Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Widzisz, mój drogi przyjacielu. Dzisiaj mam 60 lat i na wszystko patrzę z perspektywy siwej głowy. Mogę spokojnie opowiedzieć Ci o wszystkim, czego doświadczyłem, chociaż serce moje przepełnione jest goryczą i ciągłym pytaniem o sens, o sens wszystkiego.
Tak do końca nie wiem ile mam lat, ani gdzie się urodziłem. Rodzice nigdy o tym nie mówili, a ja nie miałem prawa pytać. Nasze pytania, moje i innych dzieci, z założenia były „nie na miejscu”. Nie wolno było. Nie pytaliśmy.
Jak przez mgłę widzę roześmiane twarze moich rodziców, jakichś starszych ludzi, zwierzęta, no wiesz…psy, koty; czasem przypomina mi się zapach świec, gdy we wszystkich oknach zabrakło prądu; smak deszczu i obecność chmur. Były też place zabaw. Jeden taki miał nawet „diabelski młyn”. Tak długo nim jeździłem, że przez dwa następne dni na samą myśl o karuzelach robiło mi się niedobrze. Gorąco na duszy, kiedy przychodzą te wspomnienia. Dziwne, bo pamiętam tylko takie krótkie… epizody. Potem nagle wszystko się skończyło, to znaczy skończyła się spontaniczność i roześmiane twarze i nawet nieumyślne wdeptywanie w psie kupy. Dla Ciebie psie kupy to żadna frajda, a dla mnie po prostu życie, które zatrzymało się szóstego czerwca 2666 roku o godzinie szóstej rano. Pewnie powiesz, że to cyfra diabelska. Nie wiem. Dla mnie, to przejście z radości w nieustający smutek. Zresztą sam zaraz usłyszysz..
Kiedy o szóstej rano przyjechaliśmy pod RUM, miasteczko w którym zaczęła się i skończyła moja rozpacz, byliśmy oczarowani. Dookoła żadnych murów, żadnych bodyguard’ów tylko mnóstwo jaśminu i czereśni. Pachniało, a mama zatrwożonym głosem wyszeptała, że bez ochroniarzy w takim vip-miasteczku nie mamy szans na bezpieczeństwo. W ogłoszeniu podane było, że RUM jest najdoskonalszym miejscem na ziemi; dla mojej rodziny oznaczało to firmę ochroniarską, supermarkety i takie tam. Weszliśmy. Nie było żadnej bramy, ratusza, ani głównej ulicy, a mimo to instynktownie wiedzieliśmy którędy wejść i dokąd podążyć. Samochody musiały być parkowane poza miastem. Do dzisiaj nie mam pojęcia jak to się działo, że nikt tych samochodów nie okradał, mam na myśli ludzi z tak zwanej reszty świata.
Zamieszkaliśmy w trzypiętrowym domu. O wiele za dużym jak na naszą trzyosobową rodzinę-mama, tata i ja, ale takim samym jak innych mieszkańców. Oczywiście. Był piękny i od razu umeblowany. W salonie na poddaszu kominek z czerwonej bursztynowej cegły-drogiego i bardzo rzadkiego materiału. Dach ze szkieł, a ponad nim odwiecznie nieskazitelne czyste niebo. W czasie lata dach i ściany domu dawały ożywczy chłód. W czasie zimy mieliśmy ciepło. Przytulnie? Nie, tego słowa wtedy nie znałem. Na nasz przyjazd nikt się specjalnie nie cieszył i nikt nie dziwił. Potraktowano nas jak starych mieszkańców, co w zupełności odpowiadało moim rodzicom. Ja przeżyłem szok. O życiu tam mogę opowiedzieć Ci z najdrobniejszymi szczegółami, bo był nakaz prowadzenia pamiętników. W każdym domu ojciec rodziny opisywał wydarzenia dnia ze wszystkimi detalami. Codziennie o szóstej wieczorem, odbywał się pamiętnikowy rytuał.
