Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*


Podniósł się z klęczek i zapalił papierosa. Patrząc w leniwie płynącą wodę, myślał o uchodzącym czasie. Ile razy można zaczynać od nowa? Skąd brać siły, by dźwigać się po kolejnych upadkach? Całkiem niedawno skończył czterdziesty rok życia, siódmy rok abstynencji i piąty rok postępowania wedle norm społecznych. Cykl ciągłego odradzania się dawał mu poczucie nieśmiertelności, lecz wiedział, że to tylko piękne złudzenie. Stwierdził, że dobrze się stało, że nie dowiedział się więcej.
Rafał... Rok 1984, więzienie w Pińczowie. Jeden z ostatnich w Polsce pierdli bez kanalizacji, do tego kadra pamiętająca czasy stalinowskie. Smród i w kółko puszczane te same piosenki ludowe nawet mnicha doprowadziłyby do białej gorączki. Krystian zaczął walić w stalowe drzwi, a echo grało w ping-ponga między ścianami korytarza. Wpadli we czterech, wszyscy postawni od orki i sianokosów. Pewnie by go zabili, gdyby nie Rafał. Rok 1986, więzienie w Tarnowie. Roboty przy torach. Na umówiony znak rzucili się w przeciwne strony, żeby zmylić strażników. Dwóch pobiegło za Rafałem, trzeci ruszył za nim. Wrzeszczał: stój, bo strzelam, ale Krystian nie wierzył, że ten chuderlawy kurdupel będzie do tego zdolny. Zbliżał się do płotu. Zostało jeszcze parę kroków, gdy obok ucha świsnął mu pocisk.
- Ty pojebańcu!!! – wrzasnął Krystian, odwracając się na pięcie – To miał być ostrzegawczy???!!!
Zgłupiały strażnik stanął jak wryty i z pobielałą twarzą oglądał trzymaną w ręce broń. O to Krystianowi chodziło. Pognał w stronę płotu ile sił w nogach i z rozpędu skoczył na siatkę. Poczuł wściekły ból w łydce, dopiero potem usłyszał huk wystrzału. Ale już był po drugiej stronie płotu. Pobiegł w las przez nikogo już nie ścigany. Rafała dopadli po pięciuset metrach. Siny, ze złamanym żebrem i wstrząsem mózgu przesiedział dwa tygodnie w izolatce.
Rafał... To imię zaczęło go prześladować. Nie chciał wiedzieć, nie chciał o tym myśleć. Rafał akurat przebywał w Warszawie. Widzieli się przedwczoraj. Wspominali szkolenia w Fundacji Batorego, w jakich uczestniczyli i stołeczne mityngi AA. Rafał od dawna lawirował w życiu, próbując znaleźć bezpieczną przystań. Nie wychodziło mu, więc Krystian wspierał go jak mógł. Kiedy Rafał fatalnie zainwestował w ośrodek wczasowy w Karkonoszach, gdzie chciał organizować turnusy dla dzieci, Krystian udzielił mu pożyczki, kiedy trzeba było mu wsparcia duchowego, wsiadał w samochód i gnał na spotkanie w przyjacielem. Nie. Lepiej nie wiedzieć. To byłby koniec jego wiary w ludzi, w przyjaciół, w bliźnich. Świat stanąłby na głowie, a on nie byłby już takim samym człowiekiem. Zbyt długo nad sobą pracował, zbyt wiele czasu i energii poświęcił, aby się odbudować i wrócić do życia. Znów zapragnął się napić. Był, niczym dziecko, obrażone na cały świat, ukrywające się coraz głębiej w ciemnym lesie. Wiedział, że postępuje infantylnie, ale stare przyzwyczajenie okazało się silniejsze. Mocno zapragnął się napić. Stracić pamięć, czucie, zdolność myślenia. A od jutra zacząć wszystko jeszcze raz.
- Do Mariotta - polecił taksówkarzowi, który obejrzał go podejrzliwie w lusterku - Co pan tak patrzy? - dodał napastliwym tonem - Straciłem dziś prawie wszystko, ale trochę jeszcze mam. Wal pan albo zmienię powóz.
