Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jednak taki samochód, niezwykle przydatna rzecz, dziesięć minut - jestem na miejscu. Może to nie ten z telewizji, ale też jeździ. I też ma ładny kolor. I... i koniec podobieństw.

***

Jestem cierpliwa. Bardzo. ‘Stepy afrykańskie’ – o Jezu. Żyję w świecie paradoksów, doprawdy.
- Aha i co tam pisał ten Mickiewicz w tych afrykańskich stepach? – jestem niezmordowana.
Cisza. Ponawiam więc pytanie. Cisza. A gdzie ci wspaniali uczniowie, co to czytali książki w konspiracji, za cenę wolności własnej, co dysputowali o poezji po nocach? Ani śladu takowych, spójrzmy prawdzie w oczy - ani śladu.
Tłumaczę więc najspokojniej jak potrafię Mareczkowi, maturzyście tegorocznemu, że stepy owszem były, ale akermańskie i że wyrażały tęsknotę Mickiewicza za ojczyzną. Przerabiamy jeszcze parę sonetów, daję mu notatki moje własne. Wychodzę. Jestem wykolejona emocjonalnie i psychicznie. Oj Maruś, Maruś, powodzenia, baw się tam dobrze na tej maturze swojej. Na klatce łapie mnie pani Aldona.

- Pani Natalio, pani Natalio! – woła na pół bloku. – Chciałabym zapłacić za przyszły miesiąc.

Wręcza całe dwieście czterdzieści złotych, rekompensatę za stracone nerwy. Tej to zależy na wykształceniu syneczka, wprost przeciwnie do niego. Ech... się kobiecina wykosztuje, wystara a temu jednym uchem wleci, drugim wyleci nawet nie zostawi śladu w szarych komórkach, o ile owe posiada. Dziękuję uprzejmie i wychodzę z klatki. O matko. Prosto do paszczy lwa.

- Co za baran tu parkuje?! – A wygląda na takiego spokojnego dziadka. – Człowiek nawet pod własnym domem zaparkować nie może, bo mu od razu zajmą! Ja tego nie rozumiem, nie rozumiem! – Drze się wniebogłosy.

Powzięłam decyzję, że nie będę wdawać się w dyskusję, tak też robię. Idę prosto do samochodu, otwieram.

- A to pani! To moje miejsce! Powtarzam moje! Zero szacunku! – Jest nieugięty. – No niechże się pani pośpieszy!

Trzymam się twardo swego postanowienia, nie odezwę się, nie odezwę. Cholera, coś w zamku się zacięło. Kręcę, majstruję. Jest, udało się. Odpalam, nic. Drugi, trzeci raz, nic. Bosko! Jakiś frustrat drze mi się za szybą, samochód zastrajkował, a ja tkwię tu jak kołek i klnę na czym świat stoi. Odpalam czwarty raz, rusz, rusz błagam w myślach. Dalej nic.

- Jak się nie umie jeździć to się nie jeździ! Proste! Tylko w głupie baby tego nie rozumiecie! – Dobiega zza szyby.

Zaraz wysiądę i złamię wszelkie zasady dotyczące szacunku dla starszych, przysięgam!

- Proszę mi natychmiast zwolnić miejsce, moje miejsce! Ile mam czekać?!

Jakie Twoje jakie Twoje debilu?! Gdzie tu jest napisane nie parkować?!
Zapalił! No! Otwieram okno.

- Garaż pan sobie postaw! – krzyczę zdenerwowana.

Albo swoje zdjęcie, palancie jeden. – dodaję w myślach. Boże, co to się z tymi staruszkami dzieje.

Szybkie zakupy i myk do domciu, do Artusia. O! Kupię winko, świeczki, a co. Wchodzę do supermarketu, biorę winko, biorę świeczki, paszteciki, serki, lody, bułki i mleko. W końcu wypłata. Przy kasach jak zwykle tłumy, ale stoję spokojnie, w końcu jestem cierpliwa. Co tam, zaraz się zaszyję się w zaciszu z moim mężczyzną. Stoję dziesięć minut, piętnaście, po dwudziestu moje pokłady cierpliwości się wyczerpały. Co to jakiś szczyt zakupowy?! Nic. Stoję dalej. Nauczyłam się na pamięć wszystkich marek gum do żucia, papierosów i prezerwatyw. Po trzydziestu minutach zostałam łaskawie obsłużona.
Jadę do domu przez miasto zapchane, radio się zacina, benzyna kończy, ale to nie szkodzi przecież, jeszcze troszkę i home, sweet home. Parkuję, wchodzę do klatki, otwieram drzwi z mieszkania, Stefan się na mnie rzuca.

