Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Z miasta, tutaj jest kawał drogi.

A mimo to

nie mogę odpędzić się od gości.

Ciągną tu czasami całe karawany,

jakby miały tu być okazałe świątynie,

cudowne źródełka

albo nieomylne wyrocznie.

a jestem tylko ja.

Stary, lekko zbzikowany 

i podatny na plotki

dawny król tych ziem.

Da Pan wiarę, 

abdykowałem przecież

całe millenia wstecz 

a są nadal Ci w mieście 

co biją mi pokłony służalcze 

a rada miejska 

mimo zniesienia monarchii 

nadal płaci mi

zupełnie zbyteczną emeryturę.

Więc na przekór im 

postanowiłem się delikatnie odświeżyć.

Teraz mój portret nad kominkiem 

wygląda jak podobizna 

mojego dziada lub pradziada.

 

 

Pan się przyjrzy.

Wypiękniałem nie ma co.

Faktycznie odmłodził się znacznie.

Zniknął jego siwy zarost, zmarszczki 

i pełne, wydatne policzki.

Był teraz cudownej urody,

młodym blondynem

o zawadiackich, niebieskich oczach.

Ubyło mu tuszy 

a przybyło pokaźnej muskulatury.

Jedynie humor pozostał bez zmian.

Miał teraz około dwudziestu lat.

Miał bo mógł.

W krainie snu możemy nawet 

zmieniać swój wygląd 

i wszystko co z nim związane.

 

 

Dziwna to zaiste kraina 

i gdyby nie 

umiejętność nieskończonej wyobraźni,

to łatwo popaść tu

w paranoiczne szaleństwo.

Bo jak racjonalnie miałbym opisać to,

że siedzę właśnie

w wiejskiej posiadłości,

dawnego dworzanina

Wilhelma Orańskiego,

on jest dwa razy młodszy ode mnie,

choć na ziemski czas,

zmarł dwieście lat 

przed mymi narodzinami.

A odwiedzamy się tu co jakiś czas,

gdy tylko marzenia senne

skierują mnie 

w okolicę miasta Braima,

lub gdy muszę poprosić o radę 

dużo mądrzejszego 

i bardziej doświadczonego

mistrza snów.

Tak było i teraz.

 

 

Żeglowałem po tafli jeziora

aż dwanaście dni,

by tutaj dotrzeć.

Bardzo dużo czasu 

spędzam ostatnio na południu.

Górnicy goszczą mnie chętnie 

a nawet odstąpili mi jeden z domów 

w centrum Lecudarib bym mógł 

w spokoju śnić bez obaw

o ciągłą wędrówkę.

Moje sny są ostatnio krótkie i płytkie.

Koszmarne duchy życia

w teraźniejszej jawie,

oblegają moje

wyniszczone chorobą komórki.

Moja wędrówka choć nadal 

rozciągnięta w czasie krainy snu,

jest rwana i obleczona ciągłym cieniem 

nagłego zbudzenia się.

Czasami zlany potem

i ledwie rozbudzony,

łkam w miękkość poduszek.

Boję się, że stracę sen

a zyskam tylko

potworną rzeczywistość

ludzi ograniczonych.

 

 

Słuchał mnie uważnie

a potem stwierdził.

Mistrzowie snu

nie tracą jego właściwości,

ale to prawda z czasem trzeba się opowiedzieć po jednej ze stron.

Piękna snu lub koszmaru jawy.

Niejednokrotnie słyszę 

jak wiele zmieniło się na Ziemi,

ile minęło lat?

Dwieście ziemskich.

Tu były to miliardy eonów i er.

Tutaj czas nie ma władzy nad absolutem umysłu i jego kreacji.

Na Ziemi czas zabija wszystko.

Bałem się nieistnienia.

Motywu zgasłej świecy życia.

Dlatego w trakcie jednej z podróży,

osiadłem tu na stałe.

