Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1

Profesor Carlsson, po zakończeniu swoich - tak bardzo przezeń nielubianych - czynności administracyjnych, odwiesił do szafy marynarkę i opuścił gabinet. Długim korytarzem udał się w kierunku laboratorium. Po wetknięciu identyfikatora w szczelinę czytnika wprowadził kod. Grube, stalowe drzwi zaczęły się powoli otwierać. Carlsson wszedł do śluzy, założył srebrzysty, przypominający strój astronauty kombinezon, sprawdził wskazania ciśnieniomierza na zintegrowanym ze skafandrem „plecaku życia”, po czym założył hełm i odkręcił zawór powietrzny. Po odczekaniu kilkudziesięciu sekund, w czasie których syk poinformował o wymianie powietrza w pomieszczeniu śluzy, ponownie wprowadził kod na klawiaturze panelu sterującego i otworzył drzwi prowadzące do laboratorium. Choć było ono dla niego drugim domem, a może nawet czymś ważniejszym od domu, przekraczając jego próg nieodmiennie odczuwał przechodzący po krzyżu dreszczyk emocji.
To, co znajdowało się za dostępnymi dla niewielkiej grupy „wtajemniczonych” drzwiami, wyglądało jak wnętrze jakiejś stacji kosmicznej z przyszłości. Liczne komputery, mikroskopy elektronowe, skomplikowane zestawy aparatury chemicznej, oraz mnóstwo innych, nierozpoznawalnych dla osób postronnych urządzeń wypełniało stojące wzdłuż ścian pomieszczenia stoły laboratoryjne. Profesor przechadzał się powoli przez laboratorium, zamieniając z każdym, spośród ubranych w takie same jak on kombinezony pracowników przynajmniej kilka zdań. Od czasu do czasu zasiadał przed ekranem monitora wprowadzając z klawiatury jakieś dane i uważnie je analizując. Na koniec wszedł do pomieszczenia, na drzwiach którego widniał napis „PETS”. Po chwili wrócił do laboratorium z malującym się na twarzy wyrazem zadowolenia.

2

Przy restauracyjnym stole siedziało trzech młodych mężczyzn: Tino, Michelangelo i Giovanni. Wszyscy, a szczególnie Tino mieli już mocno w czubie. Po chwili, dwaj nieco trzeźwiejsi wzięli trzeciego pod ramiona i wyprowadzili na parking. Michelangelo wyciągnął z kieszeni telefon.
– Gdzie dzwonisz? – zapytał Giovanni.
– Po taksówkę.
– Czyś ty zgłupiał? Tino ma przecież brykę. Bierzemy kluczyki - i jazda! Może jeszcze poderwiemy jakąś laskę...
– Super! Znam takie dwie fajne siostrzyczki w Bracciano.
– No to, avanti!
Obszukali kieszenie kolegi i wyjęli kluczyki do samochodu. Po otwarciu drzwi czerwonej stoczterdziestkisiódemki wepchnęli Tina na tylne siedzenie. Giovanni usadowił się za kierownicą, a Michelangelo na miejscu pasażera. Z rykiem silnika auto ostro wyrwało do przodu i wjechało na puste już niemal ulice zasypiającego miasta. Po kilkunastu minutach samochód znalazł się na podmiejskiej szosie. Po minięciu Osteria Nuova, kierowca dostrzegł w światłach reflektorów jakąś postać. Gwałtowne hamowanie nie zapobiegło katastrofie; pisk opon, trzask zderzenia i wystrzał poduszek powietrznych zlały się w jeden przerażający dźwięk. Samochód wypadł poza jezdnię i zatrzymał się uderzając o skarpę. Z pękniętego akumulatora zaczął wyciekać elektrolit. Silnik zgasł. Przez chwilę nic się nie działo, potem powoli otworzyły się drzwi i koledzy Tina wyszli z samochodu. W blasku reflektorów zobaczyli w przydrożnym rowie skuloną postać. Giovanni zgasił światła i szeptem zwrócił się do Michelangelo:
– Pomóż mi.
Wspólnymi siłami wyciągnęli z tylnej kanapy nieprzytomnego z przepicia Tina, po czym usadowili go za kierownicą samochodu, by następnie pospiesznie opuścić miejsce wypadku.
Po jakimś czasie Tino otworzył oczy, przeciągnął się i ziewnął. Otworzył drzwi i niezgrabnie wysunął się zza kierownicy. Zaczął rozpinać rozporek, gdy potknął się o coś miękkiego. Pochylił się, aby sprawdzić przeszkodę. Poczuł, że dotyka jakiegoś ciała. W świetle zapalniczki stwierdził, że jest to ciało kobiety. Uklęknął przed nim i przyłożył palce do tętnicy szyjnej. Przez chwilę pozostawał bez ruchu, niczym sparaliżowany.
O Boże, co ja narobiłem!? W jego głowie zaczęły się kotłować różne myśli. Przypomniał sobie wieczorne pijaństwo. Co mam teraz zrobić? Przecież za śmiertelny wypadek po pijanemu czeka mnie kilka lat więzienia...
Nagle podjął decyzję. Podniósł się z klęczek i szybkim krokiem, nie wskazującym na niedawny stan upojenia alkoholowego oddalił się od samochodu i szosy.

