Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Upuść je, potem włóż je na mnie
Przyjemne, chłodne siedzenia (są po to by) chronić Twoje kolana.
Teraz, by mnie uspokoić...
Zabierz mnie jeszcze raz.
Nie zatrzymuj się nigdzie.
Tym razem, proszę, nie...

Jedź szybciej!

(Deftones - Passenger)


Cz. II

- Wróciłam. – zawołała Ania. W mieszkaniu nie było jednak Darii. Na stole leżała kartka. Ania zabrała ją i zaczęła czytać. – „Muszę wyjechać na kilka dni z miasta. Sprawy się pokomplikowały. Nie martw się. Zadzwonię w przyszłym tygodniu. Bądź zdrowia. Daria”.
- Co się stało myszko? – spytał Andrzej i położył na podłodze torby podróżne.
- Na razie nic. – odpowiedziała. – Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Co spowodowało, że Daria postanowiła pojechać do rodziców. Nie była w domu prawie rok.
- To wiadomość od niej – Andrzej wskazał na niebieską kartkę z notesu, która trzymała Ania.
- Tak.
- Usiądźmy. Przecież nie napisała, że ma zamiar odwiedzić rodzinę. – stwierdził Andrzej po przeczytaniu wiadomości. – Może chciała gdzieś z jakimś kochasiem wyskoczyć. Nie powiedziała gdzie, bo postanowili się odciąć od świata. Wiesz jaka ona jest. Trochę jej odbija. Poza tym bierze lekarstwa.
- Zadzwonię do Roberta. Może on coś będzie wiedział.
- Chcesz rozmawiać z tym palantem? – oburzył się Andrzej. Podniósł się z sofy i podszedł do okna. Był wieczór. Śmieciarka podjechała pod budynek. Dwóch mężczyzn w pomarańczowych uniformach leniwymi ruchami zabierało pełne kosze na śmieci. Wsypywali je do dużego kontenera zamontowanego na samochodzie. Jeden z nich przerwał nagle pracę i zaczął coś wskazywać ręką drugiemu. Andrzej przyglądał się ich zachowaniu w skupieniu, więc nie usłyszał, że Ania próbuje się dodzwonić do Roberta.
- Ma wyłączony telefon – stwierdziła po czwartej nieudanej próbie połączenia. – Andrzej?
- Zadziwiający są ci pracownicy służb porządkowych. Oni i strażnicy miejscy żyją rytmem tego osiedla. Nawet najdrobniejszy szczegół nie umknie ich uwadze.
- Mam złe przeczucia. – Ania położyła się na łóżku i zamknęła oczy.
- Niepotrzebnie – odpowiedział Andrzej nie odrywając wzroku od podwórza.
- Chodź do mnie.
- Już. - Andrzej zasłonił delikatnym powolnym ruchem okno. Zdjął buty i położył się obok Ani. Pocałowali się namiętnie.
- Dobranoc. – szepnęła Ania i za chwilę zasnęła. On jednak leżał i rozmyślał. Wziął w końcu telefon Ani i skasował numer Roberta. Poczuł się od razu lepiej.