Opowiadając się na wieki

ku życiu we śnie.

Ziemia jest moją matką, 

lecz sen jest wiecznym rajem.

Nie żałuję i nie żałowałem wyboru nigdy.

Wędruję Pan

od bardzo dawna Panie Tracy,

jest Pan w przededniu swego wyboru.

Stąd ten stan niepewności.

 

Ostatnio śnił mi się Pan

w ziemski sposób,

można powiedzieć,

że ten sen nasunął mi 

koncept by prosić o radę…

Zaśmiał się i rzekł

Jak to jest być pogrążonym we śnie?

To wspaniałe istnienie.

Bez trosk, zmartwień, chorób i śmierci.

Nie ma tu smutku, cierpienia i łez.

Szczerze to nawet nie wspominam 

o dawnym ziemskim życiu.

Zapomniałem o nim i ludziach,

których tam zostawiłem.

Teraz mam kontakt

jedynie z mistrzami snu

i mieszkańcami krainy.

Mistrzowie to mój jedyny, 

pozostały kontakt z Ziemią.

Wasze opowieści są

bardziej niesamowite 

niż to co widuję tutaj.

A nie ma większych dziwów 

niż te z krainy snu.

Kto raz ujrzy alabastrowe wieże 

i marmurowo szmaragdowe 

schody nabrzeża w Celephais,

ten zapomina o wszystkim.

 

 

Przecież sam Pan wie o tym.

Nie może Pan zostać tu na stałe.

Ciało się buntuję przeciw umysłowi.

Widać jest w świecie realnym coś

co Pana trzyma na smyczy rozsądku.

Mam rację?

Jest taki ktoś… ona … jej… chciałbym…

Z nią zostać?

Dokończył za mnie.

Pokiwałem głową.

Ona nie śni moich snów.

Nie rozumie wierszy jakie tworzę.

No i jest szczęśliwa z kimś innym.

Nie mogę sobie tego wybaczyć.

Jak i tego, 

że mógłbym

mimo wszystko ją porzucić.

 

 

Zna Pan zasady Panie Tracy.

My przechodzimy przez

Las Głębokiego Snu,

kiedy tylko mamy na to ochotę.

Podróżujemy bez granic materii i czasu.

Inni nigdy tacy nie będą.

Pana wybranka nigdy tu nie trafi.

Choćby bardzo się starała.

Istnienie tutaj niesie za sobą cenę,

odrzucenia powłoki człowieczeństwa.

To narcystyczny hedonizm.

Liczy się tylko

moja wygoda i szczęście.

Nic nie może zakłócać pogody w raju

a już z pewnością

nie niespełniona miłość.

Musi Pan pożegnać definitywnie,

albo mnie albo ją.

Bycie w wiecznym rozdarciu 

między światami

zawsze prowadzi do klęski

a nawet obłędu.

Powodzenia w podjęciu decyzji.

 

Cmentarz ghouli na granicy świata snu.

Gnił pod powierzchnią

mogił i grobowców,

ale i na morowej, skażonej

trupimi wyziewami powierzchni.

Wspiąłem się po drabinie

na jego poziom

i wbiłem czujny wzrok 

w absolutny mrok wokół.

Tutaj nigdy nie panowała cisza 

tak znana z ziemskich nekropolii.

Było to królestwo ghouli.

Skakały i ganiały się

w zapadliskach grobów 

i otwartych odrzwiach grobowców.

Śmiały się szyderczo i piskliwie, 

śpiewały, wyły do gwiazd, 

wznosiły modły z Necronomiconu 

u ogniskowych ołtarzy.

Ucztowały na

rozkładających się zezwłokach.

Uprowadzonych z nekropolii 

na powierzchni świata widzialnego.

Mlaskały, czkały, 

oblizywały kości, wysysały szpik.

Łamały czaszki, rozrywały mostki,

wyrywały kręgosłupy.