- Jestem kochanie! – Już dochodzą mnie niepokojące dźwięki. Dźwięki komentatora sportowego, kibiców, gwizdka, słowem dźwięki meczu. – Co tam, mecz oglądasz? – Krzyczę z przedpokoju.
- No. Ale nie kłopocz się.

Nie kłopocz się?

- Przyszedł Tomek, patrzymy tu sobie razem.
- Aha. – Super. Perspektywa wieczoru we dwoje przy świecach i winie powoli oddala się w sferę pobożnych życzeń, by po chwili zniknąć zupełnie. Bezlitośnie. Okrutnie.

Wchodzę do pokoju, a tam cztery piwa, dwóch facetów i mecz.

- Cześć Tomek – mówię z uśmiechem, mimo iż ów Tomek jest tu i teraz najmniej pożądaną osobą. – Jesteście głodni?
- O Natuś, i to jak! – Artuś na ułamek sekundy odrywa wzrok od tego głupiego ekranu.
- Cześć Natala – odpowiada Tomek radośnie. – A, nie rób sobie kłopotu z tym jedzeniem.
- E tam, żaden kłopot. – Żaden, absolutnie, żaden. - Kanapki? – Mówię zachęcająco, licząc w myślach, który to już raz w tym tygodniu żywimy się kanapkami.

Chyba jakaś akcja, bo obaj dosłownie zamarli.

- Kanapki? – Zapytuję więc raz jeszcze.
- Ech, cholera – odpowiada wyraźnie zawiedziony Tomek. Aby swemu zawodowi nadać wiarygodności klepie jednocześnie ręką w udo.
- Co mówiłaś Kochanie? – Artur się ocknął.

Nic, nic nie mówiłam. Absolutnie nic.

- Czy chcecie kanapki.– Jestem przecież cierpliwa.
- Jasne – odpowiadają obaj niemal bez zastanowienia.

Idę do kuchni, z żalem wyciągam pasztecik i serek. Z pokoju dolatują do mnie jakieś bojowe okrzyki, robię dwa talerze kanapek, bo znam Artura i znam Tomka. Znam również ich możliwości konsumpcyjne. Pasztecik poszedł w mig, serek też się nie ostał. Niech już im będzie, zanoszę kanapki do pokoju, w którym to na stole rozpanoszyły się już dwa następne piwa. I co ja mam tu, u diabła, robić? Wypielęgnowałam już te swoje włosy i cerę, kartkóweczki sprawdziłam, książkę skończyłam, nawet pozmywałam. Krzyżówek nie mamy, jakichś w miarę nowych gazet też nie, pilota ruszać, ani się waż, więc zostało mi tkwienie tu z dwudziestoma dwoma facetami na ekranie i dwoma w pokoju własnym. Ale, ale. Jakby nie patrzeć jest to jednak sytuacja komfortowa. Siedzę i gapię się bezmyślnie w ten zielony ekran, życie mi ucieka, wino stoi, ja się nudzę. Nagle spływa na mnie olśnienie - wino!

- Chcecie wina? – zapytuję chłopaków, którzy właściwie mogli by skończyć na tym trzecim piwie, ale przecież sama spijać nie będę.

Zgadzają się ochoczo, a jakże, po trzech piwach to nawet człowiekowi nie przeszkadza, że wino to takie typowo babskie. Przynoszę wino, lampeczki, wręczam Arturkowi korkociąg i cieszę się, że przynajmniej coś dziś jeszcze z życia wycisnę. Rozlewamy kolejeczkę, pyk, pyk, chlup za drużynę, której nazwy niestety nie znam.

- Co to znaczy, że na spalonym? – pytam, skoro już oglądam to chcę wiedzieć co.
- Potem ci Natka wytłumaczę. – I czego ja się spodziewałam?

