Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Jesteście w błędzie, nie znając Pisma ani mocy Bożej.
Przy zmartwychwstaniu bowiem nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić,
lecz będą jak aniołowie Boży w niebie.”
Mt 22, 29-30


Od czasu wypadku rozkoszował się mroczną muzyką i sprawiał sobie coraz to nowe tatuaże. Zaczął od tego, że wytatuował sobie jej imię gotyckimi literami na przedramieniu:
Monika Nasako.
Przyniosło mu to chwilową ulgę, która rychle przeminęła, lecz potem zapamiętał smak tej ulgi i odwiedzał już studio tatuaży regularnie; sprawił sobie dużego smoka na plecach i serię mniejszych obrazków na ramionach. W każdym z nich ukryte było jej imię. Przeraził tym swoją matkę. Była to zwyczajna kobieta, księgowa i katoliczka, która ze zgrozą obserwowała przemianę syna. Marku, powtarzała mu, chłopcze mój, co ty robisz ze swoim życiem, rzuciłeś pracę, po całych dniach słuchasz tego grzmotu albo błąkasz się bez celu po mieście, przychodzisz do domu posiniaczony i brudny. Nie możesz jej bez końca opłakiwać, życie toczy się dalej...
- Jakie życie? – odpowiadał matce ostro – Może twoje, ale na pewno nie moje.
Matka jednak nie ustępowała, wiedziała swoje, lecz on nie miał ochoty jej słuchać.
- Nie można nosić żalu w sobie na wieczność. To niemożliwe. W końcu musisz zacząć myśleć o czymś innym, żyć własnym życiem. Wiem, jak cierpisz, ale musisz się z tego otrząsnąć!
- A co jeśli nie mam ochoty się otrząsać? – pytał cierpko, zdając sobie przy tym sprawę, że rani tę kobietę, która kocha go ową dziwną, niepotrzebną miłością matek.
- Ona sama by tego chciała! – matka wytoczyła najcięższy argument.
- Zostaw sobie te bzdury na tanią telenowelę. – odpowiadał. – Nie masz pojęcia, czego by chciała. Może właśnie życzyłaby sobie, abym cierpiał? Kto to może wiedzieć?
- Nie, nie ona – stanowczo twierdziła matka – była tak słodką i dobrą dziewczyną. Jestem pewna, że pragnęłaby, abyś przetrwał ten ból i wrócił do normalnego życia. Tylko ci się tak wydaje, że to niemożliwe. Każdy prędzej czy później wróci.
- Więc ja będę pierwszym, który nawet nie spróbuje – śmiał się cierpkim, złym śmiechem, a potem zamykał się w swoim pokoju na długie godziny. Siedział w fotelu patrząc tępo przed siebie, a jedynym towarzyszem była mu ciemna muzyka Scream In Flames. Niski głos wokalisty wydobywał się z wieży prosto do słuchawek, aby nikt inny, ani matka, ani sąsiedzi, nie mógł wiedzieć o jego ogłuszającym żalu.
Był jednak przecież tylko człowiekiem i cała jego rozpacz, którą pielęgnował jak roślinkę doniczkową, lub, jak sam by powiedział, (ale pod warunkiem, że nikt by nie słuchał), jak „ogród ciernistych róż”; cała ta beznadzieja i desperacja narastała w nim i pragnęła wydostać się na zewnątrz. Zamknięty w swojej samotności musiał się w końcu przed kimś obnażyć. Sam czuł, że to nieuniknione.
Co noc modlił się do Boga i do Moniki Nasako. Oboje jednak milczeli. Wybrał się więc do kościoła, do którego od czasu matury nie chodził, ani o nim nie myślał. Wydawało mu się jednak, że jest to miejsce, w którym z definicji można znaleźć pocieszenie. W świątyni panował chłód, słychać było szepty i chichotanie stojących w kolejce nastolatków. Marek czekał chwilę, a potem zbliżył się powoli do ciemnego konfesjonału.
- Proszę księdza – powiedział nieśmiało, jakby oduczył się już mówić, – co jest po śmierci?
- Synu, wyznaj swoje grzechy – odparł ksiądz, jakby w ogóle go nie słyszał.
- Moja dziewczyna, Monika Nasako, zginęła – zaczął Marek, aby nakreślić księdzu sytuację. – Teraz nie żyje, a ja chcę być z nią i boję się o nią. Gdzie jest teraz? Czy ksiądz potrafi mi na to pytanie odpowiedzieć?
