Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

**








Magda była atrakcyjną i elegancką kobietą po trzydziestce. Krocząc dostojnie, przemierzała kręte ulice swojego ponurego życia. Zaganiana karierą nigdy nie myślała poważnie o założeniu rodziny. Kolejne miłsne rozczarowania popychały ją coraz głębiej w myśl, że do końca życia pozostanie sama.
Pewnego dnia Magda surfując po internecie natknęła się na stronę wróżki Bonawentury. W lewym górnym rogu ekranu wystarczyło wpisać pytanie, a natychmiast wyskakiwała odpowiedź. Kobieta bez zastanowienia wystukała na klawiaturze:
,,Czy spotkam kiedyś mężczyznę, którego pokocham?''
Po chwili na monitorze widniała odpowiedź:
,,Tak, szybciej niż myślisz''.
Magda uśmiechnęła się i popatrzyła za okno. Obłoki na niebie, przez które przedzierały się promienie słońca powoli płynęły wiecznym rejsem niczym niezatapialne promy. Piękna pogoda świadczyła o tym, że jest maj, miesiąc zakochanych, przedsmak gorącego lata. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Kobieta wstała i poszła otworzyć.
- Kto tam? - Spytała patrząc przez wizjer, gdyż osobnik stojący na wycieraczce nie budził zaufania.
- Poczta! - Odpowiedział jegomość.
Kiedy Magda otworzyła, spostrzegła, że listonosz jest bardzo przystojny i męski. Wysoka temperatura spowodowała, że musiał chodzić z szeroko rozpiętą koszulą. Włosy z jego klatki piersiowej czasem wypadały, osadzając się na skórzanej torbie.
- Proszę, polecony z prokuratury - mężczyzna podał list z szerokim uśmiechem, a jego perłowe zęby błysnęły odbijając światło z jarzeniówki zamontowanej na klatce schodowej.
- Dziękuję - odparła stanowczo Magda, nie zdobywając się nawet na odrobinę uprzejmości.
- Proszę pokwitować - listonosz podał wielką listę i długopis, a jego pulsująca dłoń z wielką wytatuowaną nagą kobietą otarła się nieśmiało o delikatne palce Magdy.
- Proszę bardzo - odparła beznamiętnie, podpisując. Kiedy już zamknęła, oparła się o ścianę. Pierwszy raz w życiu poczuła coś takiego. W myślach porównywała spotkanie z listonoszem do wybuchu wszystkich wulkanów świata.
Z każdym kolejnym dniem było coraz gorzej. Prawie przestała jeść, a w firmie zaniedbywała obowiązki, oczekując na kolejną wizytę pocztowca.
Pewnego razu, kiedy leżała na wersalce w swojej sypialni usłyszała stanowcze pukanie. Natychmiast zerwała się jak oparzona i pobiegła otworzyć.
- A to pan - przywitała listonosza uchylając drzwi.
- Tak, mam tutaj list polecony z Zaporoża. Proszę pokwitować.
- Gdzie? Tutaj? Dobrze, już.
- Dziękuję. Do wi...
- A może wstąpi pan na herbatkę?
- Nie nie mogę. Muszę jeszcze poroznosić renty na osiedlu. Może następnym razem.
- Rozumiem. Do widzenia.
Kiedy zamknęła drzwi była wściekła. Chłop ją po prostu spławił. A chciała dłużej delektować się silnym zapachem potu, papierosów i taniego wina, które zawiewały od listonosza. Nie rozumiała tego. Uważała siebie za bardzo atrakcyjną, a jednocześnie elegancką kobietę z wyższych sfer. Jak jakiś głupi donosiciel mógł ją tak potraktować. Przecież renty mogły zaczekać...
Przez następne dni myślała tylko o jednym. Zarośnięty listonosz całkowicie zawładnął jej marzeniami, spychając na dalszy plan wycieczkę dookoła świata czy budowę domku na wsi. Magda czuła wewnętrzną pustkę, druga połowa była jednocześnie blisko i daleko. Zamknięta całymi dniami w czterech ścianach najpierw biura, potem swojego przestronnego mieszkania niemal zapominała o świecie i jego wspaniałościach. Zakamrki duszy były teraz miejscem gdzie spędzała najwięcej czasu, który płynął wolniej niż zwykle. Kiedy nadchodziła noc, siadała na balkonie, w bujanym fotelu z paczką monte carlo, z przemytu w dłoni i delektowała się każdym pociągnięciem. Na szafce obok, zwykle stawiała butelkę ninjy - wina, które kupowała w osiedlowym sklepie monopolowym. Jedynym mankmentem pozostawała niemoc odtworzenia zapachu potu listonosza. Tego najbardziej brakowało jej do całkowitego spełnienia.
