Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wracałem do domu z człowiekiem poznanym kilka ulic wcześniej...albo nie, nie tak. Opowiem od początku:

To był zwyczajny wieczór. Ślęczałem w „Balbinie” nad wygazowanym Żubrem. Chyba dochodziła dziesiąta. Nie jestem tego do końca pewien. Mój zegarek nie był zsynchronizowany z tym, który wisiał nad barem, ponadto od kilku godzin, zastanawiałem się nad pewnym zjawiskiem :Czy aby w tej knajpie czas nie płynie wstecz? Przy barze młody facet podrywał starszą od siebie kobietę. Niby normalna sytuacja, ale gdy przyjrzałem się im dokładniej, stwierdziłem, że ta kobieta jest dużo od niego starsza . Miała wklęsłe policzki, pomarszczoną twarz i kilka zębów. Okej. Nie wpierdalam się w ludzkie uczucia, ale wydawało mi się to trochę dziwne. Dla niej czas z pewnością płynął wstecz. Z każdą sekundą nabierała większej pewności siebie. Chłopak był zauroczony, a ja czułem się jak w powieści Bukowskiego.
Mniej więcej w tym czasie pojawił się przy moim stoliku pewien wysoki gość. Zapytał czy może się dosiąść i postawić piwo. Nie wyglądał na pedała więc zgodziłem się. Wyglądał raczej na faceta w drodze. Miał zmęczoną twarz, wysokie czoło i sińce pod oczami. Zaczęliśmy rozmawiać. Z początku opowiadał o swojej żonie i psie. Na zmianę. Żona, z tego co o niej mówił, była wredną suką, więc te dwie rzeczy nie rozbiegały się tematycznie i mieliśmy na nie podobny pogląd – krótko i na smyczy. Rozkręcał się z minuty na minutę, a ja zaczynałem go lubić. Okazało się, że zna Faulknera, czytał jego opowiadania, lubi Cummingsa i jest przeciwko karze śmierci. Kiedy mówił, pluł na wszystkie strony..
- TO NIEMORALNE – krzyczał - PAŃSTWO NIE MA PRAWA ZABIJAĆ SWOICH
OBYWATELI! CO Z NIE ZABIJAJ? CZY TO ZNACZY, ZE PRAWEM BOSKIM MAMY SOBIE PODCIERAC DUPĘ
- Nie mówmy o tym.
- Dlaczego?
- Nie zrozum mnie źle. To jest nóż w rękach złych ludzi. Jak aborcja.
Przyznał mi rację. Wypiliśmy jeszcze po jednym bo na więcej nie starczyło czasu. Miałem wrażenie, że znamy się od dawna. Mieliśmy podobny punkt widzenia na wiele spraw.
Wyszliśmy razem. Noc była ciemna. Zapaliłem ostatniego papierosa i wtedy wyskoczył zza rogu kloszard, zaszedł nam drogę i poprosił o drobne na wino. Mój znajomy w mgnieniu oka skręcił mu kark. Ten krystaliczny dźwięk przeszył ciszę na wylot a ja, z wrażenia, o mało co nie połknąłem papierosa. Poczułem się słabo.
- Nienawidzę tych, jebanych nierobów. – powiedział szorstko, jakby nic się nie stało
- Dlaczego?
- Po prostu nienawidzę.
- Wiesz co, ja już muszę iść, miło było cię poznać.
- Wpadnij do baru. Pogadamy. Może nawet postawie ci piwo. Fajny z ciebie koleś.

Opublikowano

Hej
„a potem szukać ciekawych pomysłów na ulicy, przy filiżance z kawą obserwować ludzi, i wyciągać ze swojego życia co ciekawsze ubierać to w fabułę” – cytuję Twoje słowa – jak ty się do nich stosujesz to chyba ja jednak ten świat oglądam w trochę milszych kolorach