- Jeśli umarła w łasce, przebywa w Panu. – Odpowiedział łagodnie kapłan – Wyznaj pozostałe grzechy.
- Nie była wierząca – odpowiedział Marek – ja też nie jestem. A ona nie była nawet ochrzczona.
- Jeśli nie jesteś wierzący, to co tu robisz? Nie mogę ci udzielić rozgrzeszenia. Warunkiem do tego jest wiara, rachunek sumienia, żal za grzechy przed Bogiem. Ukorz się przed Nim a dam ci rozgrzeszenie.
- Nie chcę rozgrzeszenia, niech mi tylko ksiądz odpowie na moje pytanie – błagał Marek – gdzie ona teraz jest? Czy jeśli umrę, będziemy razem?
- Synu, skąd ja mam to wiedzieć? – ksiądz był już zniecierpliwiony. – są to tajemnice, które w pełni zna tylko Bóg. Mogę ci powiedzieć tylko jedno: jeśli nie była ochrzczona w jedynej prawdziwej wierze chrześcijańskiej, jeśli nie umarła w stanie łaski uświęcającej - nie może zostać zbawiona. Ale Boże miłosierdzie jest wielkie, więc ufaj i módl się. A teraz wyspowiadaj się, bo to jest spowiedź święta, jeśli jeszcze nie zauważyłeś!
- Nie chcę się spowiadać – odparł z rozpaczą – chcę wiedzieć!
- Tutaj można tylko wierzyć. – powiedział ostro kapłan – a jeśli nie chcesz wyznać grzechów i żałować za nie, odejdź człowieku, bo ludzie czekają. Nie widzisz kolejki? Możesz przyjść do mnie prywatnie, jeśli chcesz.
- Nie. – powiedział Marek wstając – ksiądz nic nie wie i nie chce wiedzieć. Rozmowa z księdzem nie ma sensu.
Kiedy Marek wstał i zamierzył do wyjścia, mijając zniecierpliwioną kolejkę, kapłan wybiegł za nim. Poczuł nagle, że być może popełnił błąd, a nawet grzech, wyrzucając tego dziwnego człowieka z kościoła. Chciał za nim zawołać albo pobiec, ale zauważył gapiących się na niego parafian i stanął jak wryty. Zmieszany wrócił do konfesjonału.
Marek tymczasem odwiedził jeszcze kilka tarocistek, jednego guru nauczającego o reinkarnacji, przeczytał trochę teozoficznej literatury i „Życie po życiu” doktora Moody’ego.
Nikt nie potrafił odpowiedzieć na jego pytania.
Jedynym pocieszeniem znowu stała się dla niego muzyka Screamów, która dziwnym trafem potrafiła dodać mu energii rano, a wieczorem ukołysać do snu. Zaczął też słuchać Bacha. Jego jedyną płytę, jaką posiadał, odtwarzał w nieskończoność.
Myśli jednak domagały ujścia i dobijały się na zewnątrz, chociaż on sam tego nie zauważał. W końcu jednak tama pękła i to w najmniej spodziewanym momencie, przed zupełnie przypadkowymi osobami. Pierwszym z wybrańców był długowłosy licealista Łukasz, który podczas jednego marnego koncertu sam przysiadł się do stolika Marka, nie pytając o zgodę, a potem oświadczył, że ma dla niego towar pierwszorzędnej, najlepszej jakości.
- To ci przyniesie zapomnienie – oznajmił.
- Odwal się – rzucił Marek i nadal patrzył tępo przed siebie, w stronę podium, chociaż akurat była przerwa i nic się tam nie działo.
- Nie musisz nawet płacić – zachwalał swój darmowy towar Łukasz. – Jesteś tu miejscową legendą, bracie. Te dziewczyny opowiedziały mi wszystko – wskazał na dwie czarno ubrane licealistki, które patrzyły w ich stronę poważnie i przenikliwie. Nie chichotały jak ich rówieśniczki z dyskotek, ale spoglądały smutno i jakby nieobecnie, a ich oczy były podkreślone ogromną ilością czarnej kredki.
– Wszystko opowiedziały mi o tobie. Więc we trójkę, jak tu stoimy, zrzuciliśmy się na ten towar dla ciebie. Wystarczy pod język. Przeniesiesz się do innego świata, być może choć na chwilę ci ulży.
- Nie chcę – odpowiedział Marek – nie chcę, by mi ulżyło. Bólu nie zagłuszysz ani alkoholem, ani najlepszymi dragami. Wiesz, czego się nauczyłem? Kiedy coś cię boli, najlepszym środkiem znieczulającym jest inny ból.