W ten sposób szykownej kobiecie upłynęło pół roku. Przez ten czas zdążyła wpaść w dwa nałogi : nadmiernego spożywania alkoholu i palenia papierosów. W pracy musiała już naprawdę bardzo skrzętnie się maskować, aby nikt nie domyślił się o jej nowych przyzwyczajeniach. Doskonale pamiętała, jak niegdyś jej koleżankę zniesiono z pierwszego piętra biurowca, kompletnie pijaną po uroczystej stypie, kiedy umarł jeden z pracowników. Szef prosił o picie z umiarem. Za niespełnienie warunku, niezwłocznie wydalał z firmy.
Pewnego dnia zjawił się on. Elegancki, wyperfumowany i ogolony. W czarnym smokingu wyglądał wyśmienicie, założył nawet białe rękawiczki żeby zakryć tatuaż na prawej dłoni, który tak drażnił Magdę.
- Nie mogłem dłużej czekać - wyszeptał, kiedy otworzyła drzwi.
- Panie listonoszu, ale... - Zaniemówiła Magda.
- Pozwoli pani, że się przedstawię. Fabian Emmanuel Rokita - Kąsający - powiedział, po czym ucałował jej cuchnącą papierosami i tanim winem dłoń.
- Miło mi... Magdalena Wiaczesława Jądroadzka.
- A więc Magdaleno. Nie mogę żyć bez ciebie. Dostarczając listy pod ten adres moje serce gotowało się. Trafiłaś mnie strzałą miłości, miłości, która przetrwa we mnie wieki. Specjalnie dla ciebie, przez pół roku pracowałem na dwa etaty aby odłożyć trochę pieniędzy.
- Ależ...
- Wiem, nic nie mów. Na pewno jest to dla ciebie straszny szok. Zrozumiem jeżeli nie jesteś gotowa na rozmowę...
- Ależ Fabianie Emmanuelu, ty też mi wpadłeś w oko... - Nieśmiało rozpoczęła Magda, zapominając o oschłości, która wcześniej cechowała jej kontakty z mężczyznami.
Od tej rozmowy wszystko nabrało niesamowicie szybkiego tempa. Oboje byli tacy szczęśliwi. Fabian wprowadził się do mieszkania Magdy z całym swoim dobytkiem. Było im ze sobą tak dobrze. Po trzech miesiącach wspólnego życia listonosz zaproponował małżeństwo. Magda była wniebowzięta. Huczne wesele o którym marzyła przez całe swoje życie miało stać się faktem.
Przygotowania do uroczystości zeszły momentalnie, termin ślubu zaplanowanego na drugą połowę czerwca zbliżał się nieuchronnie. Magda miała już kupioną wspaniałą suknię, z długim welonem, a Fabian wyszykowany smoking. Kobieta nie miała żadnej rodziny, dlatego ucieszyła się na wiadomość o przybyciu wiekszości bliskich swojego przyszłego męża.
Nadszedł dzień ślubu. Narzeczeni podjechali pod kameralny kościółek na skraju miasta białą limuzyną, a tłum pod budynkiem wiwatował na ich cześć. Wszystko odbyło się zgodnie z planem - zakochani wypowiedzieli sakramentalne ,,tak''.
Po ceremonii przyszedł czas na miesiąc miodowy. Nowożeńcy nawet nie zostali na swoim weselu, gdyż Fabian kupił dwa bilety w biznes klasie na Majorkę. Oboje polecieli na wyspę jeszcze tego samego dnia. Mieli całe trzy tygodnie tylko do swojej dyspozycji.
Dni upływały powoli, w rytm miłości doskonałej. Godzinami potrafili spacerować wtuleni w siebie niczym dwa łabędzie w blasku zachodzącego słońca. Fabian był taki romantyczny i pomysłowy. Witał żonę płatkami róż, przynosił śniadanie do łóżka i na plaży, cierpliwie wcierał różne gatunki olejku do opalania. Para młoda szczególnie upodobała sobie wieczorne spacery na skraju wielkiej skarpy. U jej kresu zatrzymywali się na dłuższą chwilę i podziwiali rozbijające o brzeg fale.
- Morze jest tak nieujarzmione... Tak jak nasza miłość - zwykł mówić wtedy Fabian, patrząc w oczy swojej żonie.
Ostatniego dnia przed wyjazdem, szli swoją codzienną trasą, czule trzymając się za ręce. Magda w końcu uwierzyła, że Fabian wytatuował sobie nagą kobietę na dłoni, gdyż tak poleciła mu wróżka Bonawentura, do której zwrócił się o pomoc. Stali tak na skraju spoglądając na potęgę Morza Śródziemnego i w pewnym momencie zaczęli się namiętnie całować. Fabian ujął delikatną głowę Magdy, odsłonił włosy i zatopił język w jej ustach. Czuła się wtedy jak bogini na szczycie Olimpu, jak żona wszechwładnego Zeusa. W pewnym momencie Fabian przerwał chwilę, która dla niekochanej dotąd kobiety, mogła trwać wiecznie. Spojrzał jej głęboko w oczy i zepchnął ze skały. Magda spadła na kamienisty brzeg z olbrzymiej wysokości. Nie miała szans. Mężczyzna wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Po chwili w opustoszałym miejscu rozległy się słowa:
- No cześć Kaziu. Słuchaj załatwiłem już tę sukę. Spierdoliła się na kamienie. Potem ją zeskrobią... Zajmij się polisą. Z wypłaceniem nie powinno być problemu...

