Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

I

Jedna z wielu bezsennych nocy, rozpostarta pomiędzy morzem kawy a papierosowym dymem. Siedziałem przy biurku, beznamiętnie wypełniając kolejne linijki swojego zeszytu, z nadzieją, że może w końcu stworzę coś godnego uwagi, odkrywczego, czego nikt przede mną jeszcze nie wymyślił. Wszystko już zostało napisane, a teraźniejszość to jedynie same parafrazy – coraz bardziej zaczynałem w to wierzyć.
O czwartej nad ranem moja ręka osunęła się bezwładnie, długopis wypadł z dłoni, wybijając z rytmu wszechobecną ciszę. Kropla wosku spłynęła z dopalającej się świecy, zastygając na wyrazie „sam” w wersie: „Sam, w sobie zamknięty; sobie winien - mnóstwo”.
Ocknąłem się o ósmej trzydzieści siedem. Pomału dniało. Słońce próbowało wywędrować zza rozproszonych niedbale chmur, uwidaczniając wijące się na oknie smugi. Wziąłem łyk zimnej kawy i wyjrzałem na zewnątrz. Niezmącona cisza doskonale współgrała z wyludnionymi ulicami. Dziwne – stwierdziłem w myślach i poszedłem do łazienki.
Po porannej toalecie postanowiłem wybrać się do sklepu, kupić parę bułek, może jakąś gazetę. Była złota jesień, w miarę ciepła, więc nie istniała potrzeba zakładania kurtki. Narzuciłem na siebie ulubioną, wytartą, czarną bluzę z kapturem i powlokłem się po zacienionych schodach w dół klatki. Nigdy nie miałem w zwyczaju zapalania światła, nie lubiłem jasności, która i tak towarzyszyła mi na co dzień, poprzez kolejne, wschodzące słońca. Na szczęście wąskie okienka, wbudowane w zdezelowane ściany klatki schodowej niewiele przepuszczały. Tylko gdzieniegdzie któraś szyba była trochę stłuczona, i właśnie tam wpadały nieliczne strugi.
Nie wiem dlaczego, ale w czarnej bluzie z kapturem czułem się bezpiecznie i zupełnie anonimowo; ludzie mijani na ulicy za nic w świecie nie potrafili zapamiętać mojej twarzy. I dobrze. Dobrze czuć się umarłym wśród żywych, być szczęśliwym na swój wyalienowany sposób i zdrapywać kolejne zmarszczki z błękitnego nieba. Nikt tego do tej pory nie zauważył – wszystko przemija, starzeje się, kobiety rodzą dzieci, które następnie także pozostawiają potomków, ale i tak każdy musi umrzeć, a niebo? Niebo cały czas wygląda tak samo, młode, nieznane, zawieszone bezpiecznie ponad wszystkim, obojętne i neutralne, niezmiennie fascynujące.
Wyszedłem na ulicę i pomimo najszczerszych chęci, wciąż nie mogłem dostrzec ani jednego człowieka. Sklepy były pootwierane, owszem, przystanek autobusowy stał na swoim miejscu, ale nie przejeżdżał nawet jeden samochód. Pod sklepem nie zauważyłem żadnego amatora taniego wina. Wszedłem do środka „U Eli” i zacząłem rozglądać się za koszykiem na zakupy. Stała ich cała kolumna, dokładnie posegregowane, najpierw czerwone, później żółte i niebieskie. Wziąłem jeden z góry, a kolumna zachwiała się niebezpiecznie. W ostatniej chwili przytrzymałem ją drżącą ręką.
Przemierzałem kolejne działy, ścieżki pomiędzy wysokimi półkami. Nikogo nie było, absolutnie nikogo. Nawet jednej muchy siedzącej na słodkich bułkach albo napoleonkach. W kącie pomieszczenia stało wiadro z mopem, tak jakby ktoś zaczął sprzątać i gwałtownie przerwał pracę, jakby w trybie natychmiastowym musiał wynosić się na koniec świata, mając pięć minut na spakowanie własnego tyłka i najpotrzebniejszych rzeczy.
Wziąłem z półki kilka zwykłych bułek i parę pączków. Przy kasie dołożyłem jeszcze paczkę papierosów i pół litra czystej; byłem gotowy. Czekałem na ekspedientkę pięć minut, po czym znudzony przejrzałem produkty, przeliczyłem ile tego jest i położyłem na blacie odpowiednią kwotę.
Wracając wstąpiłem do oddziału kolportera. I znowu żywej duszy. Pomału zaczynało mnie to irytować. Postanowiłem przeprowadzić mały eksperyment – zdjąłem z półek tyle gazet, ile zdołałem unieść i najnormalniej w świecie stamtąd się „ewakuowałem”. Oglądając się za siebie co chwila, zmierzałem do klatki. Po drodze zostawiłem kilka gazet przy śmietniku, te które w moich oczach były skompromitowane, same najgorsze szmatławce, żerujące na ludzkich tragediach; chociaż znalazł się również w tym gronie „Poradnik rolnika” – bo po cholerę mi to w bloku?
