Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- Pachnie choinką.
Dobermann


To podłe. To cholernie niesprawiedliwe i podłe. Tak właśnie myślał Ariel. Stał tuż przy obrotowych drzwiach banku, w niebieskim uniformie strażnika i w za ciasnej, czerwonej czapce z białym pomponem. Gdyby nie to, że tak bardzo potrzebował pieniędzy nie zgodziłby się na tę parszywą robotę. Niestety musiał. Miał spore długi. Poza tym, żona chciała, aby przejęcie z okazji bar Micwy ich syna było naprawdę wystawne.

Nie powinno tak być. Pani Kazimiera stała przy tekturowej choince, reklamującej świąteczne pożyczki i zastanawiała się nad wydarzeniami ostatniego tygodnia. Tuż przed świętami przyjechały jej córki z mężami i dziećmi. Ostatni raz odwiedziły ją dwa lata temu. Przez ten czas Kazimiera praktycznie nie miała z nimi kontaktu. Pani Kazimiera była zła na siebie, że zadzwoniła do nich dwa tygodnie temu ze szpitala. Wtedy bała się, że więcej nie usłyszy już ich głosu. Lekarz powiedział, że wyzdrowieje, ale córki temu nie dowierzały. Pojawiły się z wielką troską w głosach i z błyszczącymi oczami. Bez zapowiedzi zwaliły jej się jej z rodzinami na głowę. A świąteczne plany, pani Kazimiera miała już ustalone. Wigilię chciała spędzić z panem Genkiem, wdowcem mieszkającym na tym samym piętrze kamienicy. Teraz zaś musiała wypłacić zaskórniaki i wszystko przygotować. Nie powinno tak być. Pani Kazimiera rozkaszlała się. Otarła usta haftowaną chusteczką, zostawiając na niej rozmazane ślady krwi.

Niezłe gówno. Kamila była rozgoryczona. Tego roku jej życie zmieniło się diametralnie. Siedziała na stanowisku kasjerki w tym wielkim banku, obsługiwała klientów sprawdzając stany ich kont, wypłacała im pieniądze albo przyjmowała wpłaty, a każdego z nich musiała obdarować nieszczerymi życzeniami spokojnych i wesołych świąt. I pomyśleć, ze jeszcze pod koniec roku żyła beztrosko jako studentka, na utrzymaniu Andrzeja, a wcześniej jeszcze pana Huberta. To był dziwny człowiek, pomimo, ze spotykała się z nim przez trzy lata, cały czas kazał siebie nazywać panem Hubertem. Kamila nazywała go tak nawet w myślach. W zasadzie średnio go lubiła, ale zabierał ją w wiele ciekawych miejsc, na wystawne bankiety ze znanymi ludźmi i do naprawdę wytwornych restauracji. Andrzej nie był tak zasobny, ale był z kolei młodszy i bardziej rozrywkowy. Kiedy zrobił jej scenę zazdrości i zagroził zerwaniem, jeżeli nie będzie tylko dla niego, musiała się zastanowić. Doszła w końcu do wniosku, że nie jest puszczalską kurewką i usposobienie człowieka też się dla niej liczy. Podziękowała panu Hubertowi i przeszła na wyłączność Andrzeja. Wtedy dostała od niego te cudowne perfumy Hugo Bossa. Teraz jednak studia się skończyły i musiała podjąć pracę. Ojciec załatwił jej robotę w banku. Miała dużo mniej wolnego czasu niż przedtem. Andrzej obraził się na nią i nie obdarowywał już tak szczodrze. W końcu postawił ultimatum- Kamila miała spędzić z nim wigilię, albo nigdy się już nie spotkają. To byłoby okropne. Ale gdyby jej schorowany ojciec miał spędzić święta sam, to pewnie by umarł ze smutku i żalu. Tego dnia miała dać odpowiedź Andrzejowi. Wszystko wydawało jej się takie gówniane.
- Oto cała kwota. Życzę wesołych i spokojnych Świąt.

