Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Jak co dnia, jeszcze przed pierwszym brzaskiem brutalne szarpnięcie i krótkie: już czas, wyrwało mnie z błogiego snu. Klnąc w duchu, zwlokłem się z posłania i pobiegłem za potrzebą do gaju oliwnego. Młodsze rodzeństwo miało więcej szczęścia. Zawsze wstawali, gdy słońce było już wysoko i po ogarnięciu domu i nakarmieniu zwierząt, zostawało im sporo czasu na zabawę. Mnie, jako najstarszego, czekała już tylko harówka do samej śmierci.
Ojciec szybko objuczył osiołki i ruszyliśmy do miasta. Przez całą drogę milczeliśmy. On pewnie obliczał ile trzeba zarobić, żeby nasza rodzina nie cierpiała głodu, ja obrażałem się na cały świat, że ciągle chodzę niewyspany. Gdy zza drzew wyłonił się rąbek słońca, warzywa i owoce czekały już w skrzyniach na pierwszych klientów. Przyszedł czas na śniadanie. Łapczywie napełniłem żołądek świeżymi daktylami i przysiadłem na wciąż zimnym po nocnym chłodzie kamieniu. Dopiero koło południa ojciec dawał mi pajdę chleba, a wieczorem jedliśmy główny posiłek w domu.
Zrobiło się całkiem jasno i wokół naszego straganu zaczął kłębić się istny tłum. Ojciec handlował, ja zaś pilnowałem, żeby nikt nam nie ukradł choćby małej figi. Paru złodziejaszków udało mi się przyłapać. Podnosiłem wtedy wielki krzyk, a ojciec ruszał do ataku ze swoją sękatą laską. Pomagał też tłum, bijąc i kopiąc pechowca, który po takiej nauczce więcej do tego zajęcia nie wracał. Nasz stragan cieszył się tak złą sławą wśród złoczyńców, że omijali go z daleka.
Lubiłem podpatrywać ojca, gdy dawał się ponieść żywiołowi handlu i w pocie czoła ważył, wydawał resztę, komentował najnowsze wieści, obśmiewał anegdoty. Było w nim coś dostojnego, co mi się strasznie podobało. Umiał patrzeć człowiekowi prosto w oczy, a siwizna na skroniach i brodzie przypominała, że niejedno w życiu widział i przeżył. Chciałem kiedyś być taki, jak on.
Po południu, kiedy ruch na bazarze zmalał, dostałem wolne i mogłem zająć się swoimi sprawami. Moje sprawy polegały głównie na włóczędze po mieście i wypatrywaniu okazji na łatwy zarobek. Zwykle siadałem na schodach świątyni lub u bram miasta, oferując usługi przewodnika, tragarza, mistrza drobnych sprawunków.
- Ezaw, zawsze do usług. Pomoc w sprawach wszelkich!!! – tak brzmiało moje hasło.
- Ej, mały – zaczepił mnie gruby jegomość, od którego porządnie wionęło winem – Gdzie tu jest najbliższa gospoda?
- Zaprowadzę pana za co łaska – odparłem z chytrym uśmiechem.
- Prowadź, byle szybko. Sucho mi, jakbym octu popił...
Ruszyliśmy pełną słońca ulicą. Gruby pocił się okrutnie i wcale nie mógł za mną nadążyć. Sadził drobne kroczki, a brzuch mu dyndał, jak bukłak pełen wody.
- Zrobiłem interes życia – sapał mi za plecami – Zdobyłem w pałacu namiestnika zlecenie na zastawy stołowe i dywany. Za dwa dni wyruszam po towary. Ale dziś świętuję.
Zaprowadziłem go do gospody Dawida. Mimo dość wczesnej pory, przy każdej niemal ławie siedzieli biesiadnicy. Szumiał gwar rozmów, tłuszcz ściekał po brodach, wino kapało na brudne szaty. Znalazłem dla mojego pracodawcy wolne miejsce i uniżenie podziękowałem za monetę. Zaraz nadszedł Dawid, by przyjąć zamówienie. Mrugnął mi okiem, więc pobiegłem za kotarę, gdzie krzątała się przy piecu jego żona.
- Dobrze się spisałeś – pochwalił i też wręczył mi monetę.
