Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dzisiaj wisi coś złego w powietrzu:
elektryczność, napięcie wśród deszczu,
falą z mózgu do mózgu gna gniew,
chmurna para dziś drga niespokojnie,
ludzie myślą zaczepno-obronnie,
prąd rozbuchał szpik kostny i krew.

Niebo ciska ku ziemi błyskami
znak wściekłości, jak my - spojrzeniami,
dalej wiatr przekazuje go pniom,
i już wrzeszczą na wietrze gałęzie,
że dla piskląt litości nie będzie,
gdy nienawiść na las rzuci grom.

Granatowo pulsują pomruki
echem w góry, wieżowce i bruki,
nurtem rzek i oddechów do serc.
Warczą psy na znak burzy we wnętrzu,
grzmoty dają powszechność przekleństwu,
iskrzy nim cały świat, każdy nerw.

------------------------------------------

Instytut Meteorologii przewiduje na dziś:
zachmurzenie miejscami dość duże,
wichury, grady, ulewy i burze,
niekorzystne warunki dla meteopatów,
alergie na pylone wiatrem pyłki kwiatów,
brak odporności na stres i ból zębów,
podenerwowanie w pobliżu urzędów,
niekomunikatywność, kłótliwość przyrody,
awanturę powietrza, ziemi, ognia, wody.

Opublikowano

Witam.
Źle to Pani rozegrała. Jedynie ciekawie się rozpoczyna ("Dzisiaj wisi coś złego w powietrzu"), potem zaś, jeśli już o tym złu pisać, nie powinno być tak dużo słów takich, jak: gniew, nienawiść, wściekłość, przekleństwo etc. Często są to wyrazy bliskoznaczne, zastosowane w tekście po to, by pokazać czytelnikom, że nasz język jest bogaty i żeby nie robić czegoś w stylu średniowiecza, gdzie mniej dbano o piękno języka, bardziej o przekaz. I jeśli chodzi o te wspomniane przeze mnie słowa, to nie buduje się nimi nastroju. Trzeba zrobić tak, żeby to czytelnik sam wyczytał tę nienawiść, tę wściekłość etc. Tu zaś wszystko podane jest jak na tacy.
W wersie 1. pojawia się "elektryczność", czyli jakby zapowiedź prawdziwej burzy, co zgodne jest jeszcze z samym tytułem wiersza ("Prognoza pogody"). Ale nagle w wersie 2. mamy już tę burzę, czyli już nie mogę być mowy o zapowiadaniu czegokolwiek. Wprawdzie burza dopiero się zbliża ("że dla piskląt litości nie będzie), ale jest to zbyt czytelne, szczególnie tu: "Niebo ciska ku ziemi błyskami". "Elektryczność" jakoś jeszcze się ratowała, można by później pójść w kierunku spięć, zwarć, przeciążeń, trochę to wszystko zamaskować. Wprawdzie wciąż dałoby się to odczytać, ale przynajmniej tak by nie wiało łopatologią. Da się ją szczególnie wyczuć w 5. wersie ("ludzie myślą zaczepno-obronnie"), gdzie dowiadujemy się, o jaką burzę tak naprawdę chodzi. Z jednej strony wahania natury, z drugiej awantury między ludźmi. Należy jeszcze dodać, że zapis wersu jest fatalny. Dziwnie to brzmi, że "ludzie myślą zaczepno-obronnie", jeśli już chce Pani ukazać taki sens, to chociaż proszę przerobić jakoś ten wers. Zbyt czytelne.

2. strofa - "Niebo ciska ku ziemi błyskami/ znak wściekłości, jak my – spojrzeniami" - to już porażka na całej linii. W tym momencie wszystko już jest tak jasne, że dalej czytałem tylko po to, by móc sprawiedliwie ocenić. No i się zawiodłem, bo potem zamiast jakoś to ciekawie napisać, bazuje Pani głównie na wyrazach o dużej ekspresji, tak że aż mdli czytelnika. Mamy potem "wrzeszczą", "litość", "nienawiść", "granatowe pulsujące pomruki", "warczą", "przekleństwu". Za dużo tego. Takie pisanie o burzy, o stosunkach między ludźmi jest szablonowe. Nie wiem, czy się jasno wyrażam, chodzi o to, że tu nic odkrywczego nie ma.

