Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I

Dominika z natury była introwertyczką, i świadomie wybrała samotność jako sposób na życie. Wmawiała sobie, że zainwestowanie uczuć w kogoś tylko ją zrani. Gdy z kimś rozmawia biega oczami za cieniem pod stopami, aby nie mieć kontaktu z rozmówcą.
Czasem samotność boli. Szczególnie wówczas, gdy chowa ręce, aby nie dotykać nikogo. Nie lubi dotyku, niepotrzebnego poczucia bliskości. Zawsze cicha i skromna, nie wymagająca. Tylko czasem miała dość tego wewnętrznego pragnienia, które budziło się w niej, kiedy otwierała oczy po nieprzespanej nocy. Jakby pod powłoką pokory skrywała swą drapieżną namiętność.
Wieczorami siadała wygodnie na dywanie. W stanie relaksu umysłu i ciała poddawała się medytacji. Czuła się napełniona energią miłości, a jej serce w takich momentach było kwiatem, z błyszczącym klejnotem w centrum.


II

To był dla niej paskudny dzień. Zbyt mocny wiatr dął w jej rozkloszowaną spódnicę, która wyglądała jak rozłożony parasol. Szła przygarbiona, aby powstrzymać ją przed radosnym falowaniem. Spódnica - nieposłuszne dziecko, niecierpliwie wyrywające się z rąk.
Widok ten przyprawiał przechodniów o śmiech, czasem spoglądali na nią z politowaniem, i
była zła na samą siebie, że daje darmowe przedstawienie.
I jednocześnie napatoczyła się Zezula.
- Dominiko! Jak ty wyglądasz! Po co ci ten beret.
Sama także nie cierpiała tego beretu, pod którym chowała swoje długie czarne włosy, przekonana, że w ten sposób nie zwraca na siebie uwagi. W tym dniu Zezula miała na sobie wysokie kozaki w kolorze dobitnej, mocnej zieleni, niebieskie obcisłe spodnie i żółtą, rozpinaną koszulkę, przez którą prześwitywały jej piersi.
Na samą myśl o najnowszych trendach mody ciarki przechodziły Dominice po plecach i odczuwała mdłości. Biorąc głęboki wdech, starała się zapanować nad myślami. Od jakiegoś czasu były wciąż takie same. Molestowały jej umysł, nie dawały za wygraną. Myśli. A za nimi nowe obawy.
Zezula (to zdrobnienie od imienia Zuzanna, które sama wymyśliła) zawsze próbowała - bardziej z mniejszym, niż z większym skutkiem – być dziewczyną modną. Czytając kolorowe gazety spotkała się z modnym słowem „trendy” i aby „być na czasie” zaczęła kształtować własne życie według aktualnie panującej mody. Jednak ona chyba za bardzo podporządkowała się temu. Jedno było pewne; dała się opętać temu nowemu światu, światu, który pochłaniał ją z każdym dniem coraz bardziej.

