Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Mojej wyśnionej


- Mieli rację, mówię ci... - młody chłopak mówił z zapałem. - Chińczycy zawsze mają rację. - głos mu drżał, na twarzy widać było rumieńce.
- Jenn, daj spokój, wszyscy mamy bzika, ale ty chyba przesadzasz... - ubrany w czarną skórę motocyklista zdawał się stać twardo na ziemi...
- No mówię ci, poczytaj sobie Hawkinga, albo kogokolwiek, kto pisze o Wielkim Wybuchu, nasz wszechświat NIE MA RACJI BYTU - istnieje jakby na kredyt - ciągnął dalej Jenn. - Ty też daleko nie zajedziesz bez benzyny... najwyżej może ci się to tylko śnić...
- To jest właśnie RZECZYWISTOŚĆ - bez benzyny nie ma jazdy - zaśmiał się Andy.
- O tym przecież mówię - my nie mamy prawa istnieć... - zaczął od nowa Jenn, ale nie dokończył.
- Daj sobie luz, bo niedługo zabraknie ci przyjaciół do przekonywania o swoich racjach - przerwał mu Andy.
- To ty daj sobie powiedzieć - nie bądź, jak żywe mięso z Matrixa - kontynuował chłopak w brudnych dżinsach - ani się nie obejrzysz, jak to wszystko zniknie, jak zły sen...
Motocykl zawarczał pogardliwie i z piskiem ruszył.
Oddalając się, Andy wykrzyknął tylko: - Lecz się, Jenn... - i zniknął w kurzu południowego piachu.

***

Jenn leżał na łóżku i obserwował nierówności na suficie. Ciekawe, czy ja też mógłbym wymyślić ŚWIAT... czy to tylko przywilej smoków - zastanawiał się. Czy gdybym wystarczająco mocno chciał... a te plamki - mógłbym przecież wymyślić, że każda z nich jest światem... że tam gdzieś ktoś właśnie mierzy swój wszechświat i dochodzi do wniosku, że jest nieskończony... a z mojego punktu widzenia to tylko pyłek... Nie, to chyba nie tak, chińczycy mówią, że świat jest snem smoka, to chyba bym musiał wyśnić taką plamkę... A poza tym czy smok śni ten świat w szczegółach, czy on sam się dzieje, a sen smoka, to tylko początek, Wielki Wybuch...
Rozmyślania przerwał krzyk ojca: - Obiad na stole!
Jenn poczuł obrzydzenie. Sam sobie jedz to wydumane żarcie - pomyślał, ale zwlókł się z łóżka i podszedł do schodów.
- Nie jestem głodny - odkrzyknął do ojca.
- Jak zaczniesz zarabiać, to wtedy będziesz mógł grymasić i kupować sobie, co tylko będziesz chciał, ale na razie będziesz jeść, co mama ugotuje - w głosie pana Johnsona dało się wyczuć zdenerwowanie. - Natychmiast na dół!
- Nie będę jeść czegoś, co nie istnieje! - krzyknął zirytowany Jenn.
- Jak chcesz, ale zanim umrzesz z głodu, pójdziesz z nami do doktora Willsona. I żadnych wykrętów! Nie będę krzyczeć do ciebie przez pół domu, zejdź natychmiast, musimy porozmawiać - ojciec z trudem panował nad złością.
- Idę, idę - odparł Johnson junior i poczłapał schodami w dół. - Ale nie myśl, że ten twój wymyślony doktorek coś poradzi - my nie istniejemy, czy to się Willsonowi podoba, czy nie...
Na dole ojciec podszedł do okna. Twarz miał ściągniętą złością. Patrzył na zachodzące słońce - a może tylko tak się wydawało.


***

- Jenn, odpowiedz!
Cisza. Nawet Collins przestał flirtować z Betty. Do końca zajęć zostało jeszcze dwanaście minut.
- Jenn!
Nic. Kolejna nieskończenie długa pauza. Wydawało się, że wszyscy przestali oddychać.
- Panie Johnson, proszę zgłosić się do dyrektora - głos panny Aniston przypominał teraz skrzypienie paznokci po tablicy, a usta zmieniły się w szczelinę dyfrakcyjną.
Jenn ocknął się z letargu, nieprzytomymi oczyma spojrzał na nauczycielkę i powiedział: - Panno Aniston, przepraszam, właśnie próbowałem wyśnić świat...
Nie dokończył. Przerwała mu salwa śmiechu. Popatrzył zmrużonymi oczyma po klasie i wyszeptał: - Śmiejcie się, kretyni, pstryk! i was nie ma.... A ja wyśnię sobie lepszy świat - taki, w którym nie będzie was i wam podobnych...
Panna Aniston poprawiła wykrochmaloną, nieskazitelnie białą bluzkę, wygładziła nieistniejącą fałdę na spódnicy koloru najbrzydszej szarości pomieszanej z najbrzydszym beżem, chwyciła dziennik i wojskowym krokiem wyszła z klasy.
Collins wstał i cynicznie slodkim głosikiem spytał: - Śpiący Królewiczu, kiedy się wszyscy obudzimy?
Wy nie śpicie, was nie ma - odparł ledwie słyszalnym szeptem Jenn; nieprzytomnym wzrokiem zdawał się widzieć przez mury. - Mnie też nie ma, ale ja o tym wiem...
Collins zdążył już stanąć przy nim na stole i udawał, że go bada. Za stetoskop służył mu jego nieodłączny walkman. Po chwili, udając zdziwienie, które często gościło na twarzy doktora Willsona i stało się jego znakiem rozpoznawczym, oświadczył: - Czy to możliwe? Johnson, chłopcze, pochodzisz z takiej zacnej rodziny i zwariowałeś? Pokierało cię? Masz haluny? Sikasz ze strachu w łóżko, kiedy mamusia zgasi światło? - ostatnie wyrazy wykrzyczał Jennowi do ucha. Młody Johnson zdawał się tego nie słyszeć, krokiem lunatyka wyszedł z klasy. Zadźwięczał dzwonek.