Następnego dnia wstali bardzo wcześnie. Ania zjadła kanapkę z dżemem morelowym i pobiegła na zajęcia z logiki. Dziś czekało ją zaliczenie. Natomiast Andrzej został w mieszkaniu. Wziął szybki prysznic i usiadł wygodnie w fotelu. Napił się kawy i otworzył gazetę na drugiej stronie. Nie przeczytaj jednak żadnego akapitu, bowiem gryzło go to, że Ania ciągle utrzymuje kontakty z Robertem. Miała przecież jego numer telefonu, a mówiła że nie chce mieć z nim nic wspólnego – pomyślał. Odłożył gazetę i podszedł do regału z książkami. Zaczął przeszukiwać rzeczy swojej dziewczyny.
- Jonathan Caroll, Cortazar, drugi Caroll – mówił sam do siebie. – Sylvia Plath. – Otworzył przypadkowo książkę poetki. Założył okulary i począł przekartkowywać. I gdy to robił, z książki coś wypadło. Oderwał wzrok od wierszy i rozejrzał się po podłodze. Zdjęcie. Leżało na dywanie. Ania i Robert. Stali na chodniku i uśmiechali się do siebie. Odwrócił fotografię i zauważył napis – „Na pamiątkę uroczego dnia”.
Włożył zdjęcie do kieszeni. Wrócił na fotel. Dopił kawę. Targała nim zazdrość. Był teraz jak żebrak, który dostrzega w koszu na śmieci malutki przedmiot; był niczym śmieciarz przerywający pracę na widok kłócącej się pary. Wychwycił każdy niuans. Ten uśmiech uwieczniony na fotografii, w jego interpretacji znaczył więcej niż tylko gest sympatii. Był to odruch dla niego jednoznaczny i szalenie wymowny. Ale to jest nie prawda – zwątpił w to, co widzi i to o czym myśli. Ubrał się i wyszedł z mieszkania. Przed klatką schodową spotkał Tomka.
- Coś taki blady Andrzejku – spytał Tomek.
- Masz chwilę? – zapytał Andrzej.
- Tak. Jednak może mi powiesz, co cię gryzie?
- Chodź. – rozkazał i złapał Tomka za ramię. – Napijemy się.
- Jest ósma rano.
- Nie szkodzi. Znam taką jedną knajpkę. Uwierz mi. Mam do ciebie sprawę. Dotyczy ona naszego wspólnego… - przerwał. – Długo znacie się z Robertem? – spytał i zatrzymał się.
- Weź przestań się ze mną bawić w te gierki. Sprawa, knajpa, picie. Co się stało? Gadaj mi tu już! – Tomek zaczął wymachiwać rękoma.
- A wiesz? Odechciało mi się rozmowy z tobą. – zdenerwował się Andrzej. – Puść mnie!
- No co jest? – Tomek chwycił swego rozmówcę.
- Pezzo di merda! – przeklął i wyrwał się uścisku.
- Jak chcesz. Tylko pamiętaj, że chciałem pomóc.
- Tak. – mruknął ironicznie Andrzej i zniknął za rogiem budynku.

Nadszedł wieczór. Ania przygotowywała kolację. Była wegetarianką, dlatego zrobiła dwie sałatki warzywne. Zapaliła świece i włączyła gramofon. Z głośnika popłynęła kubańska salsa, a następnie tango argentyńskie. Ania nie zapomniała o wczorajszym dniu, ale niepokój opuścił ją, zwłaszcza po zdaniu logiki, czuła się lepiej.
Nałożyła dwie porcje sałatki na białe talerze. Ktoś zadzwonił do drzwi.
Andrzej – pomyślała i poszła otworzyć.
- Cześć.
- Wejdź. Co cię sprowadza?
- Spotkałem dziś Andrzeja. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego. – Tomek wszedł do kuchni, która znajdowała się po prawej stronie od wejścia. – Nie chciał mi powiedzieć co się stało. A gdy go zacząłem wypytywać, to się wściekł.
- Powinien już być – spojrzała na zegarek.
- Pozwolisz, że zaczekam tu na niego? – Oboje zrobili zatroskane miny.
- Oczywiście. Może jesteś głodny? – spytała Ania podsuwając Tomkowi pod nos kolacje.
- Dziękuję.

- Panie poruczniku. Mamy jeszcze tych dwóch. Pobili się w przejściu podziemnym. Ten mężczyzna w okularach twierdzi, iż chłopak chciał mu ukraść rolexa. A przecież znaleźliśmy przy nich tylko stary zegarek. – zameldował młody policjant.
- No więc jak było?- zapytał porucznik.
- Ania… - jęknął mężczyzna i przewrócił się.
- Jak on się nazywa?
- Andrzej Żabiński.
- Żabiński? To czemu mi od razu nie mówicie. Bierz radiowóz i odwieź go na osiedle willowe. I powiedz jego tatusiowi, że porucznik Rajdach go pozdrawia. – poinstruował młodego policjanta. – Tylko ruszaj się.
- Tak jest.
- A tego małolata wypuście.
- Rozkaz.

