Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Bernard P. nie był taki głupi. Nie dał się zwieźć radiowym sloganom, powtarzanym bezmyślnie kilkanaście razy dziennie – „dobro czyń cały rok”. Bernard P. wiedział, że to niemożliwe. Cały rok oznaczało trzysta sześćdziesiąt pięć dwudziestocztereogodzinnych, cholernych dni, wypełnionych dobrem. Tego nikt nie mógł znieść. Nikt zresztą tyle dobra nie potrzebował.

Bernard P. zostawał dobroczyńcą raz dziennie, co jakiś czas. Stawało się to w chwili, gdy z koszem pełnym śmieci stawał przed skrzynką na listy. Za pomocą zagiętego druta wyciągał korespondencję i dostojnym krokiem ruszał w stronę śmietnika. Siadał w cuchnącym zaułku, ze słuchem wyczulonym na kroki sąsiadów, z sobieskim papierosem podpalonym i wetkniętym niedbale w kącik ust. Kiedy kończył wzdychał, wcale nie od panujących wonności wszechrozkładu, wzdychał nad podłością ludzkiego losu. To w takich momentach zakładał pusty kosz na głowę ( żeby oko sąsiedzkie nie dostrzegło jego rozpaczy) i biegiem wracał do siebie, pod piątkę. Tam zaczynał czynić dobro. Do Stolarczyka Dominika pisał czułe wiersze. Chociaż jego dziewczyna Mirka napisała, że jest skończonym chujem i że go ludzie widzieli z jej siostrą, jak się prowadzał i jak jej kadził. Bernard P. miał do poezji talent. Potrafił z nawału słów cisnących się na usta wybrać te właściwe, te najbardziej czułe. Pisał o uczuciu, o tęsknocie i łzach. Kiedy czytał swój własny wiersz był bardzo wzruszony, mimo to nie drżała mu dłoń gdy podpisywał go – Mirka.

Do Mariolki z trójką dzieci, pisał z więzienia, że się poprawi, żeby nie wierzyła, że on Karol się powiesił, bo to czcze gadanie, zobaczy, wróci nie długo i będzie jak dawniej ją tłukł, aż jej łeb będzie podskakiwał. Bernard nie miał pojęcia co taki Karol Żyro mógłby napisać, gdyby się nie powiesił. Musiał długo wyobrażać sobie, że jest równie odrażający i wstrętny. Pomyślał wię, że skoro Mariolka wytrzymała z nim tyle lat, to musiała lubić bicie.

Najlepiej to Bernard P. lubił listy urzędowe. Nie musiał sam wszystkiego wymyślać, czasem odejmował lub dodał „nie” czasem dorysował w rogu kwiatek, żeby było weselej. Kiedy do Króla Wacka spod siódemki napisała firma windykacyjna informując o terminie wizyty, zmienił kilka cyfr. Król cieszył się jak dziecko a Bernard, który to widział jeszcze bardziej.

Bernard P. był wariatem w majestacie prawa i w majestacie prawa, należała mu się renta. Dlatego, gdy sąsiadka z tej samej klatki, Mędzińska zwana Mędunią napisała do ZUS-u list, informujący, że Bernard P. to oszust podający się za wariata, a tak naprawdę to drań, leń i oszust a przy tym silny jak koń, co ona może poświadczyć, bo jej szafkę osobiście przenosił. Z czego wynikało, że się Bernardowi renta nie należy a list podpisuje anonimowo, czyli wcale, bo się zemsty boi Bernarda, któremu z oczu źle patrzy. Bernard w imieniu ZUS odpisał, że dziękuje, ale dodał też, że mimo wszystko takiego świństwa się po Mędzińskiej nie spodziewał. Nazwał ją niewdzięczną małpą i zagroził, że jak jeszcze raz napisze donos na pożądnego obywatela, to on (ZUS) się z nią inaczej policzy. Renia Mędzińska jeszcze tego samego dnia posłała do ZUS – kolejny list. Wrzuciła list do stojącej niedaleko skrzynki, z której wyciągnął go Bernard P. i tego samego popołudnia udał się do Mędzińskiej celem ostatecznego rozwiązania.
-A dzień dobry panie Beniu, może kawki?
-Jest pani kobietą fałszywą – powiedział Bernard P i wymierzył jej soczysty policzek. Soczysty, bo najpierw na nią splunął.
-Jezu, Jezu – zaczęła krzyczeć Mędzińska. Na próżno, bo Bernard P. nie zamierzał czekać tak długo. Uduszona Mędzińska wyglądała znacznie lepiej niż żywa pomyślał Bernard. Na wszelki wypadek rozebrał ją (czego szybko pożałował, bo ciało kobiety było obrazem godnym pożałowania) i utopił w wannie Po czym wrócił do siebie i natychmiast zasnął. Tej nocy śniło mu się, że dostał tytuł „Dobroczyńcy Roku”.