Ostatnia strofa - oddzielona od reszty i chyba słusznie, bo wygląda jakby wzięta żywcem z obcego tekstu. Nawet mamy dowcip ("podenerwowanie w pobliżu urzędów") i chyba dzięki temu jest to najlepsza strofa z całego tekstu. Ja na jej fundamencie zbudowałbym zupełnie nowy tekst.

Kończąc, bo czas mnie goni i muszę niebawem wychodzić, nuda, nuda, nuda. Napisane sztampowo i na dodatek w niektórych miejscach brzmi tragikomicznie (patrz: ostatni wers 2. strofy). Ta "nienawiść" rzucająca "gromy", nieciekawe, nieodkrywcze i jeszcze czuje się przesyt. Kilka ciekawych metafor wyłuskałem, choćby z wersu o pisklętach. Brzmi jak alegoria, te pisklęta można ciekawie zinterpretować. Radzę napisać tekst od nowa. Proszę wybaczyć, że tak pobieżnie, ale jak już wspomniałem czas mi iucieka, a więc uciekam.

I jeszcze jedno - proszę wklejać do działu niżej, bo ten tekst nie jest tekkstem "wprawnego poety".

Pozdrawiam.

Opublikowano

no... zdecydowanie... źle źle źle...

Chociaż wierszyk nadawał by się do jakiejś przedszkolnej pioseneczki do programu "Kulfon i żaba Monika".
:/

Radze wystartować gdzie indziej, bo rzecyziwście tu może być troche uciążliwe umieszczanie takich wierszy. Szczególnie w tym dziale.

Pozdrawiam!
R.

Opublikowano

takie wash and go, czyli dwa w jednym. pierwszy wiersz śmiertelnie poważny, drugi żartobliwy. może nie jestem tak wyrobionym czytelnikiem jak wcześniej komentujący, bo mi właśnie ten drugi wierszyk bardzo się spodobał. jest zabawny (wywołał u mnie uśmiech, a to już coś) i sprawnie napisany. co do pierwszego, to choć wydaje mi się, że doskonale rozumiem Twoje intencje, to przemawia do mnie jedynie kilka jego wersów, które choć bardzo dobre, giną pośród pozostałych, które z kolei wyszły nijako. pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Amerrozzo, bardzo dziękuję za tak wnikliwą analizę i długi komentarz. No cóż, nie każdy lubi taki kwiecisty styl, wiem o tym. Teraz jest moda na oszczędność słowa, na lakoniczność, co z kolei mnie się nie zawsze podoba. Rzecz gustu lub mody właśnie.
Sztampa? Być może, chociaż jeszcze nie czytałam polskiego wiersza, który byłby próbą pokazania, że w całej przyrodzie ożywają te same uczucia i nastroje, co w ludziach i że często nasze uczucia przejmujemy bezpośrednio od przyrody, której jesteśmy cząstką.
Każdy ma prawo do własnego zdania - i Ty, i ja. Ale w związku z tym uważam, ża jedno Twoje zdanie jest niestosowne: "I jeszcze jedno - proszę wklejać do działu niżej, bo ten tekst nie jest tekkstem "wprawnego poety"." To Twoja ocena. Ale dlaczego próbujesz mi rozkazywać i rozstawiać po kątach? Uważasz się za "wprawnego krytyka"? ;-)

Stehr, tak jak pisałam poprzednikowi: masz prawo do własnego zdania i gustu, ale nie mów mi, co mam robić i co gdzie umieszczać, bo znacznie przekraczasz swoje kompetencje oraz granice grzeczności.

Michale, wiem nie od dziś, że nie lubisz tego typu wierszy. No cóż, nie wymagam tego od nikogo. Dzięki, że jednak przeczytałeś i zaznaczyłeś, że byłeś u mnie w gościnie.