Ruch miejski o tej porze nie był zbyt wielki. Przed północą kursowały głównie nocne autobusy. Z jednego z nich wysiadł Andrzej. Złapał się słupa i stał. Głowę miał zwieszoną na piersi.
- Jesteście wszystkie takie same! – krzyczał. – Nie można wam zaufać. – Spostrzegł na ławce młodą dziewczynę. Najwidoczniej wracała do domu z imprezy. – Ty, suko! – Dziewczyna wstała i odeszła kilka metrów. – Zaczekaj. Przecież cię nie zjem. Chcę tylko pogadać.
- Pan jest nietrzeźwy.
- Jestem. – stwierdził stanowczo. – A ty… Chodź tu! – zbliżył się do dziewczyny. – Tak się nie postępuje. Skąd w tobie tyle ignorancji?
- Ignorancji? Kto mnie nazwał suką? Dzwonię po policję.
- Proszę bardzo. Wiesz co? Lata mi to koło dupy. Żabiński jestem. Ż-A-B-I-Ń-S-K-I – przeliterował – Syn senatora.
- Halo. Policja. Jakiś typ mnie dręczy… - Nie dokończyła, bo Andrzej wyrwał jej aparat z ręki.
- Tu Żabiński. Spać! – I rozłączył się. – Słuchaj kotku. Zajmę ci chwilę. Tylko mnie wysłuchaj.
- Skoro nie mam wyjścia. Mów.
- Zdradziłem moją dziewczynę. To było na samym początku naszej znajomości. Jednak wybaczyła mi. I od tego czasu jestem jej wierny. Niestety wczoraj odkryłem coś, co mnie załamało. Kiedyś spotykała się z jednym kolesiem. Myślałem, że to już skończone. Znalazłem zdjęcie. Zobacz. Mam je w kieszeni. O widzisz? Ta na zdjęciu to Ania. Piękna jest.
- Wspólne zdjęcie to jeszcze nie powód do wydawania takich opinii. Wyglądają jak para przyjaciół.
- Nie ma przyjaźni między mężczyzną a kobietą. – oburzył się Andrzej – Wszystko prędzej czy później musi się skończyć w łóżku.
- Nie masz racji. Ja mam przyjaciela. – Dziewczyna usiadła na ławce i wyciągnęła paczkę papierosów. – Palisz?
- Nie, dziękuję. – Andrzej schował twarz w dłoniach. – Na pewno coś ich łączy. – Dziewczyna w milczeniu przypatrywała się zdjęciu. – Jak masz na imię?
- Diana. – powiedziała i uśmiechnęła się po raz pierwszy podczas rozmowy. Zrozumiała, że nieznajomy nie jednak taki niegrzeczny i napastliwy. Andrzej również zorientował się, iż zachował się niestosownie. Przetarł prawą ręką twarz, tak jakby chciał usunąć niewidzialny pot.
- Przepraszam Diano za moje zachowanie. Jestem w rozsypce.
- Po tym co mi opowiedziałeś wnioskuję, że powinieneś pojechać do dziewczyny. Oczywiście zrób to jak wytrzeźwiejesz. Kup jej kwiaty i bądź dla niej dobry. Bądź dobry dla każdej kobiety. – Podjechał autobus. Diana zgasiła papierosa i pobiegła w stronę drzwi wejściowych. Odwróciła się jeszcze i pomachała Andrzejowi.
- Dziękuję. – zawołał.

Każda ulica, każde skrzyżowanie pokonywałem z zawrotną szybkością. Pędziłem jak Michael Schumacher, z tą różnicą, że moim bolidem z nikim się nie ścigałem. Oddalałem się od miasta. W tym wyścigu najważniejsza była przemiana jaka się we mnie dokonała. Szybkość zmieni każdego człowieka. Z chłopca stałem się mężczyzną. Jako prawdziwy facet mogłem prowadzić samodzielnie pojazd życia, już nie byłem pilotem na siedzeniu pasażera. Ciekawe kto siedział teraz z boku.
Jeśli ktoś twierdzi, że egzystencja to wyścig, myli się. Ponieważ wyścig trwa dość krótko. Można zjechać do pit stopu. Wymienić części. Ludzkie pit stopy są zawodne. Te durne operacje plastyczne dają jedynie iluzję. Naciągając skórę napinamy wizerunek. Usuwając tłuszcz powodujemy powstanie pustki, której nasza dusza ani energia życiowa nie wypełni. Obraz nas samych puchnie. Rozrasta się. Musi zatem kiedyś wybuchnąć od nadmiaru fałszu.
Życie to nieustanna jazda. Do pokonania jest beznadziejna trasa. Nikt nam nie daje mapy. Męcz się człowieku. Wjechałeś na arenę zjawisk, to teraz musisz cierpieć. Opony mózgowe zdzierają się na wyboistych trasach. Rozrusznik serca ledwo zipie. A do paliwa dolewa się jakichś nieekologicznych komponentów, które zabijają silnik.
To w jakim tempie pokonamy tę trasę zależy od samochodu jakim jedziemy. Ja wybrałem Porsche wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jadę do ciebie!
Opublikowano

Pierwsze zdania trochę smiesznie brzmią. Za dużo imion jak na początek. Potem z Tomaszem podobnie.
...za chwilę zasnęła. Andrzej jednak nie mógł... - to zdanie też psuje trochę.
...na widok kłócącej się. - chyba niedokończone
Tak. Jednak może mi powiem, co cię gryzie? - może mi powiesz
Pan jest nietrzeźwy - po nazwaniu jej suką, chyba trochę inaccej by odpowiedziała ;)
...jednak nie taki niegrzeczny i napastliwy - ...nie jest jednak lub jednak nie jest
Według mnie tekst w miarę ciekawy. Jako że nie lubie pisać i czytać o stasunkach męsko-damskich, powiem tylko że mi się nawet podoba.

