Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano



Przyszedłem na świat przedwcześnie. Ten jeden raz samowolnie nie przyspieszyłem biegu spraw. Zrobił to za mnie mój stary, dla którego trzecia żona i czwarta ciąża nie były niczym szczególnym. Pił jak co dzień, nie okazując nikomu względów. Scysja zaczęła się niewinnie - od gorączkowego przeszukiwania kieszeni. Jedną z jego pijackich obsesji było to, że wszyscy wokół dybią na jego zapasy taniego wina i gotówkę, której zazwyczaj i tak prawie nie miał. Opętany strachem chował te swoje skarby z taką wymyślnością, że po jakimś czasie sam nie potrafił ich znaleźć. Wtedy wybiegał z pokoju z roziskrzonymi oczami i czerwoną twarzą i wrzeszczał nieludzkim głosem, że nas wszystkich pozabija. Tamtej nocy poszło o to samo. Tak zdenerwował ciężarną żonę, iż zadławiła konflikt kosztem dziecka.
Nie poddałem się od razu, nic z tego. Musiało mi być wygodnie pod dobrym sercem mamy, skoro walczyłem z siłami natury jeszcze przez kilka dni. Owej nocy stary spokojnie wrócił ze szpitala, żeby dokończyć tak niefortunnie rozpoczęte wino marki Wino. Smutny fakt, przyszedłem na świat za wcześnie z powodu alkoholu, choć zazwyczaj z tego powodu się przedwcześnie schodzi.
Mieszkaliśmy w strasznie starym domu, który trzymał się znakomicie, choć przetrwał wiele historycznych burz. Należał przy tym do najpiękniejszych budynków w mieście. Po obu stronach każdego z okien na pierwszym i drugim piętrze stały posągi nagich atlantów i kariatyd, zaś dach wieńczyła ładna wieżyczka. Położenie i bryła tego domu były wprost niewiarygodne. Frontem przylegał do głównej ulicy - Zamkowej, tyłem do schodów, które akurat w tym miejscu sprowadzały jeden poziom miasta do drugiego. Jeden z jego boków łączył się z murami obronnymi położonego tuż obok zamku książąt Sułkowskich, drugi zaś wychodził na wylot schodów i mniej więcej od połowy znacznie się zwężał. Budynek posiadał dwa wyjścia: od frontu - na ulicę oraz od tyłu - na schody. W górę szło się nimi na Stary Rynek o brzydkiej nazwie Plac ZWM, w dół na główną ulicę. Trzecią możliwość stanowił wąski przesmyk, który od połowy schodów biegł między kościelnym murem a pewnym starym domkiem. Wszyscy nazywali go Uliczką. Chodziło się nią na spacer z psem, wytrzepać dywan albo na mszę do kościoła Świętego Mikołaja, który górował nad okolicznymi dachami. Budynek miał najbardziej wyszukany kształt, z jakim można się było spotkać nie tylko w Bielsku-Białej. I jeszcze jedno. Zwężenie wzięło się stąd, że jeden z rogów był ścięty i przez to w całym pionie pokoje miały formę dziwacznego prostokąta.
Nasze mieszkanie usytuowane było właśnie w tym rogu, na pierwszym piętrze, a ponieważ miało tylko jedną ścianę wewnętrzną, zazwyczaj panował w nim dokuczliwy chłód. Składało się z trzech pokoi o wysoko zawieszonych sufitach i olbrzymich drzwiach, dość obszernej kuchni i byle jakiej klitki bez kanalizacji, zwanej łazienką. Do kąpieli używało się przenośnej wanienki, zaś w razie potrzeby fizjologicznej miało się do wyboru wiaderko w klitce albo wędrówkę do wspólnej ubikacji w końcu