Wiesz już, że nie wolno było o nic pytać. Musieliśmy dostosować się i już. Odwrót? Masz na myśli wyprowadzenie się z RUM? Nie wiem. Nigdy nie próbowaliśmy i nawet nie przyszło nam to do głowy. Psychiczność nasza trwała w absolutnej bezwoli. Tak było prościej i wygodniej. Mówiliśmy, że jesteśmy szczęśliwi, ale znaczenie tych słów nie było naszym. Powtarzaliśmy to, co mówili inni.
Moje życie tam dzielę na kilka okresów. Pierwszy to jaśminy i zapach. Drugi to jednakowość i obojętność, które nawiasem mówiąc, towarzyszyły mi do końca egzystencji. Trzeci to szkoła, czwarty- kościół, piąty-zakochanie i szósty- więzienie.
Dwa z nich już poznałeś. O szkole mogę długo, ale nie chcę. Dla mnie była całkiem zwyczajna, bo tylko takiej doświadczyłem. Spędzałem w niej czternaście godzin każdego dnia. W niedziele było krócej-dziesięć godzin. Uczyło się nas tam około tysiąc osób w różnym wieku. Nigdy nie robiliśmy sobie krzywdy. Nie skarżyliśmy jeden na drugiego. Za trójkę w dzienniku można było pójść do więzienia, więc byliśmy najlepszymi uczniami w kraju. Nawet, jeśli ktoś miał ochotę na zrobienie psikusa nigdy mu się to nie udało. Dorośli natychmiast przystępowali do akcji. Zakładali delikwentowi kajdanki i wsadzali do więzienia. Oczywiście, że normalnego więzienia. A czy są jakieś inne? Skąd wiedzieli, że istnieje zagrożenie ze strony ucznia? Odpowiedź jest bardzo prosta: po minie, po wyrazie twarzy. Obowiązkiem wszystkich obywateli było trwanie w smutku. Usta osób wiarygodnych wyrażały rozpacz, a miny gotowość do płaczu. Oczy-nie. Nie były smutne tylko złe; moim zdaniem, jedynie człowiek z nienawiścią w sercu, gotowy do samobójstwa może mieć takie oczy. Jeżeli z jakiegoś powodu wargi lekko uniosły się w kącikach ust, padało podejrzenie, iż zawierają w swych zmarszczkach tajemniczy świat, znany tylko ich właścicielowi, bo nieopisany w ojcowskim pamiętniku. Daj mi spokój; ja nie mam pojęcia, kto wymyślił, że wszyscy mamy być jednakowi. Wtedy tak miało być i już. Też byłem „uniformem”. Każde miejsce w RUM, w którym zbierało się więcej niż cztery osoby, miało swoją specyfikę. Oj, nie mów mi, że rozumiesz, bo nie rozumiesz! Czy uważasz za normalne, aby dziecko zadające pytanie ‘skąd biorą się dzieci’ otrzymało od razu odpowiedź z najdrobniejszymi detalami? W naszej szkole tego typu zjawiska były na porządku dziennym. Wyglądało to mniej więcej tak:
- proszę pani, a skąd biorą się dzieci?-pytam; mam dopiero pięć lat.
- zaczekaj chwilkę, uczniu. Zadzwonię po specjalistę.
Czekałem 15 minut, po czym wszedłem do sali wyświetleń i tam w sposób szczegółowy dowiedziałem się na temat kopulacji. Pokazano mi film erotyczny, ze wszystkimi zbliżeniami miejsc intymnych, a pani, która była od tych spraw, udzielała swojego głosu, opowiadając o tym, co widzę na filmie i nie tylko. Pamiętam, że pomimo totalnego zadziwienia i jednak ciągłych wątpliwości czułem wstręt. Każdego dnia, przez siedem dni, wymiotowałem. Wtedy pierwszy raz znienawidziłem moich rodziców i od wtedy mój wzrok był naprawdę zły. Tak w tej szkole było ze wszystkim. Niektórzy cieszyli się, że przynajmniej tam mogli zadawać pytania. Za każdym razem zjawiał się specjalista i tłumaczył. Ja nie spytałem już nigdy. O nic.
Kościół, to dopiero odlot. Nie dziw się. Tam mieliśmy taki haj, że głowa mała. Stary…Nie mów mi o swoich dreamach dopóki nie dowiesz się o Kościele. Sam budynek był jednym wielkim niuchem.