- To gość specjalny. Dobrze dziś zarobił. Będzie hojny...
Dawid zmierzwił mi czuprynę i dołożył drugą.
- Będą z ciebie ludzie.
Zadowolony wróciłem na ulicę. Słońce było jeszcze dość wysoko, więc nie musiałem spieszyć się na bazar. Czułem, że niebiosa mi sprzyjają i chciałem wycisnąć z tego jak najwięcej. Zbierałem na własnego osiołka, którym mógłbym wozić rozmaite towary. Często słyszałem na bazarze jak ktoś narzekał, że nie ma kiedy pojechać gdzieś po towar. To była robota w sam raz dla mnie. Musiałem tylko natrudzić się setnie, by uzbierać odpowiednią sumę.
Żadna z twarzy na ulicy nie wydała mi się interesująca. To byli sami mieszkańcy okolicznych domostw, rzemieślnicy z pobliskich warsztatów, żołnierze. Przysiadłem na kawałku porzuconego drewna i wyglądałem kolejnej okazji. Długo nic się nie działo. Trochę podłubałem w nosie, pobazgrałem patykiem na suchym piasku i zacząłem się nudzić. Słońce było coraz niżej. Razem z nim gasły moje nadzieje. Ulica wyludniała się, szanse na zarobek gwałtownie malały. Coraz więcej kręciło się typów spod ciemnej gwiazdy, u których mogłem liczyć co najwyżej na kopniaka.
Rozczarowany powlokłem się w stronę bazaru. Nagle zza rogu wyszedł prosto na mnie jakiś dziwny człowiek. Obaj przystanęliśmy. W jego oczach ujrzałem przerażającą pustkę, jakby nie oglądał nimi świata, tylko rzeczy innym ludziom niedostępne. Miał posturę żołnierza, ale zamiast oręża trzymał w dłoni wysłużony kij. Na pewno nie był tutejszy. Niech mnie licho – przemknęło mi przez myśl i postanowiłem zaryzykować.
- Ezaw, zawsze do usług – bąknąłem bez przekonania.
Spojrzał na mnie i jego oczy na chwilę ożyły.
- Co można kupić za 30 srebrników? – zapytał.
Głos miał zduszony. Mój dziadek miał podobny, gdy umierał w ciemnej klitce z tyłu domu. Potrząsnąłem ramionami i wtedy pewien zwariowany pomysł strzelił mi do głowy.
- A ma pan tyle? – spytałem głupio, a kiedy nie odpowiedział, dodałem szybko – Bo ja mam widoki na niezły zysk.
- Proponujesz mi spółkę, chłopcze?
Wyraźnie się rozluźnił. Musiałem go nieźle rozbawić. Co było robić – pokiwałem energicznie głową.
- Może gdybym był młodszy – klepnął mnie w ramię – Chodź. Dotrzymaj mi towarzystwa.
Ruszył, a ja bez przekonania starałem się dotrzymać mu kroku. W każdym mijanym sklepie pytał co może dostać za te swoje 30 srebrników. Stałem z boku i słuchałem jak kupcy gorączkują się przy ostatnim kliencie. To było naprawdę dużo pieniędzy, więc jeden przez drugiego proponowali zniżki, dowóz do domu i inne niezwykłe udogodnienia, byle tylko zostawił swój skarb właśnie u nich. Jeden stary Arab szedł za nim na kolanach, szarpiąc jego szatę i prosząc, by zainwestował w wonności i sukna, a za miesiąc kwota się podwoi. Ale mój towarzysz nie był zainteresowany żadną ofertą. On chyba postanowił drażnić wszystkich wokół swoją pokaźną sumą i na tym koniec. Arabowi powiedział, że nie ma tyle czasu, a ja zacząłem tracić nadzieję, że coś mi się jeszcze tego dnia trafi. Wtedy postanowił wstąpić do gospody Dawida.
W drzwiach uśmiechnął się do mnie krzywo.
- Oto prawdziwy kres naszego wędrowania.
Też się uśmiechnąłem. Jeśli nic na nim nie zarobię, to moneta od Dawida osłodzi mi poczucie klęski.
- Pozwolisz się ugościć?
Spojrzałem na niknące za wzgórzami słońce i podrapałem się w głowę.