Pierwsza połowa dobiega końca. Nasza butelka praktycznie też, a mi już wcale a wcale nie przeszkadza, że leci to, co leci i jest jak jest. Bo jest mi wyśmienicie. Tomek skoczył jeszcze po trzy piwa, Arturek wyjaśnia mi tego spalonego. Jakkolwiek było by to fascynujące, w połowie wywodu musiałam się już wyłączyć. Wystarczy, że to oglądam, już naprawdę nie muszę się na tym aż tak dobrze znowu znać. Chciałam zaprotestować, a tym samym wykazać się dobrą wolą i uświadomić Arturowi, że ja i tak kompletnie nie rozumiem o co chodzi, więc niech się tak nie męczy. Źle chciałam?
Ale nie, gdzieżby tam. Artur w ferworze wyjaśnień, zapomniał do kogo mówi, po co mówi i jak mówi, i cały rozgorączkowany płynął akurat przez jakieś rzuty wolne dla drużyny przeciwnej. No cholera. Siedzę więc jak na tureckim kazaniu i czekam na Tomka, mojego wybawcę. Co to jest ten nieszczęsny spalony dalej nie wiem, choć zapewne można byłoby to wyjaśnić w dwóch zdaniach, bo skoro to męska gra, to nie może w niej być nic skomplikowanego.

- Poczekaj Arturku, ja tylko skoczę po herbatkę, a potem mi dokończysz. – Mówię, bo czuję że potrzebuje jakiejś małej choćby odskoczni. Rozrywki. Ewakuacji.

Idę do kuchni, zaparzam zieloną herbatę, Jolka mówiła, że taka fantastyczna jest, że wzmacnia kości i zęby, zmniejsza ryzyko zachorowania na raka i w ogóle och, ach, cudo. Aha i coś tam jeszcze z trawieniem. Piję codziennie dwa kubki tego świństwa. Naglona nadzieją na może nieco bardziej wykwintny smak, kupiłam sobie nawet taką z dodatkiem cytryny, ale skąd, dalej jest paskudna.

- Jestem! – O, Tomek wrócił. Uff.

Wchodzę do pokoju wraz z moją codzienną porcją tortury, siadam sobie na kanapie, popijam herbatę piwem, oglądam coś, w czym zupełnie nie wiem o co chodzi. To znaczy, oczywiście, mogłabym wiedzieć, ale jakoś ta niewiedza zupełnie mi już nie przeszkadza, skoro jej zdobywanie, to znaczy tej wiedzy jest takie uciążliwe. Jezu, się zaplątałam. To wino i to piwo. Śmiejemy się do rozpuku z nowego Tomkowego szefa, gadamy przekrzykując się nawzajem a ja dochodzę do wniosku, że świat nie gryzie. Mimo wszystko. Powiedziałabym, że jest nawet całkiem sympatyczny.



***

Po północy, zmęczeni, kładziemy się spać. Powzięłam postanowienie, że rzucam zieloną herbatę, Artur skosztowawszy, poparł. Wcale nie muszę też wiedzieć, co to jest ten cholerny spalony, ani jak zrobić pierogi z serem. Będę chciała to się dowiem. Teraz jest mi najlepiej na świecie, mimo, że jutro muszę wstać o szóstej (Boże święty!), pędzić na uczelnię i do szkoły wytłumaczyć raz na zawsze, że nie ma, do jasnej anielki, Zbyszka w ‘Potopie’ nigdy nie było i nie będzie, jakby nie kombinować. Teraz natomiast leżę sobie na brzuchu i wcale nie przejmuję się, że mój biust może ulec ewentualnemu spłaszczeniu. Że mam tylko sześć godzin snu, a właściwie ten to się już nie liczy, bo tylko przed północą moja wątroba jest w stanie się zregenerować. Leżę sobie świadoma tego, że mogę popełniać błędy i że wcale nie muszę być idealna za wszelką cenę. Bo, choć to paradoksalne, teraz tak właśnie się czuję. Idealna w sobie.
Artur przewraca się na drugi bok.

- Śpisz? – Pyta.
- Nie, jeszcze nie.
- Wiesz co? – Zawiesza głos. Chwila ciszy. – Dobrze, że jesteś. – Odpowiada spokojnie.