3

Do drzwi eleganckiej willi zadzwonił mężczyzna. Kiedy chciał ponownie wcisnąć przycisk drzwi otworzyła jakaś kobieta. Gość pokazał jej legitymację.
– Jestem porucznik Frascatti z Wydziału Kryminalnego. Czy mogę rozmawiać z mecenasem Venturi?
– Proszę, panie poruczniku.
Otworzyła drzwi na oścież, po czym zaprowadziła porucznika do gabinetu.
– Zechce pan spocząć –wskazała dłonią na stojący przy kominku fotel –zaraz zawołam męża.
Pani Venturi wyszła z gabinetu, a po chwili wkroczył doń pewnym krokiem przystojny, wysoki mężczyzna, o szarych przenikliwych oczach i lekko przyprószonych siwizną skroniach.
– Jestem Adriano Venturi, czym mogę panu służyć, panie...
– Frascatti. Porucznik Frascatti z Wydziału Kryminalnego.
– ...panie poruczniku?
– Czy jest pan właścicielem tego samochodu Alfa Romeo 147? –porucznik wyjął z kieszeni fotografię, po czym wręczył ją gospodarzowi.
– Owszem, ale o co chodzi?
– Proszę mi wybaczyć, ale to ja zadaję pytania. Gdzie aktualnie znajduje się pański wóz?
– Nie mam pojęcia. Co prawda - jak powiedziałem auto należy do mnie, ale go nie używam. Jeżdżę wyłącznie Mercedesem. Z Alfy korzysta mój syn, Tino.
– Gdzie wobec tego, znajduje się pański syn?
Niosąca tacę z kawą pani Venturi miała właśnie wejść do salonu, lecz słysząc pytanie o Tina, zatrzymała się przed drzwiami uważnie nasłuchując.
– Przykro mi, ale nie potrafię udzielić odpowiedzi na pańskie pytanie. Wczoraj syn zdawał ostatni egzamin i miał potem gdzieś wyskoczyć z kolegami. Na noc nie wrócił.
– A co syn studiuje?
– Medycynę.
– Tym gorzej...
– Nie rozumiem... Dlaczego „tym gorzej”?
– Teraz już mogę panu powiedzieć. Otóż pański syn najprawdopodobniej spowodował wypadek samochodowy... Śmiertelny wypadek! Zbiegł z miejsca zdarzenia, nie udzielając pomocy ofierze, która - jak wykazała sekcja - żyła jeszcze przynajmniej kilkanaście minut.
– Tino!? To niemożliwe!
– Nie mamy oczywiście pewności, ale wszystkie okoliczności przemawiają za tym, że jest to -niestety- prawda. Oto moja wizytówka - gdyby syn się odnalazł, proszę mnie zawiadomić, a do czasu wyjaśnienia wszystkich okoliczności wypadku, bardzo pana proszę o nie opuszczanie miasta bez naszego zezwolenia. To wszystko. Dziękuję panu. Aha, czy mógłbym dostać, a właściwie wypożyczyć jakieś zdjęcie pańskiego syna?
– Mam nadzieję, że to potworne nieporozumienie szybko się wyjaśni.
Venturi wręczył porucznikowi wyjętą z portfela fotografię Tina.
– Oby...
Porucznik Frascatti opuścił gabinet. Gdy przemierzał hol podbiegła doń wzburzona pani Venturi.
– Panie poruczniku! Pan przyszedł w sprawie tego wypadku!?
– Coś pani wiadomo w tej materii?
– Tak... to ja jechałam tym samochodem... trochę wypiłam... Jak potrąciłam tego człowieka, to straciłam głowę i uciekłam. Proszę mnie aresztować - wykrzyczała urywanym głosem, w dramatycznym geście wyciągając przed siebie ręce.
– Ach tak... więc o dziesiątej wieczór jechała pani w kierunku Ostii? W jakim celu?
– Miałam tam spotkanie z... –zawahała się przez moment, poczym powiedziała zdecydowanym głosem –z kochankiem.
– Signora Venturi. Wiem, że jest pani kochającą matką i rozumiem panią, uznam więc, że tej rozmowy nie było. Wypadek miał miejsce około pierwszej w nocy w okolicy Osteria Nuova. Chciała mnie pani wprowadzić w błąd, by ratować syna. Podsłuchiwała pani!
– Panie poruczniku, mój syn jest niewinny! Rozumie pan? Nie-win-ny!
– Proszę się uspokoić i nie utrudniać śledztwa. Jeśli Tino jest niewinny, to na pewno potrafi tego dowieść. Do widzenia pani.
Kilka godzin później
W wielkim gmachu Wydziału Medycznego uniwersytetu krążyło wiele osób. Łatwo było rozpoznać pośród nich studentów pocących się ze zdenerwowania przed egzaminem. Porucznik Frascatti krążąc od grupy do grupy zadawał krótkie pytania zaambarasowanej młodzieży dotarł w końcu do tej, która go interesowała, i to bynajmniej nie z tego powodu, że były w niej naprawdę ładne dziewczyny. Po dłuższej rozmowie z kilkoma osobami, z wyrazem zadowolenia na twarzy opuścił budynek.