***


- I co, biorą? - Andy wyrósł spod ziemi jak duch, bez motocykla poruszał się prawie bezgłośnie.
- CO bierze? - spytał Jenn. Widać było, że siedzi nad brzegiem rzeki, ale myślami jest zupełnie gdzie indziej.
- Ech, Jenn, weź się w garść... Twój wyskok na historii... cała szkoła mówi, że jesteś... no wiesz...
- Andy, czy Anitrah to dobre imię?
- Co? Jaki Anitrah? - czarna kurtka Andy'ego lśniła w zachodzącym słońcu, jak jakaś kosmiczna zbroja.
- No, imię dla smoka... konkretnie dla smoczycy...
- Jenn, dla jakiego smoka? Jeśli masz rację i to smok nas śni, to po co wymyślać dla niego imię?
Johnson spojrzał z wyrzutem na motocyklistę: - Andy, czy ty mnie słuchasz? To imię dla smoka, którego JA wyśnię. Ja. W moim prywatnym wszechświecie.
- Wiesz co, Jenn, może twój stary ma trochę racji i powinienneś iść do Willsona... Albo lepiej pojedźmy pokłusować trochę! Weźmiemy ze sobą Agnes i tę nową, zapomniałem, jak ma na imię, może się da ją trochę rozruszać... One będą nam gotować, a w nas obudzi się duch Pielgrzymów i ruszymy na wielką przygodę! Ja też czuję się już zmęczony tą budą, wiecznym użeraniem się z panną Aniston..


W miarę jak Andy zachęcał Jenna do wspólnego wypadu za miasto, ten jakby rozpływał się w swoich myślach, niemal namacalnie robił się przezroczysty, myślami zataczał kręgi szersze od horyzontu. Po chwili, szeptem tylko ciut głośniejszym od wiatru odpowiedział: - Andy, wiem, że chcesz dobrze, ale to nie ma sensu, jazda na nieistniejącą wycieczkę, nieistniejący bekon z równie nieistniejącymi jajkami... Rozumiesz? To ja, ja muszę wymyślić coś, co będzie realne, co prawda tylko w moim umyśle, ale zawsze, lepiej śnić o czymś, niż być śnionym, rozumiesz?
Słońce już schowało się za widnokrąg, więc twarz młodego motocyklisty skryta była w półmroku. - Jenn, może taka wycieczka by ci dobrze zrobiła? - kontynuował, ale Johnson junior odpłynął zupełnie, zatopił się we własnym śnieniu i uśmiechał się delikatnie, pewnie widząc Anitrah opiekującą się młodymi.