- Nie marnujesz ze mną czasu. Zostaniesz sowicie wynagrodzony.
Usiedliśmy w kącie przy oknie. Zaraz zjawił się Dawid.
- Gospodarzu, co mogę mieć za 30 srebrników?
- Ho, ho! Możesz urządzić suto nakrapianą wieczerzę dla połowy miasta.
- Wieczerzę!? A to dobre! Nie jestem godzien.
- Każdy jest godzien wieczerzy po znojnym dniu.
Obaj zarechotali, choć pewnie żaden z nich nie wiedział dlaczego.
- To daj mi wina, a temu młodzieńcowi co zechce.
- W tej chwili...
Dawid zniknął za przepierzeniem. Rozsiadłem się wygodnie.
- Jak cię zwą, panie? – zapytałem uprzejmie.
- Mojego imienia nie nada żaden rodziciel dziecku nawet za tysiąc lat.
Cmoknąłem niecierpliwie. Powoli zaczynały mnie denerwować te jego zawiłe wywody i arogancki stosunek do otoczenia. W naszej wiosce takie zachowania prowadziły do wrzenia, a potem nieszczęśnik nie umiał opędzić się od złośliwości. Znałem takich ludzi głównie z tego, że nie mieli łatwego życia.
- Dziwny z ciebie człowiek, panie.
Popatrzył na mnie chłodno, jak gdyby to miano sprawiało mu przykrość.
- Człowiek przeklęty...
Dawid przyniósł dzban wina i spojrzał na mnie pytająco.
- Udziec barani i co tam do niego macie – powiedziałem.
Dawid zaśmiał się i ukłonił dworsko. Bezimienny – bo tak nazwałem w myślach mojego towarzysza – ochoczo dobrał się do wina. Wychylił dwa kubki, otarł usta i zerknął na mnie.
- Ile masz lat?
- Nie wiem. Dużo.
Nalał mi pół miarki, którą od razu dzielnie wychyliłem. Wino zaostrzyło mi apetyt, więc dobrałem się do baraniny, jakbym tydzień nie jadł. Bezimienny popijał bez pośpiechu i w milczeniu przyglądał się moim wysiłkom przy udźcu. Uśmiechał się tak jakoś smutno. Wyciągnąłem ku niemu kość z solidnym kawałem mięsa, ale tylko pokręcił głową. Spojrzał w okno i jego twarz raptownie poszarzała.
- Nadchodzi ciemność – rzekł z bojaźnią.
To już była przesada. Potężny chłop z kijem w ręce drżał na myśl o nadchodzącej nocy! Wino uderzyło mi do głowy, sprawiając że nabrałem śmiałości.
- Kim jesteś, panie?
Podparł się na łokciu i westchnął ciężko, jak gdyby miał w płucach same kamienie. Zanim odpowiedział, krzyknął na Dawida, by przyniósł następny garniec wina.
- Powiedz mi – rzekł, biorąc głęboki oddech – Na pewno czcisz swego ojca i jesteś mu posłuszny. Co byś uczynił, gdyby przydzielił ci w życiu rolę, która przynosiłaby powszechną pogardę?
- Nie wiem - odparłem po prostu.
- Co to za odpowiedź? – sapnął niezadowolony – Jesteś dzieckiem, które w każdej chwili może uciec do zabawek, czy mężczyzną zdolnym do obrony swoich racji?
Zastanowiłem się. Słowa Bezimiennego miały sens. Powinienem posiadać zasady i umieć ich bronić. Nagle przyszło mi do głowy, że lada dzień stanę się dużym mężczyzną i skończy się pobłażanie ze strony ludzi, które dotychczas ułatwiało mi tak wiele spraw. Trochę się przestraszyłem.
- Jaką rolę? – spytałem, nalewając sobie wina.
- Złą, podłą, przeklętą. Masz zostać kimś najgorszym.
Szybko pokręciłem głową.
- Niemożliwe. Ojciec by tego nie zrobił.
Spuścił głowę. Nie atakował dalej. Dawid przyniósł następny garniec wina. Bezimienny nalał do pełna i wychylił w jednej chwili. Już nie ocierał ust. Pił niechlujnie, a wino ciurkiem ściekało mu po brodzie.
- Co jest dla ciebie najważniejsze? – zapytał z błyskiem w oku.
- W tej chwili?
- Choćby!
