Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Jak co dnia, jeszcze przed pierwszym brzaskiem brutalne szarpnięcie i krótkie: już czas, wyrwało mnie z błogiego snu. Klnąc w duchu, zwlokłem się z posłania i pobiegłem za potrzebą do gaju oliwnego. Młodsze rodzeństwo miało więcej szczęścia. Zawsze wstawali, gdy słońce było już wysoko i po ogarnięciu domu i nakarmieniu zwierząt, zostawało im sporo czasu na zabawę. Mnie, jako najstarszego, czekała już tylko harówka do samej śmierci.
Ojciec szybko objuczył osiołki i ruszyliśmy do miasta. Przez całą drogę milczeliśmy. On pewnie obliczał ile trzeba zarobić, żeby nasza rodzina nie cierpiała głodu, ja obrażałem się na cały świat, że ciągle chodzę niewyspany. Gdy zza drzew wyłonił się rąbek słońca, warzywa i owoce czekały już w skrzyniach na pierwszych klientów. Przyszedł czas na śniadanie. Łapczywie napełniłem żołądek świeżymi daktylami i przysiadłem na wciąż zimnym po nocnym chłodzie kamieniu. Dopiero koło południa ojciec dawał mi pajdę chleba, a wieczorem jedliśmy główny posiłek w domu.
Zrobiło się całkiem jasno i wokół naszego straganu zaczął kłębić się istny tłum. Ojciec handlował, ja zaś pilnowałem, żeby nikt nam nie ukradł choćby małej figi. Paru złodziejaszków udało mi się przyłapać. Podnosiłem wtedy wielki krzyk, a ojciec ruszał do ataku ze swoją sękatą laską. Pomagał też tłum, bijąc i kopiąc pechowca, który po takiej nauczce więcej do tego zajęcia nie wracał. Nasz stragan cieszył się tak złą sławą wśród złoczyńców, że omijali go z daleka.
Lubiłem podpatrywać ojca, gdy dawał się ponieść żywiołowi handlu i w pocie czoła ważył, wydawał resztę, komentował najnowsze wieści, obśmiewał anegdoty. Było w nim coś dostojnego, co mi się strasznie podobało. Umiał patrzeć człowiekowi prosto w oczy, a siwizna na skroniach i brodzie przypominała, że niejedno w życiu widział i przeżył. Chciałem kiedyś być taki, jak on.
Po południu, kiedy ruch na bazarze zmalał, dostałem wolne i mogłem zająć się swoimi sprawami. Moje sprawy polegały głównie na włóczędze po mieście i wypatrywaniu okazji na łatwy zarobek. Zwykle siadałem na schodach świątyni lub u bram miasta, oferując usługi przewodnika, tragarza, mistrza drobnych sprawunków.
- Ezaw, zawsze do usług. Pomoc w sprawach wszelkich!!! – tak brzmiało moje hasło.
- Ej, mały – zaczepił mnie gruby jegomość, od którego porządnie wionęło winem – Gdzie tu jest najbliższa gospoda?
- Zaprowadzę pana za co łaska – odparłem z chytrym uśmiechem.
- Prowadź, byle szybko. Sucho mi, jakbym octu popił...
Ruszyliśmy pełną słońca ulicą. Gruby pocił się okrutnie i wcale nie mógł za mną nadążyć. Sadził drobne kroczki, a brzuch mu dyndał, jak bukłak pełen wody.
- Zrobiłem interes życia – sapał mi za plecami – Zdobyłem w pałacu namiestnika zlecenie na zastawy stołowe i dywany. Za dwa dni wyruszam po towary. Ale dziś świętuję.
Zaprowadziłem go do gospody Dawida. Mimo dość wczesnej pory, przy każdej niemal ławie siedzieli biesiadnicy. Szumiał gwar rozmów, tłuszcz ściekał po brodach, wino kapało na brudne szaty. Znalazłem dla mojego pracodawcy wolne miejsce i uniżenie podziękowałem za monetę. Zaraz nadszedł Dawid, by przyjąć zamówienie. Mrugnął mi okiem, więc pobiegłem za kotarę, gdzie krzątała się przy piecu jego żona.
- Dobrze się spisałeś – pochwalił i też wręczył mi monetę.
