Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jest to początek opowiadania, które napisałem już dość dawno. Mam nadzieje że się spodoba, życzę miłej lektóry.
Fabuła może się trochę nie trzymać kupy... jest to w końcu tylko początek.

* * *

Wpatrując się w szare niebo, zerkając na szybko wędrujące, deszczowe chmury, dało się czuć niepokój. Mimo wiatru, na pustkowiach panowała idealna cisza. Idealna. Żaden dźwięk nie dotarł do uszu słuchaczy, którzy stali na spłowiałej, wyschniętej ziemi. Nie było tu trawy, nie było roślin, nie było tutaj nic, co żyło, oddychało. Bo cale te, ogromne legiony, stojące na zboczach krateru... nie płynęła w nich krew. Umarli. Ponure, szare szaty potargane jak ich życie i te oczy, przepełnione nienawiścią. Ogień czerwieni, żar który ogrzewał ich, przygotowywał do walki. Czuli gniew. Ich ręce, zakończone szponami, ich twarze bez wyrazu... ich oczy.
Nie było tutaj księżyca ani słońca. Nie było życia, a śmierć była tutaj nawet nazbyt widoczna. Wiatr przemierzał tą krainę niezwykle nienaturalnie, nawet nie poruszając szat udręczonych dusz. Czasami tylko piasek wznosił się z szarej ziemi i wirował w powietrzu. Legion ruszył. Powolne kroki zaczęły dudnić przerywając niesamowitą ciszę.
Na samym środku krateru, wśród rozsypujących się kości stała jedyna żywa istota. Anioł, którego pióra wypadły, a skrzydła wydawały się być tylko kośćmi. Postać stojąca w czarnym płaszczu, o włosach ciemniejszych niż skrzydła kruka. Jego oczy, niczym dwa błyszczące szmaragdy, wpatrywały się w nadchodzące dusze. Podniósł miecz o czarnym ostrzu i ruszył do boju. Sam przeciwko tysiącom.


„Pamiętam tamte czasy, wtedy kiedy jeszcze nie dosięgałem do pasa mojemu ojcu. Ten pogodny świat milionów uśmiechów i kwiatów. Moje dzieciństwo było wesołe i beztroskie. Niesamowite. Kolejne dni mijały mi na zabawach i słuchaniu opowieści mego ojca. Historie o smokach, bohaterach i skarbach. Moje oczy błyszczały, kiedy wyobrażałem sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę, a ja jestem członkiem tych opowieści, a muszę sobie przyznać, że zawsze miałem wybujałą fantazję...
Stałem, odziany w błyszczącą zbroję na cielsku ogromnego smoka. Dzierżyłem wielki, większy ode mnie miecz i szczerzyłem zęby... oczywiście czyste, na błysk. Byłem bohaterem, do mnie należały skarby, sława i dziewice. Wyobrażałem sobie, jak kolejnymi czynami, zdobywałem kolejne, symboliczne pół królestwa i rękę księżniczki. Taaak... to były czasy. Potrafiłem marzeniami zastąpić rzeczywistość, jednak nie byłem z tych, którzy żyją wyobraźnią. Zamiast tego, wolałem to urzeczywistnić. Stać się postacią z prawdziwych opowieści.
Chociaż, wtedy, nie sądziłem że moja wioska zostanie wyrżnięta, a ja będę jedynym z ocalałych. Nie sądziłem, że duży oddział zbrojnych przyjedzie do tej zapadniętej dziury, tylko po to, by zabić wszystkich, a mnie wywieść. Pamiętam jeszcze te szydercze uśmiechy i słowa... „Gdzie jest ten dzieciak o szmaragdowych oczach?” Nie sądziłem wtedy, że moja matka zostanie zgwałcona, a ojciec pocięty mieczem i zmiażdżony przez konnych. Czemu ja się nie przejmowałem? Patrzyłem na to z obojętnością, nie przeżywałem tego nawet jak jedna z najgorszych opowieści. Pamiętam nawet, że ziewnąłem.”