Automatycznie po wejściu do mieszkania włączyłem telewizor. Zaśnieżony ekran tylko pogłębił mój niepokój. Wprawdzie od dawna nie opłacałem abonamentu radiowo-telewizyjnego, ale za to przecież nie groziło odłączenie. Włożyłem płytę do odtwarzacza DVD i wcisnąłem „play”, w nadziei, że może przynajmniej to rozwieje moje wątpliwości, w kwestii nierozwikłanej tajemnicy istnienia, a właściwie nieistnienia. Tyle, że do tej pory to ja miałem w życiu momenty, w których pragnąłem nie istnieć, odejść jak najdalej, najlepiej żeby dali mi oddzielną galaktykę, gdzie wreszcie mógłbym nie bać się śmierci, żyć tak długo, jak tylko sobie życzę. Śnieżyło nadal.
Zawsze wyobrażałem sobie Niebo jako nieskończoną ilość galaktyk, planet na których po odejściu ze świata żywych zamieszkają ludzie. Każdy człowiek miałby własną planetę, na której mieszkałby z osobami, poznanymi na ziemi, które były dlań najważniejsze. Byliby w wieku, w jakim właściciel planety by ich widział najchętniej. Mieliby wciąż tyle samo lat całą wieczność, nie byłoby problemu starzenia się, umierania. Pory roku byłyby tak sobie, nie przypominałyby już o niechybnym końcu. Wszystko ułożyłoby swego rodzaju siatkę równoległych istnień i nikt by nikomu nie przeszkadzał. Ale zdawałem sobie sprawę, że to tylko moje młode, idealistyczne poglądy dyktują mi tę jakże nowatorską wizję; wszystko zapewne rysuje się w zgoła odmiennych barwach.
Powoli zjadłem pączki, wypiłem kawę, spaliłem kilka papierosów i wybrałem się na spacer. Nie mogłem w to uwierzyć – byłem sam, sam, sam – powtarzałem jak mantrę, zapominając o tym, że i tak czas wciąż przerzuca ten ziemski gnój i gna do przodu. Już nawet nie próbowałem rozwikłać tej łamigłówki – dlaczego? Dlaczego ja? Podobało mi się to. Przemierzając puste chodniki wreszcie czułem się panem świata, czułem się wolny, nie ograniczany przez jakieś szkoły, urzędy, sądy, prace i rodzinę; prawdziwie wolny i szczęśliwy; szczęśliwy, już nie „na swój sposób”, ale szczęśliwy w pełnym znaczeniu tego słowa.
Wstąpiłem do salonu opla i wybrałem najdroższy model. Niezachwiana melodia silnika natychmiast wypełniła mnie przekonaniem, że będzie dobrze. Humor poprawiła mi na dodatek wiadomość, że bak jest pełen i nie muszę zawracać na stację benzynową. Obrałem kierunek na Warszawę. Transformacja pesymisty w realistę stawała się faktem (a przynajmniej tak mi się zdawało).
Nie zastanawiałem się co będzie dalej. To było zupełnie spontaniczne. W drodze wymyśliłem, że zobaczę wszystkie nie poznane dotąd miasta, a które niemal od zawsze planowałem zwiedzić. Z kolejnym wypalanym papierosem, z mojego umysłu skapywały kolejne prototypy marzeń.
Puste drogi. Przynajmniej raz w życiu mogłem gnać ile mi się podoba, wskazówka na liczniku dochodziła do końca tarczy, po czym, na zakrętach gwałtownie wracała. Dużo niespodzianek kryło się na tej trasie. Wiedziałem, że kiedy dotrę do miejsca przeznaczenia, będzie trzeba zmienić samochód na lepszy. Porsche? Ferrari? A może DeLorean, o którym marzyłem w dzieciństwie? Rozmyślając o najnowszych modelach, nie mogłem doczekać się zwiedzania warszawskich salonów samochodowych i prawie rąbnąłem w drzewo. Niewiele brakowało.
Dochodziła czternasta, gdy wjeżdżałem do stolicy. Słońce – niegdyś złowrogie widmo, teraz zupełnie mi nie przeszkadzało. Koślawe drzewa słaniały się na lekkim wietrze, co chwile zmieniając położenie swoich cieni. Po półgodzinie byłem przed salonem DeLoreana.
Wybrałem najlepsze według mojego uznania auto i zabrałem się w drogę powrotną. Po drodze wstąpiłem do apteki uzupełnić zapas tabletek nasennych, które miałem na wyczerpaniu, a które były mi niezbędne do prawidłowego funkcjonowania.
Podróż upłynęła niezauważenie. W sumie mógłbym nie wracać do swojego rodzinnego miasta, ale postanowiłem potraktować je jako bazę wypadową. Poza tym miałem jeszcze coś do załatwienia w okolicznych lasach. Jadąc nuciłem znane sobie piosenki punk-rockowe.