Opublikowano

Długo wahałem się przed wklejeniem swojego opowiadania. Ostatecznie wysłałem, licząc na waszą wyrozumiałość (trochę się to musi rozkręcać) i całą masę krytycznych uwag.
To jest moje pierwszy dłuższy tekst, w związku z czym problemów jest cała masa.

Opublikowano

Na razie oczywiście trudno coś powiedzieć - prosiłeś wszak o cierpliwość. Kilka niezgrabnych momentów do wygładzenia - przeczytaj kilka ostatnich zdań, zwłaszcza od momentu "kilka godzin później" - sporo tam nieporozumień. Również pierwsze 3 zdania ostatniego fragmentu brzmią dość drewienkowato - Męczyżna. Kobieta. Mężczyzna. Zastanawia także melodramatyczność rozmowy porucznika z matką - z tym trzeba jednak poczekać, bo oczywiście nie wiem jak rzecz ma się dalej.

Tyle uwag na gorąco, czytałem z dużym zainteresowaniem.

f.

Opublikowano

gdyby syn się odnalazł, proszę nie zawiadomić - chyba powinno być mnie zawiadomić
Dla mnie rozmowa z matką jest jakaś taka dziwna. Zbyt oczywista. Chyba przydałaby się tu jakaś inna historia, coś bardziej skomplikowanego.
Zgadzam się z poprzednikiem odnoście tekstu od słów kilka godzin później.
Ale całość zapowiada się w miarę ciekawie, choć przydała by się jakaś większa tajemnica.
Bardziej podobała mi się pierwsza część, chyba właśnie ze względu na tę tajemnice.
Pozdrawiam : )

Opublikowano

Zapowiada się na jakąś większą całość! Myślę, że akcja będzie toczyć się dalej, więc trudno cokolwiek powiedzieć. Dla mnie rozmowa z matką też wydaje się dziwna. Od razu przyznaje się do kochanka? Czy nie było by lepiej, gdyby wymyśliła coś rozsądniejszego? Podoba mi się język,jak zawsze u Ciebie- rasowy-powiedziałabym. Pozdrawiam. Czekam na ciąg dalszy.