Rycerz ziewnął. Oderwał na chwile zmęczone oczy od kartki papieru, a odrobina tuszu, ściekła mu z pióra i zrobiła duży kleks. Postać zamknęła swoje duże, szmaragdowe oczy i wciągnął odrobinę powietrza. Wóz na którym siedział, jechał dość spokojnie, mimo to, trząsł się niemiłosiernie. Zwykły wieśniak, który poganiał batem konie, przeżuwał kawałek słomki, pogwizdując przy tym dość niemelodyjne. Kearvin spojrzał ukradkiem na swój dziennik, po czym schował go do plecaka. Nie chciało mu się pisać. Był zmęczony długą podróżą i miał nadzieje że jak najszybciej dotrze na miejsce.
- Daleko jeszcze, woźnico? - zapytał stanowczo, swoim rozdrażnionym głosem.
- Ależ panie, pezeciem mówił, że jeszcze pół dnia drogi. Dotrzemy panie, dopiero pod wieczór.
Rycerz popatrzył się nieprzyjemnie na chłopa, który nawet nie raczył obrócić głowy. W końcu, znużony i zrezygnowany, położył się na worku wypełnionym pszenicą. Spoglądał na słońce, które było wysoko, ogrzewając zarośnięte lica Kearvina.
Minęło już kilka dni, odkąd zaczął wędrować na południe. Na początku mijał niewielkie wzniesienia, potem, równina zastąpiła ich miejsce. Na całym horyzoncie było widać tylko pola, porośnięte głównie pszenicą i żytem. Mijali też wioski, głównie małe osady gdzie stało zaledwie parę budynków, a przejeżdżający wóz był dla tutejszych dzieci nie lada atrakcją. Leżąc tak, pozwolił oddać się wspomnieniom.

Kucnął na niewielkim wzgórzu. Delikatny szelest trawy i jej zapach, uspokajał go. Wiatr był tu silny, a słońce, przygotowując się do snu, zabarwiło niebo czerwienią. Rozglądał się po pobliskich wzniesieniach, oddychając ciężko po ostatnim biegu. W ręce trzymał kuszę z założonym bełtem, gotową do strzału. Jego długie, czarne włosy falowały spokojnie, jednak nie przeszkadzały mu. Stał pod wiatr. Uśmiechał się do siebie. Wiedział, że przyjdą. Nie zdziwił się, słysząc w oddali rozmowę. Czekał. Jego oddech uspokoił się. Jeszcze tylko chwila, pomyślał, powoli klękając na prawe kolano i celując z broni. Potem strzelił.
Osoba, która wychyliła się zza sąsiedniego wzgórza, padła od razu. Nie zdążyła nawet domyśleć się, że umiera. Pocisk przeszył jej czaszkę, a krew poplamiła stojącą za nim kobietę. Najpierw nastała cisza, która przerwała się dopiero wtedy, kiedy mężczyzna padł na zieloną trawę, nie wydając z siebie nawet jęku. Dziewczyna patrzyła z obłędem w oczach. Krzyknęła. Przeraźliwie i głośno. Potem padła na ziemię, klękając przy martwym, szybko wyciągając sztylet. Wiedziała, że zaraz przyjdzie, bała się. Słyszała głośne bicie swojego serca, a jej dłonie ledwo mogły utrzymać broń. Zerknęła na mężczyznę, którego kochała. Zginął na miejscu. Jego oczy zakryły się mgłą, jednak jego twarz nie była maską umierającej osoby. Nie wiedział, że umarł... nie wiedział...
Kearvin nie zwrócił uwagi na to, że płacze. Nie usłyszał jej łkania i powtarzanej modlitwy. Było mu wszystko jedno. Kucnął nad martwą postacią. Był to mężczyzna w średnim wieku, o jasnych, krótkich włosach. Całkowicie bez emocji, zaczął go przeszukiwać i uśmiechnął się na widok pękatej sakiewki. Wiedział że tutaj będzie. Wiedział, że będzie miał ze sobą pieniądze. Zielonooki chłopak był z siebie dumny. Nie wiedział jednak, że będzie on z kobietą.
Dziewczyna bała się. Trzymała tuż przy sobie sztylet, starając się pokazać, że ma się czym bronić. Piekły ją oczy, kiedy kolejne łzy spływały jej po policzkach. Spoglądała na mordercę, który zabił jej ukochanego. Był to kilkunastoletni chłopak o włosach czarnych, jak smoła. Jego duże, szmaragdowe oczy patrzyły się na nią natrętnie. Poczuła jak przeszedł ją dreszcz strachu. Zamknęła oczy. Bała się. Potwornie. Kolejne dreszcze przechodziły przez jej ciało. Oddychała szybko, a jej serce dudniło. Zaczęła liczyć, by się uspokoić. Raz... Dwa... Trzy...
Poczuła, jak wyrwał jej sztylet i uderzył ją mocno. Bolało. Potem zapłakała głośniej, kiedy zrywał z niej suknie. Bała się ruszyć... bała się krzyczeć... Liczyła tylko w myślach. Raz... Dwa... Trzy...

