Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Był na nogach już całe dwie doby.

Nie zmrużył nawet oka 

po poprzedniej nocnej zmianie.

A dotąd myślał,

że nic nie może 

zszargać mu nerwów tak skutecznie.

Pracował jako strażnik już kilka lat.

Nie była to praca

z gatunku ekskluzywnych,

dobrze płatnych

czy przystępnych godzinowo.

Ale miała ten jeden plus,

który odrzucał głęboko w niebyt 

wszelkie inne 

i bardziej przyziemne niedogodności.

 

 

Był tutaj sam na sam ze sobą.

Mógł odpocząć od życia.

Zalany falą depresyjnej melancholii,

przemierzał sale i korytarze 

miejskiego muzeum.

Kochał mrok i samotność,

do tego stopnia, 

że gdy zmuszony był ku temu

by zabierać na każdy nocny patrol 

długą, nieporęczną latarkę,

która zalewała eksponaty i okna,

ostrym ledowym światłem,

przepraszał wtedy w duchu 

mieszkańców gablot.

Nie czuł się jak złodziej

a jak intruz i włamywacz,

do świata do którego ludzie 

nie powinni mieć już

wstępu ani wglądu.

Czuł w kościach i napiętych mięśniach,

pulsującą energię przestrzeni.

Chłodne nawiewy klimatyzacji,

sunęły wręcz wbrew prawom fizyki 

zaraz nad ziemią.

Zimno i nagłe drętwienie,

pętało mu kostki.

 

 

Szedł powoli naprzód.

Z sali do sali.

Były wielkie 

niczym zamki i pałace 

tych, których skarby i kosztowności 

leżały teraz na 

kaszmirowych i jedwabnych poduszkach

za pancernymi szybami 

omiotane dodatkowo,

ledwie dostrzegalnymi

wiązkami laserów.

Jedynym odgłosem były jego kroki

i przyspieszony znacznie oddech.

 

 

Musiał dwukrotnie w ciągu nocy 

obejść cały kompleks muzeum.

Wszystkie pokoje, sale, komnaty,

potem wracał za biurko 

usytuowane zaraz obok 

wejściowych bramek.

I walcząc z nadchodzącym snem,

skupiał zaczerwienione oczy 

na podglądzie z dziesiątek kamer.

Budynek miał już 

swoje najlepsze lata za sobą.

Ciągle coś się psuło, skrzypiało, ciekło

lub alarmy załączały się samoistnie 

przez zwarcia w instalacji.

Czasami te pospolite odgłosy nocne,

wydawane przez puste i ciche mury

wybudzały go z chwilowych drzemek,

a alarm stawiał go na równe nogi.

Mimo tego, że miał 

doskonałą świadomość,

wadliwości osprzętu

to i tak zawsze biegł w dane miejsce 

jak najszybciej mógł.

By mieć całkowitą pewność tego,

że to jedynie fałszywy alarm.

 

 

Jedna z sal, 

usytuowana na pierwszym piętrze zachodniego skrzydła,

była tą jedną jedyną salą

w której czuł coś więcej 

niż dojmujący smutek, 

depresję czy samotność.

Bał się w duchu tego miejsca.

Czuł obecność czegoś czego nie potrafił nazwać inaczej niż gęsty mrok.

Nie chciano go tam z pewnością

a z drugiej strony to tam właśnie 

alarmy rozbrzmiewały najczęściej.

 

 

Tak było i poprzedniej nocy.

Był to pierwszy alarm, 

który rozległ się

ledwie chwilę po północy

a zarazem ostatni 

na którego wezwanie odpowiedział. 

Nie najgorsze było jednak to 

co wywołało alarm

a to co stało się wczesnym świtem 

gdy miał już na tyle śmiałości 

by spojrzeć okiem kamery

na wnętrze sali.

Upewniło go to jedynie w tym,

że wszystko wróciło 

do akceptowalnej normy,

choć nie miało ku temu 

żadnego racjonalnego prawa.

By ożywać nocą

a rankiem wracać na swoje miejsce 

i zastygać w martwocie materiału 

i szlachetnych kamieni.