Opublikowano

"chciała dłużej delektować się silnym zapachem potu, papierosów i taniego wina, które zawiewały od listonosza", "Jedynym mankmentem pozostawała niemoc odtworzenia zapachu potu listonosza" i ten Fabian Emanuel - kapitalne, uśmiałam się jak norka :D
Subtelnie budowany obraz, piękne porównania... i jak zwykle - zaskakujące zakończenie :)

Podziwiam, pozdrawiam i czekam na więcej

Kasia

Opublikowano

Fajne. Dobra narracja.
Fabian Emanuel Rokita :-))) - prawdę mówiąc byłem przekonany, że jest diabłem, a zatem koniec musiał być tragiczny. Zresztą niepisane prawo obowiązujące na tym forum nakazuje kończyć w ten sposób, zaskoczyć więc sie nie dałem. Pewnie zaskoczyłbyś mnie, gdyby to Fabian był ofiarą.
Kilka literówek do korekty.

Opublikowano

HEHEHE, ach ci faceci
dobrze napisane, kolejna zabawna historia, koniec mi się podoba, ale kara się należy jemu
/hmm, może...polecony z prokuratury kryje jakieś niespodzianki/

Opublikowano

jakaś nutka liryczna wkradła sie w twoj tekst Joy. i to mi sie podoba... zaczynasz być romantyczny pomimo tego swojego makabrycznego zakonczenia! coś znanego a jednak innego
pozdrawiam

Opublikowano

Kasiu, dzięki. W końcu musiałem nadać jakieś egzotyczne imię dla bohatera - cieszę się, że takie jest Twoje zdanie na ten temat :)

Leszku, dzięki. Może następnym razem uda mi się Ciebie zaskoczyć. Na jakiś czas przerwę chyba pisanie historii miłosnych, żeby nabrać trochę pomysłów.

Renato, dzięki. Polecony zostawmy w spokoju :) A niestety tym razem upiekło się Fabianowi.

Asher, dzięki. Racja, pomysły mi już tak się nie kleją jak kiedyś, muszę w końcu coś wykombinować bardziej zawiłego... Łabędzie są be mówisz ;), jutro zerknę i spróbuję poprawić.

Aksjo, dzięki. Zauważyłaś zmiany :), nie chciałem żeby było tak na sucho, dlatego trochę wmiksowałem ;)

pozdrawiam

Opublikowano

Wiesz co, Jay. Widzę pułapkę. Idziesz cały czas po tej samej linii i już nie ma zaskoczenia. Nie bądź takim szownistą. Odwróć czasem schemat. Baby też potrafią. Zmieniaj też narrację, bo za którymś razem dojdzie do zmęczenia materiału. Życzliwy :)

Opublikowano

Zakonczenie juz nie tak zaskakujące, ale to pewnie dlatego, że od początku się go spodziewałem . Całość jagby przdługa, jak dla mnie trochę za dużo opisów przeżyć wewnętrznych Magdy.

Ale to z pewnością tylko chwilowy kryzysik i cześć piąta oraz kolejne przeroosną o głowe pierwsze trzy części.

Pozdrawiam

  • 9 miesięcy temu...
  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...