Powiedziawszy te słowa popatrzył prosto w oczy Łukaszowi i jednocześnie zmiażdżył w dłoni pustą szklankę z cienkiego szkła. Łukasz patrzył na to przerażony. Dwie dziewczyny pod barem nie mrugnęły nawet okiem.
- Super... - wyjąkał Łukasz – ale człowieku, ty się chyba zraniłeś. To prawdziwa krew!
- Tak, prawdziwa – Marek spojrzał na chłopca nieprzytomnym wzrokiem – a co ty myślałeś? Że to keczup?
Otworzył dłoń i strząsnął odłamki szkła na podłogę. Jeden większy, który wbił mu się pod skórę, wyciągnął delikatnie i rzucił za siebie.
- Dziewczyny, chodźcie! – Łukasz tymczasem wołał swoje koleżanki – on rozcisnął najprawdziwszego kufla w ręku!
- Wynoście się stąd – powiedział Marek, widząc zbliżające się dziewczyny. Miały włosy ufarbowane na czarno i ogromne pierścienie na rękach.
- Słyszałyśmy o tobie – powiedziała jedna z nich – przyszłyśmy tu specjalnie dla ciebie. Ludzie mówili, że często przesiadujesz w tym barze. Chciałyśmy cię poznać.
- Czy ja jestem jakiś skurwiony Krzysztof Ibisz? Może chcecie mój autograf? – zapytał Marek, zły na siebie, że wdaje się w tę rozmowę. Jednocześnie jednak nie chciał, aby się skończyła.
- Na Ibisza bym się nawet nie wysikała – odpowiedziała stanowczo i z całą powagą jedna z dziewcząt, niższa i o większych piersiach.
Marek parsknął śmiechem.
- Siadajcie – zaprosił je do stolika.
Wszyscy czworo chwilę pili swoje piwa i milczeli.
- Mówią – odezwała się wyższa z dziewcząt, – że pozwoliłeś się zamknąć nocą na cmentarzu i rozgrzebałeś rękami cały grób. Mówią, ze masz jej imię wytatuowane na przedramieniu i plecach. Że bardzo ją kochałeś i że sam ją zabiłeś.
- Myślisz, że jestem jakąś pieprzoną postacią z książki? Albo z komiksu? – zdenerwował się Marek – nie rozmawiałem o tym nawet z pierdolonym psychologiem, a wam mam się zwierzać? Za kogo się macie? Co przeżyłyście, hę? Ile wy w ogóle macie lat? Nie więcej niż siedemnaście, co? Wiecie, co to znaczy stracić ukochaną osobę? Gówno wiecie. Jaki wy macie powód żeby tak się ubierać, jakbyście nosiły wieczną żałobę. Co wy wiecie? Co wiecie o życiu i o śmierci?
Niższej z oczu popłynęły łzy:
- Ja idę, Marta. Miałaś rację, to dupek. Nie będę tego słuchać.
- Idziesz poderżnąć sobie żyły? – zakpił Marek, ale już w tym momencie czuł, że przesadził.
- Myślisz, ze jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który cierpi? Myślisz, ze inni nie mają już prawa do smutku? – zawołała dziewczyna i chciała odejść. Marek chwycił ją jednak za rękę:
- Słuchaj, przepraszam cię. Jak masz na imię?
- Nina.
- Nino, przepraszam. Oczywiście, że masz prawo cierpieć. Nie chciałem cię urazić.
- Chciałeś.
- Może i tak. Łukasz – zwrócił się do milczącego teraz chłopaka i dał mu 20 złotych – zamów piwo dla nas wszystkich. Ja stawiam.
- Nie powinieneś się obrażać za to, że ludzie mówią o tobie. – odezwała się dziewczyna o imieniu Marta – Nie uwierzysz, ale sąsiadka twojej matki pracuje w tym samym urzędzie co moja stara. Dzieli je tylko ściana. Ploty rozchodzą się tam z prędkością światła. Zresztą znamy cię też z gazet. Ze złamanym obojczykiem rzuciłeś się na tego kierowcę i policjantów. Byłeś wściekły.
- Nie macie pojęcia, jak wściekły byłem. Jak wściekły jestem.
- Więc dlaczego nie popełnisz samobójstwa? – zapytała spokojnie Marta, jakby to było najnormalniejsze pytanie na świecie. – Po co żyjesz?
- A po co żyjecie wy? Z waszymi depresjami i załamkami na pewno nie jest wam lekko? – znowu był ironiczny.
- Skąd wiesz, że mamy depresje? – odparła Marta z uśmiechem. Nina patrzyła z goryczą przed siebie – jesteśmy młode, ale to nie znaczy, że głupie. Kpisz z nas.