Opublikowano

Dziekuję za uwagi. To dopiero początek - pomału zacznę wprowadzać inne wątki, które gdzieś tam mają się z sobą związać i wtedy się wyjaśni, ale nie tak szybko...
Generalnie ma to być MELODRAMAT z wątkiem SF.
Co do przyznania się do kochanka... A co mogła wymyślić "la mamma", by natychmiast podać powód obecności na szosie w późnych godzinach wieczornych? Powrót z targu? ;-)Podpowiedzcie- chętnie skorzystam.

Opublikowano

Właśnie, po przemyśleniu chciałam napisać Ci, że szok i zaskoczenie mogło spowodować, że tak się zachowała i to powiedziała. Poza tym, ja nie chcę nic narzucać. To była również moja spontaniczna reakcja. Powinnam była głębiej i dłużej nad tym pomyśleć. Faktem jest, że czasem za szybko łapię za "póro" Pozdrawiam.

Opublikowano

NAprawde niezle się zapowiada. Istotnie im dłósze opowiadanie tym więcej ewentualnych błedów można popełnic. Jak narzie jednak oprócz wspomnianych poprzednio drobiazgów wychodzisz z tego zwycięzko. Problem jet inny, czy masz już zaplanowane (chocby w zarysie) dalesze losy bohaterów. Jesli tak (a przypuszczam, że tak jest) to ok. Jesli nie to tu własnie jest problem.

pzdr

ps

czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg.

Opublikowano

cieszę się że postanowiłeś wrzucać ten tekst po kawałku.(masz już całość?)moje zdanie na jego temat juz poznałeś(chociaż nie znam calego tekstu i nie wiem jak poprowadziłes poszczegóolne watki)i) ale pierwszy raz widzę go z tytułm. nie pytalem sie o niego wczesniej, bo sam dobrze wiem, że tytuł czesto powstaje na końcu pisania, dobrze było jak było. i tu pomarudze - NIE PODOBA MI SI.to jak na razie najslabszy punkt. moim zdaniem powinieneś zastanowić się czy go nie zmienić. nie podoba mi się żaden z jego członów(każdy od biedy mógłby być tytułem - bambino- drzewa umierają stojąc , ale zaden nie pasuje mi do twojej historii, a w parce tym bardziej. a tutul jest wazny. jest wizytowka calego tekstu. ma zachecac, czytelnik ma po nim wiedziec czego mniej wiecej oczekiwać. twoja opowiesc jest na niezlym speedzie, a tutuł raczej na melodramat bardziej. wybacz, ale mnie się on kojarzy z historią wloskiego bambino , któremu gdzies w ksiazce najblizsi padaja jak muchu (pierwsze skojarzenie jesli chodzi o tytuł). podsumowujac moj wywod:tekst jak najbardziej ok, tytuł(moim zdaniem) nalezy zmienić.

Opublikowano

to taki nie do konca melodramat lesiu. nie wiem co prawda jak tekst zakończysz(lub juz zakończyłes) ale mnie się to bardziej czytało jak sensacje z nieodzownym wątkiem milosnym rzecz jasna, ale jednak jako sensacje, ktora być może zakończy się jak melodramat, ale nazwać tę opowieśc melodramatem, to chyba jest zaszufladkowaniem je na siłe. ale ok, to ty tu rządzisz. w kazdym razie trzymam sie swego - pomyśl na tytułem. własnym, oryginalnym, tylko twoim. po co ci jakieś zapożyczenia? czynienie jakiegos uklonu w stronie fajnego tutułu?(tytuły nie sa obięte prawami autorskimi, jakbys sie uparł to mogłbys sobie zatutułowac opko jako drzewa umierają stojąc i prawnie można by cie bylo za to pocalowac w tyłek, bo nie był by to plagiat, chociaż na pewno przegiecie)zastanow sie , walnij cos swojego(np, jakies fajne zdanie z tego własnie opowiadania),a wtedy to bedzie calkowicie twoja historia i myse z e i satysfakcja bedzie wieksza. moje zdanie. mam nadzieje ze nie odbierasz tego jako "przypierdalania sie na sile", bo tekst jest ok, tylko ten tytul szczypie mnie w oczy

