Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jezus Maria! Wykończy mnie mój własny mężczyzna, chociaż właściwie mogłabym być tak wykańczana i wykańczana, zupełnie mi to nie przeszkadza. Wcale a wcale. Ani, ani. Z sił opadam na łóżko. Boski jest, absolutnie. Wdech, wydech. Och, ach. Taki seks na koniec dnia to jest dar od losu, najwspanialsza rzecz pod słońcem, to jest zastrzyk pozytywnej energii w najczystszej postaci, pigułka zapomnienia, to jest...

- Oglądamy telewizję?

Kładzie się ten mój Artuś najdroższy, przekochany mężczyzna, obok mnie, obejmuje, odgarnia kosmyki z czoła i już włącza.

- Mhm. – Odpowiadam, mimo, że tu piękna, romantico muzyczka, ja w ramionach tego jedynego, perspektywa na życiowe rozmowy w ten przyjemny, spokojny wieczór. Mogłabym tak przeleżeć noc i poranek, i południe, i popołudnie. Ach, mogłabym tak leżeć i leżeć.

Ehe, zaczęło się. Już pstryka po tych kanałach jakby go ktoś gonił. Pyk, pyk, pyk, pyk, pyk. Prawie pięćdziesiąt kanałów w niecałą minutę. Typowo męskie.

- O, zostaw to! – reaguję odruchowo, bo refleks to ja mam. Aczkolwiek refleks ten, rzecz nabyta przy oglądaniu telewizji z Arturem.

Na ekranie tancerki tańczą z gwiazdami i gwiazdkami różne walce, tanga, rumby jakieś i samby. No to patrzymy sobie na te tańce wygibańce. Pochłaniają mnie szpilki, które owe tancerki na sobie mają oraz to, jak one w nich do cholery tańczą. Ja bym nie potrafiła. A może się nie doceniam. Zresztą nieważne, co będę tu jakieś rozterki roztrząsała w ten marcowy wieczór, gdy mi tak ciepło i lekko na duszy. I nagle wyskoczyła na tym naszym dwudziestocalowym ekranie jakaś dziewucha w spodenko-majtkach, tyłek na wierzchu(ujęcie z dołu) i topiku, co jej więcej odsłaniał niż zasłaniał(ujęcie z przodu i z góry) a zapatrzony w nią gwiazdorek, stwierdza, że bardzo przyjemnie mu się z nią tańczy.

- Wcale mu się nie dziwię – komentuje wyraźnie zadowolony Arturek. – ho ho ho – dodaje z dumą.

Że co?! - Myślę sobie.

- Że co? – mówię.
- No nie dziwię mu się. – Odpowiada, jakby to było oczywiste.

Aha, nie dziwi mu się. Absolutnie mu się nie dziwi. Czy ja się przesłyszałam? Dziewucha kręci brzuchem, biodrami, tym nieszczęsnym tyłkiem i czym się jeszcze da na wizji, a Arturek jakiś żywszy się zrobił i komentuje sobie dalej. Wyzwoliłam się z objęć tego zdrajcy i leżę dalej. Obrażona. Co mi tu będzie frywolne wnioski wysnuwał na podstawie tego co widzi. Zapatrzony w jakiegoś wampa, nie tancerkę. I to jeszcze po tym cudownym seksie! O nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Niech sobie sam ogląda. Wychodzę. Po chwili przychodzi do kuchni z uprzejmym zapytaniem czy bym mu też herbatki nie zrobiła. Sam sobie zrób, samcu jeden.

- Natka stało się coś?

Natka. Natka pietruszki.

- Nie mów do mnie Natka. – mówię szybciej niż myślę.
- Przecież nigdy Ci to nie przeszkadzało. – rezolutnie zauważa.

No, więc mówię, żeby się tak nie podniecał jakąś lafiryndą, gdy jestem obok, zresztą, żeby w ogóle się nią nie podniecał. A już na pewno nie po tak absolutnie wspaniałym seksie ze swoją dziewczyną.

- A taki był fajny wieczór.

No był, mógłby być sobie dalej spokojnie i bez przeszkód, gdybyś... Nie no! Jeszcze się śmieje.