Jak wspaniale! Mariola cieszyła się świąteczną atmosferą jak nigdy. W oczekiwaniu na wywołanie jej numerka podziwiał białe lampki, którymi przystrojono świetliki w suficie banku. Jutro rano pojedzie z mężem na targowisko i kupią takie same. To będą cudowne święta, pierwsze, jakie spędzą razem. W styczniu będzie ich pierwsza rocznica, a za parę dni przełamią się opłatkiem jako mąż i żona. Na Wigilii pojawią się ich rodzice, jej siostra i jego bracia. Będą podziwiać ich nowe mieszkanie i gratulować, że tak wspaniale ułożyło im się życie. Mariola złapała męża za rękę i posłała mu zalotnego całusa. Ten w zamyśleniu tego nie zauważył. Patrzył gdzieś w bok, przygryzając wargę. Pewnie myślami był jeszcze w swojej pracy. Odpowiedzialny, taki mąż, jakiego życzyła jej mama. Przytuliła się do niego, zerkając w stronę białych lampek. Brakowało tylko dzidziusia.

Jak, do kurwy nędzy, miał jej o tym powiedzieć? Mariusz przygryzał w zdenerwowaniu wargę. Aby uniknąć wzroku żony gapił się w bok, na kolesia w głupim przebraniu renifera, rozdającego bankowe ulotki. Jak powiedzieć żonie, że testy wyszły pozytywnie? Wstać podczas wigilijnej wieczerzy, przy rodzinie, i poważnym tonem oznajmić: Pamiętacie jak byłem w zeszłego lata na delegacji w Bułgarii? Tak, to stamtąd przywiozłem tobie to dobre wino, kochanie. I nie tylko wino. Zostało mi parę lat życia, droga żono, tobie pewnie niewiele więcej. Sugerowałbym przełożyć plany macierzyńskie, na kiedy indziej. Ha, ha. Nie mamo, nie sądzę, aby to było uleczalne. Nie drogi braciszku, pewnie nie załapałeś tego pijąc piwo z mojego kufla. Moi drodzy, pragnę wam powiedzieć, że umrę w sposób głupi , bolesny i niegodny i Bóg jeden wie kogo zabiorę ze sobą. Tak to by wyglądało. Jednak musi ich o tym powiadomić i prawdopodobnie zrobi to właśnie w Wigilię. Nie zniesie tej ich radości i wesołego śpiewania kolęd. Nie zniesie widoku żony rozpakowującej prezenty, bo zamiast niej będzie widział tylko szkielet szamoczący się z wstążkami. A co jeżeli skaleczy się przy oprawianiu pieńka choinki i spryska wszystko swoją krwią? Ha, ha, dobrze, że kupili czerwone bombki i szpic. Ha, ha, ha. Miał ochotę zwymiotować na tego renifera.

Ciepło i bezpiecznie. Jak w łonie matki. Adam, rozdając ulotki, uśmiechał się szeroko. Chociaż i tak nikt tego nie wiedział, bo brązowy strój zakrywał go całkowicie, łącznie z twarzą. Nosił głowę renifera. Dużą, nieporęczną i ciężką, bo w głupi sposób wykonaną na formie z cienkiej blachy. Ale i tak mu się podobało. A z matką miał same miłe wspomnienia. Święta też dobrze wspominał, a przynajmniej od czasu, gdy wyprowadził się od nich ojciec. Ojca nienawidził. Ciekawe, co na to psychologowie. Jak skonfrontowali by wspomnienia z jego dzieciństwa, z planami jakie miał na te święta. Wigilia tylko w towarzystwie Piotra, wspólne śpiewanie kolęd, łamanie się opłatkiem, a potem seks przy kominku. Lubił facetów i było mu z tym dobrze. Szczególnie, że niewielu o tym wiedziało. Czuł się całkiem bezpiecznie. Miał czułego partnera oraz prostą i fajną pracę. Było mu dobrze. Lubił strój renifera, tak samo jak strój wielkanocnego zająca i blond perukę, którą dostał od Piotra. Posłał niewidzialnego, ale ognistego całusa przystojnemu, nowemu ochroniarzowi, stojącemu w drugim końcu hollu, przy wejściowych drzwiach.