pozdrawiam Ela

Opublikowano

Ten Tekst pasowałby do Dziennika Nieco Rubasznego, jako zapisek kolejnego dnia z życia mojego bohatera.
1) "Nie wpierdalam się w ludzkie uczucia, ale wydawało mi się to trochę dziwne" - w kontekście tekstu nie pasuje mi słowo "uczucia". Tych dwoje przecież się nie zna. Może - "nie wpiedalam sie w czyjeś sprawy bądź życie".
2) Co znaczy czuć się jak w powieści Bukowskiego? Sprecyzuj, bo zdanie brzmi koślawo. Ktoś mógły ciebie zapytać, czy w powieści Bukowskiego wszyscy czują się tak samo i czy nieprzerwanie tak samo się czują.
3) "Żona, z tego co o niej mówił, była wredną suką, więc te dwie rzeczy nie rozbiegały się tematycznie i mieliśmy na nie podobny pogląd – krótko i na smyczy." - To zdanie podoba mi się.
4) "Zapaliłem ostatniego papierosa" - Dlaczego ostatniego? Ostatniego jaki został w paczce? O co mi chodzi? O to, że odbieram użycie przez ciebie słowa "ostatniego" tylko dla rytmu bądź podkreślenia, że zbliżamy się do końca opowiadania, a przecież bohater poszedł gdzieś dalej, mógł zapalić przed swoim domem, przed położeniem się do łóżka.
5)"Wracałem do domu z człowiekiem poznanym kilka ulic wcześniej" - Tu już nic nie wiem, bo wg mnie koniec opowiadania wyraźnie sugeruje, że zniesmaczony bohater zostawił swojego nowego kumpla przed barem.
Ogólnie, podoba mi się. Pozdrawiam

Opublikowano

Panie Piotrze, odnoszę wrażenie, że mieszając się ostatnio z błotem dojrzeliśmy, czy też raczej oswoiliśmy się ostatnio ze swoim typem wypowiedzi. Nie wpierdalam się mam nadzieję w odczucia innych ludzi (he, he) ale to opowiadanie mi się podoba. Zgadzam się też z Corneliusem, iż nie wszyscy znają Bukowskiego. Ja oczywiście nie znam. Jedynym chyba współczesnym, którego znam, jestem ja sam. Fakt, moje opowiadanie miało odcień złośliwości wymierzonej w nasze słowne utarczki, jednakże tak jak i u pana, po wymieszaniu błotka, którym się porzucało i śliny ze ślinotoków, czy jak kto woli słownym waleniu w mordę, czas chyba jeśli nie podać rękę, to ukłonić się na odległość i pójść w swoje strony. Dobrze, że opowiadanie nie jest zbyt długie, co tu na forum czytający mają w cenie. A zwrot akcji i niespodziewane zakończenie (no, chyba, że Bukowski ma podobny styl) bardzo mi podpasował. To lubię w literaturze, prawdopodobnie dlatego, że takie jest życie. Pozdrawiam. Figowy. Andrzej, nie listek :-)

Opublikowano

Podoba mi się ten utwór. Ma ciekawą budowę. Na początku opisy przypominały mi rozpoczęcia książek SF z tym czasem, zegarkiem. Końcówka też ciekawa, nagły zwrot akcji, skręcenie karku z krótkim wyjaśnieniem, ni z tego ni z owego, zupełne zaskoczenie, podobało mi się, podkreśliło że ten człowiek jest nieznajomym. Rozwinięcie logiczne z życia wzięte, nie upiększane szukaniem czegoś apolitycznego do dialogu. Podoba mi się ten utwór, poszczególne fragmenty różnią się delikatnie formą ale przez to ładnie przekazują temat tego utworu sa ze sobą powiązane.

Pozdrawiam

Opublikowano

Ogromna ambiwalencja.
Z jednej strony trochę mnie nużą te nieustanne nawiązania intertekstualne do Charlesa Bukowskiego (podobne sytuacje, klimat barów, lumpów, przypadkowych znajomych, brzydkich kobiet; nawet zdarza się, że imiona są nawet te same). Fascynacja czy obsesja? Nie będę odpowiadał na to pytanie, ale Ty możesz.

Z drugiej strony jednak czytam. Nie męczysz się z narracją. Początek (a dokładniej pierwsze zdanie) nieco w stylu Pilcha, który te same sytuacje i ludzie przetwarza na wszelakie możliwe sposoby i tak naprawdę fabuły nie są u niego najlepsze i najważniejsze, bo Jurek ucieka w różne przemyślenia i z umiłowaniem ociera się o autotematyzm. Później już tradycyjnie i tu znowu zalatuje Bukowskim (wersaliki - tekst wykrzyczany).


Zauważyłem kilka frapujących passusów:
Nie wpierdalam się w ludzkie uczucia – może powinieneś zmienić w „uczucia innych” bo sam jesteś człowiekiem, więc jak możesz się nie wpierdalać?
[quote] Okazało się, że zna Faulknera, czytał jego opowiadania, lubi Cummingsa i jest przeciwko karze śmierci... w mgnieniu oka skręcił mu kark

– zatem pozory mylą. No i jest efekt zaskoczenia.

Swoją drogą, poruszać frapujący temat i ciekaw jestem czy wkładasz w usta bohatera swoje poglądy [porte parol]. Ja również jestem wrogiem kary śmierci, którą tak chcą przeforsować partie polityczne, które używają w nazwie słowa „rodzina”. Jak powiedział Nowicki ironizując na ten temat No faktycznie zabijanie, to taka rodzinna wartość.
Jednak temat można nieco rozwinąć. Schemat kwestia riposta mnie akurat nie wystarcza.