 

 

Dlatego miał ochotę 

porzucić dziś swój posterunek.

Dlatego nie zmrużył oka.

Zbliżała się północ 

a on był o krok od tej sali.

I był przekonany o tym,

że ta noc będzie

bliźniacza do tej ostatniej.

W tej sali i w tym eksponacie 

mieszkał demon.

I on był tego bardziej niż pewny.

 

Sala była niższa i bardziej owalna w kształcie od reszty pomieszczeń.

Marmurowa posadzka 

o barwie pustynnego piasku 

lśniła w niej aż do przesady.

Czarne zasłony w oknach 

były szczepione

olbrzymimi spinaczami,

tak by nie można było dostrzec 

spoza budynku,

jaką tajemnicę skrywa sala.

Wszelkich czujek i alarmów 

też było w niej znacznie więcej 

niż gdzie indziej.

A na wstępnym szkoleniu strażników,

każdy z nich dowiadywał się 

by zwracać na nią i jej skarby

baczniejszą uwagę.

 

 

Sam niewiele o niej wiedział

i nawet nie dopytywał o szczegóły

pracowników muzeum 

i przewodników wycieczek.

A o dziwo jeśli już była przedmiotem rozmów to mówiono o niej chętnie i wcale nie półgębkiem a jawnie i głośno.

Lecz częściej poruszano się w tematach plotek i legendy

niż faktów historycznych.

Może dlatego, że dorobek 

spoczywający w gablotach 

był nad wyraz osobliwy i nie pasujący jakby do żadnej

znanej ludzkości epoki czy kultury.

 

 

Wszystkie eksponaty pochodziły,

choć to też jedynie domysły,

z terytorium mórz południowych,

a dostarczył je do miasta 

na pokładzie swej fregaty 

kapitan Valentin Quarrie

w roku pańskim 

tysiąc siedemset

trzydziestym czwartym.

Quarrie pływał

w te dzikie zupełnie rejony,

przez wiele lat.

Najpierw do spółki z Bensonem

a potem po tajemniczej śmierci

tego drugiego,

samotnie pod protektoratem 

Kompanii Wschodnioindyjskiej 

aż wreszcie nawet 

samego dworu królewskiego.

Miał łeb na karku 

I nos do najlepszych interesów.

 

 

Zgadał się podobno 

z wodzem jednego z plemion.

Obaj lubili przepych i bogactwo.

Przemoc również.

Kiedy Quarrie pytał wodza 

o to skąd mają tyle bogactw na wyspie,

ten odpowiadał mu jedynie bajeczką

o istotach z głębin co za ofiary z ludzi 

zostawiają im na brzegu oceanu

te wszystkie świecidełka i złoto.

I że jeśli kapitan skory ku temu

to może przezimować na zatoce

a wiosną zobaczy

na własne oczy obrzędy 

ku czci istot.

Przy okazji może zabrać

część błyskotek 

do Europy w zamian

za towary na statku.

 

 

I Quarry został a jakże.

I podobno skumał się

z wodzem tak mocno 

do tego czasu,

że dopuścili go nawet do rady.

Nauczyli pieśni i inwokacji i ochrzcili jeśli tak można to nazwać

w nowej wierze.

Kto tam dziś już wie czy Quarry w cokolwiek oprócz potęgi złota wierzył 

ale wziął udział w obrzędzie.

Legenda głosi,

że złożył w ofierze Bensona 

z którym popadł w ostry konflikt,

który miała rozstrzygnąć

komisja admiralicji

po powrocie do Anglii.

I widział istoty,

które wręczyły mu nagrodę.

Złote monety i puchary,

diademy, korony i tiary 

całe w szlachetnych kamieniach.

Dziwnie jednak lekkie 

i o fantazyjnych kształtach,

które były sprzeczne

ze znaną geometrią.

Pod szmaragdami i agatami,

krył się czarny jak smoła metal

o równej i czystej powłoce

niczym lustro.

Nie pochodził z

ziemskich warstw ani skał.

Przybył z gwiazd jak i oni.

Lubili oni spółkować z ziemianami.