We dwie udały się do pubu. Magia tego miejsca pozwala zdjąć smutek jak przemoknięty płaszcz.
Zezula zaczęła z pasją przeglądać kupione niedawno kolorowe czasopisma. Zajęta sączeniem Martini nie zauważyła, że Dominika usiłuje podchwycić jej zamglony wzrok, który powędrował już w niedostępną krainę wyimaginowanych obrazów.
- Czy zastanawiałaś się czasami, co w tym modnym sposobie bycia jest dla ciebie ważne? – zapytała Dominika.
– Idiotyczne pytanie – odpowiedziała, i popijając trunek przyglądała się odpryskom wczorajszego lakieru na paznokciach. Dominika nie ukrywała zdziwienia.
– Martwię się o ciebie, zmieniłaś się. Jesteś zupełnie nie do poznania.
- To nie ma nic do rzeczy. Wystarczy, że ja wiem, iż wszystko jest tak, jak chcę - odpowiedziała wymijająco i wzruszyła pogardliwie ramionami. Jej myśli były niepokojące.
Dominika poczuła się co najmniej dziwnie, przez jej głowę przelatywało szereg obrazów: krzyki, rzucanie o podłogę przedmiotami, posiniaczony policzek, ukryty pod starannym makijażem.
- Tak, moja droga – Zuzanna zatrzymując wzrok na koleżance zaczęła mówić - niczym w uśpieniu czekasz na księcia z bajki, a ja tymczasem przejęłam inicjatywę!
Odstawiła lampkę wina i patrząc jej przyjaźnie w oczy, z lekkim współczuciem w głosie, zaczęła swój monolog.
- Przypominam sobie moją przygodę ze Szpetnym Tytusem. Spotykaliśmy się na plaży, w lesie, na łące. Potrafiliśmy unieść się w siedmiobarwnej kropli deszczu miłosnych uniesień. Byłam drżeniem, spełnieniem. Zachody słońca były dla nas inspiracją. Szum fal odrywał nas od ponurej rzeczywistości, był muzyką, która zdawała się brzmieć tylko dla nas. Cichła, kiedy byliśmy blisko. Czuliśmy na sobie swoje przyśpieszone oddechy, każde drgnienie naszych ciał, każdy jęk rozkoszy. Była to magia, której nigdy nie będę potrafiła opisać, ani opowiedzieć.
Zezula, wyrwana ze wspomnień, zadrżała, czując, że nabawiła się wypieków.
- Zapewne spytasz się skąd on jest. O ile pamiętam to chyba z Mazur... ale jednego jestem pewna! Na pewno z netu! Tak, z netu. Poznałam go na czacie. To takie dziwne? Chyba nie, prawda?
- Na czacie?- Dominika starała się zapanować nad drżącym głosem.
- A cóż w tym takiego złego?
- Zezula, On istnieje tylko w twojej wyobraźni. - Twoje internetowe, wirtualne randki są jak meduza, wypuszczają paraliżujące nici, które oplatają ciebie, swoją ofiarę. Czy nie widzisz tego?
-Cóż z tego? – zapytała krótko.
- Moje marzenia urzeczywistniły się. Tytus reagował na każdą tonację moich uczuć. Raz był namiętny i pożądliwy, innym razem szeptał niedosłyszalnie. Żadne moje słowa nie pozostawały bez oddźwięku. Ale czasem odczuwałam nieopisany lęk, czytając słowa które sama przecież wywoływałam.

Dominika pociągnęłam spory łyk trunku, poczuła się tą drżącą i oddychającą głęboko kobietą, która przypomniała sobie, cóż to znaczy żyć „pełną parą”. - To tylko wyimaginowany świat! – dodała po chwili w zamyśleniu. Zuzanna kontynuowała dalej:
- Spędzałam przed komputerem upojne dni i noce. Rozdarta między nieokiełznaną wyobraźnią, a tak odmiennymi podszeptami, że... tak naprawdę nic się nie dzieje. To już się wydarzyło. Wtedy. W nocy. I w dzień.- Bez zastanowienia ciągnęła dalej. - Myślałam o tym tak intensywnie, że wszystko inne zniknęło z pola widzenia i zaczynałam drżeć na sama myśl o tym, że mogłoby mi coś przeszkodzić w tych erotycznych zabawach.
- Ech Dominia! - dodała rozmarzona.

Internet stał się dla Zezuli przyjacielem, Dżinem - mitycznym duchem z arabskich baśni, spełniającym jej życzenia. Dla niej martwa litera miała znacznie większą siłę wymowy niż żywe słowa. To dziwne rozdwojenie ekscytowało ją i wzmacniało – chociaż powinno osłabiać. I na sobie samej mogła poczuć ten dreszcz emocji, jaki towarzyszy gwiazdom z jej ulubionych czasopism. Cholerne złudzenie.
- To inne życie, lepsze, ciekawsze. - Czy nie mam prawa postępować tak, jak zechcę? – wybuchnęła nagle Zuzanna.
- Wyciskać z życia co się tylko da? Myślisz że takie życie nie ma sensu? To moje życie i tobie nic do tego! - Przez sekundę była bliska łez.
Wesołe płomyki w jej oczach zgasły...