Boże, jakie to wszystko jest proste.

Opublikowano

No właśnie. Jakie to jest piękne w swej prostocie opowiadanie :) oprócz kosmetycznych (chyba dwóch) literówek brak wad, a wszystkie cechy poprzedników zachowane - ujmujące, zajmujące itd. itd. :)

Czy to opowieść do jakiegokolwiek stopnia autobiograficzna?

f.

Opublikowano

duża, duża klasa... a pierwsze zdanie, można pokazywać ludziom, by wiedzieli jak zaczynać...zapamiętam je na sto procent.

Pięknie. ale nie mogę się zgodzić z F. Wydaje mi się, że III cz. różni się od poprzednich, ale to tylko moje skromne zdanie.

Bardzo mi się podobało.

Opublikowano

Właśnie czyta ten tekst moja znajoma i też dowodzi mi, że jest różnica w stosunku do dwóch poprzednich. W pierwszym czytaniu jej nie zauważyłem, może w następnych. Tak czy inaczej nie jesteś odosobniony w swoim mniemaniu :)

f.

Opublikowano

FRENEY:

Powiem tak:kilka drobnych wątków autobiograficznych (typu: nie wiem co to jest spalony i nie przepadam za zieloną herbatą;) )tu zamieściłam, jednak generalnie w większości jest to czysta fikcja literacka.


PIOTR RUTKOWSKI:

Szalenie mi miło, aż sie zawstydziłam;) A tak na poważnie to cieszy mnie, że Ci się spodobało, bo wcześniej chyba coś nie bardzo..?;)


I tak, owszem, końcówka miała się nieco wyróżniać. Takim zdystansowaniem się bohaterki, co może być odebrane jako coś w stylu morału (czego bym nie chciała;) , aczkolwiek mam nadzieję, że w miarę zgrabnie podsumowuje jej wcześniejsze rozterki i wprowadza na finiszu jakąś małą dawkę optymizmu, i akceptacji tego, co wokół;) Bynajmniej taki miałam zamiar, a czy mi wyszło, to już nie mnie oceniać;)


NATALIA:
Zdrobnień i ja zbyt często nie używam, jednak wg mnie tu pasują;)
Pozdrawiam :)

Opublikowano

Witaj Veggo - ja również miałam odczucie, że ta część różni się troszkę od poprzednich. Jakby delikatna zmiana stylu, ale nie umiem precyzyjnie określić. Co wcale nie umniejsza jej świetności, ma się rozumieć :-))). Pozdrawiam słoneczną jesienią/B.

Opublikowano
Ech... się kobiecina wykosztuje, wystara a temu jednym uchem wleci, drugim wyleci nawet nie zostawi śladu w szarych komórkach, o ile owe posiada. ---> "takowe" zamiast owe, (propozycja)

- Jak się nie umie jeździć to się nie jeździ! Proste! Tylko w głupie baby tego nie rozumiecie! – Dobiega zza szyby. ---> wy (literówka)

podoba mi się i ta część, a jakże!
ale przez to końcowe "zrozumienie" ciut mniej
bo oznacza to (dla mnie, jako czytelnika) prawdopodobieństwo, że sytuacji zabawnych będzie jakby za mało ;]

pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Anna1980 Depresja   pokoloruj swój świat na nowo    pogódź się z bratem, mamą,  przyjacielem, teściową...  zacznij tolerować inne poglądy  inną wiarę inne upodobania  wsiądź na rower, pograj w piłkę  idź do kina teatru filharmonii    pokoloruj swój świat na nowo   zacznij zbierać znaczki,monety kup sobie nowe ciuchy  wypasionego smartfona zjedz wreszcie wymarzone frytki  popij colą potem czekoladą  wyjedź w góry lub na lagunę    pokoloruj swój świat na nowo   zabierz żonę męża córkę syna…  na spacer kup im prezenty    pokoloruj swój świat na nowo   nie podawaj się tym którzy  cię zranili nie doceniają  nie rozumieją    zaufaj Panu powrócić do niego  a on Cię nie zostawi samego  jesteś jedyny niepowtarzalny  duplikatu nie ma   12.2021 andrew    Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia     
    • @Poet Ka   towarzyszko od nocnych konstrukcji świata !!! czytam ten wiersz jak rozmowę prowadzoną nie tyle w ciszy   co w szczelinie między tym co pewne a tym co się tylko tak ustawia na chwilę żeby wyglądać jak pewne.     Twoje "szafa to szafa” nie jest dla mnie oczywistoscią tylko aktem odwagi tak jakby ktoś jeszcze próbował nazwać rzeczy zanim one znowu odpłyną w przypadek i ten karminowy rezolutny ton ma w sobie coś z uśmiechu filozofa który wie że budowla stoi dopokąd ktos w nią wierzy a jednocześnie z rozbrajającą lekkością dalej ją stawia. to jest bardzo dojrzałe pisanie . takie które nie potrzebuje efektow bo samo myślenie jest tu zdarzeniem. dziękuję Ci za tę rozmowę z bytem który udaje stabilnosć i za przypomnienie że nawet najprostsze zdanie jest decyzją a nie faktem   i trochę się uśmiecham bo mam wrazenie   że ten filozof czystego bytu siedzi tu z nami przy stole i już wie że krzesło też kiedyś zmieni zdanie   :))))   wszystkiego dobrego:)        
    • @Poet Ka   dzięki:)   dodałem jeszcze muzyczkę:)    
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