- Same się prosicie. Te wasze stroje, fryzury. Komu chcecie coś udowodnić?
- A ty? Te twoje tatuaże, skórzana kurtka?
- Miałem ją już przedtem.
- Jasne. A ta krew? Przecież to takie same widowisko jak nasze suknie.
- Co tam suknie. Najgorszy jest wasz makijaż. Wyglądacie jak wampiry. – Nie potrafił skończyć z sarkazmem.
- Może nimi jesteśmy – Marta nadal była spokojna, podczas gdy po Ninie było widać, że przestaje jej się ta rozmowa podobać.
- Jaka ona była? – zwróciła się do Marka, spoglądając na niego przenikliwie.
- Niby kto?
- Twoja Monika Nasako.
Marek ku własnemu zaskoczeniu odpowiedział bardzo chętnie, jakby tylko czekał na to pytanie:
– Była słodka, delikatna. Nigdy by nikogo nie skrzywdziła. Miała drobniutką budowę ciała i ciemniejszą skórę. Była cudzoziemką i przesłodko mówiła po polsku. Kiedy się śmiała, nie mogła przestać. Przyciskała wtedy piąstki do twarzy i przewracała się na łóżko. Nosiła jasne spódnice do kolan albo dżinsy i kolorowe sweterki. Uwielbiałem patrzeć, jak się porusza. Jak się rano ubiera. To mi wystarczało. Oddałbym wszystko, żeby ją znowu zobaczyć. Tylko zobaczyć! Jak stoi przed szafą i zastanawia się, którą bluzkę ubrać, jak okręca się przed lustrem przymierzając nowy pasek. W takich chwilach prawie dla niej nie istniałem. To by mi wystarczyło. Tylko na nią patrzeć i nie istnieć dla niej.
- To dlatego byłeś na cmentarzu. Dlatego pozwoliłeś się tam zamknąć i prawie zamarzłeś na śmierć.
- Nie było tam nikogo – odpowiedział Marek, doskonale zdając sobie sprawę, że łzy ciekną mu po policzku. Wstydził się, a jednoczeście z perwersyjnym zadowoleniem obnażał się przed tymi dziewczynami – Nikogo. Ani żywego, ani ducha. Przyzywałem ją, Marto, Nino, czy jak się tam nazywacie. Pozbyłem się wszelkich uprzedzeń, wszelkiego strachu. Kiedyś dużo się bałem. Także bólu. Wyobraź sobie, ze dwa dni do przodu drżałem przed pójściem do dentysty. Głupiego dentysty! Kiedyś nie pozwoliłbym sobie nawet zrobić tatuażu. Teraz nie ma dla mnie przyjemniejszej chwili niż leżeć w za zasłonką i czuć te drobne uderzenia igły, które zadają ból do zniesienia, nawet przyjemny. Ale ja jestem przygotowany nawet na ten nie do zniesienia.
Na tym cmentarzu wzywałem nawet diabła. Nie przyszedł nikt. Nie ma nikogo.
- Szkoda, że mnie tam nie było.. – mruknął Łukasz, całkowicie zafascynowany – To musiała być zajebista akcja!
- Przecież mówię, że nic się nie zdarzyło, durniu! – warknął na niego Marek – połamałem sobie tylko paznokcie grzebiąc w tej ziemi i wypowiedziałem parę niepotrzebnych przekleństw.
Zapadło milczenie, podczas którego Marek obserwował dziewczyny i Łukasza, jakby widział ich po raz pierwszy
- Słuchajcie – odezwał się, – czego wy właściwie chcecie? Wy czegoś ode mnie chcecie, prawda? Nie mówcie mi tylko, że chcieliście wyłącznie obejrzeć te mizerną miejscową legendę, ostatniego cierpiącego romantyka na ziemi... Egzotyczne okazy ogląda się w zoo, mama was nie zabierała, gdy byłyście małe?
- Chciałyśmy ci pomóc – odezwała się Marta – albo raczej dowiedzieć się, czy potrzebujesz naszej pomocy.
- I już to wiecie?
- Po części. Ale jeszcze dla pewności spytam: czego pragniesz teraz najbardziej na świecie?
Marek odpowiedział bez zastanowienia, biorąc duży łyk piwa:
- Żeby to się nie stało, oczywiście. Żeby Monika żyła! Czy tak trudno tego się domyślić?
- Naprawdę? – zapytała Nina podejrzliwie.
- Oczywiście! – zdenerwował się Marek
- Ale mi chodzi o coś możliwego – odezwała się Marta – Nikt nie może wskrzesić twojej dziewczyny. Może tylko sam Pan Jezus, ale to mało prawdopodobne.
Powiedziała te słowa poważnie, a Marek wybuchł gorzkim śmiechem.