Nie wiem jak to powiedzieć. A może się wstydzę...
To moje ostatnie spotkanie z psychoterapeutą.
Wychodząc z gabinetu spojrzałam na obraz P.Picasso „Głowa czytającej kobiety”, i pomyślałam sobie, że także jestem kobietą o dwóch obliczach. Dominika i Zuzanna to Ja. Życie zawiera w sobie niezliczoną ilość zagadek.

Opublikowano

Nie wiem jak to powiedzieć...
komentarze naprawdę zastrzeliły mnie! nie myślałam że takst może się spodobać i nie jest to z mojej strony kokieteria. i tym bardziej jestem zaskoczona że pozostaje jakaś refleksja...
jednym słowem DZIĘKI!

Opublikowano

adam
nie wiem co napisać / gdyż pisze w innych klimatach niż ty/ i twok komentarz świadczy o tym że poprostu przeczytałeś...i tyle... ale to i tak miłe że mam w twojej osobie czytelnika
tak poprostu!
pozdrawiam

Opublikowano

Edward - Szkoda trochę, że bohaterki są dość banalne. Ale takie jest życie.
Masz rację nie zawsze jesteśmy pełni patosu, ambitni, i zwykłość jest naszym chlebem codziennym i warto aby opromienała je jeszcze coś..
Zbyszek- fajnie że zajrzałeś!
pozdrawiam i dziękuję za miłe komentarze

Opublikowano

szatan pomysłał, podumal i wymyslil internet, jak to ktos gdzies kiedys powiedzia ,moze niedokladnie takimi słowami... swego czasu dla mnie stał sie on bagienkiem , w którym zacząłem tonąc. wszystkie te czaty, poznawane na nich laski, nieprzespane noce, bajerowanie, szukanie bog wie czego , glownie klopotow...czasem przenoszonych na laifa. nic nie zastapI prawdziwego zycia aksjo i rozmow z prawdziwymi , żywymi ludzmi. bylem bliski uzaleznienia od klawiatury i monitora. teraz to sobie umiejetnie dawkuje. nie chce aby jakis wirtualny, złudny swiat zastapil mi prawdziwy. ukazalas pulapke naszych czasów. diabelskie sidla na wspolczesnych(to tez nie moje)

Opublikowano

skromnym dygnięciem dziękuję!
Barbara - masz rację to cień jaki rzuca współczesność na życie wielu z nas...
lecz czy napewno ten najbardziej mroczny? każdy z nas sam odpowieada sobie na to pytanie.

Pedro
tak myślałam że taka puenta będzie fajna, i zadziałało

k.s.rutkowski
szatan - on nakłania do grzechu, do robienia czegoś wbrew siebie, wbrew swoim zasadom, mami złudnym szczęściem, oszukuje, łamie nas w któryms momencie i złote dukaty zamieniają się w garść popiołu...

pozdrawiam serdecznie!