***


Tak, moje smoki będą szkarłatne. Szkarłatne i niezbyt wielkie - jakieś 3-4 metry, żeby można było je logicznie umieścić w łańcuchu ewolucji - myślał Jenn, leżąc w łóżku. Cała ich rasa będzie panować na planecie. Będą wszystkożerne i inne zwierzęta będą czuć przed nimi respekt. Ale nie będą organizować polowań, jak ludzie. Moje smoki będą polować tylko na potrzeby swojej rodziny. Miał już w głowie prawie cały wizerunek smoków, planety, fauny i flory, brakowało tylko jakiegoś ostatecznego szlifu, czegoś, co tchnie ducha w cały ten świat. Śnić o tej planecie przychodziło mu coraz łatwiej, wyłączał się na coraz dłuższe chwile, a i spokoju miał więcej, od kiedy w jego otoczeniu zaczęły dominować postacie ubrane na biało. Mało go to obchodziło, bo widział coraz jaśniejsze światełko na końcu swojej drogi, drogi marzeń o własnym świecie. Czasu też miał ostatnio bardzo dużo i nikt nie ubliżał już mu od wariatów. Cały czas jednak dręczyło go to coś, czego brakowało w jego wyśnionym świecie, w którym pierwsze skrzypce grali N'gra i jego samica, Anitrah z dwójką młodych. Zły był tylko, kiedy musiał przerywać drzemkę na jakieś badania, posiłki i inne niepotrzebne czynności.
Więc szkarłatne... - myślał w kółko i cały czas miał świadomość, że coś mu umyka. Zrobiło się jakoś tak ciszej i ciemniej, więc podniósł wzrok, szukając tarczy zegara, o 18 był obchód, a co za tym idzie wieczorne badania i zaraz później kolacja. Z wielkim zdziwieniem odkrył, że wskazówki układają się dopiero na godzinie trzeciej. Co się dzieje? - pomyślał. Jakiś eksperyment ze światłem? I dlaczego tu tak cicho? Po chwili jednak wrócił do swojej smoczej jaskini. Wiem! Cały czas brakowało mi tu ruchu! - wydedukował odkrywczo. Ruchu i dźwięków! Zapadał w coraz głębszy sen. Już prawie stracił świadomość tego, że śni. Anitrah wsunęła łeb do komory dzieci. Spokój - pomyślała do nich, ale to nic nie dało. Małe smoki zawzięcie goniły się po ubitej ziemi próbując złapać się wzajemnie za ogony. Tato wraca! - ta myśl podziałała jak zaklęcie. Młode natychmiast uspokoiły się, świadome parzącego oddechu ojca, kiedy się denerwuje. Coś mówiło Jennowi, że powinien się obudzić, ale to było to jakieś takie dalekie, jakby szum morza, albo szelest skrzydeł ptaków, w każdym razie coś niesłychanie odległego. Młody Johnson otworzył z trudem oczy, nie przestając śnić o swoich smokach. Zdziwiło go trochę, że ściany zrobiły się półprzezroczyste, wszystko wiruje, jakby nie było grawitacji, a jego ciało przypomina bardziej kłęby pary, niż człowieka, ale nie zaprzątał sobie tym głowy. Resztką świadomości zanotował, że mury znikają zupełnie, robiąc się coraz bardziej eteryczne, podobnie zresztą, jak słońce, ziemia i cały wszechświat. On sam tylko osunął się głębiej w swój sen, gdzie N'gra zdążył już wrócić do domu ze zdobyczą. Jenn był zaskoczony, bo takiego zwierzęcia, jakie dziś przyniósł do gniazda szkarłatny smok, nie widział wcześniej w swoich snach i to było ostatnie, o czym pomyślał. Jego świat zniknął.

***

Srebrny smok mlasnął językiem i przewrócił się na drugi bok. Ale miałem głupi sen - pomyślał - dobrze, że się przebudziłem. Mlasnął ponownie i ponownie zapadł w drzemkę. Przyśniła mu się tym razem planeta, która cała jest pokryta wodą i nie ma na niej ani skrawka suchego lądu.

***

Szkarłatne smoki pomrukiwały lekko, zadowolone po posiłku. N'gra wypełzł przed jaskinię i wyciągnął się na niebieskiej trawie, rozkoszując się świeżym, wiosennym słońcem. Jego samica, Anitrah, przytuliła do siebie młode i zaczęła je kołysać. Po chwili już spały. Zaczęły śnić.


Inowrocław, kwiecień 2002
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A ja porzuciłem myśl o rozwinięciu tego opowiadanka - zdaje się, że zapętlania i warstw śnienia już wystarczy :)

Dziękuję za przeczytanie i komentarz :) Spodziewałem się najgorszego, boć fantastyka to przeca literatura drugiego sortu :) (tak przynajmniej przeczytałem w którymś poważnym dziele o współczesnej literaturze polskiej :D)

Pozdrawiam
Wuren
Opublikowano

Tłum zaawansowanych miłośników temu przeczy. Kultura wysoka niech się w tej materii wycmoka. Nie jestem znawcą, bo wolę cyberpunka i wariacje K.Dicka, ale łyknąłem conieco podczas roku zajęć dodatkowych. I twierdzę, że może być :)

Opublikowano

Moje najwyższe uznanie. Znakomite opowiadanie. Czy to jest fantastyka fantastyka? Chyba niezupełnie. Dla mnie jest to bliższe psychologi (może i psychiatrii), ma w sobie coś z Matrixa i nie wiem jeszcze co. Chyba jednak dobrze, żei nie rozwijałeś tematu, bo teraz stanowi naprawdę znakomitą, zamkniętą całość.

Opublikowano

Jak to że fantastyka jest literaturą z niższej półki? A Borges? A Cortazar?
Bardzo dobre opowiadanie, ma wybudowany klimat, specyficzną "senną" atomosferę, a to już dużo, jedyne co mnie drażni, to te angielsko/amerykańskie imiona. Dlaczego taka śniąca historia nie mogła by się zdarzyć jakiemuś polskiemu wariatowi?
Poza tym tytuł jest świetny, do zapamiętania. I wcale nie trzeba rozwijać, zgadzam się, że jest dobre tak, jak jest. Nawet mogłoby byc krótsze (ostatni fragment, już w szpitalu + smoki jest zdecydowanie najlepszy,początek trochę rozmyty) pozdrowienia,

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...