Mieliśmy podobny punkt widzenia na wiele spraw. – no tak, picie alkoholu wyzwala w człowieku poczucie wspólnoty, a nawet braterskiej więzi z ludźmi obcymi ( Fajny z ciebie koleś.). Jestem w trakcie czytania arcyciekawej książki Rocha Sulimy „Antropologia codzienności” w której autor świetne przeanalizował semantykę libacji alkoholowej.

Z początku opowiadał o swojej żonie i psie. Na zmianę. Żona, z tego co o niej mówił, była wredną suką, więc te dwie rzeczy nie rozbiegały się tematycznie i mieliśmy na nie podobny pogląd – krótko i na smyczy - O czym można pogadać przy wódce lub innym trunku? O kobietach. Jakoś nie widzę, aby panie były zbulwersowane, żadna feministka nie gości chyba na naszym forum.

Tylko Bukowski pisze dłuższe teksty i tu podobieństwa się urywają. Dobrze, że zrezygnowałeś już z tej przynudzającej frazy „JESTEM KURWA PISARZEM” i postawiłeś na koncept. Fabuła krótka i spójna. Tyle mi przyszło do głowy po przeczytaniu opowiadania.
Wniosek? No mam mieszane uczucia dlatego wstrzymam się z oceną.
Opublikowano

dawno nie czytałem tak konstruktywnego komentarza...zaskoczyłeś mnie...

powiem ci szczerze , ze mnie też nurzą, ale jestem nim przesiąknięty, może dlatego, że moje życie tak wygląda, choć nie mam tyle ODWAGI co on, mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi...

wersaliki, to nie tylko on, to technika...

(...) w ludzkie emocje, no właśnie, to zdanie wciąż nie daje mi spać...w cudze relacje, będzie chyba odpowiednio.. podobnie jak to zdanie : czy aby...? tez tegfo nie powinno tam być.

Jeśi chodzi o karę śmierci. Tak, to moje poglądy, jako człowieka. dla którego bóg ma jakieś tam znaczenie, chociażby w postaci straszaka. Wiesz, mnie polityka nie interesuje, nie zamierzam nigdy o niej pisac, i moze dlatego nie zajmuje sie dziennikarstwem, czasem cos publikuje ale nie o polityce, bo to jest padlina, rejon grup przestępczych w garniturach. a kara smierci wyciagana jest przez nich tuz przed kolejnymi wyborami, podobnie jak aborcja, i zonglują nią jak w cyrku. Nie bede tego rozwijał. Kara smierci jest tylko techniczną zmyłką.

Przeczytałem niedawno reportaz o kolesiu, ktory zabil ponad 30 kloszardow, odsiaduje dozywocie i mowi, ze robil to bo go wkurw...Siedzialem ostatnio wlasnie w balbinie i widzialem na wlasne oczy ta sytuacje gdzie 22 letni przystojny chlopak, podrywal 50 letnia wywloke bez zebow, postanowiłem to połączyć, a żeby było " o czymś" dodałem ten motyw o ktorym wspominasz, siedzisz z kims w pubie, romzmawiae, wydaje ci sie ze nadajecie na tych falach, nie bzykniesz go bo jestes hetero , on chyba tez, ale zawsze mozna sie wymienic telefonami i czasami skoczyc na wodke, tyle ze on okazuje sie byc.... a gdy wczesniej wypowiada sie przeciwko karze smierci, punkt zwrotny rodzi sie sam...prosta zmyłka, ale zawsze...no i wyszło jak wyszło...nie wiem nie mnam dystansu, do swoich tekstów, potrafię tylko dostrzegac bledy u innych...

Dzięki za komentarz, za to ze sie niezraziłeś i poswiecasz uwage moim wypocinom, a podyskutowac konstruktywnie zawsze mozna, bo nic tak nie rozwija jak wlasnie dyskusja konstruktywna...nie napisales nic ostatnio ?

Opublikowano

Witam
"- TO NIEMORALNE – krzyczał - PAŃSTWO NIE MA PRAWA ZABIJAĆ SWOICH
OBYWATELI! CO Z NIE ZABIJAJ? CZY TO ZNACZY, ZE PRAWEM BOSKIM MAMY SOBIE PODCIERAC DUPĘ "
"Mój znajomy w mgnieniu oka skręcił mu kark."

Czy sprzeczność tych dwóch zdań jest zamierzona?