Sylwestrze, bardzo dziękuję za przeczytanie i rzeczowe, szczere odniesienie się do tekstu. Cieszę się, że podobają się choćby fragmenty - to jednak więcej niż nic!
Czy wiersz jest śmiertelnie poważny? Eee, chyba nie...
A które wersy są lepsze od innych i dlaczego?

Messa, w świat bajd weszłam dawno, dawno temu - wtedy prawie nic innego nie pisałam. Ale potem jakoś mi się skończyła wena w tym wątku. A teraz Ty jesteś tu Mistrzem bajdy, a ja nie odważyłabym się robić Ci konkurencji. Dlatego mój wiersz nie jest taką dosłownie bajdą, gdzie wszystko ze wszystkim gada. Zresztą ja chciałam zwrócić tu uwagę na pewne rzeczywiste, wcale nie "bajdowe" zjawisko, z którego nie każdy zdaje sobie sprawę: że cała przyroda jest rządzona tymi samymi emocjami, które i my odczuwamy.

No, teraz to mi się oberwie od "racjonalistów"!

Serdecznie pozdrawiam wszystkich Gości i dziękuję za komentarze. :-)

Opublikowano

Witam raz jeszcze.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Proszę wybaczyć, jeśli zabrzmiało to nietaktownie. Nie mam zamiaru Pani szkalować. Ale czuję się niejako zmuszony do odpowiedzi na powyższe słowa.
1. To nie był rozkaz, ale prośba. Proszę zauważyć, że napisałem "proszę".
2. Kiedy tekst istotnie nie nadaje się do działu dla "wprawnych poetów", nie powinien się tam znaleźć. Powinna posiadać Pani na tyle wyczucia i mieć tak rozwiniętą samokrytykę, by móc trzeźwo ocenić, czy dany tekst może być wklejany do tego działu.
3. Przez to, że ludzie wklejają byle gdzie swoje teksty, nie bacząc na ich poziom, podział tego forum na poetów takich i takich nie ma już żadnego znaczenia. Równie dobrze by było zlać oba te fora w jedno, by wszyscy zamieszczali w tym samym miejscu. A tak, to mamy jakby dwa fora, na których można komentować z tego samego konta. A podział jest mylący.
4. Czy uważam się za wprawnego krytyka? Pani wybaczy, ale tu oceniamy tylko i wyłącznie Pani tekst, żadnych wycieczek osobistych. Mógłbym oczywiście odbić piłeczkę i spytać się: Czy naprawdę uważa się Pani za wprawnego poetę, skoro zamieszcza w tym dziale takie teksty, które, jak sama Pani widzi, zbierają raczej niepochlebne opinie? Umówmy się, że było to pytanie retoryczne.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Amerrozzo, Jesteśmy na Pan/Pani? No dobra.
Ocena wiersza jest sprawą subiektywną. Myślę, że zdaje Pan sobie sprawę z tego? Każdy ma prawo do oceny wierszy swoich oraz innych zgodnie z własnym gustem i odczuciami. Gdybym uważała się za "niewprawną poetkę", to wklajałabym wiersze do działu P. Skoro tego nie robię, to znaczy, że uważam się za wprawną. Ale nie wymagam, żeby Pan uważał tak samo. Proszę więc nie wymagać ode mnie, żebym z kolei ja uważała podobnie jak Pan.
Rzeczywiście, według mnie niepotrzebny jest podział tego Forum na dział P i dział W. Ale może to ułatwia niektórym oswojenie się z tym Orgiem, zwłaszcza, jeśli ktoś jest nieśmiały, niepewny siebie, źle znosi krytykę itd. Natomiast ocenianie, gdzie kto powinien wkleić swój wiersz, jest sprawą jak najbardziej subiektywną i nikt nie ma prawa niczego tu nikomu narzucać.
Piszę od kilkudziesięciu lat. Nie twierdzę, że jestem genialna, traktuję to jak zabawę, wyżywam się w tym. Moje wiersze jednym się podobają, innym nie, jedne zdobywają większy aplauz, inne mniejszy, i jest to prawidłowe i naturalne. Ale po kilkudziesięciu latach pisania na pewno nie jestem "Początkująca".
Uważam, że skoro Pan ocenia moje wiersze, to ja mam równe prawo oceniać Pana krytyki. Dlaczego uwża Pan, że krytyki nie podlegają ocenie? Z jakiejże przyczyny?
Nie zauważyłam, żebym robiła do Pana jakiekolwiek osobiste wycieczki. Jeśli tak Pan coś przyjął, to bardzo proszę mi zacytować, gdzie i kiedy to zrobiłam, bo może po prostu w czymś się nie zrozumieliśmy?
Mam nadzieję, że nasza rozmowa trafi na sympatyczniejszy tor, bo ten portal jest ostatecznie po to, żeby się dobrze wspólnie bawić. I może jednak przejdziemy na Ty, jak z większością osób tutaj? :-)