PS’
Chyba przynudzam i pewnie nikt nie ma ochoty na ciąg dalszy. Z pewną taką nieśmiałością wysyłam tę , no cóż, może chałę, a może nie-chałę.

Opublikowano

Wizja dosyć ponura, ale może zainteresować. Rzeczywiście wymaga kotynuacji, bo kończy się na niczym.
Wypunktuję kilka wyłapanych przeze mnie błędów, czy niejasności.
Dzisiaj mam 60 lat...Tak do końca nie wiem ile mam lat- no to wie, czy nie?
we wszystkich oknach zabrakło prądu- prądu w oknach?!
usłyszysz.. - ...
Oczywiście. - co oczywiście?
odwiecznie nieskazitelne czyste niebo- odwiecznie? -może miałaś na myśli stale?
do końca egzystencji- to narrator nie żyje?
- proszę pani, a skąd biorą się dzieci?-pytam; mam dopiero pięć lat.
- zaczekaj chwilkę, uczniu. Zadzwonię po specjalistę.- dlaczego z małej litery? i po co to "uczniu"?
Kościół, to dopiero odlot. Nie dziw się. Tam mieliśmy taki haj, że głowa mała. Stary…Nie mów mi o swoich dreamach dopóki nie dowiesz się o Kościele. Sam budynek był jednym wielkim niuchem.- tutaj ni stąd, ni z owąd wprowadzasz slang młodzieżowy

Opublikowano

wzięło mnie na dobre. chyba dlatego ze dawno nie czytałam żadnej dobrej książki, wiec moge być mało obiektywna. Szczerze jestem ciekawa co bedzie dalej , bo ten wyrywek przeczytałam jednym tchem. zastanawiam sie czy masz juz wiekszość czy dopisujesz wedle potrzeby. bo jesli masz kontynuację to licze ze nie zawiedziesz i podasz do publicznego przyjemnego uzytku - przeczytania...
pozdrawiam
always born

Opublikowano

Cieszy mnie fakt, że dla niektórych to nie chłam.
Niestety, ciąg dalszy dopiero znajdzie się na papierze, ale pomysł i koncepcja są już od dawna.

Co do porad pana Leszka-chętnie się dostosuję, ale najpierw muszę znależć odrobinę czasu.

Bardzo schlebiają mi Wasze wypowiedzi. Troszkę odfrunęłam, ale podejrzewam, że wkrótce ktoś postawi mnie na ziemi.

Pa

Opublikowano

witaj po trzykroć kasia - hihihi
twoje opowiadanie przywodzi mi na mysl opowiadania Dicka, Orwella "rok 1984" to również, ciekawe ujęcie znanego mi tematu, podobało mi się, nie powielasz pomysłów, tylko idziesz dalej,
ale ma rację Leszek Dentman / zaufaj mu , on jest specem od wynajdywania wpadek technicznych / że warto popracować nad tekstem
pozdrawiam

Opublikowano

Chociaż w żadnej mierze nie było moim zamiarem budowanie Orwell'owskiej atmosfery, to muszę jednak przyznać, że pisząc je poczułam to samo, co podczas czytania '1984'. Cudowna książka.
Oczywiście, że pan Leszek ma rację.

Bardzo dziękuję. Pozdrówko

Opublikowano

Opowiem ci potrójna Kasiu stary kawał;
Kiedy sowieci przyjmowali do gułagu Polaków przesłuchiwał ich najpierw NKWD-owiec, a zapisywał je ktoś, kto umiał pisać.
-Imia i familija?!
-Pankracy Pankiewicz.
...
-U nas panow niet. Piszi Kracy Kiewicz!
U nas panow niet. Pisz Leszek.
Pzry okazji drugi dowcip z tej samej serii. Tym razem przed oficerem NKWD stoi japoński jeniec.
-Kak tiebia zowut?
-Matsuka.
...
-Piszi Sukinsyn!

