Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

Lilia piękna, wręcz oszałamiająca,

często tańcząca, jak i świecąca, 

tak samo pięknie płacząca.

Lilio ma piękna, cudowna, czemuś taka?

Twarz przestronna, często kłamiąca,

a mimo wszystko tak bardzo promieniejąca.

Prawda Cię skrzywdziła, poraniła, 

niczym pnączami druta kolczastego opatuliła.

Piękna lilio! Wysłuchaj chociaż raz,

spójrz na świat bez ciemnych barw!

Lilio Ty nasza, nie daj ciemności odebrać kolorów,

cudowna lilio, nie płacz jak nikt nie widzi,

lilio, spójrz na świat bez krat bólu,

lilio, pamiętaj o sobie. 

 

Czymże świat byłby bez Ciebie?

Zapachu pięknego, wyglądu oszałamiającego,

Często śmierć zwiastującego.

Piękna, nadzwyczajna jak i cięta,

prawdą atakująca, z bólem przez świat zmierzająca.

Obudź się z amoku, lilio,

nie musi już tak dalej być.


 

Lilia, może piękna, a jak toksyczna.

Przykra, niezbyt przyjemna,

spolądająca w przeszłość, 

rozgrzebująca wściekłość.

Lilio zgorzkniała, powiedz mi!

Jak tyś zdołała, 

smutna szlochała…

Lilio smutna, aczkolwiek w tym piękna,

jak tyś tak wstrętna?

Lilio nieszczęsna, 

poczuj moc tętna, bądź proszę wdzięczna.

Lilia biedna, tak bardzo smętna,

kiedyś czuła się jak księżna.

Miłość tak szczelna, że odbiła swe piętna.

 

Lilio nieszczęsna, często tak smętna,

na świat spójrz zza piętna.

Jesteś przepiękna, a jak zniszczona.

Tyś czerwona - bez obrony. 

Tyś biała była, jakże piękna,

ambitna, a jakże naiwna.

Lilio naiwna, podzielże się, 

myślami które prześladują Cię.

Myślami, które prześladują mnie.

Sens? - dawno przepadł gdzieś w ogniu.

Lilio… już nie pytam.

 

Ależ pytaj! 

Za dzień chwytaj, pewnie myślą błyskaj!

Jednakże gdzież w tym sens? 

Gdzież się kryje, jak nie w bezsensie?

Nie jestem z wielkich opowieści!

Jestem jedynie pęknięciem,

jak linii na papierze jaki spłonął

wraz z uczuciem.

Lilio, tyś naiwna była… 

Wiem, to moja wada.

Lilio, nie płacz więcej - zapałki się wypalają.

Nie odpalisz żadnej ponownie.

Lilio, każda iskra kończy się ciszą,

chowasz je w kartoniku.

Jakbyś chciała schować wspomnienia,

które nie zapłoną.

A Ty, Lilio, dalej pytasz,

“Dlaczego wciąż je trzymam?”

 

Lilio, Lilio, Lilio.

Cały zaś czas tylko to.

Natręctwo.

Gdzie podział się rozum?

Gdzie podziało się to co zgasło?

Przede wszystkim, 

gdzie zgasła iskra, jaka miała zapłonąć?

Ciągle słyszę “Lilio” to,

“Lilio” tamto. 

Każda zapałka płonie, 

gasnąc w mych dłoniach... 

Kto by pomyślał, że to spłonie?

Pozostawiając popiół wspomnień,

w małym kartoniku po zapałkach.

Moja iskra zanika w wodzie,

coś, co niszczy ogień.

 

Woda otula mą zapałkę,

bezlitośnie ją gasząc.

Czemuś wodą? 

“Lilio, Lilio, Lilio…”

Dość.

 

Lilio naiwna…

Ty niegdyś ogniem,

teraz gasnącą myślą

W dłoniach.

Ciszy.

Każda zapałka kończy tak samo.

 

Gasnę, powoli. 

We własnym ogniu,

własnej wodzie jaką się stałam.

Nie jest Tobą.

 

“Lilio, Lilio, Lilio…”

Przestań.

Dość maskarady.

Dość pożarów wkoło. 

Gasnę w oczach…


 

Lilio zniszczona, niegdyś ognista.

Dlaczegoś obróciła się w popiół?

Spłonęłaś w oczach,

powoli zgasłaś.

 

Lilio popielna, powstańże z popiołu,

pokaż światu swą moc.

Na nowo zapłoń.

Zapłoń jak zakochane serce.

Wznieć nowe pożary.

Spal mosty przeszłości.

Poczuj palące uczucie.

Poczuj iskrę.

Niech wznieci twój ogień.

 

Lilio. 

Pamiętaj kim jesteś.

Jesteś dzieckiem ognia.

Powstań jak pożar z iskry.

Wznieć go swoją zapałką 

i spal wszystko w popiół.

Tak jak spłonęłaś Ty.

 

Jestem dzieckiem ognia.

Z popiołów powstanę, 

tak samo jak w popiół się obrócę.

Płonę, palę co dotknę.

Samą siebie także.

 

“Lilio, Lilio, Lilio…”

 

Widzę rozczarowanie.

Ciągle jestem lilią.

Powinnam dryfować po wodzie.

Iskierki świetlików powinny mnie otaczać.

Czemu tak nie jest?

Dlaczego jestem jak zapałka?

 

“Lilio, Lilio, Lilio…”

 

Nie!

Dość.

Nie jestem twoją podwładną.

 

Lilio, oddaj się mi.

Sprawię, że zapłoniesz jasnym ogniem.

Ogniem tak gorącym, 

że cały świat nauczy się bać.

 

Przestań! Nie będę już Lilią.

 

Lilio, nie bądź uparta.

Spłonie każdy.

Każdy kto ocenił.

Skrzywdził.

 

Przestań, przestań, przestań!

Nie potrzebuję Cię.

Wyjdź z mojej głowy.

 

Lilio zagubiona, oddaj się mi…

Oddajże kontrolę. 

Dajże wydać wyrok,

spalić wszystko w popiół…

 

Nie.

Nie oddam siebie.

Nie dam zniszczyć mojej zapałki.

Będzie płonąć.

Aż nie wypalę się jak gwiazda.

 

A gwiazdy nigdy nie przestają płonąć.

 

“Lilio… to już koniec.”

 

Kurz opadł, koniec maskarady.

Pustka w sercu, zanieczyszczone wody.

Wypalona trawa, spadające gwiazdy.

Nikt nie przeżył. 

Nastąpiła cisza.

Powoli unosząc wzrok,

zauważ płatki z nieba spadające.

To lilia - pomyślisz. 

Jednak co by tam robiła?

Delikatne płatki lądujące na Tobie.

Piękne, wilgotne. 

Coś nowego w porównaniu z Twym ogniem.

Coś co nie rządzi się chaosem.

Nie jesteś już Lilią.

W końcu możesz odetchnąć.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...