- To gość specjalny. Dobrze dziś zarobił. Będzie hojny...
Dawid zmierzwił mi czuprynę i dołożył drugą.
- Będą z ciebie ludzie.
Zadowolony wróciłem na ulicę. Słońce było jeszcze dość wysoko, więc nie musiałem spieszyć się na bazar. Czułem, że niebiosa mi sprzyjają i chciałem wycisnąć z tego jak najwięcej. Zbierałem na własnego osiołka, którym mógłbym wozić rozmaite towary. Często słyszałem na bazarze jak ktoś narzekał, że nie ma kiedy pojechać gdzieś po towar. To była robota w sam raz dla mnie. Musiałem tylko natrudzić się setnie, by uzbierać odpowiednią sumę.
Żadna z twarzy na ulicy nie wydała mi się interesująca. To byli sami mieszkańcy okolicznych domostw, rzemieślnicy z pobliskich warsztatów, żołnierze. Przysiadłem na kawałku porzuconego drewna i wyglądałem kolejnej okazji. Długo nic się nie działo. Trochę podłubałem w nosie, pobazgrałem patykiem na suchym piasku i zacząłem się nudzić. Słońce było coraz niżej. Razem z nim gasły moje nadzieje. Ulica wyludniała się, szanse na zarobek gwałtownie malały. Coraz więcej kręciło się typów spod ciemnej gwiazdy, u których mogłem liczyć co najwyżej na kopniaka.
Rozczarowany powlokłem się w stronę bazaru. Nagle zza rogu wyszedł prosto na mnie jakiś dziwny człowiek. Obaj przystanęliśmy. W jego oczach ujrzałem przerażającą pustkę, jakby nie oglądał nimi świata, tylko rzeczy innym ludziom niedostępne. Miał posturę żołnierza, ale zamiast oręża trzymał w dłoni wysłużony kij. Na pewno nie był tutejszy. Niech mnie licho – przemknęło mi przez myśl i postanowiłem zaryzykować.
- Ezaw, zawsze do usług – bąknąłem bez przekonania.
Spojrzał na mnie i jego oczy na chwilę ożyły.
- Co można kupić za 30 srebrników? – zapytał.
Głos miał zduszony. Mój dziadek miał podobny, gdy umierał w ciemnej klitce z tyłu domu. Potrząsnąłem ramionami i wtedy pewien zwariowany pomysł strzelił mi do głowy.
- A ma pan tyle? – spytałem głupio, a kiedy nie odpowiedział, dodałem szybko – Bo ja mam widoki na niezły zysk.
- Proponujesz mi spółkę, chłopcze?
Wyraźnie się rozluźnił. Musiałem go nieźle rozbawić. Co było robić – pokiwałem energicznie głową.
- Może gdybym był młodszy – klepnął mnie w ramię – Chodź. Dotrzymaj mi towarzystwa.
Ruszył, a ja bez przekonania starałem się dotrzymać mu kroku. W każdym mijanym sklepie pytał co może dostać za te swoje 30 srebrników. Stałem z boku i słuchałem jak kupcy gorączkują się przy ostatnim kliencie. To było naprawdę dużo pieniędzy, więc jeden przez drugiego proponowali zniżki, dowóz do domu i inne niezwykłe udogodnienia, byle tylko zostawił swój skarb właśnie u nich. Jeden stary Arab szedł za nim na kolanach, szarpiąc jego szatę i prosząc, by zainwestował w wonności i sukna, a za miesiąc kwota się podwoi. Ale mój towarzysz nie był zainteresowany żadną ofertą. On chyba postanowił drażnić wszystkich wokół swoją pokaźną sumą i na tym koniec. Arabowi powiedział, że nie ma tyle czasu, a ja zacząłem tracić nadzieję, że coś mi się jeszcze tego dnia trafi. Wtedy postanowił wstąpić do gospody Dawida.
W drzwiach uśmiechnął się do mnie krzywo.
- Oto prawdziwy kres naszego wędrowania.
Też się uśmiechnąłem. Jeśli nic na nim nie zarobię, to moneta od Dawida osłodzi mi poczucie klęski.
- Pozwolisz się ugościć?
Spojrzałem na niknące za wzgórzami słońce i podrapałem się w głowę.