korytarza. Mnie dotyczyło to w mniejszym stopniu. Najpierw robiłem w pieluchy, potem do nocnika, a po latach założono w klitce wannę oraz ubikację z prawdziwego zdarzenia. Największy pokój umeblowano dwoma łóżkami oraz zestawem masywnych, przedwojennych mebli, wielkim stołem oraz wysokimi, rzeźbionymi krzesłami. I jakby tego było mało, zmieściły się jeszcze dwie dwudrzwiowe szafy i kaflowy piec. Dwie pary drzwi wiodły ku pozostałym pokojom, które z kolei posiadały bezpośrednie wejścia do kuchni. W ten sposób można było biegać w kółko albo jeździć na rowerze. Ów narożny pokoik, z powodu jego notorycznego wyziębienia traktowano po macoszemu. Stary zamieszkał w nim, kiedy jego więzy z mamą osłabły, a po rozwodzie i eksmisji urządziliśmy tam swego rodzaju rupieciarnię. Mnie od razu przypadł do gustu, bo lubiłem bałagan i rajcowało mnie przebywanie wśród hałdy niepotrzebnych sprzętów. Stała tam olbrzymia szafa, do której przenoszenia mniej niż czterech mężczyzn nie miało się nawet co zabierać, stara, dziurawa kanapa oraz przeszklony kredensik. Najprzyjemniejszy był pokój trzeci. Miał tylko jedną ścianę zewnętrzną, więc łatwo dawał się ogrzać, a poza tym było z niego bardzo blisko do wyjścia. Kiedy podrosłem, przypadł mi w udziale, zaś mama przejęła ten największy.
Świadomość własnego istnienia przyszła do mnie nagle. Stwierdziłem, że oto bytuję w świecie, mam rodzinę, dom, kolegów, coś znaczę, dokądś zmierzam. To było naprawdę fantastyczne odczucie! Siedzieliśmy z Tomkiem Ruffem w pierwszej ławce, a pani wyrywkowo odpytywała z czytanki. Miałem na sobie białą koszulę z kołnierzem nadającym się w sam raz do maczania w zupie, śmieszny, zapinany sweterek oraz spodnie z latającymi nogawkami i małe buciki. Byłem spokojny, pewny swoich zdolności, pyszałkowaty. Denerwowało mnie, że pani stale pyta innych i nie pozwala mi popisywać się zdolnościami. Tomek za to na przemian bladł i rumienił się. Wielka grdyka podskakiwała mu, gdy nerwowo przełykał ślinę, a żabie oczy niespokojnie strzelały na boki. Czytanie sprawiało mu tyle kłopotu. Zupełnie tego nie rozumiałem, bo sam czytałem śpiewająco i byłem ciągle chwalony. W szkole czułem się wspaniale, mimo wcześniejszych lęków przed obcym światem nauczycieli i innych dzieci. Płakałem i zapierałem się o futrynę, kiedy 1 września rodzice nakazali mi opuścić bezpieczny świat zabawek. Nienawidziłem ich za to, ale szybko okazało się, że w szkole nie jest wcale tak źle.
Kiedy pani wskazała na Tomka, cisza prawie zaczęła boleć. Przyglądałem mu się drwiąco z boku. Niemiłosiernie się męcząc, poruszał ustami, szeptem zbierając litery w słowo i dopiero wtedy wymawiał je na głos. Szturchał mnie rozpaczliwie łokciem, ale zafascynowany tym, jak się męczy, całkiem zapomniałem, że obiecałem mu pomóc. Dopiero teraz pochyliłem głowę i zacząłem gorączkowo szeptać wersy czytanki, które Tomek powoli powtarzał. Spociliśmy się obaj, jak diabli, ale w końcu udało się. Tym razem. W szkole trzeba jeszcze liczyć, myśleć, robić zadania, pisać wypracowania.
