Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Molo było niewielkie.
Pełne gnilnych glonów, 
rozprutych desek 
i wymytych przez fale kłód,
mających utrzymywać

konstrukcję w całości.
Czuć było pod gołą stopą 
każdą zmianę natężenia wody,
każdy silniejszy podmuch wiatru,
każdy ruch piasku na dnie.
Było mi tu swojsko.
Niestabilnie i wrogo.


Nawet balustrada była cała we rdzy.
Siedziała na niej grupka rybitw.
Rozmawiały w ptasim języku,
przekrzykując się nawzajem,
niczym emerytki osiadłe

przez cały dzień
na parkowej ławce.
Gdy tylko się zbliżyłem ucichły,
obrzucając mnie

nienawistnym spojrzeniem.
Zerwały się do lotu skrzecząc dziko.
Rozpostarły swe skrzydła 
nad samym lustrem tafli.
Dopiero w połowie toni,
wzbiły się w nisko osadzone chmury.
Zniknęły mi z oczu.


Moim żywiołem nie jest

woda ani powietrze.
Jest nim ogień rozpalający

pokłady nieskończonej

samotności i odseparowania.
Jest nim ziemia.
Doskonale zimna i wilgotna.
Pokryta mchem,

koniczyną i robactwem.
Mam nadzieję, że kiedyś mnie przyjmie.
Moje zastygłe w śmierci ciało 
i bladą, sosnową trumnę.


Żaby wesoło rechotały 
w przybrzeżnych szuwarach.
Czasami ryba wzburzyła wodę,
łaknąc w swe skrzela, 
dawki ożywczego tlenu.
To znów liść zniesiony tu 
przez północne podmuchy 
osunął się z gracją na falę.
Był suchy i martwy
a jednak mimo wszystko

drwił sobie z tego.
Nie zamierzał tonąć.
Przeciwnie.
Tańczył w tę i z powrotem,
próbując się przystosować 
do energii i klimatu nowego miejsca.


Ważki obsiadły wodne pałki i lilie.
Drzemały w cieple sierpniowego upału.
Nawet drapieżnikom

należał się wolny dzień.
Urlop od instynktu zabójcy.
Rodzina kaczek podpłynęła bezgłośnie.
Zadzierały łepki ku mnie,
czekając na porcję suchego chleba.
Dla nich to trucizna.
A ja nie jestem mordercą.
Wyobraziłem sobie siebie w wodzie,
patrzącego na Ciebie jak te kaczki.
Prosiłbym o koło ratunkowe.
Ale dla mnie ratunek to trucizna.
Nie potrafię pływać w tej mętnej zupie,
którą nazywa się życiem.
Utonąłbym na Twoich oczach.
Z korzyścią dla obojga.


Na plaży opodal

zebrał się już mały tłum.
Byłaś tam i Ty.
Leżałaś na niebieskim kocu,
ubrana w piękny

dwuczęściowy, biały kostium.
Uwielbiasz lato, wodę i słońce.
Kochasz życie.
Opalanie swych doskonałych krągłości.
Błogość zatrzymania chwili relaksu.
Kochasz być dopieszczona naturą.
Całowana promykami.
Muskana letnią bryzą.


A mnie dzień boli, nęka, zabija.
Wygania mnie w cień, noc 
w niespokojny, koszmarny sen.
Słońce mnie rani. 
Oślepia.
Wiatr przynosi podszepty

o rychłym końcu.
Jak można nie lubić lata?
Jak widać.
Trupy wolą mgły listopadowe.
Przenikliwe, wilgotne zimno.
Zamiecie, zawieje i dobrotliwe, 
szczere łzy deszczu.
Dłonie i stopy kostnieją wtedy na dobre
a serce zamiera w piersi.


Obiecałem Ci 
wieczorny spacer po promenadzie.
Kolację, lody i kwiaty.
Dla Ciebie te najpiękniejsze.
Dla mnie te złe.
Są moją obsesją i inspiracją.
Piękno które gnije na moich oczach.
Wszystko wokół wspaniale gnije,
bo życie jest jedynie 
skuteczną do bólu trucizną.
 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...