- Nie marnujesz ze mną czasu. Zostaniesz sowicie wynagrodzony.
Usiedliśmy w kącie przy oknie. Zaraz zjawił się Dawid.
- Gospodarzu, co mogę mieć za 30 srebrników?
- Ho, ho! Możesz urządzić suto nakrapianą wieczerzę dla połowy miasta.
- Wieczerzę!? A to dobre! Nie jestem godzien.
- Każdy jest godzien wieczerzy po znojnym dniu.
Obaj zarechotali, choć pewnie żaden z nich nie wiedział dlaczego.
- To daj mi wina, a temu młodzieńcowi co zechce.
- W tej chwili...
Dawid zniknął za przepierzeniem. Rozsiadłem się wygodnie.
- Jak cię zwą, panie? – zapytałem uprzejmie.
- Mojego imienia nie nada żaden rodziciel dziecku nawet za tysiąc lat.
Cmoknąłem niecierpliwie. Powoli zaczynały mnie denerwować te jego zawiłe wywody i arogancki stosunek do otoczenia. W naszej wiosce takie zachowania prowadziły do wrzenia, a potem nieszczęśnik nie umiał opędzić się od złośliwości. Znałem takich ludzi głównie z tego, że nie mieli łatwego życia.
- Dziwny z ciebie człowiek, panie.
Popatrzył na mnie chłodno, jak gdyby to miano sprawiało mu przykrość.
- Człowiek przeklęty...
Dawid przyniósł dzban wina i spojrzał na mnie pytająco.
- Udziec barani i co tam do niego macie – powiedziałem.
Dawid zaśmiał się i ukłonił dworsko. Bezimienny – bo tak nazwałem w myślach mojego towarzysza – ochoczo dobrał się do wina. Wychylił dwa kubki, otarł usta i zerknął na mnie.
- Ile masz lat?
- Nie wiem. Dużo.
Nalał mi pół miarki, którą od razu dzielnie wychyliłem. Wino zaostrzyło mi apetyt, więc dobrałem się do baraniny, jakbym tydzień nie jadł. Bezimienny popijał bez pośpiechu i w milczeniu przyglądał się moim wysiłkom przy udźcu. Uśmiechał się tak jakoś smutno. Wyciągnąłem ku niemu kość z solidnym kawałem mięsa, ale tylko pokręcił głową. Spojrzał w okno i jego twarz raptownie poszarzała.
- Nadchodzi ciemność – rzekł z bojaźnią.
To już była przesada. Potężny chłop z kijem w ręce drżał na myśl o nadchodzącej nocy! Wino uderzyło mi do głowy, sprawiając że nabrałem śmiałości.
- Kim jesteś, panie?
Podparł się na łokciu i westchnął ciężko, jak gdyby miał w płucach same kamienie. Zanim odpowiedział, krzyknął na Dawida, by przyniósł następny garniec wina.
- Powiedz mi – rzekł, biorąc głęboki oddech – Na pewno czcisz swego ojca i jesteś mu posłuszny. Co byś uczynił, gdyby przydzielił ci w życiu rolę, która przynosiłaby powszechną pogardę?
- Nie wiem - odparłem po prostu.
- Co to za odpowiedź? – sapnął niezadowolony – Jesteś dzieckiem, które w każdej chwili może uciec do zabawek, czy mężczyzną zdolnym do obrony swoich racji?
Zastanowiłem się. Słowa Bezimiennego miały sens. Powinienem posiadać zasady i umieć ich bronić. Nagle przyszło mi do głowy, że lada dzień stanę się dużym mężczyzną i skończy się pobłażanie ze strony ludzi, które dotychczas ułatwiało mi tak wiele spraw. Trochę się przestraszyłem.
- Jaką rolę? – spytałem, nalewając sobie wina.
- Złą, podłą, przeklętą. Masz zostać kimś najgorszym.
Szybko pokręciłem głową.
- Niemożliwe. Ojciec by tego nie zrobił.
Spuścił głowę. Nie atakował dalej. Dawid przyniósł następny garniec wina. Bezimienny nalał do pełna i wychylił w jednej chwili. Już nie ocierał ust. Pił niechlujnie, a wino ciurkiem ściekało mu po brodzie.
- Co jest dla ciebie najważniejsze? – zapytał z błyskiem w oku.
- W tej chwili?
- Choćby!