Opublikowano

Te same uwagi, co Lechu - zmiany tonacji ostatniego akapitu zupełnie nie rozumiem: po co w takim razie moralizujący ton jakichś 98% procent tekstu?
-dowiedziałem się na temat kopulacji - dziwoląg. Albo dowiedział się wszystkiego na temat kopulacji, albo dowiedział się o kopulacji.
- zadziwieniu - stylizacja na styl biblijny czy jak? - zdziwieniu wystarczy. Zadziwieniu nie pasuje do całości tekstu swoim ładunkiem stylistycznym. Nie dam się przekonać, że to zamierzony zabieg. Trąci nie tylko Orwellem, ale i Huxleyem. Bez szczytów odkrywczości ale rokuje.

Opublikowano

Potencjał w tym widzę, ale sporo Cię czeka pracy. Pierwszy akapit kulawy jak zbowidowiec przed nadejściem renty. Po co tyle "wszystko"??? Męczy mnie perspektywa siwej głowy, ale mogę się mylić.

Poza tym nie wiem, może ja jakiś głupi i niecny jestem, ale mnie pornochy za dzieciaka rajcowały bardziej od lodów Bambino i wody z saturatora. Nie spotkałem też osoby, która by po nich rzygała, ale cóż, może tak i jest...

Opublikowano

Pracy dużo-oj i to bardzo dużo. Przede mną.

Moim zdaniem pięciolatek i porno to przegięcie. Naturalnym jest fakt, że do rzeczy 'figlarnych' ciągnie dziecko przez ciekawość i posiadanie zwykłych, normalnych objawów, oczywiście. Troszkę inaczej ma się sprawa, jeśli wszystko pokazane jest bardzo dokładnie, a jeszcze gorzej, jeśli dziecko-w trakcie zapoznawania sięz golizną i kopulacją- obserwowane jest przez nauczyciela. Poza tym nie wydaje mi się, aby u tak małego dziecka pozostało to bez oddźwięku w życiu przyszłym.

Bardzo dzięki za koment.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Proszalny to ja dziękuję za tak piękne i mądre słowa

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Berenika97 No właśnie w wierszu naprawdę umiera sam Bóg a koniec dopiero wskazuję że zastępuję go człowiek - istota grzeszna, mierna i niegodna bycia drugim po Bogu. A ludzie pozbawieni opieki absolutu, dziczeją i dlatego