Zaparkowałem gablotę przed samym sklepem, tak w razie czego, gdyby jednak ktoś się pojawił i zacząłem rozglądać się nad jakimś w miarę grubym, zdradzającym walory destrukcyjne, kijem. Nie musiałem daleko szukać – jeden z moich faworytów podpierał młode drzewko, pnące się do góry delikatnymi gałązkami. Bez skrupułów wyjąłem pałę z ziemi.
Na parkingu stało pełno samochodów. Najbardziej rzucała się w oczy toyota Z. spod trójki. Bez wahania stłukłem w niej tylną szybę. Na kiju nie było nawet draśnięcia.
- Masz jeszcze chuju – nie żałowałem dla auta kolejnych razów, mając świeżo w pamięci wybryki sąsiada – dwudniowe libacje i nocne obelgi pomiędzy libacjami, dzięki którym pół bloku nie mogło zmrużyć oka. Oj, nie spało mi się wtedy dobrze, nie spało... Po kilkunastu minutach samochód nadawał się już tylko do kasacji. Niejeden współczesny kierowca miałby problem z identyfikacją marki, gdyby nie dyndający ostatkiem sił metalowy znaczek pojazdu.
Później obrobiłem odpowiednio jeszcze kilka autek i wkroczyłem do klatki schodowej. Odwiedzałem mieszkania po kolei, niszcząc wszystko co znalazło się na mojej drodze. Wszędzie zostawiałem cieknącą z kranu wodę, odłączałem lodówki od zasilania. Wyglądało to jak jedna wielka katastrofa.
Ze swojego mieszkania zabrałem kilka ubrań, zakupy, które rano zrobiłem, laptopa i poręczną wiatrówkę wraz z zapasem ołowiu. Schodząc na dół wstępowałem do każdego mieszkania, pozostawiając po sobie odkręcony gaz.

