Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W każdy piątek chodziłam po zaczyn na żurek do pani Anieli, mieszkającej w pobliskiej wiosce. W drodze powrotnej kupowałam w piekarni pyszny chleb graham, w małym sklepiku spożywczym trochę nabiału, jakieś owoce i tak zaopatrzona wracałam do domu. W zasadzie mogłabym jeździć do Zdziszowa autobusem - droga w jedną stronę zajmowała mi około czterdziestu minut - ja jednak wolałam poddać się niepowtarzalnej magii wczesnego poranka. To był mój cotygodniowy rytuał. Wychodziłam punkt szósta, wracałam przed wpół do ósmą. W osiedlowym kiosku kupowałam gazetę "Pięć dni tygodnia", wysłuchując w międzyczasie biadolenia pana Grodzkiego, jaki ten świat jest podły, a wokoło czają się sami złodzieje. Nie chcąc zasilić grona podejrzanych, ulatniałam się błyskawicznie, rzucając grzeczne:
- Do widzenia panie Wacławie
- A do widzenia, do widzenia - odpowiadał niezadowolony - taaa... teraz to już nawet nie ma z kim porozmawiać, cholerka, wszyscy gdzieś pędzą, lecą na oślep, jakby...
Przejeżdżające samochody zagłuszyły irytujący monolog Grodzkiego. Byłam już na swoim podwórku. Weszłam do bloku i przywołałam windę.
Pies przywitał mnie w drzwiach mieszkania, merdając radośnie ogonem, mając nadzieję na rychły spacerek. Zajrzałam do pokoju dzieci. Jeszcze śpią? Coś podobnego. Uśmiechnęłam się do psa.
- Masz szczęście Maks, idziemy na spacerek.
Pies wyskoczył jak z katapulty i kręcił się wokół własnej osi w pogoni za ogonem. Zawsze tak robił, kiedy się cieszył. Poszliśmy w kierunku małej łączki, która znajdowała się w pobliżu naszego bloku. Maks tarzał się w mokrej trawie a ja oddawałam się błogiej kontemplacji. Pogrążona we własnym wewnętrznym świecie nie zauważyłam mężczyzny stojącego w pobliżu. Obserwował mnie z zaciekawieniem. Już miałam go ofuknąć i kazać mu iść do diabła - wtargnął przecież w mój cotygodniowy rytuał - spojrzałam na niego spode łba i zamarłam. A niech to... Misiek! Skąd on się tu wziął - pomyślałam, spoglądając jednocześnie w niebo, jakby tam właśnie można było uzyskać właściwą odpowiedź.
- Kopę lat Madziu... - zaczął nieśmiało.
- Dwa lata, trzy miesiące i 5 dni - odparowałam.
Podszedł bliżej i usiadł na ławce obok mnie. Przesunęłam się zwiększając dzielący nas dystans. Zmieszał się i opuścił głowę.
- Trochę głupio wyszło... - wymamrotał posyłając mi blady uśmiech.
Pomyślałam, że los stworzył mi świetną okazję. Mogłam się teraz odegrać za wszelkie upokorzenia, jakich doznałam swego czasu.
- Właściwie to chciałem cię już zaczepić kilka dni temu, ale...
- Co ty, śledzisz mnie? - weszłam mu w słowo
- Nie, to nie tak. Mieszkam w pobliżu i często Cię widuję, ale jesteś taka zabiegana, więc czekałem na właściwy moment. Piątki masz chyba luźniejsze? - pytanie zawisło w powietrzu niczym pajęczyna na suficie i niewątpliwie trzeba było coś z tym zrobić.
Mieszka w pobliżu. To znaczy gdzie? Miałam wrażenie, że los ze mnie zakpił. "To jakiś absurd, albo zły sen" - myślałam gorączkowo - "facet, który wystawił mnie na pośmiewisko teraz poprostu mieszka sobie w pobliżu i próbuje posklejać naderwaną niegdyś więź. Nie. To nie może być prawda. Zaraz się obudzę".
- No, faktycznie, piątki mam wolne - przytaknęłam - i co z tego? - warknęłam zadziornie.
- Wiesz, myślałem, że może umówimy się któregoś dnia, obgadamy parę spraw.
- Obgadamy parę spraw - powtórzyłam za nim, jak echo.
- Co u ciebie, co u mnie i tak dalej...
Nie wytrzymałam rosnącego napięcia. Odwróciłam się w stronę Miśka, spojrzałam mu w oczy i uśmiechając się słodziutko, wycedziłam:
- Misiaczku, spójrz na moje czoło - powędrował wzrokiem w górę.
- Świetnie. I co tam widzisz?
- Czoło - odpowiedział zdezorientowany
- No właśnie. Czoło. WY-SO-KIE CZO-ŁO.
Podniosłam się z ławki i strzepując ze spodni niewidzialne pyłki dodałam:
- Misiek, przykro mi, że muszę to powiedzieć, ale nie mam ochoty rozmawiać z Tobą na jakikolwiek temat. Miałeś swoją szansę, powiedziałabym nawet, że kilka szans. Byłeś dla mnie kimś naprawdę wyjątkowym i tak Cię traktowałam. Twoim problemem jest to, że nie potrafiłeś tego docenić i bawiłeś się moimi uczuciami. Nie wiem, czego teraz oczekujesz. Wybaczenia? Nie ma sprawy, wybaczam, ale nie licz na to, że dam się złapać na maślane oczy i słodką gadkę.
- Ale...
- Koniec pieśni. A teraz żegnam, śpieszę się - oznajmiłam chłodnym tonem - Maks do nogi!
Pies posłusznie podreptał za mną. Przyspieszyłam kroku, bojąc się że Misiek nie da jednak za wygraną i dogoni mnie chcąc kontynuować rozmowę. Skręcając w stronę mojego osiedla kątem oka zauważyłam, że dalej siedzi na ławce. "Ma za swoje" - pomyślałam z satysfakcją.
Weszłam do mieszkania i od razu skierowałam się w stronę kuchni. Nastawiłam czajnik i zaczęłam przygotowywać śniadanie. W pokoju obok słychać było włączony na cały regulator telewizor. Przemierzając przedpokój krzyknęłam tylko:
- Dziewczyny, śniadanie!
Zza zamkniętych drzwi dobiegał tupot nóg, zaraz potem w drzwiach pojawiła się czupryna młodszej z córek.
- Czesik, co dobrego dzisiaj? - rzeczowo zapytała Maja, przeczesując palcami rozczochrane włosy.
- Chlebek, pomidorki, serek i może być jeszcze zupa mleczna, jak chcesz - oznajmiłam.
- Może być.
- A gdzie Ola? - zapytałam
- Myje głowę. Siedzi tam już 15 minut. Zamknęła się na klucz.
Podeszłam do łazienki i głośno zapukałam.
- Ola, pospiesz się, zaraz śniadanie!
- Chwila, przecież się kąpię - dobiegł stłumiony głos.
Wróciłam do kuchni. Zdjęłam z półki mój ulubiony kubek i zaparzyłam sobie kawę. Rozłożyłam gazetę z zamiarem wyszukania ogłoszeń o dodatkowej pracy. Czasem można było coś znaleźć, choć najczęściej były to już oferty nieaktualne, albo błędnie podany telefon.
Dziewczyny rozsiadły się przy kuchennym stole. Musiałam się ewakuować, bo nie starczyło dla mnie miejsca. Wreszcie z kubkiem w dłoniach i gazetą wciśniętą pod pachę wylądowałam na balkonie. Miałam tam taki mały "kącik przyjaciół". Usadowiłam się wygodnie na krześle ogrodowym i popijając lekko wystygłą kawę wznowiłam przerwaną lekturę. Dziewczyny głośno się przekomarzały. Lubiłam te piątkowe poranki, bez pośpiechu i natłoku spraw do załatwienia.
Moje latorośle wychodziły do szkoły dopiero o dziesiątej.
Parę ogłoszeń zwróciło moją uwagę. Zaznaczyłam je flamastrem.
Wykonałam kilka telefonów. Przebieg rozmów mniej więcej podobny. Już nieaktualne, oddzwonimy albo abonent czasowo niedostępny.
Wróciłam do kuchni. Chciałam jeszcze zamienić parę słów z dziećmi, zanim wyjdą do szkoły.
- Mamo, podpisz informację o zebraniu - Olka podsunęła mi zeszyt korespondencyjny pod nos. Skrobnęłam parafkę.
- Dzięki. Ja już lecę, bo jeszcze muszę iść do Agaty - zarzuciła plecak na ramię - robimy plakat z WOS-u.
- Tylko pamiętaj, zjedz śniadanie i koniecznie wypij kubusia. Soki są bardzo pożywne i mają dużo witamin - wręczyłam córce pakunek.
- Mamuniu - zaświergotała Olka - ja na brak apetytu nie narzekam, czego nie można powiedzieć o mojej szanownej siostrze.
- Odczep się, dobra? - warknęła Majka.
- Bo co?
- Bo pstro!
- Spokój dziewczyny, bo stracę cierpliwość - przywołałam je do prządku.
- Ale ja mówię prawdę - Olka nie dawała za wygraną - Majka żre same słodycze.
- Nie wyrażaj się, głupia
- Sama jesteś głupia
- No nie, przestaniecie wreszcie? Olka, bo się spóźnisz.
- Dobra, i tak mnie nikt nie słucha. Idę już - rzuciła przemierzając przedpokój z naburmuszoną miną.
- Bez takich dąsów, całusa proszę - nadstawiłam policzek - miłego dnia.
- Miłego, pa pa.
Maja pakowała rzeczy do szkoły i prowadziła tajemniczą rozmowę z psem. Maks siedział nieruchomo, jak zahipnotyzowany. Obok leżała jego osobista szczotka, przy pomocy której był poddawany codziennym zabiegom upiększającym.
Sprzątnęłam w kuchni i spakowałam drugie śniadanie dla Majki.
Wyszłam na balkon, a wzdłuż trawnika paradował sobie znany mi osobnik płci męskiej, wlokąc za sobą psa rasy labrador.
"Ja to mam szczęście do facetów" - pomyślałam i demonstracyjnie zatrzasnęłam balkonowe drzwi.