- Natka, ty głuptasie, ty mój. – I śmieje się dalej bezczelnie. – Co ja mam Ci powiedzieć? No co? Że ona nie dorasta Ci do pięt? – No, widać jakiś postęp wreszcie, ja go kiedyś uduszę. – Kochana...
- Nie kochaniuj mi tu, denerwuje mnie to, rozumiesz? – Uderzam pięścią w blat aby być jeszcze bardziej wiarygodną.
- Rozumiem, no chodź już, chodź do pokoju.
- Wcale nie rozumiesz.
- Rozumiem, Skarbie, rozumiem doskonale. – Słyszę jakąś ironię. Taką malutką, taką mini, sarkaźmik subtelny.

Idę przed nim i już się śmieję, i szczypię go w brzuch, bo wiem, że tak dla świętego spokoju mówi, przecież znam te sztuczki. Oczywiście nie omieszkam mu tego powiedzieć, więc mówię, a on rzuca się ze mną na łóżko, wariat jeden kochany. I łaskocze, i tu, i tam, i może jeszcze tam. A ja piszczę, odgrażam się, krzyczę, śmieję na całe gardło. O rany.

- Widzisz Bejbe, nie ma się co złościć, co z tego, że może i ma niezłe ciało, skoro ja pragnę tylko twojego. Wiesz? – Maślane oczka. To też już znam.
- Wiem – I uśmiecham się.

No. Buziak na zgodę, jeden, drugi, trzeci. Kto by pomyślał, że taki mądry wynalazek dla dobra ludzkości, jak odbiornik telewizyjny, potrafi działać wręcz przeciwnie, z całym swym impetem i złośliwością. Czytałam nawet gdzieś, że pewne małżeństwo z Kalifornii rozwiodło się przez telewizor właśnie, bo on oglądał go całymi dniami i nocami, nie chcąc nawet żony dopuścić do pilota. U nas wprawdzie z pilotem też jest problem, ale tylko czasem i wygrywa silniejszy, czyli nie ja. Aczkolwiek Artur to mężczyzna z klasą, więc kompromis.
Zresztą, nieważne, idziemy pod prysznic. Ta od tańców z telewizji staje się coraz mniejsza i mniejsza. Znika. Jestem ja i on. I woda. Jak ciepły letni deszcz w marcowy wieczór pochmurny i zimny. Dwudziesta trzecia trzydzieści. Z rozmów o życiu nici, ale to nawet dobrze. Ciepła pościel, ciemność, moja dłoń na jego brzuchu, jego gdzieś w okolicy mojego karku, stopy nasze się spotykają, możemy sobie spać. I odpływam.