Tak po za tym, teksty Pana przedstawiają rzeczywistość, w której człowiek codziennie uczestniczy. Przypominają mi się książki Marka Hłasko. Czasem brutalny opis , gorzkie słowa, ale coś w tym jest, że człowiek się zastanawia po przeczytaniu. Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Przez miesiąc byłem na innym forum. Dostałem parę zjebek i klapki się otworzyły, bo prosta maksyma - jak nie masz nic do powiedzenia... znowu zaczęła mieć jakąś wartość.
Zdanie, które sugerowałem poprawić na pewno jakoś zmienisz, pewnie Twoja propozycja jest lepsza od mojej (rzuciłem ją na szybko). Pragnąłem tylko zakomunikować, że coś tak "trzeszczy".
Jeśli oparłeś historię na materiale faktograficznym, to tym lepiej dla Ciebie, bo chyba zwiększa to prawdopodobieństwo i zbliża do sytuacji, które mogły wystąpić.

Nie mam albo czasu, albo weny. Coś tam opublikuję, zeby ludzie mogli sobie poużywać;)
Opublikowano

lilko:

ta sprzecznosć jest zamierzona, to głowny zamysł, człowiek który zabija bezdomnego chwile wczesniej wypowiada sie przeciwko karze śmierci...

sanestis: "Dostałem parę zjebek i klapki się otworzyły, bo prosta maksyma - jak nie masz nic do powiedzenia... znowu zaczęła mieć jakąś wartość" czyli ...nie tylko mi nie spodobał się pasażer?

ja go czytałem ostatnio, wlasciwie twoją obronę, na moje komentarze i myślę, że gdybyś opowiedział to, przy pomocy innych bohaterów, bardziej dojrzalych, w ciut innym stylu, było by nawet fajnie...pod warunkiem, że było by mrocznie, tajemniczo, wiesz w stylu Poe lub troche tak kafkowsko, gdybyś trochę... w tej postaci jakiej jest, nie powala, a nowego nic twojego nie czytałem, nie zamieszczasz nic.

Opublikowano

Dotyczyło to moich komentarzy - nabrałem złych nawyków na orgu, ale staram się je wyplenić. Pasażera zawsze można zmienić, to nie jest szczyt moich możliwości, a jedynie próba napisania czegoś innego. Nawet uwagi z którymi się nie zgadzamy początkowo, jednak gdzieś zostają w podświadomości i człowiek do nich wraca.
Z perspektywy czasu bardzo dobrze odbieram Twoje komentarze pod tym opowiadaniem (ale dość tej wazeliny).

p.s.
Nie podlega wątpliwości, że niektóre teksty mogą się okazać słabe dla osób oczekujących od literatury czegoś innego. Dojrzałość jest możliwa do uzyskania, jednak nie wiem czy na tym etapie pisania byłaby ona autentyczna w moim przypadku. A nie ma nic gorszego jak pisanie w stylu, który umożliwiłby demaskację autora jako dyletanta (czytaj.: Sanestis Hombre wyszedłby na głupka, gdyby napisał opowiadanie fantasy, bo ten gatunek jest mi obcy).

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Myślę, że gdyby Sanestis, lub kto kolwiek inny, wpadł na pomysł, bardzo umoralniającej opowieści, opartej na motywie walki dobra ze złem, to najbardziej odpowiednim gatunkiem, była by wlasnie fantasy, baśń, bajka, i myślę, że jest to oczywiste, ale skoro Sanestis, Piotr Rutkowski, czy ktolwiek inny, nie czytał nigdy fantasy, to nigdy nie wpadnie na pomysł napisania właśnie takiej opowiesci...

Nie chodzi mi o dojrzałość twoją, tylko postaci, które stworzyłeś do tego by opowiedzieć swoją historię, w usta ludzi w wieku 20-25 wciskasz bardzo ważne myśli, i przez to staje sie to trochę małowiarygodne i śmieszne...i z tego co pamiętam, nie zachowales tam proporcji..tzn, za duzo było konkretów, scen, dialogów do opisów, czy filozofii.. Moim zdaniem, kiedy bierzemy sie za cos wiekszego, wielowątkowego, fabularnego, trzeba miec wszystko zaplanowane, i świadomie tym kierowac, a to było tak jakby na chypcika...ale to moje zdanie tylko.. Wydaje mi się, że bohaterowie w" Jestem twoim pasażerem" powinni, być po 30, niezbyt wykształceni, ale orginalni odjazdowi ( jak u Lyncha) temat i ta piosenka tak mi podpowiada, no a literacko...widze to po kawkowskiemu lub w styly E.A Poe

Marcin, jeśli to było szczere, a nie dla zlagodzenia, to dziękuję,

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...