Rycerz otworzył oczy. Wspominał. Piękna, młoda dziewczyna, dała mu sporo rozkoszy. Pamiętał potem, że uniósł miecz, by ją zabić, jednak tego nie zrobił. Nie wiedział dlaczego. Nie wiedział czemu obrócił się tylko na piętach i zapinając spodnie ruszył przed siebie. Teraz tego żałował. Nie tego, ze to zrobił, lecz że zostawił ją przy życiu.
Teraz jechał na cholerną północ. Musiał ją dogonić i zabić. Nie przewidział bowiem, że ta dziewczyna, może być córką samego białego maga z Tellaven. Wiedział co go czeka, jeśli czarodziej dowie się o losie swojej córki.

„Kim ja właściwie jestem? Płomieniem czy może świecą? Czy ja zapaliłem tańczący ognik, czy zostałem zapalony? Miliony pytań tli się w mojej głowie. Jestem obojętny na zło które czynie. Nie czerpie z niego przyjemności, jednak nie odczuwam spokoju sumienia, kiedy czynię dobrze. Nie czuje się złym, mimo że tak o mnie mówią. Morduje, jednak nie myślę o tym. Nigdy nie okradłem kogoś, chyba że wcześniej go zabiłem. Wierzę, że dałem im odkupienie i zabrałem ich z tego świata. Zastanawiam się tylko, jaki będzie werdykt, kiedy to ja stanę przed bogami.
Czasami unoszę miecz i kończę to, co zacząłem. Słyszałem już wiele imion, jakie mi nadano. Mówią o mnie złoczyńca, parszywiec, rycerz ciemności, żywa śmierć, morderca, skurwysyn, miecz końca, niegodziwiec... raz, usłyszałem jak osoba, na którą podniosłem miecz o czarnym ostrzu, nazwała mnie zbawcą. Powiedziała, że będę aniołem bez skrzydeł. Że zbawię cały świat. To śmieszne. I niemożliwe. Bo czy zbawcą może być ktoś taki jak ja? Ktoś kto zostawia trupy na swojej drodze, niczym cień? Chyba, że śmierć, ma być zbawieniem. Mimo to, obojętnie czy był to mędrzec, czy głupiec... jego krzyk nie różnił się niczym od innych.
To mój pamiętnik. Oto słowa napisane moją ręką. Rozkoszuj się moją historią. Historią anioła bez skrzydeł. Tego co kreśląc delikatne kreski na mieczu, licząc zabitych, zniszczył wiele ostrzy. Podpisuje... Kearvin o’Learten, dziecię chłopa, ojciec jednego z najsilniejszych rodów.”


Odnalazł i ukazał światu
Nirian Samalai Feireniz zwany Czarną Różą

Opublikowano

życzę miłej lektóry = przeraziłeś mnie tym...

nie przeżywałem tego nawet jak jedna z najgorszych opowieści = coś mi tu nie pasi...

nadzieje że jak = nadzieję, że

Rycerz popatrzył się =? popatrzył się? spojrzał chyba..

Pocisk przeszył = no zaraz, jesteśmy przy kuszy, a tu pocisk? to jakaś automatyczna kusza? na naboje?

Wiedział że tutaj będzie. Wiedział, że = troszkę konsekwencji, przed "że" jednak stawiamy przecinki

z niej suknie = suknię

Nie tego, ze to zrobił, lecz że zostawił ją przy życiu = że, i przecinek

Nie czuje się złym = czuję, dalej "morduję"
.................

powiem, że nawet bardzo ciekawe, czekam rozwinięcia, obym się nie zawiodła, bo narobiłeś smaku

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...