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Ten wiersz stawia pytanie - co dzieje się z cywilizacją po "śmierci Boga".
    • Na strychu, pośród podartych draperii, znajdowały się drzwi z namalowaną gwiazdą. - W sercu gwiazdy ukryty jest kot - tak twierdził Magot, malując na drzwiach coś, co przypominało włochaty jasiek. “Jej Kot” uważał, że to, co namalowane nie jest istotne. Ważniejsze, żeby w miseczce znajdował się koniak i pasztet z gęsi. Strych skrywał wiele podobnych drzwi, lecz tylko na prowadzących do pokoju hipnotyzera widniała gwiazda.   Wnętrze izby oświetlało okno wielkości księżyca w pełni. Mleczne szkło kładło do snu cienie, a w dzień błyszczało poświatą. Bałagan, zupełnie niepodobny do bogatego wystroju reszty domu, przypominał chaos panujący w głowie Magota. Ściany strychowej izby obłożone były półkami z mahoniowego drewna o miłym, wiśniowym odcieniu. Na półkach, za którymi lustra sprawiały wrażenie przestronnej przytulności, leżały księgi i pojedyncze archipelagi nic nieznaczących bibelotów. Pod sufitem wisiały klatki z egzotycznymi ptakami, a podłoga wyłożona intarsjowanym drewnem, wyobrażała tarczę słońca. Panująca tu cisza sprawiała, że słychać było myśli poprzedzające słowa oraz myśli towarzyszące ptasim trelom. Łabędzie kształty mebli nadawały wnętrzu pozorów lekkości i czegoś, co pozwalało układać niepokój w harmonijne wzory. Bujane fotele swoją masywnością budziły zaufanie i sprzyjały rozmowom tak błahym, jak choćby sposoby jedzenia pomarańczy. Magot przyjmował gości, siedząc w jednym z foteli. Przed sobą, na niskim stoliku, miał szklaną kulę i zapaloną świecę. Kula i świeca robiły dobre wrażenie na klientach - wyczytał to w jednym z podręczników magii.   Podczas seansów hipnozy, gdy Magot docierał do skrytych myśli i poprzednich żyć klienta, jego kot, zwany “Jej Kotem”, zazwyczaj leżał na pluszowej sofie i mruczał senne murmuranda. Czasami pozwalał sobie na drobne uwagi. Na szczęście nie czynił tego zbyt często, bo nikt nie lubi gadatliwych sublokatorów, zwłaszcza w czasie transu bywają uciążliwi. Kiedy znajdujemy się sam na sam z otchłanią, nawet jedno słowo potrafi zmienić bieg wizji. Wizje, majaki, mary, widziadła ciężko interpretować w hałasie oraz na trzeźwo. Toteż zarówno “Jej Kot”, jak i Magot, lubili popijać koniak z wnętrza szklanej kuli, która w przerwach pomiędzy seansami zastępowała karafkę. Było tu także ogromne biurko, mające tę dziwną właściwość, że pozostawione na nim przedmioty, następnego dnia nie leżały na swoim miejscu. Ołówki, gęsie pióra, gumki, kałamarze, rachunki z pralni - wszystkie te rzeczy zdawały się żyć własnym życiem, co zresztą nie przeszkadzało Magotowi. Biurko kryło w swoich czeluściach to, co jest potrzebne do codziennego życia. Poczynając od szpargałów pełnych zapisków i rysunków golema, poprzez fajki i woreczki z tytoniem, mapy skarbów, aż po zasuszone głowy krasnoludów. Można było tam znaleźć dosłownie wszystko - o ile się dobrze szukało i wiedziało, co chce się znaleźć. Na biurku stała zakurzona lampa z zielonym kloszem. W bezksiężycowe noce oświetlała wnętrze muślinowym światłem, przy którym tak dobrze czyta się stare księgi i wyszywa na makatkach magiczne zaklęcia. Wyszywanie zaklęć i aforyzmów było jedynym hobby Magota.   *   Pewnego wieczoru do drzwi zapukał elf, postać nieistotna, zdawałoby się tło tej opowieści. Magot otworzył ubrany w szlafrok koloru bordo. W rozchylonym dekolcie widniał medalion z okiem Ozyrysa. Ozyrys był najnowszym hitem na magicznym rynku mody, bogiem sprowadzonym zza oceanu. - Nic nie mów - dotknął jedną dłonią własnego czoła, drugą czoła gościa. - Jesteś ósmą emanacją bogini Anariel, a może jednym z cherubinów jej strzegących? Jak sądzisz? - Pytanie rzucił w głąb pokoju, jakby ktoś tam się krył. Odpowiedział mu ryk lwa i odgłos chłeptania koniaku z miseczki. - Ależ wybacz! Nieelegancko z mojej strony, że się nie przedstawiłem. Jestem Magot. - Laizarel. Mieszkam piętro niżej - odparł