Łatwo uzyskałem promocję do trzeciej klasy. Tomek nie dał rady. W drodze ze szkoły w śmiesznych, opatrzonych w kantkę spodniach, białych koszulach i cienkich, długich krawacikach, rozejrzeliśmy się, czy czasem nie ma w pobliżu jakichś ”czwóraków”, jednak zalana słońcem aleja była pusta i senna. ”Czwóraki” to uczniowie szkoły podstawowej numer 4, która bezpośrednio sąsiadowała z naszą ”dwójką”. Od początku uczono „dwójaków” , że „czwórak” to najgorszy wróg, którego trzeba za wszelką cenę zniszczyć. Mówienie o nim z najwyższą pogardą dawało ogromny szacunek wśród swoich. Obie szkoły posiadały osobne boiska do siatkówki i piłki nożnej, ale wspólny główny dziedziniec, pełen drzew magnolii i wierzb płaczących, z nieczynną fontanną pośrodku. Dziedziniec stanowił główny przedmiot sporu, ponieważ każda szkoła uważała, że należy do niej. Oba budynki stały prostopadle wobec siebie i były jednakowo brzydkie.
Zniechęceni brakiem „czwóraków” do zwalczenia minęliśmy kościół Ewangelicki im. Marcina Lutra, do którego prawie nikt nie chodził i ruszyliśmy krętą alejką w stronę Rynku. Tomek milczał przez całą drogę. Pewnie zrobiłoby mu się lżej, gdyby udało się obić paru kolesiów z „4”, a tak, nie miał się na nikim wyżyć. Pocieszanie go nie miało sensu. Był ambitny, jednak nie posiadał zdolności i zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że będzie musiał przejść do szkoły specjalnej, podobnie jak Adi i obaj Kurysie, z którymi kumplowałem się w pierwszej klasie. Tam szło im lepiej i mogli skończyć podstawówkę z małym tylko opóźnieniem. Tomek dwa razy chodził do drugiej klasy. Po raz trzeci już mu nie pozwolili.
- Przecież będziemy się dalej kumplować – próbowałem go pocieszyć - Będzie nudno w klasie. Trudno...
- Jak se legnę w łóżku, to wstanę jutro - odpowiedział markotnie.
Nie potrafił mówić. Konstruował zdania tak, jak nauczono go w domu i na ulicy. Ja za to wyrażałem się nazbyt poprawnie i przykładałem do tego wielką wagę, głównie z powodu upierdliwości mojego starego, który bezwzględnie tępił wszelkie błędy w wymowie.
Ojciec nie lubił Tomka, bo uważał, że jest głupi. Mimo to, nie przeszkadzał nam spotykać się na Zamkowej. Mama z kolei miała go za chuligana, ale była tolerancyjna i nigdy się nie wtrącała. Niestety, ojciec Tomka nigdy się do mnie nie przekonał. Nie mogłem nawet przekroczyć progu, kiedy on był w domu. Podobno obiecał, że jak mnie zobaczy, to ze schodów zrzuci. Zupełnie nie wiedziałem dlaczego. Nic złego przecież nie robiliśmy. Razem byliśmy w Komunii Świętej, razem w szkolnej ławce, na ulicy. Razem włóczyliśmy się po mieście, grali w piłkę, pływali i tak dalej.
Ojciec Tomka był strasznie wysokim i chudym drągalem, o nieludzkiej sile. Po mieście krążyły legendy, że kiedyś pobił wszystkich facetów w knajpie i spokojnie wyszedł, bo nie miał mu kto zagrodzić drogi. Za nic nie chciałem wpaść w jego ręce. Dopóki mama Tomka była w domu, ukrywała mnie i wypuszczała ukradkiem, kiedy jej mąż wracał na obiad. Pewnego razu jednak znikła nagle, a potem okazało się, że siedzi w więzieniu. Chodziły słuchy, że zbierała od starszych ludzi zaliczki na szybkie kupno pralki, lodówki czy telewizora i już się nie pokazywała. Zawsze, kiedy Tomek mi dokuczał, złośliwie przypominałem mu o mamie w kryminale i zaczynała się bijatyka. Tarzaliśmy się jakiś czas po trawie, po czym Tomek na ogół wygrywał.