Pięć tysięcy za przyjęcie dla tego nastoletniego głupka to zdecydowanie za dużo. Nie powinienem tu narażać życia dla chłopca, który nawet nie rozumie, czemu nie powinien obchodzić Bożego Narodzenia. I jeszcze w tej czapce. Co to za popapraniec wymyślił? Ariel, odszedł od drzwi i usiadł za tekturową choinką. Był oto niezgodne z regulaminem, ale nawet o tym nie wiedział. Zerknął na zegarek. Za pięć minut zamykali. Wskazówka sekundnika minęła dwunastkę, spojrzał na drzwi. Akurat w tym momencie obróciły się, wpuszczając do środka trzech świętych Mikołajów, pustymi czerwonymi workami na plecach. Jeden trzymał glauberyt, pozostali dwaj walthery P99.

Pani Kazimiera nie rozumiała tego całego zamieszania. Kiedy padły pierwsze strzały, myślała, że to petardy. Jakieś wygłupy Dopiero, gdy wylądowała na zimnej kaflach, pchnięta przez uzbrojonego Mikołaja, zrozumiała, że to napad. Skuliła się przy plastykowych krzesełkach i zaczęła tłumić narastający w niej atak kaszlu.

Kamili wydawało się, że ogląda jakiś film. Nie docierało do niej, że to wszystko, może dziać się naprawdę. Nagle usłyszała krótką serię z pistoletu maszynowego. Wokół posypały się plastykowe i szklane odłamki z kamery, zawieszonej nad jej głową. Zobaczyła lekko dymiącą lufę naprzeciw siebie, a między udami poczuła rozlewającą się plamę ciepła. Mikołaj z glauberytem obrócił się i zaczął coś wykrzykiwać do leżących na ziemi klientów banku. Rabusie z pistoletami po chwili pojawili się przy jej stanowisku.
- Wiesz co robić maleńka – usłyszała. Podali jej worek.
Zaczęła ładować do niego gotówkę, z otwartej kasy. Ktoś poza zasięgiem jej wzroku nie mógł powstrzymać uporczywego kasłania.

Mariola leżała przytulona do męża. Cicho łkała.

Mariusz obserwował wszystko zafascynowany.

Adam stał sparaliżowany strachem. Kiedy bandyci kazali wszystkim położyć się na ziemi, nie zrobił tego, z powodu stroju. Gdyby położył się w kostiumie na ziemi nic by nie widział, nie wiedziałby, co się dzieje, byłby całkiem odcięty od świata. Stał tak, dopóki wszyscy się nie położyli. Mikołajowie nie zwrócili na niego uwagi. Po chwili dopiero dotarło do niego, że musieli go wziąć za wielką pluszową zabawkę. Nie wiedzieli, że w jej środku tkwi człowiek. Gdyby teraz się poruszył, najpewniej rozpruliby go pociskami. Stał więc nieruchomo. Modlił się, aby mógł tak trwać niezauważony do końca napadu. Ile może trwać napad? Trzy minuty? Pięć? Wtedy zaczęły mu się trząść nogi.

Ariel obserwował wszystko nieznacznie wychylając zza tekturowej choinki. Mieć wszystko pod kontrolą, mieć wszystko pod kontrolą – tłukło mu się pod czapką mikołajka. W spoconej dłoni trzymał Tetetkę. Jak mógł się wkręcić w coś takiego?

Pani Kazimiera zanosiła się kaszlem. Na posadzce pojawiały się coraz większe krople krwi. Mikołaj z glauberytem stał nad nią i wrzeszczał, przeklinał, rozkazywał, aby się zamknęła. Ona jednak nie mogła. Nawet, kiedy poczuła na skroni lufę pistoletu maszynowego.