- Czego pragniesz najbardziej, co jednak mogłoby się zdarzyć w tym świecie? – zapytała jeszcze raz.
- Chcę być z nią – odparł z prostotą, która zaskoczyła obie dziewczyny – Pytałaś, dlaczego się nie zabiję. Nie wiem, czym jest śmierć. Ale kiedy tak siedzę tu w tym klubie i żłopię piwo, albo kiedy słucham muzyki w domu, albo kiedy zasypiam, wydaje mi się, że śmierć to niekończąca się podróż, w którą zawsze wyruszasz samotnie. Znacie Biblię? W pewnym momencie pytają Jezusa o kobietę, która miała na ziemi siedmiu mężów. Z którym z nich będzie się radować w Królestwie Niebieskim? Jezus odpowiada w tym sensie, że takie kategorie w tamtym świecie są zupełnie bezpodstawne. Żaden z tych mężów nie będzie jej już obchodzić. I to mnie najbardziej przeraża. Na to zdaje się cała miłość, przysięgi małżeńskie i uczucia, które porywają aż pod niebo.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że śmierć to straszna samotność, czarna dziura, w której nie ma nikogo oprócz ciebie. Zły sen, który nigdy się nie kończy. Nicość, która jednak istnieje.
Boję się, że Monika Nasako jest teraz w czymś takim. Nie zrozumcie mnie źle, zostałem wychowany w wierze katolickiej. Mówiono mi wiele o bożym miłosierdziu i zbawieniu. Nawet przed paroma dniami, kiedy poszedłem do kościoła, powtórzono mi te same frazesy. Po tym, jak pożegnałem się z wiarą dzieciństwa, przez wiele lat wolałem myśleć, że po śmierci nie ma nic. Że przestajemy istnieć, koniec, kropka. Ale kiedy musiałem patrzeć jak umierała, kiedy słyszałem jej ostatnie oddechy, kiedy próbowałem wydostać ją z samochodu, a potem zobaczyłem w trumnie, z napuchłą twarzą, z tymi wyostrzonymi rysami... - od tamtej pory wszystko się we mnie zmieniło. Co innego czytać o śmierci, słuchać o niej na niedzielnym kazaniu, oglądać ją w wiadomościach w telewizji, a co innego widzieć na własne oczy, jak znika twój ukochany człowiek, a na jego miejscu zostaje tylko ciało, które jest nim i nie jest, które jest obce, samotne, porzucone. Czy to samo mogło stać się z jej duszą? Rozumiecie? Boję się, że jej dusza też jest obca, samotna, porzucona. Że błąka się i niczego nie pamięta. Że cierpi.
Nie wiem, czym jest śmierć. Ale chciałbym móc ją ogrzać, choćby tylko przez chwilę. Żeby wiedziała, że nie jest sama, że jestem z nią. Chciałbym zwyciężyć śmierć. Taki jestem bezczelny. Ale wiem, wielu przede mną tego próbowało i nikomu się nie powiodło.
- Orfeusz... – próbował odezwać się Łukasz. Ale dziewczyny zgromiły go wzrokiem.
Marek kontynuował, jakby nic nie usłyszał:
- Boję się także, że nawet jeślibym umarł, nigdy jej nie odnajdę. Moja śmierć nie będzie jej śmiercią, mówię tu nie o momencie umierania, ale o całej tej tajemnicy, która następuje potem. Co będzie, jeśli zapomnę o Monice? Tylko dlatego jeszcze się nie zabiłem, wierzcie mi, Nino i Marto, to jedyny powód. Dopóki żyję, będę się starał o niej pamiętać. Cierpieć za nią.
- Lubisz ten ból? – spytała Marta łagodnie, ale zabrzmiało to także odrobinę arogancko. Marek poczuł się osaczony.
- Czemu ja wam to w ogóle mówię! – zawołał – chyba postradałem zmysły. Jestem idiotą, zwierzać się dwóm smarkulom w barze.
- Ja też tu jestem... – nieśmiało odezwał się Łukasz, kuląc się ze wstydu, że w ogóle otworzył usta.
- I jednemu smarkaczowi – dodał Marek, żeby mu oddać sprawiedliwość. A potem odpowiedział na pytanie Marty:
- Może lubię. Rozpacz to też narkotyk. Lepszy niż te wasze kwasy. Ale moja rozpacz jest we mnie, jest prawdziwa.
Milczeli.
- Powtarzam, - odezwał się nagle Marek, – czego wy ode mnie chcecie?
Zapadła chwila ciszy. Koncert już dawno się skończył, w klubie pustoszało. Marek czuł, że została im może godzinka, może więcej, a potem ich wyrzucą. Nie chciał, żeby ta rozmowa się skończyła.