- Rodzina – odparłem zgodnie z prawdą.
Pokiwał smętnie głową.
- A co będzie najważniejsze?
- Moje osiołki - odparłem bez namysłu – I moje wozy. Będę woził towary.
- To wyobraź sobie, że z narażeniem życia musisz bronić swojego osiołka. Ostrze mierzy prosto w twoją pierś, a tam zabijają twoje zwierze. Co robisz?
- Mojego osiołka? Ciężko zapracowanego? Walczę z każdą armią. Bez niego jestem nikim! Jeśli trzeba oddać życie, nie mam wyboru.
- Nie mam wyboru. Piękne słowa.
Był coraz bardziej pijany. Bełkotał coś do siebie, przeklinał, wymachiwał pięściami. Mrok za oknem gęstniał. Wiedziałem, że znów oberwę. Ojciec na pewno już zwinął stragan i był w drodze do domu. Miałem tylko nadzieję, że będzie warto.
Bezimienny niespodziewanie pogłaskał mnie po głowie. Źrenice mu drgały, nie był w stanie skupić wzroku w jednym punkcie.
- Mam do ciebie ostatnią prośbę – wysapał - Załatw mi najlepszy kawał sznura, jaki o tej porze można zdobyć. Daję za to resztę swoich srebrników.
Oczy mi się zaświeciły. Tyle pieniędzy za kawał sznura? Wytężyłem mózg. Sklepy były już zamknięte, najbliżsi znajomi mieszkali na drugim końcu miasta. Pozostało mi liczyć na Dawida. Pobiegłem za przepierzenie. Siedział na zydlu obok pieca i przeliczał zyski.
- Dawid, potrzebuję porządnego sznura! – krzyknąłem.
- Ciszej – skrzywił się i potrząsnął paluchem w uchu – Na jakie licho ci sznur?
- Szykuje mi się robota...
Pokiwał głową i wstał ciężko. Po chwili dostałem trzy rodzaje do wyboru. Zdecydowałem się na nieco przybrudzony, ale masywniejszy niż pozostałe, kilkumetrowy powróz. Bezimienny drzemał lekko przechylony. Potrząsnąłem go brutalnie za ramię – całkiem jak mój ojciec co rano.
- Mam sznur.
- Co?
- No sznur!
Doznałem zawrotu głowy. Jeśli wymyślił ten sznur w pijackim zwidzie i już tego nie pamięta, nici z moich srebrników. Przetarł twarz i spojrzał na mnie nieprzytomnie. Nagle rzucił mi sakiewkę. Odetchnąłem z ulgą. Położyłem mu sznur na kolanach i pożegnałem się szybko. Kiedy obejrzałem się w drzwiach, on już spał dalej.
Pognałem na skróty przez kamieniste wzgórza. Świadomość zarobionych pieniędzy dodawała mi sił. Złapałem ojca jeszcze przed domem. Śmignął mnie kilka razy batem po nogach i mu przeszło. W domu oberwałbym dużo gorzej, bo byłbym ofiarą pokazowej kary dla młodszego rodzeństwa. Ku wielkiemu niezadowoleniu mamy odmówiłem zjedzenia kolacji i pobiegłem do piwnicy, gdzie za jednym z kamieni trzymałem zarobione monety. Wyjąłem je i przesypałem do mieszka Bezimiennego. Potem zabrałem się do liczenia.
Przed świtem ojciec szarpnął mnie za ramię. Już niedługo – pomyślałem złośliwie – Chaim dorasta. Niech teraz on ci pomaga. Ja idę na swoje. Pobiegłem do gaju za potrzebą i ruszyliśmy do miasta. Nieopodal bramy głównej ojciec przystanął raptownie, a ja na wpół śpiąc, zagapiłem się i uderzyłem głową w ośli zadek. Na tle blednącego księżyca ujrzałem kręcącą się na linie postać. Uwiązany do gałęzi sznur skrzypiał żałośnie. Ojciec ukląkł na dukcie i zmówił krótką modlitwę. Zaciekawiony podszedłem bliżej. W wiszącej postaci z trudem rozpoznałem Bezimiennego i sakiewka, którą przymocowałem do sznurka od portek, zaczęła mi niemiłosiernie ciążyć. Puste oczy patrzyły gdzieś do góry, spękane usta były rozwarte. Ostatnim jego gestem było pokazanie języka całemu światu.