Wchodząc do kasyna, nie zdawał sobie sprawy, że nie ma na sobie garnituru. Zachowywał się pewnie i godnie, więc zdziwiło go, że wszyscy wokół patrzą na niego jakoś dziwnie. Dwa miesiące wcześniej wygrał tutaj zawrotną sumę, a ci sami ludzie skakali obok niego, jak lokaje. Machnął ręką. Wspomnienie było przyjemniejsze. Dostał pokój w hotelu i czek. W euforii wydzwaniał do przyjaciół i obiecywał im prezenty. Nazajutrz spłacił raty za samochód oraz wyrównał debet ze swojej złotej karty. Później z nowym zapasem sił rzucił się w wir pracy. Wkraczał w zupełnie nowy etap życia - nowa kobieta, nowy samochód, nowe biuro, nowe mieszkanie. Kim był teraz? Bankrutem. Wygnańcem losu. Nikim. Na początek zamówił piwo, ale szybko wzgardził jego łagodnym smakiem i poprosił o podwójnego Befatera z tonikiem. Grę rozpoczął od Jackpota. Maszyna zdawała się wyczuwać jego niefart, bo pożarła większość żetonów, nie odwdzięczając się za jego hojność. Zdzielił ją pięścią w bok i odszedł. Przy Blackjacku stolik obsługiwała krupierka, która już nieraz przynosiła mu szczęście. Poznała go, lecz uśmiech na jej twarzy był tym razem jakby przyklejony. To nie mogło wróżyć dobrze. Po paru porażkach postawił sporą sumę na jedno stanowisko. Znudzony Japończyk, z którym przyszło mu grać, zerknął zaskoczony i przebudził się z letargu. Karty z szelestem wylądowały obok obstawionych pól. Japończyk poprzestał na tym, co miał, Krystian poprosił jeszcze jedną. Doskonale orientował się w kombinacjach kart i ich przypuszczalnym następstwie, ale tym razem los go okpił. Krupierka ze smutkiem zgarnęła żetony, Japończyk posłał mu pełen zadowolenia uśmiech.
- Tyrałeś całe życie jak wół, teraz wozisz dupę po świecie - mruknął do niego Krystian - Ja tyrałem siedem lat i znów jestem na zero.
Następna w kolejce był ruletka. Wypróbował na niej dwa ze swoich rozlicznych systemów, jednak tego dnia nic mu się nie udawało. Zaklął paskudnie i poszedł do baru, gdzie zgarbił się nad kieliszkiem najlepszej Metaxy.
Nagle z prędkością błyskawicy uderzył go myśl, że znajduje się nie w tym miejscu, w którym powinien. Kasyno należy do zwycięzców - nawet jeżeli opuszczają je jako przegrani. W obecnej formie nie miał tam czego szukać. Fortuna od razu dała mu to odczuć, nie pozwalając na minimalną wręcz wygraną. Kiedy przychodził do kasyna w aurze życiowego triumfu i brał się z nią za bary, niejeden raz udawało mu się ją powalić. Dziś zemściła się z nawiązką, pogłębiając jego poczucie niższości i beznadziei. Porzucił niedopitego drinka i wybiegł na ulicę. Spojrzał w lewo. Spojrzał w prawo. Dokąd? Wszyscy wokół sprawiali wrażenie, że zmierzają do jakiegoś celu. Śpieszyli się, tłoczyli, przepychali. Stał między nimi z wyrazem zamyślenia na twarzy i powoli zaciągał się dymem. Brakowało mu bratniej duszy. Nie takiej, która podzieli z nim żal, czy będzie go próbowała pocieszyć, ale która pójdzie z nim w wir zapomnienia. Wygrzebał z kieszeni telefon, uruchomił go i wybrał książkę telefoniczną. Żadna z kobiet nie wchodziła w grę. Potrzebował kumpla. Po namyśle odrzucił tych, którzy mogliby skorzystać ze swojej charyzmy i przeszkadzać mu w spełnieniu jego pragnień. Najlepszym wydawał się Adam. Spotykali się niegdyś na mityngach AA, jednak zbliżyła ich nie tylko choroba. Obaj byli ludźmi sukcesu, należeli do elity w swoim środowisku, toteż doskonale rozumieli swoje rozterki. Brali za przykład raczej panów Osiatyńskiego i Falandysza, aniżeli wielodzietnego górnika z familoka. Dla nich ważne było, jak poradzić sobie z alkoholizmem w obliczu sukcesu, nie zaś jak przeżyć do jutra i wciąż nie pić. Ich grzęzawiska tkwiły w bogactwie, upojeniu życiem, ambicji zdobywania. I to właśnie Adam wpadł w jedno z nich. Był dyrektorem oddziału potężnej firmy, bywał na bankietach i galach towarzyskich - tam napił się po raz pierwszy od czasu terapii i już nie umiał tego żywiołu powstrzymać. Na to samo pozwolił sobie Krystian i teraz, w chwili kryzysu ponosił konsekwencje tego nierozważnego kroku. Zaczął coraz częściej sięgać po piwo i wino do posiłków, barek w jego mieszkaniu zawsze pełen był najrozmaitszych trunków. Stanął na równi pochyłej, choć nieustannie próbował przekonywać się w duchu, że żadnego niebezpieczeństwa nie ma. Adam popłynął - jak to się określa w żargonie - on wciąż zachowywał umiar i normalnie żył. Ale spokój przeminął, zaś widmo powrotu do starych nawyków nigdy nie było potężniejsze, niż teraz, gdy stracił wszystko i znów znalazł się na dnie. Tak, w tej chwili Adam wydawał się najlepszym kompanem do ucieczki od świata. Krystian włączył wybieranie jego numeru, jednak automatyczna sekretarka Plusa uprzejmie poprosiła, aby zostawił wiadomość.