- Rodzina – odparłem zgodnie z prawdą.
Pokiwał smętnie głową.
- A co będzie najważniejsze?
- Moje osiołki - odparłem bez namysłu – I moje wozy. Będę woził towary.
- To wyobraź sobie, że z narażeniem życia musisz bronić swojego osiołka. Ostrze mierzy prosto w twoją pierś, a tam zabijają twoje zwierze. Co robisz?
- Mojego osiołka? Ciężko zapracowanego? Walczę z każdą armią. Bez niego jestem nikim! Jeśli trzeba oddać życie, nie mam wyboru.
- Nie mam wyboru. Piękne słowa.
Był coraz bardziej pijany. Bełkotał coś do siebie, przeklinał, wymachiwał pięściami. Mrok za oknem gęstniał. Wiedziałem, że znów oberwę. Ojciec na pewno już zwinął stragan i był w drodze do domu. Miałem tylko nadzieję, że będzie warto.
Bezimienny niespodziewanie pogłaskał mnie po głowie. Źrenice mu drgały, nie był w stanie skupić wzroku w jednym punkcie.
- Mam do ciebie ostatnią prośbę – wysapał - Załatw mi najlepszy kawał sznura, jaki o tej porze można zdobyć. Daję za to resztę swoich srebrników.
Oczy mi się zaświeciły. Tyle pieniędzy za kawał sznura? Wytężyłem mózg. Sklepy były już zamknięte, najbliżsi znajomi mieszkali na drugim końcu miasta. Pozostało mi liczyć na Dawida. Pobiegłem za przepierzenie. Siedział na zydlu obok pieca i przeliczał zyski.
- Dawid, potrzebuję porządnego sznura! – krzyknąłem.
- Ciszej – skrzywił się i potrząsnął paluchem w uchu – Na jakie licho ci sznur?
- Szykuje mi się robota...
Pokiwał głową i wstał ciężko. Po chwili dostałem trzy rodzaje do wyboru. Zdecydowałem się na nieco przybrudzony, ale masywniejszy niż pozostałe, kilkumetrowy powróz. Bezimienny drzemał lekko przechylony. Potrząsnąłem go brutalnie za ramię – całkiem jak mój ojciec co rano.
- Mam sznur.
- Co?
- No sznur!
Doznałem zawrotu głowy. Jeśli wymyślił ten sznur w pijackim zwidzie i już tego nie pamięta, nici z moich srebrników. Przetarł twarz i spojrzał na mnie nieprzytomnie. Nagle rzucił mi sakiewkę. Odetchnąłem z ulgą. Położyłem mu sznur na kolanach i pożegnałem się szybko. Kiedy obejrzałem się w drzwiach, on już spał dalej.
Pognałem na skróty przez kamieniste wzgórza. Świadomość zarobionych pieniędzy dodawała mi sił. Złapałem ojca jeszcze przed domem. Śmignął mnie kilka razy batem po nogach i mu przeszło. W domu oberwałbym dużo gorzej, bo byłbym ofiarą pokazowej kary dla młodszego rodzeństwa. Ku wielkiemu niezadowoleniu mamy odmówiłem zjedzenia kolacji i pobiegłem do piwnicy, gdzie za jednym z kamieni trzymałem zarobione monety. Wyjąłem je i przesypałem do mieszka Bezimiennego. Potem zabrałem się do liczenia.
Przed świtem ojciec szarpnął mnie za ramię. Już niedługo – pomyślałem złośliwie – Chaim dorasta. Niech teraz on ci pomaga. Ja idę na swoje. Pobiegłem do gaju za potrzebą i ruszyliśmy do miasta. Nieopodal bramy głównej ojciec przystanął raptownie, a ja na wpół śpiąc, zagapiłem się i uderzyłem głową w ośli zadek. Na tle blednącego księżyca ujrzałem kręcącą się na linie postać. Uwiązany do gałęzi sznur skrzypiał żałośnie. Ojciec ukląkł na dukcie i zmówił krótką modlitwę. Zaciekawiony podszedłem bliżej. W wiszącej postaci z trudem rozpoznałem Bezimiennego i sakiewka, którą przymocowałem do sznurka od portek, zaczęła mi niemiłosiernie ciążyć. Puste oczy patrzyły gdzieś do góry, spękane usta były rozwarte. Ostatnim jego gestem było pokazanie języka całemu światu.