Opublikowano

ciekawie się rozwija. w sumie myślałam, że w tej części będzie więcej o głównym bohaterze, a tu rozwinąłeś wątek Andrzeja. cóż, obecnie wydaje mi się, że to z niego będzie niegrzeczny
facet i w dodatku, to on ma coś wspólnego ze zniknięciem Darii - ale to tylko moje przypuszczenia +
Braciszku, wierzę, że dobrze wszystko rozpatrzysz :)

zdrówka Espena Sway :)

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Brakuje tutaj Roberta, najciekawszego bohatera. I Darii. Nieco słabszy od cz. 1, ale ciekawie się robi, akcja się zapętla. Zobaczymy.
Kilka wytknięć:
"dżemem morelowych" - morelowym
"Dziewczyna wstała i odeszła Kika metrów" - kilka
"że egzystencja to wyścig, to myli się" - coś zgrzyta, pewnie powtórzenie "to".
To na tyle, pisz pisz ;)

Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Można zadzwonić telefonem. Jest w jakieś kolędzie rodem z USA "dzwonią dzwonki sań". Ale żeby pogłaskać twój puryzm językowy zmienię na "zadzwonił do drzwi". Dzięki za obfity rzeczowy komentarz.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • MÓJ SZLOCH NAJ!


      Kochać cię to nie był trud
      Nie trzeba było silić się zbyt
      Kochać cię to nie był znój
      Ja piąłem się do twych ud
      A jemu zbyt szybko opadł mit 
      Och, mój ból, ból cud


      Wzięli cię na posterunek
      Nie pytałem, dlaczego, jak
      Nie wołałaś na ratunek
      Nie myślałem dlaczego tak
      Miał cię przez chwilę na wznak
      Och, mój o mój męki szlak


      Wszyscy chłopcy machają
      Próbujesz im w oko wpaść
      Wszyscy chłopcy wołają
      Chcesz czułą chwilę skraść
      Miał cię na liście "Na zaś"
      Och, mój deszczowy płaszcz?


      Kochać cię łatwo przyszło mi
      Lekko też odeszło w dal
      Kochając, byliśmy ciężcy, źli
      Serca były harde od dni
      Mieliśmy się przez parę chwil
      Och, mój ból, twardy jak stal

       


      (Opuszczanie zielonych rękawów)
      WRZESIEŃ, WRZESIEŃ, I CIĄGLE WRZESIEŃ


      Wojna w klęskę zmieniła się
      Traktat jest spisany krwią
      Lecz nie wpadłem im do rąk:
      Przekroczyłem linie swe


      Bardzo chcieli złapać mnie
      Lecz im zbiegłem i jak zbieg
      Żyję tu, w dzielnicy złej,
      Pod przykrywką szpieg


      Musiałem iść, całkiem sam
      I życie porzucić swe
      W szafie zbiór szkieletów mam,
      Lecz nigdy nie znajdziesz gdzie


      Snuję życia wątek, a w nim
      Tam fakt, a tu mit
      Kiedyś miałem imię lecz
      Nieważne to, poszło precz


      Nieważne to
      Nieważne co
      Ponieśliśmy zwycięstwo
      A akt spisano krwią
      Nie wpadłem do ich rąk
      Chodzę po linie Być


      Jest prawda, co ma żyć
      I ta, co ginie w mrok
      Nie wiem, w którą mam iść
      Lecz nieważne to


      Bo twój triumf miał
      Tak miażdżącą moc,
      Że niektórzy z nas
      Myślą, jak zachować choć


      Strzęp kronik o tym, jak
      Odbywamy marny byt swój;
      Beret, znoszony płaszcz
      Łyżkę nóż i stół


      Igrzyska i chleb
      W które gladiator gra
      Kamień, który rzeźbiarz tnie
      Pieśni ku chwale, niech trwa..