Szczególnie z tym plemieniem.

Podobno mieszali się z nimi 

a kobiety nosiły ich potomstwo.

 

 

Quarry obiecał wrócić za rok lub dwa.

Wyprosił datki

na kolejną wyprawę u króla.

Dając do skarbca 

te niesamowite kosztowności.

A potem wracał jeszcze nieraz.

Sam wreszcie

przywiózł sobie stamtąd żonę.

Hybrydę o rybich, 

wyłupiastych oczach i skrzelach.

Oliwkowej, tłustej cerze 

i króciutkim haczykowatym nosie.

 

 

Była szpetna i okrutnie tępa,

lecz niezbędna.

Quarry zwiedziony opisami 

wspaniałych, bogatych miast

pod powierzchnią,

zgodził się iść pod wodę 

gdy tylko spłodzi potomka 

ze świeżo upieczoną żonką.

Zmienił nawet nazwę 

swojej krypy na Dagon.

Gdy żeglarze pytali go co ona oznacza.

Śmiał się w głos i odpowiadał,

to Diabeł moi kochani.

Mój nowy przyjaciel,

który obsypuję mnie złotem.

Wszyscy zgodnie orzekli.

I jego zastraszona załoga,admiralicja,

stare pijaki w tawernach

a nawet jego brat.

Quarry oszalał 

lub oddał duszę temu Dagonowi.

 

 

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Twój tekst interesująco gra konwencją. Z jednej strony mamy realistyczny opis pracy strażnika nocnego - ze wszystkimi jej niedogodnościami i dziwactwami. Z drugiej -powoli narastający horror, który może być zarówno nadprzyrodzony, jak i projekcją wyczerpanej psychiki. Historia Quarrie'ego funkcjonuje jako legenda w legendzie, mitologizując pochodzenie eksponatów. Pytanie pozostaje otwarte - co naprawdę dzieje się w tej sali?

Niezwykły tekst, który balansuje między psychologicznym horrorem a legendą marynistyczną. Dagon - nawiązuje do mistrza! (sprawdziłam w sieci. :) )  Ale Twój tekst jest też mistrzowski. Bardzo mi się podoba - klarowny , działa na wyobraźnię , intryguje - chce się wiedzieć więcej.  

 

