsiębiorczy
omal nie zaliczył w ryja.

I być może dużo gorzej
zakończyłoby się wszystko,
lecz powietrze "zadżumione"
rozgoniło towarzystwo.

Osobliwa ta historia
ma i swoje dobre strony,
bo po zajściu jakby rzadziej
chodził cieciu "nawalony".

***

Od wydarzeń opisanych
upłynęło lat trzydzieści,
lecz piwniczny ów epizod
każdy z nas w pamięci pieści.

Już "chłopaki" nie chłopaki,
nad głowami cienia smużka,
lecz na twarzach uśmiech gości,
kiedy pada hasło: "puszka".

I to byłoby "na tyle",
pora zamknąć nasz teatrzyk.
Jakiś morał? Bardzo proszę:
ten kto czuje, słucha, patrzy,

również w takiej opowieści
może znaleźć promyk słońca,
bo cóż w życiu ponad młodość -
nawet jeśli ciut... śmierdząca.

* * *
Czy ktoś z Was się jeszcze łudzi,
że ma "pod sufitem równo"
ten, który na bohatera
wykreował zwykłe gówno?





[sub]Tekst był edytowany przez Yourek Ajsiński dnia 08-07-2004 16:43.[/sub]

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ja również jestem pełen podziwu, Panie Mirosławie - jak wspomniałem we wstępie. Fakt - "dzieło" długaśne (sorry), ale historia literatury zna niewątpliwie dłuższe utwory wierszem pisane )).

Ech, tak czasem coś siądzie na mózg... Chciałem po prostu podzielić się z czytelnikami przygodą z czasów sztubackich, chociaż przyznaję - mając nadzieję, że przykuję na tak długo uwagę czytelnika, skromność gdzieś zapodziałem.

Piękne dzięki - pozdrawiam.
Opublikowano

świetne, zabrakło mi chusteczek, popłakałam się ze śmiechu-zabieram do ulubionych-gatunek "rozweselacze"
serdecznie pozdrawiam
anka
p.s. dotrwałam do końca, właśnie ów koniec jest: " ożesz ... klawy"

Opublikowano

Arcydzieło iście zasługujące na wszelkie pochwały .....
Nie miałem problemu z dotarciem do samego końca ...
Przecież od tego wprost nie można się oderwać ....

To namacalny dowód kunsztu , formy i stylu ...w którym pan zna już niemal wszystkie sekrety ...
Zdaję sobie doskonale sprawę z tego jak trudno napisać tak długi , rytmiczny i rymowany tekst
Wypada podziwiać i uczyć się , uczyć ...

Wspaniałe ..........

Do następnego spotkania z pańskim słowem ...
Moje uszanowanie ....LG.

Opublikowano

To świetnie, że pamiętałaś o chusteczkach, Aniu - ostrożnie z płynami nad klawiaturką!)))

*właśnie ów koniec jest: " ożesz ... klawy"*
Domyślam się, że chodzi Ci zwłaszcza o ostatnią zwrotkę))). Mnie też się podoba))).

Serdeczne dzięki - pozdrawiam))).
*******************************************************

Panie Indian, witam w gronie desperatów - to chyba najtrafniejsze określenie czytelników tego wiersza))). Ponownie uradował mnie Pan swoim wpisem.

Dziękuję i pozdrawiam))).
***************************************************
*momentami obawiałem się czy aby nie zdarzy się 'przegięcie' dobrego smaku - jednak eksperyment udany*
O, właśnie takich słów trzeba mi było jak powietrza - serdeczne dzięki Michale))). Zdegustować kogoś, zniesmaczyć - to ostatnia rzecz jakiej bym sobie życzył. Cieszę się, że tak odebrałeś ten "smakowity" kąsek))). Słowa niecenzuralne "wypikałem" (zwróć uwagę: występują tylko w cytatach). Ostatni wyraz wiersza pozostał co prawda bez "woalki", ale przecież dzieło tej miary musi mieć solidny fundament))).

Pozdrawiam serdecznie - dzięki))).
**********************************************************
*Arcydzieło iście zasługujące na wszelkie pochwały .....*
*To namacalny dowód kunsztu , formy i stylu ...w którym pan zna już niemal wszystkie sekrety ... *
Uuuuła!!!
"Niech Pan ochłonie,
Panie Leonie"))))))
Jak Pan może zadawać tak okrutne ciosy mojej pokorze i skromności?)))

Co prawda całość udało mi się utrzymać w formie ośmiozgłoskowca, ale z rytmem niestety poszło gorzej. Doskonale wiem, że nie wszystkie rafy udało mi się ominąć.

Odnośnie nauki: jeśli reflektuje Pan na edukację z rodzaju: "Uczył Marcin Marcina", to nie widzę przeszkód))))

Jestem zaszczycony Pana słowami.

Pozdrawiam serdecznie))).
****************************************************
P.S.
Ponieważ zainteresowanie wierszem przerosło moje oczekiwania, rozochocony tym stanem rzeczy pozwoliłem sobie na pewien czas umieścić w moim "info" fotkę z tamtych właśnie lat. Być może ciekawostką będzie, że wśród osób widocznych na zjęciu, znajdują się szlachetne oblicza wszystkich czterech bohaterów epizodu piwnicznego.
Youreczek - z "nimfą" na kolanach.