***

Pip. Pip. Pip. Piipip. Cholera nie teraz. Teraz właśnie wylatywałam na Ibizę. Miałam taki kostium, że o Boże, i perspektywę spędzenia dwóch tygodni w raju. Piiipip. Piiipip. Przewracam się na drugi bok. Piiipip. Pip. Pip. Jezu, co za niesprawiedliwy żywot. Nigdy tam nie pojadę, to już mogłoby mi się przynajmniej przyśnić. A tu nic. Jak pech to pech. Piiipip. Piiipip. Wyłączam to dziecko techniki, przyczynę mego porannego rozczarowania. I dochodzę do wniosku, że przez tą całą technikę właśnie człowiek się staje nieszczęśliwy. Wczoraj telewizor, dziś budzik.
Idę zaparzyć kawę. Ósma. Po drodze napotykam skarpetki mego lubego rzucone swobodnie koło naszego łóżka. Całe szczęście, że nie do. To takie proste, po zdjęciu zanieść do automatu, nie rozumiem dlaczego męski mózg tego nie koduje. Biorę więc je i wkładam do reklamówki, w której brudnych skarpetek jest już sztuk sześć, zawiązuje i do szafy. Może jak mu zabraknie, to się nauczy, że skarpetki to nie jednorazówki i należałoby je prać, tzn wkładać do naszego nowego automatu. Muszę mu o tym przypomnieć. Robię sobie mocną kawę, dziś nie pracuję. To znaczy pracuję, a jakże, z tą słodką tylko różnicą, że w domu. Kocham takie dni jak na przykład pierwszy dzień wiosny(wiosny, za oknem jeszcze śnieg zalega do łydek),bo nie przeprowadzam ani lekcji w szkole ani nie mam zajęć na uczelni. Sprawdzę sobie kartkóweczki, o szesnastej korepetycje. I to wszystko na dziś. Wchodzę do łazienki, spoglądam w lustro pewna, że zobaczę tam rozczochranego potwora, patrzę a tu:
‘Całus na dzień dobry, ślicznotko’ napisane na owym lustrze moją kredką do brwi. Śmieję się do tego lustra, szczerze zęby, kocham wariata, tylko tak na marginesie zastanawiam się kto to do cholery wyczyści. Komunikację mamy szeroko rozwiniętą, piszę więc smsa:
‘Kochanie ktoś na naszym lustrze zostawił całusa:)Nie wiesz czasem kto to taki?:) i zapytuję: ‘a także kto to umyje?;)cmokam:*’
Biorę tą moją kawę, włączam radio, wskakuję w spodnie z dresu, ulubione zresztą, niebieski top i siadam przy stole w kuchni z zamiarem pracy. Stefan, pies nasz kochany, pysk mi kładzie na udzie. Aha, głodny. Karmię więc Stefana, zasiadam ponownie do moich kartkówek, biorę pierwszą z brzegu i się wczytuję. Im bardziej się wczytuję tym bardziej świat mnie zadziwia. Oto w Potopie Zbyszko zakochał się w Danusi wg mojego ucznia. Matko boska.
O dzieci kochane... Potop, ważna rzecz, zawsze może się przydać, wiem bo miałam na maturze (kto to, u diabła, wtedy wymyślił). Upijam łyk kawy. Oj, chłopcze, chłopcze...
Dzwoni telefon.

c.d.n.;)

Opublikowano

piszesz lekko , z malutką dozą ironii, przygladasz się zyciu z dystansem, i czytając uśmiecham się, czyli zadziałało!
fajnie przeskakujesz z tematu na temat i robisz to naprawde płynnie.
pozdrawiam

Opublikowano

dobrze się czyta, co najważniejsze - z zainteresowaniem,
nie przynudzasz, podoba mi się chociaż liczę na fajne rozwinięcie,
mam dziwne wrażenie, że w słuchawce odezwie się Artur,
tak se myślę, jakby wyglądało wprowadzenie osób trzecich
i najbardziej odkrywczych wątków z kartkówek :)
natknąłem się na nieliczne błędy, ale jakoś mi szczególnie nie kładą się bladym cieniem na reszcie tekstu.

pozdro
niech żyje humor
w dziale p :)

Opublikowano

Aksjo - dzięki za pozytywną opinię. Skoro wywołuje uśmiech, to super, dokładnie tak - zadziałało;) Pozdrawiam również ciepło:)

Jay, Jay - pisałam to raczej tak dla relaksu, stąd też góra dwie części, doba z życia przeciętnej kobiety z przeciętnym facetem widziana z jej perspektywy. Takie lekkie, łatwe i (mam nadzieję) przyjemne. Osób trzecich póki co nie przewiduję.
A pewnie, niech żyje - śmiech to zdrowie:)

Opublikowano
Dziewucha kręci brzuchem, biodrami, tym nieszczęsnym tyłkiem i czym się jeszcze da na wizji, a Arturek jakiś żywszy się zrobił i komentuje sobie dalej. Wyzwoliłam się z objęć tego zdrajcy i leżę dalej. ---> podwójne dalej, zgrzytnęło aż zabolało

Jak ciepły letni deszcz w marcowy wieczór pochmurny i zimny. --> gdzieś tu jakby mi przecinka brakowało


Ciepła pościel, ciemność, moja dłoń na jego brzuchu, jego gdzieś w okolicy mojego karku, stopy nasze się spotykają, możemy sobie spać. ---> nie gra mi to: dłoń na jego brzuchu, jego...możeby coś tu zmienić?

a poza tym świetne!
bardzo kobiece, bardzo zabawne
bardzo czułe i rozczulające

pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...