Messa, ależ ja nie mam do Ciebie najmniejszej pretensji! Po pierwsze: masz prawo oceniać według własnego gustu i wcale nie musisz się kierować uwagami innych osób, w tym także autora. Po drugie: przecież nawet nie oceniłeś mojego wiersza negatywnie, przynajmniej ja tego tak nie odebrałam; przeciwnie: napisałeś, że idę w kierunku bajdy, czyli gatunku, który Ty uprawiasz po mistrzowsku - toteż wzięłam to za pewien komplement! I zupełnie poważnie napisałam, że nie śmiem stawać do konkurencji z Tobą - to nie ironia!
Zresztą ja też pisuję bajdy, jak wspomniałam, ale nieco inne w stylu. Raczej satyryczne, jak ten tekst "Jaskiniowcy" (nie wiem, czy go pamiętasz). Jeśli zaś chodzi o przyrodę, raczej szukam w niej nastroju, emocji, "duszy" wszystkiego, co nas otacza (choć to wcale nie musi być śmiertelnie poważne). W Twoich wierszach też wszystko ma "duszę" - rzeczywiście jest tu pewne podobieństwo naszego patrzenia na przyrodę. :-)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nic dodać nic ująć. Ma Pani rację.


Nigdzie nie napisałem, że krytyka nie podlega ocenie. Ale Pani pytanie brzmiało: "Uważasz się za wprawnego krytyka?", a to pytanie dotyka w sposób bezpośredni mojej osoby. Ale druga sprawa, że trochę racji Pani ma.


Rozmowa przecie, Szanowna Pani, cały czas toczy się sympatycznym torem. Przynajmniej ja to tak odbieram.

Pozdrawiam.

PS. I znowu wyszło na to, że to Kobieta miała rację. Ech, jakiś niefart z tą meską płcią ;)
Opublikowano

rację?
nie zgadzam się z tym do końca.

przeciez ten wiersz nie jest żadnym nadzwyczajnym tworem. Wiele znacznie lepszych wierszy znajduje się w dziale dla początkujących.
Jeżeli zależy nam na tym żeby ta strona utrzymała swoją niepowtarzalność, trzeba by oddzielić swoje ziarna od plew. I ja będę umieszczał te gorsze wierszyki w tamtym dziale, bo przyznajmy sobie że rzeczywiście nie wszystko musi nam wychodzić...

A mi nie tyle, że się ten wierszyk nie podoba, co wygląda na raczkujący...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Proszę czytać uważniej, bo ja nigdzie nie napisałem, że teraz uznaję ten wiersz za udany. Przyznałem jedynie rację Pani Oxyvi w niektórych kwestiach.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Amerrozzo, cieszę się, że się dogadaliśmy. :-)

Sokratexie, a to - to co?:
"Granatowo pulsują pomruki
echem w góry, [u]wieżowce i bruki[/u]",
"brak odporności na stres i ból zębów,
[u]podenerwowanie w pobliżu urzędów[/u]".
Ale masz rację z tym brakiem rozbuchania tej części świata, którą stworzył (czy tylko przetworzył) człowiek - gdybym to pokazała w wierszu, jego wymowa byłaby bardziej jasna. Nie przyszło mi to do głowy. Dziękuję serdecznie - kiedyś na pewno się przyda. Pomysł z rowerem wodnym zerwanym z łańcucha jest genialny!