Opublikowano

klnąc w duchu niby- przecinek
szewski parobek- czy zetknąłeś się w tekstach Star-, lub Nowotestamentowych z określeniem parobek?
odbyciu zwierząt- nie śmiem zapytać co on takiego z tymi zwierzętami odbywał
placek manny i gulasz z baraniny - placek raczej jęczmienny (czyli chleb) - gulasz jest natomiast potrawą węgierską. Biedacy w dawnym Izraelu na codzień ograniczali sie do chleba i być może- falafeli
zaczęły kłębić się tłumy- moim skromnym zdaniem- tłum
ojciec handlował, ja pilnowałem- a ja pilnowałe, lub myślnik w miejsce przecinka
nie umiał za mną nadążyć- nie mógł
z wozem... wozić?
popisałem patykiem- umiałeś pisać?- może kreśliłeś, lub bazgrałeś?
wino bewstydnie ściekało mu...- czyli jak?
To by było ( w kwestiach tecnicznych) na tyle.
Artystycznie- po prostu cymes.

Opublikowano

Tu nie zauważyłam żadnych technicznych wpadek, czytało się gładziutko, a dialogi po prostu świetne. Ogólnie bardziej mi się podobało niż pierwsza część, ale może dlatego, że postać tego przedsiębiorczego chłopaka naprawdę ci się udała.

Ogólnie ciekawe ujęcie tego starego jak świat biblijnego tematu... Ciekawe, bo patrzysz oczami różnych zwykłych ludzi. Ja jednak osobiście wolę bardziej demitologizujące spojrzenia.

Opublikowano

Wczytałem się ponownie i jeszcze znalazłem coś, co budzi moje wątpliwości. Chleb z owych czasów, to był raczej rodzaj placka- coś, jak podpłomyki, pizza, czy tortilla. Lepiej niż pajda brzmiałoby zatem kawałek (ułomek) chleba. Patrz- łamał i rozdawał swoim uczniom...
I druga sprawa- czy izraelici w owych czasach nosili porcięta? Chyba raczej coś w rodzaju przepaski biodrowej... Powtórna informacja o ( co prawda doniosłym) -akcie defekacji w gaju oliwnym zdaje się nie być aż tak istotna.

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Dzieki za odwiedziny. Będzie, jak połączę sacrum z profanum, a to nie takie łatwe. Musi potrwać. Sprawa zbyt poważna, by dziłać szybko. Może zdążę przed następną Wielkanocą :)))

Opublikowano

w momencie w ktorym pojawia sie Judasz, bylem pewien ze pojdziesz w kierunku"ostatniego kuszenia chrystusa". widziales? judasz grany przez harveia keitla , pojawia sie pod koniec filmu u zonatego i dzieciatego jezusa po wielu, wielu latach od swojej zdrady i opierdala go za to , ze zrobil to o co jezus prosil , wziął na siebie piętno zdrajcy i zmarnowal sobie zycie, a tu sie okazuje ze na marne...ze jezus w tym czasie, kiedy on żył z tym brzemieniem
, egzystowal sobie w najlepsze, bynajmniej nie jak swięy. myslalem ze zagrasz podobną kartą. ale, na szczescie, miales lepszą. pokazales jego ludzkie oblicze , lepiej niz wielu przed toba. nawet w slynnej (i przereklamowanej )pasji judasz to ciegle TYLKO TEN KTORY WYDAL JEZUSA NA SMIERć i nikt wiecej. tych pare zbolalych min, ktore robi grajacy go aktor , nie czyni z niego czlowieka z krwi i kosci. takiego, w ktorym chciwosc wziela gora i ktory za pozno zrozumial co zrobil. twoj judasz to facet, ktoremu sie wspolczuje. podoba mi sie gdy judasz mowi , ze nikt juz nigdy nie nazwie dziecka jego imieniem. to mowi wiele o tym co dzieje sie w jego glowie i sercu. nie podoba mi sie zdanie , ze sakiewka zaczela chlopakowi niemilosiernie ciazyc. tani chwyt i w tym opowiadaniu niepotrzebny.cale opowiadanie jest jak najbrdziej swietne. pozostaje mi tylko pochylic czolo.
a jako ciekawostke, to ci powiem, ze we wloszech, a zwlaszcza na sycyli wierzą ze J. byl
rudzielcem
. i kazde dziecko , ktore sie tam urodzi z takimi kudlami, ma przejebane na dziendobry. mysle ze stamtąd wlasnie wziął sie stereotyp, ze rudy jest fałszywy.