- A twój stary chleje, palancie – odpowiadał, patrząc na moje podbite oko i znów było między nami dobrze.
Ojciec Tomka budował drogi w Afryce. Jeździł walcem w Libii, zarabiając wielką kasę, lecz musiał wrócić, żeby zaopiekować się dziećmi. Cieszyłem się na myśl, że gdy mama Tomka wyjdzie z więzienia, jego stary znów tam pojedzie, a ja będę mógł spokojnie do nich przychodzić.
Tomek miał cztery siostry i brata. Każde z rodzeństwa było inne, jak gdyby pochodziło od innego ojca lub matki. Tylko oczy mieli takie same: duże, niebieskie i niesamowicie wytrzeszczone. Niespecjalnie za nimi przepadałem. Zresztą z wzajemnością. Ruffowie mieszkali niedaleko. Właściwie przy przedłużeniu tej samej ulicy, tyle że o innej nazwie. Lenina zaczynała się przy dworcu PKP i biegła do placu Chrobrego, potem u stóp zamku Sułkowskich zaczynała się Zamkowa, by na następnym skrzyżowaniu zmienić się w Partyzantów i skończyć dalej jako Bystrzańska. Dom, w którym mieszkał Tomek, był wysoki i smukły. Znajdował się dokładnie naprzeciw hotelu Prezydent i wylotu tunelu kolejowego, biegnącego pod ulicą. Też miał dwa wyjścia, ale przynajmniej to z tyłu wychodziło na podwórko. Podwórko łączyło się z innym, które stanowiło z kolei zaplecze teatru lalkowego Banialuka. Dalej była brama i ulica Mickiewicza. Zawsze zachodziłem od tyłu, bo było ciszej i mogłem zagwizdać tak, żeby ktoś na górze usłyszał.
- Głodny jestem - mruknął Tomek i przystanął raptownie.
- Chodź do mnie. Coś zjemy.
- Eee... Dzisiaj mam placki ziemniaczane...
- Jak chcesz. – powiedziałem obojętnie, żeby ukryć żal, że musimy się rozstać.
- Zeżrę i przyjdę – rzekł Tomek i pobiegł do domu.
Fajnie mu było. Zawsze miał obiad. U mnie bywało z tym różnie. Kiedy mama zdążyła wrócić z pracy, to coś ugotowała, kiedy nie, szliśmy na obiad do baru. Starym w ogóle się nie przejmowała, bo jego i tak nie wiele obchodził nasz los.
Na Rynku było pusto. Stałem samotnie u wyloty Celnej i rozmyślałem, gdzie się wszyscy podziali. Przecież mieliśmy już wakacje! Większość chłopaków mieszkało na lub wokół Rynku, więc stał się on najczęstszym miejscem naszych spotkań. Stamtąd wyruszało dalej w miasto lub zostawało na ławkach. Najfajniej było wieczorem, kiedy bawiliśmy się w podchody, w gonianego, albo w 7 patyków i nigdy nikomu nie chciało się wracać do domu.
Przeciąłem Rynek, minąłem kawiarenkę ”Chinka” na rogu i wąską uliczką dotarłem do domu. Potrząsnąłem kilkakrotnie dzwonkiem u drzwi. Nie rozumiałem czemu chłopaki ciągle się z tego dzwonka śmieją. Wyglądał i brzmiał, jak rowerowy, ale przecież ojciec ciągle przechwalał się, że to stara, niemiecka robota jakiegoś przedwojennego mistrza. W domu nie było nikogo. Musiałem ściągnąć klucze z szyi i pootwierać wszystkie trzy zamki. W środku wisiał odór czegoś kwaśnego, pewnie wina, z którym stary sobie poradził przed południem. Tak żyliśmy. Mama szła do pracy, ja do szkoły, a on po wino.