Kamila oddała jednemu z Mikołajów worek z plikami banknotów. Kątem oka próbowała dostrzec, na kogo krzyczy Mikołaj z pistoletem maszynowym. Jego wspólnicy również patrzyli w tę stronę.

Mariola miała zamknięte oczy. Słyszała tylko wrzaski i straszny, okropny kaszel. Wtedy wyczuła, że jej mąż porusza się, jakby chciał wstać. Zaczęła się modlić.

Mariusz wstał. Żaden z rabusiów nie patrzył w jego stronę. Wszyscy zajęci byli kaszlącą starowinką. Ten z glauberytem pastwił się nad nią, kopał czubkiem buta i szturchał lufą pistoletu. Pozostali dwaj, wyraźnie zdenerwowani, krzyczeli na niego, żeby przestał. Chcieli już wynosić się z banku. Mariusz podszedł powoli do jednego z rabusiów. Szybko objął ramieniem jego szyję i założył duszenie. Zaskoczony Mikołaj wypuścił z rąk pistolet i torbę z łupem.

Adam widział wszystko dokładnie. Mężczyzna, który zaatakował jednego ze złodziei stał pomiędzy nim a pozostałymi Mikołajami. Wielki, nieruchomy bankowy renifer znajdował się na linii strzału rabusiów. Stal i dygotał. Do momentu, kiedy nie spostrzegł, ze ten, który wypuścił z rąk pistolet, zrobił to celowo. Ręką, której nie mógł zobaczyć facet zgrywający bohatera, Mikołaj sięgnął po coś małego i ciężkiego, przypiętego do paska. Adam pojął, że to granat i przestał się trząść. Popuścił.

Wszystko się pieprzy, pomyślał Ariel. Tetetka w jego rękach był gotowa do działania. On sam nie bardzo.

Rozległ się strzał.
Potem kolejne dwa.
Następnie seria z pistoletu maszynowego.
W ciszy, która zaległa po wystrzałach, upadek granatu na posadzkę rozbrzmiał donośnie, niczym dzwon.

Zanim zaczęli strzelać do ludzi, zanim rozległa się eksplozja, ktoś zaatakował jednego z bandytów. Jego pistolet upadł, uderzając w twarz kaszlącą i zaplutą krwią panią Kazimierę. Zaatakowany Mikołaj zagroził, że jeżeli nie zostanie puszczony wolno to wszystkich wysadzi w powietrze. Pani Kazimiera wstrzymała oddech.

Tuż przed pierwszym strzałem Kamila postanowiła nacisnąć dzwonek alarmu. Wtedy spostrzegła, że jej nieznaczny ruch dłonią został zauważony przez ochroniarza w czapce Mikołaja. Mikołaj celował w nią ze swojego pistoletu. Wiedział, że strzeli, nie rozumiał tylko, czemu do niej. Jej ostatnia myśl zanim padł strzał, pobiegła ku jej ojcu. Ktoś krzyczał.

Mariola przestała się modlić i krzyknęła.

Mariusz usłyszał krzyk kobiety. Tuż przed pierwszym strzałem. Wtedy zrozumiał, że to koniec. Zrozumiał też, że jedyne, czego mu naprawdę żal, to tych wszystkich lat spokoju i dostatku, których pozbawił swoją żonę. Napiął mięśnie i skręcił bandycie kark.