- Przyszłyśmy ci coś zaproponować – odezwała się poważnie Marta, patrząc Markowi prosto w oczy. W swoim czarno-białym makijażu wyglądała niesamowicie. – Wiemy o tobie wszystko. Wiemy, że odwiedzałeś wróżki, astrologów, buddystów i różną inną gawiedź, która udaje, że ma jakieś pojęcie o życiu pozagrobowym. To szarlatani, Marku, chcą tylko twoich pieniędzy, mam nadzieję, że już się o tym przekonałeś.
- Tak. – Marek oparł się rękami na stole i jakby mimowolnie zbliżył twarz w kierunku Marty i Niny. Obie pochyliły się w jego stronę, wyłączając w pewnym sensie Łukasza z rozmowy. Chłopak jednak słuchał uważnie i bynajmniej nie miał już miny klasowego błazna. Wręcz przeciwnie, jego spojrzenie było bardzo dorosłe.
- My z Niną zajmujemy się trochę zjawiskami paranormalnymi. Nie robimy tego z mody, czy dla pieniędzy, ale dlatego, że mamy pewne zdolności. Zwłaszcza Nina. Ona jest bardzo silnym medium. Widzi rzeczy, o jakich wam się nie śniło.
- Co wy próbujecie mi powiedzieć? – zdumiał się Marek – że możecie skontaktować się duchem Moniki Nasako? Przecież to śmiechu warte!
- Chcesz się z nas śmiać, proszę bardzo – odparła twardo Marta. Widać było, że jest absolutnie poważna. – Niczego nie możemy ci obiecać. Te rzeczy są bardzo trudne i niebezpieczne. Często się zdarza, że jeden duch podaje się za innego. Prawie zawsze kłamią. To dlatego wszystkie świadectwa spirytystów, nagrania i automatyczne pisanie to bzdury. W takich sytuacjach przychodzą najczęściej niskie zabłąkane duchy, które są tak złośliwe, że odczytują twoje myśli i układają z nich swoją wypowiedź. Albo wymyślają sobie rzeczy, opowiadają o życiu pozagrobowym, jakby wiedziały wszystko. Ale tak naprawdę posiadają tylko wspomnienia z czasów, kiedy były ludźmi. Dlatego ich mapy zaświatów są tak przeraźliwie ludzkie. Tak naprawdę nic nie wiedzą i wolą sobie tego nie uświadamiać, żeby nie pogrążyć się w rozpaczy.
- Widzę, że przeczytałaś parę książek – Marek znowu nie mógł pozbyć się sarkazmu i ironii – Ale jeśli nawet to prawda, to w takim razie nie ma o czym mówić. Monika jest dla mnie stracona.
- Niekoniecznie – odezwała się Nina niespodziewanie – Kiedy jestem blisko ciebie, czuję, że jej duch jest w pobliżu. Nie wie, co się dzieje, ale w jakiś sposób przyciąga go twoja aura.
- Jeśli siła waszej miłości była naprawdę tak wielka, jak mówisz, Monika Nasako całkowicie bezwolnie trzyma się ciebie i miejsc, w których była szczęśliwa – dodała Marta. – możesz się z nią spotkać.
- To jakieś bzdury. Też chcecie ode mnie pieniędzy? – zapytał ostro Marek, choć podświadomie widział, że jest w stosunku do dziewcząt niesprawiedliwy.
- Nie, nie chcemy pieniędzy. Jeśli ci pomożemy, to bezinteresownie. Tak się powinno to robić.
- Więc jesteście w stanie wywołać ducha Moniki? – spytał wprost, a kiedy wypowiedział te słowa, poczuł przed nimi strach. Jakby miały ogromną, niezmierzoną siłę, a przecież były to tylko zwyczajne, może trochę zbuntowane nastolatki.
- Wyjaśnię ci coś – powiedziała Marta – Nikt nie wie, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Ale wiele wskazuje na to, że niektóre dusze pozostają na ziemi, trzymają się jej uporczywie i nie chcą odejść. Zapytasz: czy jest w ogóle dokąd odejść? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale mam nadzieję, że istnieje Bóg i że to on jest naszym celem, istotą, która da nam upragniony spokój. Może istnieje też piekło, nie mam pojęcia. Ale doświadczenie wielu ludzi wskazuje na to, że niektóre dusze błąkają się niespokojnie po ziemi, bez celu i bez świadomości. Najczęściej nie mają pojęcia, że umarły. Ty sam dobrze to określiłeś: ich egzystencja jest jak zły sen, z którego nie można się obudzić.