Opublikowano

nieodmiennie odczuwał przechodzący po krzyżach dreszczyk emocji - dlaczego po krzyżach?? mógłbyś wyjaśnić.
–Gdzie dzwonisz? – zapytała Giovanni. - wcześniej była wzmianka, że G. to mężczyzna więc ''zapytał''.
Giovanni usadowił się za kierownicą - Michelangelo na miejscu pasażera - może to pryszcz albo ja się nie znam, ale jaką funkcję tu spełnia myślnik? czy nie lepiej napisac iast niego np. a, natomiast albo jeszcze inaczej?
otworzyła jakaś kobieta - jakaś? może trzebaby było tu coś dodać... nie wiem, wydaje mi się, że chociaż krótkie zdanko, charakteryzujące.

jest nieźle, podoba mi się, idę czytać kolejną częśc, może wyjaśni się trochę i skleję 1 z pozostałymi rozdziałami. pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Berenika97 , nie przeczę, że jest tu satyra. Skoro ją odkryłaś, to pewno jest. Nie znaczy to jednak, że naśmiewam się z przedstawionej tu wizji przyszłej Polski. Nie odrzucam tej wizji Polski, ani jej nie popieram. Są w tej wizji rozwiązania, za które nie mógłbym przejąć odpowiedzialności. Dlatego postawiłem się w wygodnej pozycji pisarza, który pisze powieść, a nie program polityczny.
    • @Leszek Piotr Laskowski Cenię taką religijność. Pozbawioną buty lecz zadającą pytania, czasem wątpiącą lecz pełną oddania...
    • @Leszek Piotr Laskowski sugestywne.
    • @Stukacz nie mogę się doczekać każdego kolejnego.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy przekroczyłem próg świątyni, do której jako dziecko zaglądałem co niedziela i święta  a teraz odwiedzałem ją, jedynie przy okazji  pogrzebów i jednego ślubu. I teraz właśnie  miał to być czas  przeznaczony na mszę pogrzebową. Przed kościołem  nie stał jednak zaparkowany karawan  ani nie było w jego pobliżu żadnych grabarzy. Żałobników również. Nie było łez, wspomnień i kwiatów.     Już od kruchty,  poczułem, nie drażniący swąd  cmentarnego kadzidła  i zapach tlących się parafinowych świec  a świeży i ciepły przeciąg. Za ciężkimi, dębowymi drzwiami prowadzącymi do głównej nawy, powitała mnie zupełna pustka i osamotnienie. Ani jedna postać  nie siedziała lub stała w ławkach  ciągnących się w dwóch długich rzędach  aż do stóp ołtarza. Pod nim nie ujrzałem również  katafalku ani trumny i to już zadało mi ostateczny cios, uświadamiając mnie w tym, że zwyczajnie pomyliłem  jeśli nie dzień to godzinę pogrzebu.     Pomylić dzień byłoby wykluczonym. Czwartek. Dziewiętnasty sierpnia.  Godzina jedenasta. Tak było  bezsprzecznie zapisane w nekrologu. Godzina jedenasta. Pociągnąłem za dewizkę  i uchwyciłem wystający z kieszeni  czarnej kamizelki zegarek. Wskazywał dziesięć minut na jedenastą. A więc niecały kwadrans do uroczystości.     Dzieje się tu coś absolutnie dziwnego. Warto byłoby zapytać u źródła, czyli księdza  lub choć kościelnego czy ministranta. Ich jednak też próżno było szukać wzrokiem. Szedłem powoli  wzdłuż ściany zachodniego skrzydła. Co jakiś czas zerkałem w stronę ołtarza  i przeciwległego skrzydła świątyni. Byłem w niej sam. Zaglądałem do konfesjonałów, licząc na to, że w ich mroku  odnajdę jakiegoś  pogrążonego w zadumie  rozważań lub modlitwy księdza,  który wyjaśni mi to wszystko.     Konfesjonały były puste. Patrząc na te drewniane, pokutne klatki, uświadomiłem sobie, że ostatni raz klęczałem w takiej  przed dwudziestoma pięcioma laty. Były proboszcz, który mnie wtedy spowiadał, był teraz starym, niedołężnym emerytem  z prawie setką lat na karku. A ja z chłopca bogobojnego i ułożonego, wyrosłem na  pozbawionego uczuć, empatii i sumienia. Zimnego psychopatę. Widać i tacy są potrzebni na tym świecie  by wypełniać wolę Pana.     