II


Odpaliłem samochód. Przez chwilę czułem nieodpartą chęć spojrzenia na to wszystko raz jeszcze. Na balkonach trzepotały osierocone ubrania, niesione siłą wzmagającego się wiatru. Błękit nieba pomału nabierał ciemniejszej barwy. Na szybie auta pojawiły się krople deszczu. Za zamkniętymi drzwiami dudnienie ulewy przypominało głuche kroki, jak gdyby na zewnątrz ktoś się skradał. Posmutniałem. Nie wiem czy przez nagłą zmianę pogody, czy może jednak nieoczekiwaną samotność. Miałem tak. Dwa dni w tygodniu byłem optymistą, a resztę wypełniały myśli o śmierci i przemijaniu. Zmiana nastroju przychodziła niespodziewanie. Zawieszona ponad wszystkim, towarzysząca permanentnie, pojawiała się w momentach zawahania albo głębszej refleksji nad życiem.
Przechyliłem butelkę czystej, wlewając do gardła sowitą porcję i odjechałem. Samochód ciągnął się powoli, chciałem zobaczyć ten ostatni raz wszystkie najmniejsze, znane mi uliczki, które z jakiegoś powodu utkwiły mi w pamięci lub te, którymi zwykłem wracać. Deszcz zbierał się bardzo ślamazarnie, jakby chciał dostroić się do mojego tempa. Dokładnie przyglądałem się każdemu z drzew, rosnących w osiedlowym parku albo nad samym krawężnikiem jezdni. W końcu zaparkowałem DeLoreana pod jednym, największym rosnącym w najciemniejszym zaułku alejki. To na nim powiesił się kiedyś mój kumpel z dzieciństwa. Po prostu – rzuciła go dziewczyna, a on miał dopiero siedemnaście lat. Nie pozbierał się już po tym ciosie. O północy dostałem esemesa pożegnalnego. Napisał, że odchodzi do lepszego świata. Postanowiłem spalić ten most. Zrobić to czego on nie zrobił. Wspiąłem się na tę samą gałąź. Powiewał na niej nawet kawałek wisielczego sznura. Zdjąłem z ramienia wiatrówkę i podparłszy się dobrze, w celu zabezpieczenia przed odrzutem, wycelowałem w swoje okno. Kropla potu spłynęła po mojej twarzy. Poczułem dziwny ścisk w gardle. Sekunda podczas której mój palec zsuwał się na spust, zdawała dłużyć się w nieskończoność. Wyobraźnia stawiała mi przed oczami niesamowite obrazy płonącego mostu. Ogień zaczął iść od jego początku i szybko rozprzestrzeniał się na całej szerokości. Coś co miało łączyć, zaczęło dzielić. Przepaść była sednem. Dwa zbocza skał już nigdy nie spotkają się ze sobą...
Blokiem wstrząsnęła eksplozja. Dość gazu zdążyło ulotnić się, aby wybuchy z czwartego piętra przemieszczały się na niższe kondygnacje. Patrzyłem spokojnie jak płonie ten kawał historii. To cholerne więzienie burzy się jak domek z kart. Wreszcie zatopiłem swoją przeszłość, choć od dawna chciałem się stąd wydostać.
Zeskoczyłem z drzewa i wsiadłem z powrotem do auta. Tym razem wcisnąłem gaz do dechy. Kolejne numery kamienic przewijały się za szybą, jak niemy film, który i tak mimowolnie musiałem oglądać codziennie, jadąc do liceum. Odpaliłem następnego papierosa. Po dwóch zaciągnięciach wypadł z mojej drżącej dłoni, wypalając w siedzeniu małą dziurę. Machnąłem na to ręką. Przejechawszy przez tory kolejowe – swego rodzaju granicę miasta, znalazłem się na drodze prowadzącej do lasu.
Próbowałem zanucić jakąś melodię, lecz nie potrafiłem. Choćby jednego wersu. To dziwne uczucie, zupełnie jakby ktoś wyprowadził część danych z mojej głowy. Przypomniałem sobie jedynie zapach liści bzu, które lubiłem zrywać w dzieciństwie spacerując z babcią po parku. Ich wyimaginowany aromat zmieszał się niebezpiecznie z tym, co zostało po papierosie.
Niebo zaszło czernią. Rozpadało się na dobre. Dojechałem. Po półgodzinie jazdy po wyboistych, wiejskich bezdrożach znalazłem się nad Mulicznym, jeziorem, nad którym, nie mam pojęcia dlaczego czułem się najbezpieczniej. Były czasy, że przyjeżdżałem tu co sobotę, nie potrafię wytłumaczyć po co. Nie potrafię. Kiedyś podobno po okolicznych lasach ukrywał się seryjny morderca, zbiegły ze szpitala psychiatrycznego. Ale nawet to mnie wtedy nie odstraszyło.
Wysiadłem z samochodu i spojrzałem w niebo. Wyciągnąłem ręce do góry i zacząłem obracać się dookoła własnej osi. Krople deszczu spadały na moją twarz. W tej jednej chwili pasowałem do tego świata, byliśmy jednością. Pogodziliśmy się...
Usiadłem pod drzewem. Z przemokłej kieszeni wytargałem plastikowe pudełko tabletek nasennych. Obok mnie spoczęła butelka wódki. Deszcz mieszał się z moimi łzami, kosmyki włosów zaczęły przylegać do czoła, co jakiś czas zmieniając swoje położenie pod wpływem siły wzmagającego się wiatru. Jeszcze raz spojrzałem w niebo, tym razem nie zamykając oczu. Miałem wrażenie, że całe wrze. Wkrótce zaczęły pulsować błyskawice.
Wysypałem na dłoń kilka tabletek i uważnie się im przyjrzałem. Tyle nie napisanych wierszy było przede mną, ale jeszcze więcej za mną. Pierwszy łyk nie bolał; kolejne opadały do żołądka przez zaciśnięte gardło, sprawiając ból, pobudzając uczucie żalu. Półlitrową butelkę wódki wychyliłem do dna. Zgrabiłem się z przemoczonej ziemi i wtoczyłem do środka samochodu. Wyjąłem kartkę, kawałek jakiegoś obdartego ołówka z dna plecaka i zacząłem pisać. Kolejne wersy układały się w mojej głowie, jak notatka, tak jakby ktoś mi ją dyktował. Miałem halucynacje; wydawało mi się, że zamiast deszczu z chmur opadają iskry, trawiąc wszystko wokół mnie. Przez zamglone oczy, drżącą, ospałą, rozwlekającą litery ręką dokańczałem ostatnie wersy. Zebrałem w sobie wszystkie siły, na chwilę odzyskując przynajmniej część świadomości i przeczytałem szeptem:


I znajdę się w domu ojczyma*


Wyrosłem już dawno z tych ludzi. Wyrosłem, odkąd pamiętam,
chociaż kilka znaków (zapytania) pojawiło się. Na mojej... na poboczu
zwykle. Albo i nie. Zwykle.

(supeł w więzach krwi) To równoczesność, światło zasuszone pomiędzy
kartkami, zbyt dużo wierszy - tworzone przez wielu stają się mantrą
jednego człowieka. Zbyt dużo Innych. Stanowczo za. Brak i braków
natłok. Szyba. Słowa błądzą bezustannie, próbując skomponować nowe
powietrze. Jestem trawiony przez swój cień.

Żadnych wyznaczników, ospałych latarń, wschodów, zachodów, światów
pod narkozą. Czasami chciałbym uchylić drzwi, wywarzając fragment
zmierzchu i przenocować w czyimś śnie; przekroczyć granicę, mijając
kolejnego przechodnia w lustrze.

Wyrosłem już dawno z tych ludzi. Wyrosłem i mało pamiętam. Najpierw
była starość, później dzieciństwo. Wszystko będzie; nie cofnie się przed
niczym. Nie – nie cofnie się przed. Teraz pora na ciebie – wyjdź z siebie
i do mnie przyjdź.

Przeklęta strefa nadgraniczna – na razie tyle i może. Jakoś.



Na mojej twarzy pojawił się niewyraźny uśmiech. Teraz już dobrze czułem się w inkubatorze własnego cienia.


KONIEC
*Wiersz jest mój, jeszcze nie publikowałem. Pozdr.

Opublikowano

witam bracie!
najpierw małe sugestie poprawek:
Tylko gdzieniegdzie któraś szyba była trochę stłuczona, i właśnie tam wpadały nieliczne strugi. trochę dziwnie brzmi i przecinek jest zbędny
w wierszu kartkami, zbyt dużo wierszy - tworzone przez wielu stają się mantrą
albo tworzonych przez wielu albo tworzone przez wielu staje się
więcej nie pamiętam, bardziej skupiłem się na wymowie tekstu.