              jej pies ma w sobie coś z bezrobotnego ochroniarza który od piętnastu lat pilnuje magazynu w którym nigdy niczego nie ukradli leży pod drzwiami jak porzucony projekt ustawy na który nikt o zdrowych zmysłach nie chce zagłosować ale wystarczy że na klatce schodowej kichnie sąsiad wtedy zrywa się nagle jakby właśnie dostał anonim że nadchodzi koniec świata albo kontrola skarbowa co dla niego jest właściwie tym samym biegnie do drzwi ślizga się na panelach jak pijany łyżwiarz figurowy wpada bokiem w witrażkę z głuchym odgosem klęski szczeka z taką furią jakby chciał wypluć własne płuca i ulepić z nich barierę przeciwlotniczą przeciwko listonoszowi który jest dla niego jedynym autentycznym wcieleniem szatana jej pies uważa że całe mieszkanie należy do niego ona jest tylko personifikacją otwieracza do puszek kobietą która płaci za prąd i czasem przez pomyłkę próbuje usiąść na jego prywatnym tronie czyli kanapie którą ona kupiła na raty kiedy wraca do domu on już stoi przy drzwiach trzęsie się cały jak pralka na wirowaniu w trakcie trzęsienia ziemi macha ogonem z taką prędkością, że gdyby podpiąć go do sieci cała gmina miałaby darmowy prąd do końca świata a on sam zaraz oderwie się od ziemi jak włochaty helikopter ratunkowy który leci na ratunek tonącej w samotności parówce jakby nie widział jej od ośmiu wieków jakby właśnie wróciła z frontu pod teheranem albo z biedronki co dla niego jest tą samą krwawą jatką potem skacze na nią z gracją fortepianu któremu w locie pękły wszystkie struny liże ją po twarzy z pasją godną inkwizytora poleruje jej łokieć na śmierć jakby to była relikwia która pachnie perfumami i kradzionym kabanosem jej pies ma też ten wzrok którym patrzy kiedy ona bierze do ręki smycz nagle zamienia się w cząstkę w akceleratorze która za chwilę rozbije rzeczywistość na atomy jak opętany prorok który właśnie zobaczył Boga i okazało się że Bog idzie do parku gdzie kwitną fijołki biega po mieszkaniu jak odbezpieczony granat w poszukiwaniu sensu ostatecznego o zapachu trawy sam staje się obrożą i smyczą sam jest pędem który nie mieści się w futrze sam prawie wypada przez okno bo usłyszał słowo spacer – to jedyne imię Boga które wolno wymawiać na głos przed południem bo spacer jest dla niego jak objawienie narodowe jak pielgrzymka podczas której trzeba nanieść poprawkę do konstytucji i obiskać siedem drzew trzy opony starego opla i ten sam słup który w nocy stał się znów podejrzany bo pachniał kimś kto ma więcej niż on pewności siebie na dworze jej pies idzie dumny jak generał prowadzący armię złożoną wyłącznie z własnych lęków ciągnie ją przez chodnik przez błoto przez kałuże które uważa za swoje osobiste zwycięstwa terytorialne czasem zatrzymuje się nagle i patrzy w jeden punkt z taką powagą jakby właśnie usłyszał że w krzakach siedzi pluton egzekucyjny po czym okazuje się że to tylko liść ale liść który poruszył się bez pisemnego zezwolenia jej pies potrafi obszczekać ciszę z taką nienawiścią jakby właśnie podsłuchał że w próżni kosmicznej ktoś obraża jego rodowód i podważa prawo do drapania się za uchem ale czasem na chodniku wydarza się coś gorszego reklamówka z żabki hulajnoga albo jamnik który spojrzał na niego jak księgowy w trakcie rozwodu wtedy jej pies przestaje być psem staje się galaretą z lęku która próbuje wpełznąć jej pod skórę walącą się kamienicą strachu w której każda cegła krzyczy w inną stronę wskakuje jej na ręce i wisi na niej z godnością mokrego ręcznika zamienia się w sejsmograf strachu o masie piętnastu kilogramów patrzy na potwora zza jej ramienia jak świadek koronny który właśnie rozpoznał bandytę na okazaniu ona stoi z nim na środku chodnika z unieruchomioną histerią przyklejoną do kurtki a on obejmuje ją łapami z miną człowieka który właśnie przeżył wybuch elektrowni atomowej choć przestraszył go tylko plastikowy worek na śmieci jej pies nienawidzi też wszystkiego co się rusza kurierów śmieciarek dzieci rowerzystów i własnego odbicia w piekarniku czasem stoi przed tą szybą i szczeka na siebie z furią kogoś kto spotkał w barze gnoja co dwadzieścia lat temu odbił mu dziewczynę i życie w nocy śpi tak jakby umarł na polu chwały rozlany przez pół łóżka jak futrzasta katastrofa lotnicza ale wystarczy że ona o świcie poruszy małym palcem wtedy natychmiast otwiera jedno oko pełne pretensji że śmie oddychać bez pozwolenia na jego materacu bo jej pies kocha ją miłością totalną głupią bezdenną i absolutnie cudowną miłością stworzenia które oddałoby za nią życie ale nie oddałoby tej jednej kanapki z szynką którą ukradł ze stołu kiedy mrugnęła powieką bo jej pies to biologiczny błąd w systemie wszechświata czarna dziura która wciąga całą czułość i wypluwa kłaki mały terrorysta sypiający w różowej obroży który co noc modli się do lodówki by wreszcie ogłosiła niepodległość potem siedzi obok własnego sumienia które ma kształt tłustej plamy na dywanie i patrzy na nią z taką raną w oczach jakby to ona była autorką całego zła na ziemi a on tylko niewinną ofiarą systemu braku szynki a ona stoi obok i nie może się ruszyć bo w oczach psa widzi całą wojnę światów i całe swoje życie które należy do niego choć on za chwilę znowu przestraszy się własnego ogona kocha go  tak mocno że aż chce się wyć do piekarnika on nie widzi w niej człowieka on widzi w niej jedyny błąd w obliczeniach wszechświata który sprawił że miłość jest jadalna i ma ręce pachnące płynem do naczyń jest dla niego ostatnią instancją odwoławczą od wyroku śmierci jakim jest każda minuta bez głaskania a kiedy ona płacze on kładzie jej łeb na kolanach z ciężarem jakby deponował tam wszystkie niewypały świata patrzy wtedy wzrokiem tak starym że w jego źrenicach dogasają ostatnie słońca i stygną herbaty wszystkich samotnych kobiet próbuje zlizać jej smutek z policzka jakby to była darmowa próbka wieczności którą ktoś przez pomyłkę zostawił na wycieraczce pod numerem czternastym bo jej pies jest jedynym dowodem na to że Bóg ma poczucie humoru ostre jak żyletka a jej pies to mały mesjasz w brudnym futrze który przyszedł zbawić świat od logiki i zamienić jej życie w jedno wielkie uśmiechnięte piekło                  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...