Opublikowano

Lucy,

pozwolisz, że i ja wrzucę cokolwiek do tego kociołka. Poczynając od pierwszego akapitu- jedna czy dwie nic nie znaczące literówki, interpunkcja w porządku z niewielkim odstępstwem; powraca problem z czasem: przyjrzyj się jak żonglujesz czasami wypowiedzi w tak krótkim fragmencie. Trzeba to uładzić albo poodzielać, ze wskazaniem na pierwszą możliwość (bo co tu rozdzielać).
Idąc dalej - znakomita krótka przygrywka o spódnicy, naprawdę smaczek :) zaraz potem odrobinka zamieszania w sensie edytorskim - niewielki bałagan z rozczłonkowaniem zdania, kosmetyka.
(to zdrobnienie od imienia Zuzanna, które sama wymyśliłam) - to przypis, czy literówka? bo nagle w tekście pojawia się z tego ni z owego pierwsza osoba. Jeśli wywalisz "m" to pozostanie wtrącenie narratora, jeśli zostawisz, to może lepiej zjechać z całą tą uwaga pod tekst? a może jest ona wówczas zupełnie niepotrzebna? Forma Zezula jest bardzo fajna sama w sobie, przyjemnie kojarząc się z kresową zazulą, czyli kukułką ;)
Tymczasem ona chyba za bardzo podporządkowała się temu - to zdanie brzmi, jakby ktoś z Polski po 20 latach pobytu w Szwecji próbował swobodnej rozmowy z rodakiem ;) Do wygładzenia.
jest dla ciebie ważne? – zapytała Dominika. – Idiotyczne pytanie – odpowiedziała - warto by to oddzielić, Lucy, bo obecny wygląd wskazuje na to, że ta sama osoba mówi i odpowiada na własne pytanie.
przelatywało szereg obrazów - przelatywał szereg obrazów
kontynuowała dalej - a potem cofnęła do tyłu, co? ;) masełko maślane ;)
Ujednolicić można by też pisownię: Zezula czy Zazula?

Poza tym wszystko wydaje się grać, uważam że to dość dobry tekst; z pewnością wydaje mi się lepszy od prób fantastyki, które czytałem w Twoim wydaniu, a na jak największą korzyść opowiadania przemawia to, że absolutnie nie spodziewałem się puenty. Zgrabnie i na temat, podoba mi się.

Jedna malutka uwaga na przyszłość - dwuczęściowe dzieło nazywa się dyptyk.

Opublikowano

Od niedawna buszuję w „Serwisie poetyckim” a to jest mój pierwszy komentarz.. Do tej pory jedynie czytałem teksty i opinie do nich. Muszę przyznać, że poziom i profesjonalizm wielu z nich onieśmiela mnie. Z tego powodu nie będę nawet próbował oceniać formę i treść a ograniczę się jedynie do wyrażenia moich subiektywnych odczuć.
To opowiadanie oczarowało mnie i poruszyło. Do głębi. Szczególnie ostatni akapit, który odebrałem jako wykraczający poza część drugą. Dla mnie jest on kropką nad „i” będącą dopełnieniem całości i stanowi oddzielny fragment, zbyt mały aby zasługiwał na miano części trzeciej.
Czytanie sprawiło mi prawdziwą przyjemność. Od początku do końca. Nie natknąłem się na nic co zabrzmiało by sztucznie lub łamało szyk myśli a błędów i literówek, jeżeli były, z wrażenia nie zauważyłem..
Dla mnie osobiście to po prostu „miodzio”. Poszukam więcej takich rarytasów. Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie ma się czego bać; najważniejsze żeby czerpać z korzystania z forum jak najwięcej, w tym także - przyjemności.

życzę więcej śmiałości i wielu rarytasów,
f.
Opublikowano

Jakub :)
- a jednak zmobilizowałam sie nanieść poprawki! jak tu przy Tobie można być niekonsekwentnym, sama Twoja obecność przy tekście zaraża optymizmen, i wiem że warto coś jeszcze zrobić z tekstem! miło mi to Twój pierwszy umiarkowanie optymistyczny tekst!
I tym bardziej cieszy mnie Twoja odpowiedź Jakubie pod komentarzem nowego forumowicza
że jest tu wiele tekstów ciekawych, śmiem powiedzieć wartościowych literacko !

p. Andrzeju
miło mi że mój tekst zauroczył Cię ! tak to nieskromnie odebrałam/ hehehe/
ja również jeszcze nie potrafię ocenić wartości warsztatowej tekstu, wskazać błędów jak to czyni Freney za co bardzo cenię jego komenty,
podzielenie się z autorem swoimi przemyśleniami, odczuciami, jest dla mnie i dla innych bardzo cenne! to również ciekawa forma pisania własnych refleksji.
więc śmiało :)!

pozdrawiam i dziekuję

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...