Opublikowano

Chyba będzie jakiś ciąg dalszy, co? Mam nadzieje, ze tak bo historia zaciekawia. Jak dla mnie to bardzo ładnie, sprawnie i lekko napisane. Postaci wyrażnie zarysowane. Jednym słowem dobrze sie czyta :)
Tylko jedna wskazówka. Techniczna. Dialogi owszem od myślnika i z dużej litery. Jakos tak lepiej wtedy wyglądają ;)

Opublikowano

Kasiu - masz całkowitą rację. Zdecydowanie lepiej pisać dialogi z dużej litery. Teraz to widzę ;-). Poprawiłam, dzięki za ciepłe słówko i ważną wskazówkę. Pozdróweczka/B. (będzie ciąg dalszy - obiecuję :-))

Piotrze - bardzo dziękuję za tak ciepły komentarz ( nie wiem, czy zasłużyłam?;-)). Skupiam się w tej chwili głównie na warsztacie, chciałabym dostarczyć czytelnikowi pozytywnych wrażeń. To się oczywiście przedkłada na pozytywne komentarze, a kto tego nie lubi? ;-))). Jeszcze raz serdecznie dziękuję i pozdrawiam/B.

  • 4 miesiące temu...
Opublikowano

Dopiero teraz wziąłem się za Ciebie, ale za to przelecę się po całości.
Uśmiechnęłam się do psa: - po co ten dwukropek?
Do widzenia, po prostu - łącznie
Do prządku – porządku
Płynnie, gładko, prawie bezbłędnie, ale na razie mnie nie wzięło. Lecę dalej.

  • 13 lat później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...