Opublikowano

Przeczytałem z rosnącym zainteresowaniem.
Ciekawe, aczkolwiek lekko poplątane. Nie mówię, że to źle, ale po prostu stwierdzam:)
chodzi mi o obydwu bohaterów i ich rodziców, ojciec peela to pijak itd., ale sam peel wydaje się być inteligentnym gościem, natomiast ojciec Tomka zarabia sporo i teoretycznie powinien być zgrubsza normalnym człowiekiem, ale sam Tomek to matołek, a jego matka siedzi w więzieniu. Skoro zarabiają tyle kasy, to po co wysłałeś ją do więzienia?;)
nie wiem, czy wyraziłem to, co miałem na myśli. jeżeli coś poplątałem, to mogę wyjaśnić.

Chyba w piątym akapicie (tym od "Wielka szkoda") piszesz tak nagle uwagi natury filozoficzno-egzystencjalnej w liczbie mnogiej. Czy tak miało być?

Jeśli chodzi o parę drobiazgów z zakresu korekty, to gdzieś zabrakło mi "ę", ale nie mogę chwilowo sobie przypomnieć gdzie to było.
i w zdaniu "Razem włóczyliśmy się po mieście, grali w piłkę, pływali i tak dalej. " zamieniłbym na "graliśmy" i "pływaliśmy", aczkolwiek nie mam pewności.

a, no i bardzo lubię takie opisy, jakie zawarłeś w tym opowiadaniu. Zawsze miałeś przewagę akcji w swoich utworach, ale widzę że klasyczne opisy też masz na wysokim poziomie.

Podsumowując, te wszystkie uwagi to tak naprawdę drobiazgi, bo całość bardzo mi się spodobała.
pozdrawiam
MZ

Opublikowano

Michał, nie nerwuj się. Tomek ma ze 98 IQ, a jego ojciec jeździ walcem, czyli ynetelktem nie jest. Stary peela chleje, ale to jednak były nauczyciel - o czym później. Musisz mi zaufać, że ten świat będzie spójny i koherentny, mimo Twoich uwag. Zauważ, że nie zawsze kradnie się i oszukuje z chęci zysku. Natomiast akapit refleksyjny mi też nie pasuje, ale wrzuciłem, żeby sprawdzić oddźwięk. Zauważyłeś i jestem wdzięczny! Niestety, do szerszej konfrontacji braknie czytelników, więc pogadamy przy okazji, czy wywalić czy przerobić. Liczba mnoga zamierzona :))

Opublikowano

czyta się świetnie...i choć mało dialogów, opisy są dopracowane wg mnie i nie nużą...pozdrawiam

pees:czy te gacie tzn. bokserki mają być narysowane ołówkiem? i czy mogą wisieć na sznurku przyczepione spinaczami?

Opublikowano

No tak - a myślałem (po zniechęceniu totalnym do bezdialogowych powieści), że nic mnie do nich nie przekona - ale udało Ci się :)

Kilka wątpliwości:
1) jesli ojciec peela, to były belfer – może warto by zasygnalizowac już wcześniej? Bo mi się zrobił misz-masz – pijako-purysta językowy :D

2) Akapit "Wielka szkoda (...) życiowych błędów" jakoś bym wyciął z tekstu - może interliniami - boć to późniejsze przemyślenia peela (jeśli dobrze rozumkuję...)

3) Coś mi zgrzyta w zdaniu "- Jak chcesz. – powiedziałem obojętnie, żeby ukryć żal, że muszą się rozstać." - gdyby "powiedział", to byłoby ok, a tak? hmmm... ;)

Ale ogólnie – pyszności! Już nie mogę się doczekać kontynuacji :)

Pozdrawiam
Wuren

Opublikowano

Muszą się rozstać - poprawione. To wynik przeróbki z 3 os na 1. Dzięki :) Chyba ten akapit refleksji narratora w końcu wywalę, bo potem już takich nie ma. Trochę burzy spójność. Z tą sygnalizacją nauczycielstwa problem. Ale postaram się dodać jak najszybciej.

Opublikowano

że oto bytuje w świecie = bytuję

aleja byłą pusta = była

Mówienie o nim z najwyższą pogardą dawała = dawało

podobnie, jak Adi = nie wiem czy przecinek potrzebny

samotnie u wyloty = wylotu

mieszkało na lub wokół Rynku, więc stał się on = a może "więc był on"? nie wiem, lepiej mi brzmi, bo i tak opowiadasz o tym, co było

Stamtąd wyruszało dalej w miasto lub zostawało na ławkach. =wyruszało się, i po "na" spacja za dużo :)
.......................................................................

no, ja dopiero dziś...
ale ciekawy kawałek, może momentami za dużo mi było opisów tych ulic, alejek, nie wiem, wydawało mi się momentami zbędne, tylko te istotne mogłoby zostać, o których mowa później, lub gdzie ktoś chodził, ale reszta? ale może to tylko ja tak mam, że nie lubię takich opisów :)
podoba mi się jak prowadzisz narrację, hmmm, chyba jak zwykle
no nic, lecę do kolejnej części

Opublikowano

obiecywanki? :)
wybacz, ale mnie sen zmógł... no naprawdę, a taka czytać nie lubię, bo mi sporo ucieka,
dziś też jestem tu moment, więc szkoda zaczynać, z miłą chęcią przeczytam później :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...