- A na jakiej podstawie twierdzisz, że Monika może być jednym z nich? – znów zaatakował Marek.
- Możemy się o tym przekonać. Jeśli odeszła zbyt daleko, nie przywołamy jej za żadne skarby świata. Ci, którzy twierdzą, że potrafią to uczynić, kłamią i chcą wyłudzić pieniądze.
- Nie chcę tego słuchać. – powiedział Marek robiąc ruch, jakby wstawał – Nie będę dla kaprysu zakłócać spokoju Moniki. Poza tym według was na pewno ktoś by ją tylko udawał. To szalone, co mi proponujecie.
Nina chwyciła go za rękę i zmusiła, aby usiadł:
- Nie damy się oszukać. Będziemy wiedziały, kiedy przybędzie ktoś inny. Poza tym, jeśli ona odnalazła już spokój, żadna siła, a tym bardziej nasza, jej go nie zakłóci. Monika przyjdzie tylko wtedy, jeśli jest w pobliżu, zagubiona, niespokojna, pragnąca pomocy. A ja wiem, że tak jest.
- Zastanów się nad tym, co ci proponujemy. – uśmiechnęła się blado Marta - Tu jest numer do mnie na komórkę. Zadzwoń, jeśli się zdecydujesz.
Byli już ostatnimi gośćmi. Barman patrzył na nich wymownie, kładąc krzesła do góry nogami na stolikach. Zaczęli się zbierać.
- Nie boicie się same wracać do domu w środku nocy? – spytał Marek dość miłym tonem, nie pozbawionym jednak ironii. – Rodzice wam na to pozwalają?
- Jesteśmy potężnymi czarownicami. – powiedziała Marta i Marek poczuł się nieswojo. Nie wiedział, czy dziewczyna mówi poważnie, czy żartuje. – Nie boimy się niczego. Niech inni się boją.
- Twarde dziewczyny. – próbował uśmiechnąć się Marek, ale wyszedł mu tylko jakiś grymas. – Łukasz, a ty kim jesteś dla nich? Chłopcem na posyłki?
- Kronikarzem. – odparł z całą powagą Łukasz. – jak Gall Anonim.
- No, maturę masz w kieszeni – rzucił w jego stronę Marek, kiedy wychodzili z baru. Na zewnątrz wiał przenikliwy, jesienny wiatr.
Powiedzieli sobie cześć i odeszli, dwie dziewczyny ubrane na czarno w jedną stronę, chłopak skręcił w boczną ulicę, a mężczyzna o krótkich blond włosach został jeszcze chwilę przed wejściem do knajpy.
- Moniko Nasako – powiedział do siebie cicho – gdzie jesteś? Czy naprawdę tuż obok mnie? Odezwij się!
Po powrocie do domu, kiedy wszedł do łazienki na palcach, żeby nie budzić matki, długo wpatrywał się w lustro. Widział w nim tylko swoją ponurą twarz. Nic więcej.
Umył zranioną rękę i nałożył bandaż. Specjalnie nie użył wody utlenionej, ale spirytusu. Nie bolało jednak zbyt mocno. Nie pociemniało mu w oczach, czego tak pragnął.
Potem, żeby przebudzić w sobie rozpacz, uśpioną piwem i dziwną rozmową z tymi obcymi smarkaczami, zaczął przeglądać fotografie. Było ich mnóstwo. Wspólne wakacje, zaręczyny, bale, imprezy, spacery w parku. Na każdym Monika Nasako delikatnie się uśmiechała, jakby niepewnie, jakby ciągle zaskoczona tym, że żyje. Teraz Marek inaczej interpretował ten uśmiech. Wyczuwał w nim znamiona śmierci.
Położył się na łóżku i cichutko płakał, wydając z siebie jakieś nieartykułowane, zwierzęce dźwięki. Uważał jednak, żeby nie być zbyt głośnym. Niestety płacz nie trwał długo. Zaraz po jej śmierci potrafił szlochać całymi godzinami. Teraz czuł wyraźnie, że jego ból nieuchronnie słabnie. Zapominam o tobie, Moniko, myślał z rozpaczą.
Żałował, że nie mieszka sam. Wtedy mógłby robić, co by chciał, nie musząc martwić się tym, że przerazi matkę. Jeszcze raz ze słuchawkami na uszach przeglądał zdjęcia. Znów pojawiły się łzy. Sprawdził, czy ma w kieszeni numer do swoich nowych znajomych. Nie musiał się zastanawiać, czy do nich zadzwoni, czy nie. To było od początku całkowicie jasne.