elf z uśmiechem. Magot widywał go wcześniej. Wiele razy podziwiał pełną gracji sylwetkę, lecz podziw ten był podziwem na prywatny użytek i nigdy nie wpadło mu do głowy, by dzielić się nim z kimkolwiek, w tym także z Laizarelem. Tym razem było inaczej. Światła świec i mistyczna noc zwęziły przestrzeń między nimi. Za plecami hipnotyzera rozległ się szmer, tupot włochatych łap i pisk zarzynanej myszy. Wiatr zawył w strychowych krokwiach, zagrał melancholijną symfonię o starości. - Lubisz odgłosy wiatru w kominie? - Hipnotyzer przysunął się do Laizarela, patrząc mu w oczy. - Jak myślisz, o czym opowiada wiatr? Drzemiący na sofie “Jej Kot” pomyślał, że jest to najgłupsze pytanie, jakie słyszał. - O wolności - odparł elf, wypełniając pierś chłodnym powietrzem. Magot westchnął z uznaniem i wskazał mu jeden z foteli. - Zaskoczyłeś mnie, przyjacielu. Zwykle słyszę tylko skargę. Ty usłyszałeś słowa wolności. To imponujące.   Trunek przyniesiony przez Laizarela wypełnił kryształowe kielichy. Magot nastawił ogromny patefon z tubą wielkości okrętowej syreny. Najpierw rozległy się trzaski. Z odległej galaktyki nadawano szum, biały szum, a później melodia mówiąca o... no właśnie, o czym? Tenor, zapewne ork, śpiewał:   “Rozpuszczalna kawa, rozpuszcza resztki snów. Piosenki o miłości. Znam je wszystkie, lecz wciąż pragnę nowych. Gdy śpiewam, myślę o modliszkach, ukrytych w kwiatach naparstnic. Czekają na swoje ofiary.”   Ostatnie słowo było popisem solisty. "Ofiary" po zakończeniu pieśni długo dogorywały w uszach. Następnie z głośnika popłynęło mambo. Magot nie kazał długo czekać i bez zbędnych słów porwał Laizarela w ramiona. Nogi drobiły w rytm muzyki. Niewidzialna siła poruszała ramionami, kazała głowie wyginać się w przód i do tyłu. Hipnotyzer poczuł, że unosi się nad podłogą i rzeczywiście, coś było na rzeczy, bo deski przestały skrzypieć pod nogami. Szum deszczu zmienił się w szum fal i można było przysiąc, że stojąca w rogu paprotka - samotna panna, której nikt nie zaprosił do tańca - zmienia się w kołyszącą nad egzotycznym morzem palmę. Świetliki w lampionach płonęły pożądaniem. - Świetnie pan tańczysz - szepnął do ucha elfa. - Taniec i muzyka przypominają beztroskie chwile. Papugi w klatkach trzepotały piórami, je także porwało mambo. Na tancerzy sypały się pióra, tęczowe konfetti.      
    • Uroczy, nostalgiczny tekst. Czytałem też o Julii z Kurlandii. Oba opisują świat, którego już nie ma, który wydaje się nierealny. Tamten czas i wydarzenia były tak bardzo ważne. Ważne jak życie, które okazuje się być jedynie strzępkami snu. Tak samo to, co dzieje się teraz. Nic nie jest prawdziwe i trwałe, dlatego zadaję sobie pytanie - co byłoby, gdybyśmy przestali lać wodę na młyńskie koło? Czy rzeka przestałaby płynąć? Myślę o emocjach, myślę o tym, że człowiek przywiązuje zbyt dużą wagę do własnego istnienia  I chociaż cieszył każdy kolorowy sen, nie da się go ze sobą zabrać, bo nic nie należy do nas. Mimo to dobrze, było i jest wynurzyć się na chwilę z ciemności. Zobaczyć jak płonie i gaśnie świeca.  Jest w Twoich słowach spokój ducha i mądrość. Dziękuję Ci za nie.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Szukam tego co będzie potem, bo to przybliża mnie do odpowiedzi o sens tego co jest teraz. Tak to chyba czuję. Dziękuję Waldku i pozdrawiam. @Stracony   @Benjamin Artur @Leszek Piotr Laskowski  @Poet Ka  @piąteprzezdziesiąte   @Poezja to życie   Bardzo dziękuję za uznanie, że utwór jest wart przystanku i refleksji.   @Berenika97  Może nawet Twoje pytanie "dlaczego jestem sam" lepiej tutaj pasuje niż "samotny". Bo przecież nie chodzi o  samotność wynikającą z braku kogoś przy boku, ale samotność w tłumie. Rozpaczliwe wołanie do Człowieka i o Człowieka. Utwór mógł lepiej to oddać, dlatego cieszę się, że mimo to jakoś się "sprzedał" :) Kolejny niedokończony wierszy, może uzupełni i dopełni przeżywane rozterki. Bardzo dziękuję Bereniko.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...