Robiły makabryczne płaszcze ze skór.

Piły krew i grały w dosłowne kości.

Spierając się, obrażając 

a nierzadko bijąc i wszczynając burdy.

 

 

Było to z pewnością

najmroczniejsze miejsce

w całej krainie snu

konkurujące jedynie 

z Leng i Kadath

w zimnej, samotnej postaci.

Lecz ja miałem tutaj

samych przyjaciół nie wrogów.

Podszedłem do pierwszego z nich.

Był zajęty porcjowaniem ciała 

jakiejś młodej dziewczyny.

Wyrwał jej kończyny 

i wykręcił głowę niczym piłkę.

A teraz odcinał poszczególne organy,

prymitywnym, kamiennym ostrzem.

Pozdrowił mnie jednak serdecznie gdy się zbliżyłem i zaoferował poczęstunek w postaci solidnie zgniłej,

zielonkawej wątroby.

Grzecznie odmówiłem dając mu znak by się nie krępował

i zajadał sobie bez przeszkód.

Wsunął ochoczo

całość do ust i oblizał palce

z gęstego krwawego śluzu.

 

 

Gdzie jest Pickman?

Jest z Wami?

Nie mogąc mówić

przez zapełnione usta 

pokiwał tylko głową

i wskazał mi grobowiec 

oddalony od reszty i wyglądający na najstarszy ze wszystkich w okolicy.

Podziękowałem mu,

jednak bez uściśnięcia dłoni.

Przedzierałem się przez 

prawdziwe błoto z krwi i kości,

po chwili cuchnąłem

nie gorzej od ghula.

Zapukałem grzecznie

w drzwi grobowca

czekając na odpowiedź.

Wejdź przyjacielu.

Ty jedyny zachowujesz tu 

nienaganne maniery.

Miło że wpadłeś.

 

 

Zastałem Pickmana przy pracy.

To jest przy sztaludze i płótnie.

Obraz przedstawiał czystą makabrę 

którą mogę skreślić jedynie pokrótce.

W centrum obrazu

namalował Pickman istotę,

którą od razu poznałem

choć patrzenie na nią

wymagało nadludzkiego wysiłku 

i samozaparcia by nie oszaleć z trwogi.

Shub-Niggurath, 

Matka Tysiąca Plugawych Młodych,

trzymała setki ciał ghuli i ludzi 

w swych mackach 

i karmiła nimi swe koźlęta 

a także akolitów Cthulhu.

Był to realistyczny do głębi,

malarski zapis wezwania 

na bluźnierczej mszy 

w okolicach wzgórz Dunwich.

Był to nie obraz

a akt czystego bluźnierstwa.

 

 

I za to kochałem Pickmana.

Jeśli coś powodowało we mnie lęk.

To jego stracona dusza i jego dzieła.

Uściskał mnie serdecznie 

i zapytał z czym przychodzę.

Wyjąłem małe zawiniątko

z kieszeni płaszcza.

Było to jej zdjęcie.

Jedyne jakie miałem ze sobą

w krainie snu.

Zakop proszę zdjęcie mojej ukochanej 

na tym cmentarzu.

Co ginie w krainie snu,

nigdy już nie może się tu odrodzić.

Chcę by ta miłość umarła.

Zamierzam zostać na stałe.

 

 

Pickman zapomniał już

jak to jest kochać,

być kłębkiem nerwów

a nawet człowiekiem.

Ale wtedy objął mnie jak brat.

Zapominasz drogi druhu

do kogo przybyłeś.

Zapomniałeś,

że Pickman tworzy dzieła,

których postaci wręcz wychodzą z ram.

U mnie każdy detal ma w sobie życie.

Nie zabiję jej a przeciwnie dam życie.

Namaluję ją dla Ciebie.

Tak starannie jak nigdy.

By mogła żyć tu z Tobą.

Na dobre i złe.

W krainie wiecznego snu

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...