Opublikowano

Ocvzywiście, że widziałem film Scorsese. Filmoznawca w końcu ze mnie dyplomowany :)
Ale nie sugerowałem się nim. Mój chłopiec jest zmyślony od zera, a o zgodość tak znów nie dbałem :) Dzięki. Sakiewkę chyba faktycznie usunę.

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • sytuacja najgorsza

      znów piszę słowa 

      niech zechcą się rymować 

      niech wpadnie metafora i porównanie by poezja popłynęła a nie tylko szczekanie jak pies na pianie 

      wścieklizną się pojawie w twoim śnie 

      będę bał się wody która oczyścić potrafi ciało i krew a przede wszystkim serce i duszę 

      będę pompował w krwi obiegu gęsta ciemną maź

      nie krew bo ubogą w cały tlen 

      duszę się w twoim śnie 

      i płuca nie napełniają się w zyciodajną materię czyli (powtórzenie cholera ale inaczej sie nir da) z powietrza (jeszcze nie terwz uciekłem tym słowem ale zaraz padnie co w niedawnym wersie i oto jest juz tuz po nawiasie) tlen

      tlen 

      tlen 

      tlen 

      tlen (razy pięć widzisz to rymuje się ze sobą to samo słowo czy off)

      potrzebuję oddechu a jedyne co mam to dym z papierosów którym wśród czterech ścian oddycham i oddychałbym wszędzie tym nikotynowym szczęściem 

      na plaży i w lesie ale tam nie niesie mnie krok

      do monopolowego to jo

      ale nie dalej

      tylko gdy drobne uzbieram wyżebrać się uda na flachę 

      w kieliszek polane ale to niewystarczająca ilość 

      leję tani twardy alklhol w szklankę i wlewam w ryło 

      wuda do ryja

      vvdvdoryjv 

      czarnego skrzydła motyla

      zgubiony w pseudonimach 

      niesiony na skrzydłach 

      znikam

      by zasnąć w sen wieczny jako bezimmirnny

      i to moja nagroda 

      nie do wiary jaki jestem zjebany

      i przeklinać mogą niby inteligentni mówią słowa przysłowia ale prawdziwie mądrzy potrafią nie rzucić kurwą w stronę chama ggdy odpierdala bo w sercu mają miłość Pana i idą w jego słowa by na raj w życiu po sądzie ostatnim zapracować 

      a ja

      odchody piekła 

      robactwo co go diabeł się wyrzeka

      utopiony w rynsztoku z fekalii demonów i grzeszników z kotłów 

      po prostu 

      po kieliszku w szklance się żale 

      szczekanie a na pysku kaganiec

      zeby niepełne w szczęce i dziurawe

      nie obawę a odwagę wykarzesz gdy w twoim śnie będę nawiedzał cię 

      i eutanazję jak się należy z nabitej srebrem strzelby wymierzysz między oczy i nic nikogo tu nie zaskoczy 

      wyzionę tedy ducha i uleci w pył rozbita przez grzechy dusza i opuści atmosferę jak nikt mnie nie chce bo zrobiłem co mogłem by trafić w serce i zdradzić zaufanie i kolejną szansę zamienić na te ostatnie wzruszanie ramionami na nie