Miałem zamiar udać się  do kancelarii na zachrystii. Tam też byłem już kiedyś. Jakieś dziesięć lat wstecz. By przynieść druk apostazji. Pytano mnie wtedy o powód. Wróciłem do wiary prawdziwych przodków. Wolę prawdziwy, rodzimy kult słońca niż syjonistyczną sektę  narodzoną gdzieś na izraelskiej pustyni. Podpisali bez słowa i wahania.     Postawiłem stopę  na pierwszym marmurowym schodku  prowadzącym do drzwi na zachrystię, gdy te rozwarły się szeroko  i zanim jeszcze  próg przekroczyła jakakolwiek osoba, dało się słyszeć przeciągły  i niesamowicie głośny płacz niemowlęcia. Widać płakało już długo. Chrypło i spazmatycznie łapało  zbawczy oddech.     Przez drzwi wszedł ksiądz  w o dziwo czarnej szacie, jakiej jeszcze nigdy w kościele nie widziałem. U jego boku jak mały, wierny pies kroczył ministrant ubrany tożsamo w czarną komżę, haftowaną  w jakieś dziwne litery i wzory, których znaczenia nie znałem. Za nimi wyszli do nawy rodzice dziecka. Ojciec, brunet o dość ciemnej karnacji, niski i chuderlawy,  trzymał w dłoniach zawiniątko z dzieckiem.     Małżonka jego była aniołem  i to nie tym z nieba a z piekła męskiego pożądania. Wyższa nawet ode mnie. Jej błyszczące, niebieskawymi refleksami, krucze włosy, ciągnęły się za linie, kuszących, pełnych bioder. Oczy z turmalinową głębią  wbite były daleko w przestrzeń przed sobą,  jak gdyby oglądały piękno  oddalonych o millenia galaktyk. Suknia była prosta i sięgająca ziemi. Tren ciągnął się za nią jak mój wzrok. Blade, odsłonięte plecy  z mocno zaznaczonym  pod skórą kręgosłupem  a pod nimi zapięcie sukni. Zamek schodzący w dół, prowadzący na zatracenie zmysły. Był bramą do  niewysłowionych rozkoszy jej ciała.     Jeden raz tylko odwróciła wzrok  by spojrzeć właśnie na mnie. Blado się uśmiechnęła. Przez potok łez. Bo właśnie przedziwne było to, że podobnie do dziecka, ona też zalewała się łzami. Była załamana i dojmująco smutna. Załamana ale i złamana. Pogodzona z losem. Widać trafiłem na chrzest  a czułem się tak jakbym oglądał pogrzeb.     Za nimi weszła ostatnia postać. Kobieta wyglądająca jak siostra matki dziecka Równie wysoka, piękna ale zimna. Jak głaz. Dało się to wyczuć natychmiast. Znałem ten grymas. Znałem ten wzrok. Bezlitosny i pogardliwy. Ja używałem go na codzień i ona widać też. Omiotaliśmy się nim nawzajem, jak dwa nadrzędne drapieżniki. Zabrakło jedynie warkotu i szczerzenia kłów. Demon zawsze wyczuję drugiego demona.   Wcześniej umknęło mi to, że co prawda przed ołtarzem nie było wyczekiwanej przeze mnie trumny, lecz zamiast niej stała tam kamienna, obszerna, owalna chrzcielnica. A więc faktycznie trafiłem na chrzest. Dziwny chrzest.     Postaci zebrały się wokół chrzcielnicy. Woda w niej z pewnością nie była święconą. Była lepka, gęsta i zupełnie nieprzejrzysta. Czarna jak polarna noc.     Ksiądz nachylił się do ucha matki  i zadał widać jakieś krótkie pytanie. Ta pokiwała głową i… wskazała na mnie.     Wszyscy wbili wzrok  w moją nieruchomą postać na schodku. Wreszcie ksiądz przerwał niezręczną ciszę. Czyli pan jest chrzestnym? Proszę podejść bliżej. Zaczynamy.     