Pozdrawiam miłych Rozmówców. :-)

Opublikowano

A mnie sie podoba.Jest to wierszyk zgrabnie uczesany,przyjemny w czytaniu,niesie dalekie konotacje,opisem widzi zwiazki miedzy zjawiskami .Nie ma w nim zgrzytow warsztatowych(wrecz przeciwnie-a to duza umiejetnosc.Byloby pieknie gdyby debiutanci tak jasno umieli sie wyrazac)Jak mozna powiedziec ze nie jest ziarnem tylko plewa??!Czy to zawsze trzeba ogolnopatriotycznie?.Moze za malo wazne wydaje sie krytykom ze dla pisklat litosci nie bedzie..? Musze go jeszcze przemyslec,bo jest o czym.Pozdrawiam.

Opublikowano

ja jestem na tak . w kilku wypadkach poszukałbym może innych rymów, ale generalnie to wiersz z przymrużeniem oka . poprowadzony wprawnie , bez zbytnich zgrzytów w zapisie. przeczytalo mi się przyjemnie i nie sądzę , y działa najcięższego kalibru , jakie wyciągnął jeden z moich przedmówców , były tutaj na miejscu .

Opublikowano

sprawnie napisany, realistycznie...
a jednak sprowadziłbym cały wiersz tylko do drugiej części; w niej ponad opisem góruje chichot komentarza - i to zaciekawia;
zwróć uwagę, że Massalin Nagietka również posługuje się opisami przyrody - ale bardzo umiejętnie wplata w nią anegdotę i swój własny zabawny komentarz - co pozwala czytać z zainteresowaniem nawet bardzo długie Jego utwory; bierzmy dobre wzorce od kolegów obok - z orga! :) J.S

Opublikowano

Luka, bardzo dziękuję za przychylną opinię. Cieszę się, że wiersz Ci się podoba i zapraszam do zapowiedzianych przemyśleń - cichych lub zapisywanych tu, na zielonej stronie.

Marek, Tobie również dziękuję za dobre słowo i za obronę wiersza. Miło mi.
A które rymy byś zmienił? I gdzie są zgrzyty (choćby niewielkie)?

Jacek, dzięki za pochwałę warsztatu - to duży komplement, bo w końcu to jest najważniejsze w literaturze artystycznej.
Messa jest świetny i jedyny w swoim rodzaju, i - tak jak napisałam już do niego - nie ośmieliłabym się stawać do konkurencji z nim. Jego "bajdy" są inne, a moje - inne (ja też piszę bajki i balladki, ale raczej satyryczne). Moje wiersze "przyrodnicze" to raczej nastrojowce - wyrażanie uczuć, emocji oraz spostrzeżeń różnych zjawisk (lub raczej ich aspektów). Dlatego są "realistyczne", jak je nazwałeś (o ile liryka może być "realistyczna" w swoich metaforach).
Gdybym z mojego wiersza "wywaliła" pierwszą część, to straciłby sens, bo przestałby być nastrojowym opisem zjawiska przyrodniczo-emocjonalnego, dziejącego się tak samo w ludziach, jak i poza nimi (przestałby być wierszem o jedności całej przyrody); straciłby też kontrast, na którym oparty jest żart w końcówce.
Jacku, Twoje wiersze o przyrodzie też są długie, niektóre znacznie dłuższe niż moje - i właśnie Ty zarzucasz mi "przegadanie"? ;-)))

Pozdrawiam Was serdecznie i słonecznie! :-)

Opublikowano

Po pierwsze rytmika szwankuje (jak rymy są to nie może...komu ja to mówię) a poza tym nawet takie trywialne teksty też powinne mieć jakieś granice przyzwoitości coby się nie pojawiało:
"Warczą psy na znak burzy we wnętrzu,"
bo wiesz co to jest, takie słowo na B
ale merytorycznie na tak
pozdrawiam Jimmy

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...