       

      czyli tak

      ja to pies 

      ja to pies chory na wściekliznę 

      za późno na ratunek należy ubić podłe złe zwierzę zagrożeniem jestem 

      oto nke pytam dziś pod koniec dziwnego tekstu kim jestem 

      bo wiem że dzięki nim (Oni) udało mi się dojść do błędu 

      obłędu w jakim tkwiłem

      sprawdź sobje wielbłada jako metafore w arabskich tekstach 

      ja nie jestem Nim

      demon z piekła mnie opętał 

      można powiedzieć 

      ale to nie inne byty kierowały mną a winnego mam siebie 

       

      to nie żale 

      to nie ku chwale

      to ku przestrodze dla ciebie żebyś widział dalej 

      niż ja widziałem 

      mimo okulara szkiełka tylko czubek własnego nosa dostrzegam 

      mimo uszu pełnych miodu nje słyszę szeptow innych niz krzyki ego które mi wmawia że jestem okej

      o jej

      olala 

      paczeko (fonetycznie z portugalskiego tłumaczy się na wysoko ale w niematerialnym sensie tylko wyniesion jakos tak nie wiem jak ci to wytlumaczyc sputaj w Hiszpanii) 

      ego 

      nie niosę światła myślę o sobie 

      ja jestem światłem 

      mów mi słońce 

      mówię o największej gwiezdzie którą znam też na b jak imię i ksywa które nadała mi rodzicielska decyzja i ksywka którą sobie sam potem wymyślam 

      b b b b b

      lubię choć nie wolno mi lubić nic tylko do siebie czuć wstręt i hejt jak nienawiść 

      czemu nie potrafię się zabić 

      skoczyć i skończyć 

      wybrać gałąź i owinąć szyję w pętle i runać niczym nazisci i skończyć jak Hussein tylko w pewności zostawić że napewno winny 

      zabiję cię 

      a to ja zasługuje na śmierć 

      przystaw mi broń do głowy i kurwa mać strzel

      niemetaforyczne jak liryczne zabójstwo tylko elektryczne krzesło ku ulgom 

       

      hau hau buda i łańcuch i kagancu na pysku a nie mi tu bazyliszku 

       

      oto ściana słów które nic nje znacząc cóż skąd miód i mleko i ze srebra zastawa na stole komus kto nie doceni nigdy bo jest matolem