Jego słowa były chyba ponurym żartem. Ja chrzestnym!? Wykluczone proszę księdza. Ponad dziesięć lat temu składałem apostazję, zresztą wcześniej  i tak nie miałem bierzmowania. To nieistotne teraz drogi Panie. Dziecko musi mieć ojca chrzestnego. Ziemskiego opiekuna swych praw. Błogosławię Pana do tej roli. Proszę podejść.     Ja przyszedłem tu na pogrzeb! Kiedy odbędzie się pogrzeb  zaplanowany tu na godzinę jedenastą? Chcę wiedzieć tylko tyle i już mnie tu nie ma. Ksiądz nie dał się zbić z tropu. Ta świątynia nie prowadzi  mszy pogrzebowych,  tylko chrzty i komunie święte. Został Pan wybrany na ojca chrzestnego, chyba Pan teraz nie odmówi dziecku?     Jak to nie prowadzicie pogrzebów?! Od kiedy?! Byłem tu wielokrotnie na pogrzebach, na ślubie też,  ledwie w zeszłe lato. Teraz powołujemy jedynie nowych wiernych, chrzcząc ich i nadając im imię. Niech Pan nie robi scen w domu Bożym i stanie w swej roli dla dobra tej dzieciny.     Chyba ksiądz mnie nie zrozumiał. Nie jestem katolikiem  ani nawet chrześcijaninem. Przyszedłem na pogrzeb bo tak trzeba, ale nie mogę brać udziału  w żadnym chrzcie ani w liturgii. Z szacunku do Was wiernych  jak i swoich przekonań i wiary. Jestem rodzimowiercą. Wierzę w duchy, demony i magię. Tą najczarniejszą również. Praktykuję ją na codzień. Modlę się do swojej patronki. Przenajświętszej Śmierci. Nie o łaski dla mnie  a o zemstę, sprawiedliwość  i śmierć dla moich wrogów. Więc przepraszam  ale będzie ze mnie kiepski chrzestny. Idealny.     To jedno słowo rozcięło ciszę jak nóż. A padło z ust chrzestnej matki. Dalej patrzyła na mnie drapieżnie i dziko. Jest Pan idealny dla mnie  jako Pana chrzestnej partnerki  i dla rodziców małej. Proszę się zgodzić. Wyciągnęła ku mnie dłoń  w zapraszającym geście.     Oszalałem widać, lecz dałem za wygraną. Przeszedłem w ich stronę i złapałem jej dłoń. O dziwo była ciepła  a wręcz lekko spocona i gorąca. Ale gdy ścisnąłem ją troszkę mocniej, nie wyczułem pulsu tam gdzie zwyczajnie powinien odbijać się echem serca w żyłach. Spojrzałem na nią z bliska. Teraz już uśmiechała się szczerze  ale nadal zimno. Z profilu przypominała  kapłanki Świętej Śmierci a może sama nią była. Jeśli nawet tak było, to już nie bałem się. Bezbronnemu nie grozi kara.     Ksiądz spojrzał na mnie  i zwrócił się tymi słowami. Na chrzcie świętym nadano Ci imię skały  na której miałeś zbudować kościół. Ty zbudowałeś go  a potem doszczętnie zrujnowałeś  a na końcu spaliłeś. Przyjąłeś demona do swego serca  i nadałeś mu imię tego,  który pomagał dźwigać krzyż na Golgotę. Bo on pomaga Ci dźwigać ciężar żywota. Wyniosłeś go  ponad wszelkie stworzenie i uczucie  byś już nigdy nie wrócił  do postawy człowieka. Wezwałeś święte oblicze Śmierci  do swego życia  aby oddawać jej hołd  i uciec pod Jej protekcję. Ona chroni Cię od wrogów  i zadaje im krwawą sprawiedliwość. Stałeś się ambasadorem Jej praw. Piewcą Jej chwały. Jej wilczym omenem,  który wykonuje Jej nieomylne wyroki. Godnym jesteś kapłanem  by nadać imię temu dziecku. A wtedy mechanicznie wręcz wyrzekłem A więc niech przyjmie imiona. Angelisa Angela Luna Sol de Muerte.     Dzwonnica rozgorzała  potęgą spiżowych dzwonów. Ksiądz zanurzył dziewczynkę we krwi. Już nie płakała. Miała zimne, czarne oczy śmierci. Wyrośnie na piękna kapłankę. Ministrant trzymał w dłoniach złoty pucharek  z komunią w środku. Były to szczątki ciała wrogów  umoczone we krwi. Rozdał je pośród zebranych. Każdy dopełnił ofiary. Wiążąc zaklęte w nich dusze Na wieki w potępieniu.                          
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...