Widzę, że poszukujesz nowej drogi, cały czas eksperymentujesz ze stylem i mnie się to podoba. Flirt z liryką wypadł pozytywnie. Tekst dla mnie zachacza nieco o oniryzm (świetne światy pod narkozą). No i jest tu trochę anarchii - takiej małej rewolty przeciw złu świata. I mimo smutku jaki towarzyszy lekturze na końcu pojawił się uśmiech:)

nie będę dawaj stopni, ocen, plusików itp bo wiem, że to nie koniec, że będzie coś więcej - kolejne teksty, rozwinięci stylu...
zahipnotyzowany pozdrawia strefę nadgraniczną;)

Opublikowano

Właściwie nie wiem, co napisać. Może zacznę od strony technicznej - jest kilka usterek raczej niż błędów, ale to przy innej okazji (może nawet jeszcze tej nocy).
Miałam nadzieję, że kiedy chwilę odczekam, będę już wiedziała, co napisać... Nie wydaje mi się, by można było oceniać ten tekst w kategoriach "fajny" bądź "nie jest fajny", bo on po prostu nie może być fajny, nie może się podobać. Nie zrozum mnie źle; to, co napisałam, to komplement. Chyba nie potrafię się dobrze wyrazić. Może przy następnym czytaniu.
Buzi.


A, zapomniałabym. Te fragmenty są świetne. Strasznie je czuję.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Buzi raz jeszcze.
Opublikowano

zgrabnie wplotłeś kawałek niezłej [moim zdaniem ] poezji w tekst / zastanawiam się co ja zrobiłabym , gdybym znalazła się na miejscu bohatera opowiadania / duży plus od czarnej

Opublikowano

Jay zbierasz peany na ktore zapewne zaslug=ujesz a ja przyczepie się do przesłania opka
narrator ALIEN -
ZA MLODY JESTEŚ WIKTOR ABY W TEN SPOSOB SPOSTRZEGAĆ ZYCIE
odszukaj w sobie cos co bedzie dla ciebie wazne, jest ważne, sens, pozytywna mantrę ktorą warto powtarzać sobie codzień.
Życie na ostrzu noża rani, odszukaj w sobie balsam ktory zagoi, zaleczy, obmyj twarz w strumieniu, zasmiej się do siebie - ech zycie! kocham cie ponad zycie...
pozdrawiam serdecznie L.

Opublikowano

zastanawiałem się, czy komentować
zaraz na początku przeczytałem
"Siedziałem przy biurku, beznamiętnie wypełniając kolejne linijki swojego zeszytu, z nadzieją, że może w końcu stworzę coś godnego uwagi, odkrywczego, czego nikt przede mną jeszcze nie wymyślił. Wszystko już zostało napisane, a teraźniejszość to jedynie same parafrazy – coraz bardziej zaczynałem w to wierzyć."
więc po co pisać?
fakt, błąka się u mnie tekst z podobną myślą
"Wszystko już zostało napisane"
pewnie to prawda

Opublikowano

Lucy, nie nie jestem za młody, wydaje mi się, że za bardzo utożsamiasz mnie z bohaterem, jest w nim trochę mnie, ale jednak to literfikcja. Zresztą to nie temat do wiadomości publicznej, nie chcę tutaj wywlekać takich tematów. Wpadnij na gg, omówimy.

Adam, ale co właściwie sądzisz o tym tekście? Tylko ta jedna refleksja Ci się nasunęła?

Dzie wuszko, więcej wiary w siebie, cieszę się, kiedy masz jakieś wątpliwości, bo przecież zawsze może być lepiej, po to jesteśmy na forum aby się rozwijać. Jeżeli chodzi o te czasowniki to jestem w kropce, nie umiem pisać w czasie teraźniejszym, nie wiem dlaczego...

- ponętne dzięki za komentarze.

Opublikowano

czytam wszystko pod kątem własnych czuć
technicznie się nie wypowiem - nie umiem
może się tu nauczę
czuję, że muszę się bardziej koncentrować na tym co robię
i poświęcić więcej czasu na naukę
tu zastanawiałem się
jak przejść z prozy do poezji
pozdro.

Opublikowano

Witam Jay Jay-u. Ode mnie duży Plus! Potraktuję ten tekst jako studium warsztatu dla mnie. Rozwijasz się w zawrotnym tempie. Ja nie zauważyłam błędów, czy czegoś co by mi w jakiś sposób przeszkadzało. Treść i Twoja umiejętność wciągnięcia czytelnika w swego rodzaju grę ludzkiego umysłu, sprawiła, że żadnych niedociągnięć nie zlokalizowałam. Aby do przodu :-)). Pozdrawiam, ciągle jeszcze pod wrażeniem tej "Mrocznej Krainy".