Opublikowano

Jeszcze kilka wyjaśnień:
1. To jest pierwsza część, druga, końcowa za 72 godziny:)
2. Wiem, wiem, ze to długie... Na pewno dostanę za to od was w skórę.... Ale chciałam spróbować tzw. dłuższej formy i zdaję sobie sprawę, ze na pewno wpadłam w wiele sylistycznych i innych pułapek, jakie ona z sobą niesie. Z góry dziękuję, jeśli ktoś nie wystraszy się od razu i zechce przeczytać.
3.Nazwa zespołu metalowego jest wymyślona. Zresztą byc może o "Sreamach" powstanie osobne opowiadanie:)
Dziękuję za uwagę i pozdrawiam,
ciekawa szczerych opinii wampirka

Opublikowano

Piękne... Naprawdę. Podziwiam Cię, Wampirko. Może dlatego tak mi się podobało, że sama za bardzo nie nadaję się do pisania tego typu opowiadań, ale jak dla mnie pierwsza klasa
Ocena:

BEZCENNY

Pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy!!!

Opublikowano

no tak, długie. jak tylko wszedłem i zobaczyłem długość tesktu, to nieco mnie to przeraziło, ale w końcu przeczytałem całość.
muszę podkreślić, że to zupełnie nie moje klimaty itd., w związku z czym mogę nie być odpowiednio nastawiony. dlatego też spodobały nie spodobał mi się fragment, jak Marek zaczynał rozmowę w barze.
z tymi czarownicami to nie wiem, zobaczę jak przeczytam drugą część.

a więc nie jestem zachwycony, ale może to się zmieni po przeczytaniu drugiej części.

Opublikowano

Hmm hmmm
Szósty zmysł? :) A w drugiej części poznamy Mateusza i Jana? hihihi

Kilka drobnych błędów :)

Czekam z niecuierpliwością na dokończenie :)
Pozdrawiam
Wuren

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...