- Cześć, Adam. Obrobili mnie. Stoję nad przepaścią. Chętnie bym się spotkał. Oddzwoń, kiedy tylko odbierzesz tę wiadomość. Hej!
Następny w kolejce był Młody. Zadzwonił rano do kilku osób, ale albo były jeszcze zaspane, albo niczego nie rozumiały. Potem zadzwonił do niego, a gdy ten wyraził natychmiastową gotowość przyjazdu z odsieczą, Krystian podziękował mu, lecz nie zaprosił. Bał się pewnie, że Młody będzie robił swoje żałosne miny i cierpiał bardziej od niego. Nie znosił tego, był człowiekiem czynu. Teraz jednakże przypomniał sobie, że Młody też umie pić.
- Wyjeżdżam około 15.00. Heniek odbiera mnie z Katowic o 18.00 Gdzie wolisz przyjechać: tam czy do domu?
- Będę przed szóstą w Katowicach - odrzekł Młody – Jak z tobą?
- Doskonale - Krystian uśmiechnął się ze smutkiem - Zapiję cię dzisiaj na amen, wiesz? Zobaczysz, co to znaczy pić. Nie jestem jakimś dupeczkiem od piwka. Jestem alchemikiem chlania. Bachus to przy mnie żałosny palant.
Nie pozwolił mu już nic więcej powiedzieć. Zegar na ścianie Dworca Centralnego wskazywał 14.30. Krystian pociągnął nosem i splunął ostentacyjnie na chodnik. Spojrzał jeszcze wzdłuż ścian Mariotta. Tam, na samej górze tkwił przedmiot jego marzeń - własne biuro na ostatnim piętrze, potwornie ekskluzywne i nieludzko drogie. Teraz zajmował je International Paper – pół piętra miały Klucze z ich pachnącą srajtaśmą i innymi artykułami higienicznymi, drugie Kwidzyń od ryz papieru do ksero, drukowania i bazgrania na plastyce. Jakże daleko od tego biura był teraz!
Nagle nieuważny przechodzień trącił go ramieniem, przerywając strumień ponurych myśli. Zakręciło nim tak, że musiał oprzeć się o barierkę.
- Ciąg się, kutolu, bo zęby pogubisz! - syknął za nim, lecz nie na tyle głośno, by tamten mógł usłyszeć - Kurewskie miasto, jak ja cię nienawidzę.
Powlókł się ku przejściu podziemnemu pod Alejami Jerozolimskimi. Skrzywił się ze wstrętem na widok tłumów, jakie tamtędy płynęły i dał im się ponieść ku wyjściu na perony. Większość z oczekujących zajęła już miejsca w wagonach drugiej klasy, ”jedynki” przeważnie były luźniejsze. W przedziale, gdzie przydzielono mu miejsce, siedział tylko jeden człowiek. Był to elegancko ubrany mężczyzna około trzydziestki. Krystian omiótł go półprzytomnym wzrokiem, cisnął kurtkę na siedzenie i stanął przy oknie na korytarzu. Zapalił papierosa. Czterdziestego, pięćdziesiątego tego dnia? Refleksja zatliła się na dnie jego omroczonego umysłu i zaraz zgasła. Miał ochotę wypalić i sto.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...