Opublikowano

Jay odwaliłeś jak zwykle kawał dobrej roboty. w realistyczny sposób przedstawiłeś rozterki młodego człowieka - plusuję i to bardzo

P.S. szkoda tylko, że ostatnio tak rzadko jesteś na forum, w poezji Ciebie brakuje

pozdrawiam serdecznie Espena Sway :)

Opublikowano

Oj Jay, tak sobie czasem myśle, że chciałabym Cie spotkać;) Tekst jest świetny, klimatyczny. Nie wiedzieć czemu widze w Twoim utworze dużo siebie - zarówno pod względem merytorycznym, jak i w stylu. Ode mnie oczywiście plus:)

Opublikowano

Adamie, Basiu - dziękuję za komentarze.

Espeno, dzięki za plusa. Co do tej nieszczęsnej poezji, to niestety - nie podoba mi się po prostu podejście niektórych osób. To wszystko przypomina mi walenie głową w mur, do nich nic nie dociera, nawet jeżeli racja nie leży po ich stronie zupełnie. Pewnie wrócę na poezję, ale jeszcze nie teraz, na razie mnie mdli, nic nie poradzę. Wiem też, że sam nie jestem bez winy. Nie potrafię już czerpać chęci z czytania.

Ufoludku, jak miło Cię widzieć. Dzięki wielkie.

pozdr.

Opublikowano

Ogólnie dobre i ciekawe. Tworzy nastrój, choć nie wiem czy taki jakbyś\bym sobie tego życzył.
Są usterki, które można pominąć, ale bez nich lepiej by się czytało np. nie wiem czy złotą jesienią latają pszczoły po sklepach, albo framgent, gdzie narrator budzi się i najpierw mówi jak jest na dworze a potem wyglada przez okno, w którymś momencie (nie chce mi się już szukać) nie ma dwukropka - to wszystko, nie jest bardzo wążne, ale denerwujące.
Mam jeszcze jeden zarzut, choć nie jestem go pewien (może mi się zdaje) - pierwsza część jest jakaś kanciasta tzn. tak się ją czyta - zdania niedopasowane do siebie, tak jak by wymyślane oddzielnie, bez porównania ze zdaniami sąsiednimi, zdaje się to być niezamierzone i wtedy jest minusem, jak dla mnie.
Generalnie dobry text (tak sobie myślę, że jest dobry), szczególnie, że, jak by nie było, dość osobisty i spory rozmiarami (w kontekście innych textów forumowych).

Opublikowano

Piotrek, nie było Cię, ale nie wiem czy specjalnie jest czego żałować, sporo się pozmieniało. Dzięki za komentarz.

Baronie, odpowiem w punktach:
1)nastrój - mam zastrzeżenia i to spore w niektórych miejscach, ale na razie nie potrafię inaczej tego napisać.
2)pszczoły - pewnie masz rację, zaraz je amputuję.
3)Słońce próbowało wywędrować zza rozproszonych niedbale chmur, uwidaczniając wijące się na oknie smugi - np podnosząc się od stołu mógł to zobaczyć; wzrok skupił na szybie, dopiero później jest zdanie, że wyjrzał przez okno i wtedy - wyludnione ulice.
4)I część - masz rację - napisana wcześniej niż druga i też średnio mi się podoba; to mój drugi tekst, chyba, pisany w pierwszej osobie (wierszy nie wliczam) i czasami się trochę gubiłem.
dziękuję za konstruktywny komentarz,


pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Annna2 serdecznie dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • A bobra paker, że zeżre? Kapar Boba
    • @Nata_Kruk  bywa że tak coś przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. I mierzymy się z tym- chwilą, wspomnieniem. I wzbraniamy się z nimi, choć przecież wiemy, że i tak zmierzyć się przyjdzie.
    • Dawno dawno temu, gdzieś tam w galaktyce, solidnie dysząc spłaszczonymi płucami, wypełza typ spod ciemnej gwiazdy. Strudzony wielce oraz spocony, niczym mysz w norce bez klimatyzacji, żywi wygłodniałą nadzieję, że teraz wreszcie wydostał ciało i umysł, na zawsze i na wieczność. Otrzepuje wesoło krótkie porcięta z resztek ciemnych światełek i wyrzuca je do czarnodziury, dziurawiąc niemiłosiernie, wnerwiony horyzont swoich planów i marzeń.     Dlatego też ni stąd ni zowąd, nie zauważa i nie słyszy echa, albowiem ślimaki w jego uszach, grają na bębenkach, ucztując smakowicie, pożerając ser, którym obleczone są ich rogi. Nie zauważa też wysokich ograniczeń po bokach. Dopiero po chwili dostrzega leżący wniosek. Przeto dochodzi do wniosku, że wędruje na dnie wąwozu. Z każdym krokiem, ściany są coraz bliżej, jakby wchodził do lejka. Na domiar złego, nie może przestać. Musi iść.     Wtem dostrzega piłkarza. Lekko spłaszczony, kopie też z lekka spłaszczoną piłkę. Ta rozpędzona jak absurdalny bicz, uderza typa w głowę. Ów wszczyna kłótnie, mimo wszystko pojednawczą, ale po chwili z lekka otumaniony, znowu widzi gwiazdy. Na szczęście już spod żadnej nie musi wychodzić, gdyż są leciutkie i tylko zwiewnie otrzeźwiają, gilgocząc strudzone ciało. Niestety. Piłka odbita od ciemienia, leci dalej. Trafia w kran na ścianie. Niszczy go doszczętnie, a wypływająca woda, zaczyna potop.       Tu następuje zmiana bohaterów w tekście, gdyż dotychczasowi giną w odmętach, z braku tchu. Jednak nie wszystko ginie. Szczególnie przyszłe wydarzenia, obiekty oraz nowi bohaterowie.      W powstałym oceanie, płynie sobie spokojnie, pośród pluszowych rekinów oraz pomiędzy płotkami, łódź podwodna, w kolorze słoneczka. W środku słychać mamroczące, niewyspane rżenie. Odgłosy owe, wydaje ranny koń. Wstał ze żłoba za wcześnie i teraz marudzi, nie do końca rozbudzony. Ponadto głodny, gdyż nie mógł wybrać, czy pożreć owies, czy siano, czy też truchło osła, który też nie wybrał i zdechł.      Nagle łódkę z zawartością, połyka także wygłodniały kraken. Na domiar złego, tnie na wilgotne strzępy, wbudowaną piłą mechaniczną, by po chwili strawić i wydalić niepotrzebne odpadki. Tym samym zanieczyszcza środowisko wodne, doprowadzając do szewskiej mokrej pasji, wkurzone koralowce, które budzą oceaniczną wróżkę. I bardzo dobrze. Nie przynajmniej nie przegapia randki z morskim bałwanem.       Razem odnajdują na dnie morza, strasznie zawilgocony, pokaźnych rozmiarów skarb. Nie zauważają jednak, iż kryje on w sobie, przeklęty bunkier, na którego klątwę rzucili duchy bohaterów, oficjalnie już w opowiadaniu, niewystępujący. Czyli: typ spod ciemnej gwiazdy, ślimaki, bębenki, ser, piłkarz, koń, osioł, pluszowy rekin, kraken i inni.       Dlatego po chwili, wróżka i morski bałwan, nie żyją długo i szczęśliwie.        Chociaż to wcale nie jest takie pewne, gdyż właściwe zakończenie, skradli wyżej wymienione duchy i wywlekli poza stronę. Nawet puenty z końcowych wnętrzności nie wyłuskali, by ją zostawić do przeczytania. W sumie może to i lepiej, bo na takiej okrwawionej puencie, krew mogłaby skrzepnąć, kusząc wampiry do jej obgryzania i czosnek na kołku wie, z kogo by tam jeszcze, krwinki wyciućkali.
    • w odłamkach zwierciadła łąkę zrodziłeś ziemia czarna i strumyk płonie   że niby co że to już koniec   kwiaty zwiędłe i złote kłosy białe motyle złem nieskalane trup skowronka lecz pieśń została   czy miłość powróci przez lustro całe
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...