Gość Joanna Skor
Opublikowano

Narodził sie nam nowy Kornel Makuszyński. Gratuluję, pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Rzeczywiście, Pani Joanno, chyba coś w tym jest. Obaj - tzn. ja i Pan Kornel (kolejność nieprzypadkowa:-))) ) - ubieramy w rymy naturę. On - koziołka Matołka i małpkę Fiki-Miki, a ja... no cóż - też z natury zaczerpnąłem, aczkolwiek nieco ku fizjologii oscylując:-))).

Kiedy ktoś powodowany lekturą moich wierszy, wspomina o takich wielkich pióra, robię się bardzo malutki, tyci..., znikam prawie. Proszę o litość, Pani Joanno:-). Jeszcze chciałbym tu z Wami troszkę posiedzieć:-).

Dzięki serdeczne - pozdrawiam:-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Yourek...jestes niesamowity...co ja sie nasmialam przed chwila...to jeden Bog wie, bo w pokoju cisza i moj syn spi /w jego pokoju komputer mam/ i pies,u nas noc /u Was dzien/
myslalam, ze wpadne pod klawiature, takiej ubawu dawno nie mialam, smiech to zdrowie...a ten wiersz ....perelka.

[sub]Tekst był edytowany przez Olenka Janik dnia 11-06-2004 08:16.[/sub]
Opublikowano

nooo to jest dopiero wierszydło :)
świetnie się czytało! śmiechu przy nim co nie miara :)
(mam tylko pytanie odnośnie jednego wersu "Bezwzględne na świat się pchało" ma być, że ono się pchało bezwzględnie, czy, że ono było bezwzględne? bo z początku myślałam, że "i" zjadłeś, ale teraz patrzę, że przecież i tak, i tak może być i sens jest :) )

od czasu do czasu dobrze przeczytać coś takiego :) humor od razu lepszy, z miłą chęcią przeczytam następnego "węża" :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Natalio...ono sie pchalo bezwzglednie, sadzac po zachowaniu autora "pchania"...i jest bezwzgledne: if you got it go, you got it go /jak tzreba isc...to trzeba.
[sub]Tekst był edytowany przez Olenka Janik dnia 11-06-2004 19:20.[/sub]
Opublikowano

Mnie jest również bardzo miło, Zosiu - witaj:-))).

Pozdrawiam serdecznie:-)
**********************************

Witam, Pani Maleno:-)

Fabuły dostarczyło życie:-). Tydzień temu odbyłem małą podróż sentymentalną w tamte czasy - uczestniczyłem w zjeździe wychowanków mojego L.O. Z kilkoma osobami widziałem się po raz pierwszy od blisko 30 lat! Niesamowita sprawa, wręcz egzotyka:-).

Dziękuję za tak ciepłe przyjęcie "dzieła wiekopomnego":-))).

Pozdrawiam:-).
*******************************************

*co ja sie nasmialam przed chwila*
I to wystarczy mi za wszystko, Oleńko:-)))

Pozdrawiam cieplutko:-)
************************************

Natalio, Oleńko - oczywiście przy tematyce tak niebanalnej, głębszych analiz przesłania autora uniknąć nie sposób:-)))
Niczego nie zjadłem, Natalio. Temat apetytu nie przysparza:-))). Czy "monstrum" było bezwzględne, czy bezwzględnie się pchało... mniejsza o słowa - ważne są pryncypia:-). Na dowód przytaczam sentencję:
"Śmierć i s****e -
gdzie zastanie" :-)))

Dziękuję - pozdrawiam z uśmiechem:-))).

Opublikowano

Fajny, zabawny i przypomina stare dobre czasy. Taki luzik czasami dobrze robi. Sam w tym celu umieściłem w Piaskownicy wiersz "Serduszka". Czytając Pański wiersz kilka razy wypadałem z rytmu - proponuję trochę nad tym popracować, cenię płynność. Moja uwaga nie zmienia jednak faktu, że się nieźle uśmiałem ...
Pozdrawiam :)

Opublikowano

Pani Anastazjo, w takie historyjki mój żywot raczej nie obfituje, a z niczego - czyli z głowy:-) - za bardzo czerpać nie potrafię. Może kiedyś jeszcze uda się skrobnąć coś takiego, ale obiecać niestety nie mogę.

Piękne dzięki - pozdrawiam:-).
*******************************************

*Czytając Pański wiersz kilka razy wypadałem z rytmu *
Wiem - psia kostka - wiem, Panie Marku. Zdaję sobie sprawę, że rytm kuleje tu i ówdzie. Mam co prawda parę pomysłów na korekty, ale czy "dzieło" jest tego warte?:-)

Dziękuję za wpis i podziwiam wytrwałość:-).
Pozdrawiam:-).
*****************************************
*a swoją drogą, to niezłe "ziółko" z Pana :))*
Teraz to już raczej zielicho stare, kostropate - Pani Emilio:-)

Dziękuję serdecznie i pozdrawiam, ciesząc się Pani uśmiechem:-).

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...