Następnego ranka z samego rana postanowił napisać do kapituły przyznającej ów zaszczytny tytuł.
„Droga i Wielce Szanowna Kapituło. Piszę, bo wiem kto powinien otrzymać godność „Dobroczyńcy Roku”. Nazywam się Bernard P. i jestem najlepszym kandydatem. Wiem, że może to się komuś wydać śmieszne, ale ja naprawdę jestem bardzo dobry. Zgodnie z regulaminem konkursu, ktoś inny powinien mnie zgłosić, nie jest to jednak możliwe. Czynię dobro anonimowo, od wielu lat. Kiedy usłyszałem o konkursie, pomyślałem, że nadszedł czas, żeby świat o mnie usłyszał. Mieszkam w kawalerce, przy ulicy Obrońców Westerplatte. Mieszkam sam, bo jak dotąd żadna kobieta nie zachciała ze mną zamieszkać. Było kilka. Jedna została nawet na noc, ale to tylko noc. Na całe życie się nie zdecydowała, chociaż mówiła, że równy ze mnie gość, chociaż trochę dziwny. Nie wiem co miała na myśli, bo do wszystkiego się przyzwyczaiłem i sam nie wiem, co jest dziwne a co nie. To jak się ubieram, jak czeszczę może dla jednych być głupie, a dla innych całkiem mądre. Nie wydaję mi się, żeby spanie w kredensie, za szkłem było czymś dziwnym. Uwielbiam zastawy. Kiedy przyłożyć do ucha filiżankę z prawdziwej porcelany słychać muzykę. Takiej nie potrafi wydać z siebie żaden człowiek ani instrument. Ta muzyka mnie upaja. Szept filiżanki jest czymś najpiękniejszym na świecie i jak ktoś mi mówi, że najlepszy jest seks albo szybkie samochody, to wiem, że nigdy nie spędził nocy w kredensie, za szkłem. To nie może być jednak żaden regał ze sklepu, obity z tyłu dyktą, z plastikowymi dodatkami. Kredens musi być z drewna, najlepiej starego. Wracając do kobiet. Olga chociaż początkowo się opierała zgodziła się kochać w kredensie. To było dla mnie ogromne przeżycie i wcale nie dlatego, że pierwszy raz. Bałem się o filiżanki. Olga tak poruszała nogami, że cały czas drżałem, że którąś zbije. Okazało się, że bałem się potrzebnie. Kiedy usłyszałem dźwięk rozbiającego się spodka, a zaraz potem filiżanki myślałem, że serce mi pęknie. Olga powiedziała mi wiele przykrych słów, całkiem niezasłużonych, dlatego nie żałuję, że więcej już jej nie zobaczyłem. Myślę, że nikt nie powinien żałować, że nigdy więcej jej nie zobaczył.
Wielce Szanowna Kapituło! Zaprzestałem kontaktów z kobietami na rzecz dobra. To chyba wystarczający argument...a może się mylę.”

Bernard P. zakleił kopertę i wrzucił list do skrzynki. Po tygodniu, gdy nie nadeszła odpowiedź, ani tym bardziej zaproszenie na zbliżającą się uroczystość wręczenia tytułu „Dobroczyńcy Roku” Bernard P. zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak. Zaczął przypuszczać, że w procederze czytania cudzej korespondencji nie jest odosobniony. Następnego dnia miał już pewność. Nie tylko on to robił. Przez chwilę pomyślał o malejących szansach na tytuł. Skoro wszyscy z Obrońców Westerplatte czynią dobro, to pewnie też wszyscy będą chcieli wygrać. Bernard P. postanowił działać. Napisał nowy list do Kapituły.

„To jeszcze raz ja – Bernard P. Gwoli wyjaśnienia. Zgłoszenia kandydatów z ulicy Obrońców Westerplatte są już nieaktaualne, chyba, że przyznajecie je pośmiertnie. Nadmieniam też, że moja kandydatura jest jak najbardziej na czasie. W czasie tego strasznego wybuchu gazu wyszedłem na spacer. Lubię spacery o dziwnych porach. Jak już wcześniej pisałem – trzecia nad ranem, osobiście nie wydaje mi się porą dziwną. Wydaje mi się w sam raz – równie dobrą, żeby przejść się po lesie, jak też umrzeć. Acha, byłbym zapomniał, zmieniłem adres – jeśli wysyłalibyście zaproszenie na galę, teraz mieszkam na Jasnej 18. Mieszkania 7. Pozdrawiam. Bernard P.”

Kiedy tydzień później Bernard P. na nowym mieszkaniu obejrzał galę wręczenia tytułu „Dobroczyńcy Roku” poczuł się oszukany. Tytuł dostała kobieta z fundacji „Daj psu szansę” zajmująca się dokarmianiem bezdomnych zwierząt. Bernard płakał. Tyle dobra uczynił ludziom, niepotrzebnie, żadnej wdzięczności. Bernard P. wyjrzał przez okno swojego nowego mieszkania, zapalił sobieskiego i uśmiechnął się do przebiegającego czworonoga.

Następnego dnia w całym mieście zaczęły ginąć psy.

Opublikowano

Masz bardzo specyficzny styl i pomysły, nie musiałbys się podpisywać, a poznałabym, że to twoje:) Kolejny tekst o takim dobrodusznym mordercy... Jak zaczęłam to czytać, przyszła mi na myśl Amelia, więc późniejsze okrucieństwo chyba nie do końca mi się podobało. Nie masz litości dla swoich postaci;)
Ale tekst świetny, bez zarzutu. No, może interpunkcja pozostawia trochę do życzenia. Czasem brak przecinka aż w oczy bije...

Opublikowano

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu Twojego opowiadania. Z pozoru historia, która ma "ubawić", ale gdzieś w głębi czuć smutek...
Przecież samotność bohatera w jego szalonej "misji" jest przerażająca, a wszelkie kontakty z światem zewnętrznym w najlepszym przypadku kończa się nieporozumieniem.
Jak zwykle podziwiam Twoja pomysłowość i styl !

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...