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie wiem co źle robię Ale ciągle myślę o sposobie Jak pokochać siebie Jak czuć się jak w niebie   Chciałabym być prosta jak kartka papieru Cienka idealna pełna manieru   Na kartce piszą da się ją przeczytać A ja jestem zamkniętą jak zszywacz   Chciałabym być otwarta i nic nie ukrywać A tak naprawdę muszę zgrywać Że jestem idealna i szczęśliwa jak pies Zawsze gdy ktoś mnie widzi nie wie co mi jest   Nie wie co czuję co się ze mną dzieje Ale co w tym dziwnego jak tylko się śmieje?   Kartka jest prosta czysta jak niebo gdy tylko ktoś na niej długopisem napisze  Brudzi się tylko od niego…
    • @Mitylene tak owszem, zawsze  takie majestatyczne:) dziękuję ci:) pozdrawiam serdecznie:)
    • @brt chce wypić to co ty poproszę namiary kompoty browary dzięki stary
    • @violetta zapach tulonych płatków przywołuje pamięć z dzieciństwa malując w tej miniaturze ciepłe wspomnienie. Podoba mi się metafora " kipiących bzów"- uwypukla bujność tych kwiatów i ich czarodziejski zapach...
    • No to tak  Co zauważam w tym tekście to ostatnie wers za wersem za wersem trzy razy. Super to ale może zedytuj do pięciu bo to cyfra bez skazy gdy ma się dwie piątki w urodzenia dniach daty to się czuje więź. Super wiersz o monecie i reszcie której nawet nie wyda ekspedienkta bo nie jest podmiot liryczny wart centa choć poleciał na wersach. Złamany grosz to coś jak ruletka którą wygrał ale kasyno no nie było stać go na wypłatę bo swoją wdowią monetą o której nawet nie wiedział postawił poewnie piątkę i spadła kulka na kole na tą cyfę a jak czytamy w słowach księgi Wdowi grosz do bardziej wartościowych należy niż bogacza żetonów stosik, gdzie to nadmiaru kawałek fortuny, I tak cebulka wydobyta z dna pod dnem, rzucona na planszy na znaczek z cyfrą jak pięć udała się przepowiedzieć gdzie wyląduje kula na kole ale ale ale  ale ale ale nieświadomość daru gracza nieświadomość gry nie daje im kasyno wygranej zresztą nie stać ich nawet bo ta resztka dobra w nim głęboko pod zgnilizną duszy generalnie (głuopio rymować generalnie słowem ale jakoś tak wychidzi że w wielu miejscach gdzie nic nie można na szybko sklkelić w rym genrealnie słowo daje ten stan ulgi gdzie sklejasz wers rymem tak tu jerst kumasz mnie czy nie pewnie jedno i drugie to tako mądre jak i głupie to tak samo stoi twardo na nogach ale wie jak to jest upaść i twarda podłoga na własne życzenie leży pod twoim cielem (wymyślone słowo przywilej który grafomanowi się takoż samo należy jak i poetom czyli lp w skrócie kmwtw tak tu jest ma rymować się generalnie wielokrotnie najlepiej bo to wyjebanie fajne usłyszane w przestrzeni wersy mówią mi kiedyś a dziś wiem że jak i religia chrześcijańska jak i licencja poetica powinny być mi przywileje odebrane i na nic amen i na nic rymowanie w tekstu ścianie to już nie fajne gdy dziecko we mnie martwe jak sam je zabiłem monster artowaniem na nieświadomości oczywiście jak to ja oto ja kurwa mać (a przekleństwa karmią szatana ale i jemu należy się strawa bo to dziecko Boże i Stwórca marzy może że i Lucyferowi ostatecznie należy się raj (no koniec wojen niech ta pierwsza przykład da i pogodzi się zbuntowany anioł z SYnem Bożym drugim razem narodzonym wśród ludzi i zbijając piątki skończą terror wrogów ze światów niematerialnie istniejących) (zapomniane główne wątki i co zrobić gdy się leci w te klawisze i nie ma czasu wracać do wcześniej co się pisze i się chce tylko stawiać kolejne litery w słowa sylabami ustawione które się spacjami oddzieli bez interpunkcji bez kropek i przecinków bez kitu tu tylko nawiasy z takich znaków dziewczyno chłopaku ratuj to głowa po mocnych trunkach kończy się flaszka za cudzy pieniądz którą w gardło ze szklanki się wrzuca no kurde (choć rymowałoby się kurwa ale te przekleństwa to taka sprawa jednak niezajebista bo raz że karmią szatana który wciąż chce dla nas piekła jak i drażnią ucho i nieprzyjemna nastroju rozmowy wibracja wpada do mózga przez ucha kanały ślimaki (nieporadzisz na te nawiasy już nawet nie chce wracać do głównej myśli do pierwszych fraz do frazy która ten wyrzyg zaczęła tak tu jest tak się dzieje i to nieraz i się niezmienia oto ja tylko do przodu bez pomyślenia jak gaz do dechy gdybym wsiadł do samochodu za kierownice i pewnie pierwszy zakręt powinien być dla mnie oszukać przeznaczenie cudzym cierpieniem i wciąż niedocenienie dobra wokoło tylko ból i cierpienie, zaufanie do człowieka stracone i wzgarda i hańba (pierwsza myśll mi się przypomina znienacka nagła iskra że to komentarz wiersza o monetach pisałem i wkładzie nieświadomym z cebulki kmwtw generalnie piszę generalnie nielubiąc generalnie ale często gęsto to słowo czyli generalnie rymuje się gdy nie wpada nic lepszego do głowy i można z ulgą rymem z generalnie słowa rymowankę złożyć)  O walucie wiersz spowodował że powstaje ściana z tekstu która bezsensem okazuje się i niepotrzebnie wysłana w komentarzu powinna nie była się zacząć by nie mogła się skończyć ale oto ja w tym czasu się dla pokazu i wyżycia wśród szumu trunku którego spożycia w nadmiarze znalazłem szansę i jakoś tak myśli mam niecodziennie dostępne gdy zaciemnienie na umyśle należne z zamknięciem pyska idące w parze którego pożądanie czuje wśród współpasażerów byłych już przedziału pociągu który wiezie mnie nie na miejsce i nie na odpowiedni przystanek o nieodpowiednim czasie zapowiadane co do minuty dotarcie po krzywych torach po szynach które były złe jak moja osoba. A co do wiersza to super że poezja Ci przyszła wena i wiersz się udał bo w rymach wersach i zwrotkach jest forma podziwiam przy tym dniu a to sobota pa
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...