      Nasze prawo to wciąż
      Pokój, rozumie, że
      Chociaż strzela mąż
      Żona kule nosi mu


      I wszystko to w duszy mej
      Wyrazy, co obrazem są
      Słodkiej obojętności tej
      (Są tacy, co miłością ją zwą)


      Jej wysokości czczonej w krąg
      Niektórzy mówią na nią Los
      Lecz mieliśmy nazwy, co
      Ciut bardziej intymne są


      Nazwy te co wchodzą w głąb
      I tak prawdziwe są,
      Że dla mnie są krwią
      A dla cieby jak proch


      Nie potrzeba nam
      By uchowały się
      Jest prawda, co żywa jest
      Prawda, co żyje w nas...
      I ta, co umiera bez dram


      Nieważne, z kim
      Nieważne, czym
      Żyję życiem tym
      Które zostawiłem im


      Zabić wciąż jest wrogiem mi,
      I Nienawiść obcą też,
      Chciałem nauczyć się kochać je,
      Lecz całkiem nie wyszło mi


      Raz chciałeś mnie oddać im
      Lecz to nie dziwi mnie -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzi serce twe


      Twoje serce było o tu
      Tu gdzie rój much masz
      To jest kuweta Twych ust
      A to twoja miska kłamstw


      Dobrze służysz im, wiem
      Lecz nie dziwi mnie to
      Oni to twoja krew
      A Ty - ich z kości kość


      Nieważne, gdzie
      Nieważne, że
      Serwujecie historii bieg
      W pasztecie faktów i kłamstw
      Do was należy świat
      Więc to nieważne i tak


      Nieważny klan
      Nieważny świat
      Żyję pełnią mych lat
      I pełnią każdego dnia
      Przez przestrzeń i czas
      Nie dam ich rozdzielić wam


      Moja kobieta sprzyja mi
      Me dzieci pójdą za mną w noc
      Ich groby bezpieczne są 

      Od horroru takich jak wy
      Od upiorów snów złych


      W głębiach pocałunków ich
      Korzeń mocno wbity mam
      Żyję wciąż pełnią dni
      Które zostawiłem wam


      Zostawiłem igrzyska o chleb
      W których nasz żołnierz grał
      Kamień, który grabarz tnie
      Piosenki, pisane na chwał..


      Lewo ponad prawem, zabawa trwa
      Pokój to wojna, wojna cały czas
      Chociaż strzelam ja
      Kule robi Diabeł w was


      Bo ważne, z kim
      Ważne Iść
      Żyć całym życiem swym
      I nie oddać go za nic
      Ani Berlin, ani Rzym, ani Krym


      Jak ty, co z Zabić zrobiłeś fach
      Chciałem go uczynić kompanem mym
      I nienawiść też, lecz tak chciał traf
      Że całkiem nie wyszło mi


      Raz przedstawiłeś mnie im
      Próbowałeś, bo wiem, że -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzę.


      Je t'aime,
      L. Cohen


      PACTUS DIABOLICUS


      Znam cud przemienienia w wino wody stągw
      I obrócenia go w wodę znów, więc daj,
      Bym, zasiadłszy do twej uczty w tę noc,
      Wreszcie dostąpił Lucy in the Sky


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł złożyć podpis swój
      Jestem wściekły i zmęczony wciąż
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Zwiąże kochanie me z miłością twą


      Pękł nowy wiek, więc ulica tańcem gra -
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Tak mi przykro, lecz to nie ty, to Twój duch


      Nie powiedziałem słowa, odkąd odeszłaś w dal,
      Którego kłamca by nie powstydził się
      Nie mogę uwierzyć, że idą zakłócenia fal
      Byłaś mą ziemią, mym "przy zdrowych zmysłach jest"
      Byłaś Dedalem moich lat


      Pola wołają - pękł nowy wiek!
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Ty to nie ty, tylko Twój duch


      Tylko jedno z nas było prawdziwe - to byłem ja


      Mówią, że, grzechotnik gorzko żałował za swój grzech
      Zrzucił łuski, by znaleźć, że w środku wciąż wąż jest...
      Ale narodzić się na nowo to w obskurność wejść
      Jad przenika samą ciała treść


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł wreszcie złożyć podpis swój
      Jestem ciągle wściekły i zmęczony każdym dniem
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Przywiąże mnie do miłości Twej 


      Jestem zły i cały czas zmęczony
      Chciałbym, by był traktat albo pakt
      Między tym co ocalono
      Z naszej miłości, z wpisem do akt

      ───

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...