Opublikowano

klnąc w duchu niby- przecinek
szewski parobek- czy zetknąłeś się w tekstach Star-, lub Nowotestamentowych z określeniem parobek?
odbyciu zwierząt- nie śmiem zapytać co on takiego z tymi zwierzętami odbywał
placek manny i gulasz z baraniny - placek raczej jęczmienny (czyli chleb) - gulasz jest natomiast potrawą węgierską. Biedacy w dawnym Izraelu na codzień ograniczali sie do chleba i być może- falafeli
zaczęły kłębić się tłumy- moim skromnym zdaniem- tłum
ojciec handlował, ja pilnowałem- a ja pilnowałe, lub myślnik w miejsce przecinka
nie umiał za mną nadążyć- nie mógł
z wozem... wozić?
popisałem patykiem- umiałeś pisać?- może kreśliłeś, lub bazgrałeś?
wino bewstydnie ściekało mu...- czyli jak?
To by było ( w kwestiach tecnicznych) na tyle.
Artystycznie- po prostu cymes.

Opublikowano

Tu nie zauważyłam żadnych technicznych wpadek, czytało się gładziutko, a dialogi po prostu świetne. Ogólnie bardziej mi się podobało niż pierwsza część, ale może dlatego, że postać tego przedsiębiorczego chłopaka naprawdę ci się udała.

Ogólnie ciekawe ujęcie tego starego jak świat biblijnego tematu... Ciekawe, bo patrzysz oczami różnych zwykłych ludzi. Ja jednak osobiście wolę bardziej demitologizujące spojrzenia.

Opublikowano

Wczytałem się ponownie i jeszcze znalazłem coś, co budzi moje wątpliwości. Chleb z owych czasów, to był raczej rodzaj placka- coś, jak podpłomyki, pizza, czy tortilla. Lepiej niż pajda brzmiałoby zatem kawałek (ułomek) chleba. Patrz- łamał i rozdawał swoim uczniom...
I druga sprawa- czy izraelici w owych czasach nosili porcięta? Chyba raczej coś w rodzaju przepaski biodrowej... Powtórna informacja o ( co prawda doniosłym) -akcie defekacji w gaju oliwnym zdaje się nie być aż tak istotna.

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Dzieki za odwiedziny. Będzie, jak połączę sacrum z profanum, a to nie takie łatwe. Musi potrwać. Sprawa zbyt poważna, by dziłać szybko. Może zdążę przed następną Wielkanocą :)))

Opublikowano

w momencie w ktorym pojawia sie Judasz, bylem pewien ze pojdziesz w kierunku"ostatniego kuszenia chrystusa". widziales? judasz grany przez harveia keitla , pojawia sie pod koniec filmu u zonatego i dzieciatego jezusa po wielu, wielu latach od swojej zdrady i opierdala go za to , ze zrobil to o co jezus prosil , wziął na siebie piętno zdrajcy i zmarnowal sobie zycie, a tu sie okazuje ze na marne...ze jezus w tym czasie, kiedy on żył z tym brzemieniem
, egzystowal sobie w najlepsze, bynajmniej nie jak swięy. myslalem ze zagrasz podobną kartą. ale, na szczescie, miales lepszą. pokazales jego ludzkie oblicze , lepiej niz wielu przed toba. nawet w slynnej (i przereklamowanej )pasji judasz to ciegle TYLKO TEN KTORY WYDAL JEZUSA NA SMIERć i nikt wiecej. tych pare zbolalych min, ktore robi grajacy go aktor , nie czyni z niego czlowieka z krwi i kosci. takiego, w ktorym chciwosc wziela gora i ktory za pozno zrozumial co zrobil. twoj judasz to facet, ktoremu sie wspolczuje. podoba mi sie gdy judasz mowi , ze nikt juz nigdy nie nazwie dziecka jego imieniem. to mowi wiele o tym co dzieje sie w jego glowie i sercu. nie podoba mi sie zdanie , ze sakiewka zaczela chlopakowi niemilosiernie ciazyc. tani chwyt i w tym opowiadaniu niepotrzebny.cale opowiadanie jest jak najbrdziej swietne. pozostaje mi tylko pochylic czolo.
a jako ciekawostke, to ci powiem, ze we wloszech, a zwlaszcza na sycyli wierzą ze J. byl
rudzielcem
. i kazde dziecko , ktore sie tam urodzi z takimi kudlami, ma przejebane na dziendobry. mysle ze stamtąd wlasnie wziął sie stereotyp, ze rudy jest fałszywy.

Opublikowano

Ocvzywiście, że widziałem film Scorsese. Filmoznawca w końcu ze mnie dyplomowany :)
Ale nie sugerowałem się nim. Mój chłopiec jest zmyślony od zera, a o zgodość tak znów nie dbałem :) Dzięki. Sakiewkę chyba faktycznie usunę.

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...