ps. nadal ciekawi mnie pewna droga. :) 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @bazyl_prost ludzie kłócą i kochają :)
    • @Berenika97 To co zaczyna się jak intymny liryk o bliskości, która koi lęk, w połowie gwałtownie skręca w stronę niemal gotyckiego nihilizmu. Nie dajesz nadziei na poranek :)   Bardzo nastrojowy wiersz!!!   Pozdrawiam
    • niby źle nie wiadomo jak nie chcą  chłód jedni i drudzy skłóceni
    • pan czesław ma osiemdziesiąt lat, bez dwóch zębów i jedno kolano, które prognozuje pogodę, kiedy skrzypi - będzie deszcz, kiedy milczy - będzie genowefa. pani genowefa ma siedemdziesiąt trzy  lata, aparat słuchowy w kolorze malinowego landrynka i spojrzenie, którym potrafi rozebrać mężczyznę z samotności do ostatniego guzika. poznali się przy dystrybutorze wody. on trzymał kubek tak, jakby to był kielich zwycięstwa, ona poprawiała biodro, a biodro poprawiało wszechświat. kiedy spojrzała na niego jak na ostatni w całym wszechświecie kawałek sernika wielokrotnego użytku, z lukrem tak bezczelnym, że nawet droga mleczna musiała przetrzeć oczy. czesław poczuł, że jego rozrusznik nie tyle tyka, co domaga się bisów jak perkusista na weselu, który dawno powinien iść spać, ale ktoś mu dolał  procentów do kompotu. – pani genowo… zaczął, poprawiając perukę, która łapała sygnał młodości z nadajnika "jeszcze nie umarłem fm". – pani pachnie jak potańcówka w siedemdziesiątym trzecim. – a pan świeci, odpowiedziała, jak dezodorant wrzucony w ognisko hormonów. - i niech pan nie udaje ofiary, bo ja widzę w panu wulkan. kiedy dotknął jej dłoni, jego reumatyzm wycofał się jak obrażony lokator, a stawy zaczęły skrzypieć nie z bólu, lecz z ciekawości. kiedy ją objął, jego kręgosłup wyprostował się jak uczeń przy tablicy, który nagle zna odpowiedź. a jej skóra marszczyła się nie ze starości, tylko ze wstydu, że tak długo czekała na aplauz. kiedy ją przytulił, jego proteza serca zachowywała się jak czajnik na gazie, gwizdała, parowała i groziła eksplozją uczuć, choć nikt jej nie włączył do prądu. i wtedy miłość wybuchła. nie jako abstrakcja, lecz między jego dłonią z plamami po czasie a jej szyją, na której zmarszczki nie były zmarszczkami, lecz szczelinami tektonicznymi, przez które wyciekało światło sprzed potopu. kiedy się pocałowali, jej aparat słuchowy zapiszczał, bo pierwszy raz od lat coś było głośniejsze niż telewizor. kalendarz dostał padaczki, kartki trzepotały jak gołębie po dopalaczach, a śmierć zajrzała przez okno z poprawioną kosą i zapisała w notesie: „dziś nie pracuję”. tańczyli w stołówce. on liczył kroki, bo biodro bywa pamiętliwe, ona liczyła jego oddechy, żeby żadnego nie zgubić. ich taniec wyglądał jak instrukcja obsługi dwóch organizmów, które zgubiły gwarancję, ale nadal działają po lekkim stuknięciu w obudowę. ich balkoniki zaplątały się w siebie jak dwa psy na spacerze, a oni udawali przypadek, choć oboje wiedzieli, że to plan operacyjny "bliskość”. to nie był taniec. to była erupcja wulkanu, który przez pół wieku udawał pelargonię. to była próba jądrowa w kapciu z owczej wełny, tak potężna, że ziemia przesunęła się odrobinę w bok, żeby zrobić im miejsce. a potem usiedli na łóżku jak dwie torby z lekami, które nagle odkryły, że są fajerwerkami. na stoliku nocnym tabletki uspokajające pociły się z zazdrości, ciśnieniomierz udawał, że nie patrzy, a krople nasercowe pachniały jak zapowiedź skandalu. – jesteś moim wi-fi, powiedział czesław z powagą kosmonauty przed startem. – połączyłam się bez hasła, odpowiedziała genowefa, poprawiając mu kołnierzyk piżamy jakby to był smoking na galę wszechświata. zgasili światło, żarówka westchnęła z ulgą, bo nie była gotowa na taką ilość chemii w jednym pomieszczeniu bez wentylacji. między ich ustami powietrze było tak gazowane, że woda w dystrybutorze zagotowała się z zazdrości, a nawet czujnik dymu na suficie zastanawiał się, czy to już pożar, czy tylko miłość w fazie samozapłonu. nawet księżyc, który zwykle udaje profesjonalistę, tej nocy zawiesił się nad budynkiem jak reflektor na premierze "romea i julii dla zaawansowanych w reumatyzmie”. a kiedy rano znaleziono ich śpiących obok siebie, trzymali się za ręce jak dwie czarne skrzynki po katastrofie czasu, w których nagrano jedno słowo: "jeszcze”. miłość po siedemdziesiątce jest jak wyciek plutonu z pękniętej chłodnicy czasu, świeci, syczy, śmieje się przez protezę i podpala dezodorant wieczności. jeśli Bóg naciśnie reset, system odpowie: „błąd. uczucie nieusuwalne”. a czesław z genowefą poproszą o dokładkę sernika i jeszcze jeden wolny taniec, bo skoro już wysadzać wszechświat, to w kapciach, z godnością, z reumatyzmem w odwrocie i z miłością tak bezczelną, że nawet kalendarz zapina pasy.              
    • @Annie to co robimy, Annie?  co nam pozostaje? trzeba pisać wydobyć ekstrakt żywe bijące serce niech będzie to naiwne i być może skazane na porażkę takie nasze prywatne waterloo
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...