Adam widział wszystko dokładnie. Najlepiej ze wszystkich. Ochroniarz, zapewne oszalały ze strachu wycelował do kasjerki. Zanim strzelił, leżąca na podłodze staruszka chwyciła pistolet, który na nią upadł i strzelił do Mikołaja z glauberytem. Trafiła go w białą brodę. Tył jego głowy rozerwał się, krwią bluznęło aż na zawieszone pod sufitem białe światełka. Wtedy ochroniarz strzelił do kasjerki. Chybił dwukrotnie, pociski rykoszetowały od metalowych okuć blatu i trafiły w Mikołaja z waltherem, przebiły go, następnie weszły w ciało Mikołaja z granatem, a wychodząc z niego utkwiły w korpusie faceta zgrywającego bohatera. Wszyscy trzej Mikołajowie wraz z bohaterem osunęli się jednocześnie na ziemię. Mikołaj z glauberytem zacisnął jednak palec na spuście i padając skosił jeszcze dwie tekturowe choinki i stojącego za jedną z nich ochroniarza. Ochroniarz oberwał w ramię, korpus i udo, a siła obalająca pocisków rzuciła nim na obrotowe drzwi. Wszystko nagle ucichło. Było tak cicho, że odgłos toczącego się po posadzce odbezpieczonego w ostatniej chwili granatu był aż nadto wyraźny.

To cholernie niesprawiedliwe i podłe, pomyślał Ariel. To niesprawiedliwe, żebym umierał tuż przed Bożym Narodzeniem, z powodu bar Micwy mojego syna, który i tak wolałby śpiewać kolędy niż czytać haftarę. Ariel umierał zły. Cieszyło go tylko to, że chłopaki jednak wzięli na akcję granat. Miał już nadzieję, że zginą wszyscy w tym cholernym banku, kiedy zobaczył coś przedziwnego. Podobny aniołowi chłopiec o długich blond włosach i umalowanych na czerwono ustach rzucił się przed siebie, nakrywając granat wielką głową renifera. Wybuch wcale nie był taki wspaniały.

marcholt

Opublikowano

Krzesła - plastikowe będzie dobrze. plastykowe to do plastyka należą :)
Kamili wydawało się, a potem usłyszał... chyba usłyszała :)
Znów plastykowe odłamki...

Tera merytoryka :)

Marchołt, a nie jest to trochę za długie jak na konkurs? Dobrze, że akurat mam czasu od groma i mogłem spokojnie przeczytać.

Fajna jazda z tą narracją. Jestem pod wielkim wrażeniem. Tylko pewnie Ci się oberwie za ten wątek żydowski, jak mnie razu pewnego. Chcesz powiedzieć, że taki Ariel wśród nas żyje i synowi barmicwe odstawia w Polsce? No chyba, że to nie Polska, ale imiona jakieś znajome :) A może już tak poza konkursem pokusisz się o "Noc na ziemi" - ludzie z różnych stron świata itp, tylko ten napad cholerka...

Poza tym, kawał świetnego opowiadania, nie ma co!

Opublikowano

hmm, widzę asher zajął się błędami, to porozmawiamy sobie o treści... (choć korektor by jeszcze co nieco znalazł :))

pomysł świetny,
przedstawianie kolejnych postaci baardzo dobre,
napad na bank, hmmm, przegięcie? nie chodzi mi o sam napad ile o jego opis, po cóż tak szczegółowo? Szczególnie o to zdanie mnie drażni:

"Chybił dwukrotnie, pociski rykoszetowały od metalowych okuć blatu i trafiły w Mikołaja z waltherem, przebiły go, następnie weszły w ciało Mikołaja z granatem, a wychodząc z niego utkwiły w korpusie faceta zgrywającego bohatera." - jakbyś opowiadał o majestatycznym locie sowy między drzewami, a nie sekundowym locie wystrzelonego naboju. To spowolnienie jest celowe? I jeśli już, to służy czemu?

to tyle :) pozdrawiam

Opublikowano

A mnie sie ten opis podoba. To tak jakbym oglądał replay z meczu. Można dokładnie prześledzić lot piłki, zachowanie poszczególnych zawodników i każdy najdrobniejszy szczegół.
Zreszta analiza zachowania każdej postaci też jest dosyc drobiazgowa.
Na razie jeszcze nie wystawiam oceny. Najpierw wydrukuję sobie wszystkie prace, a potem zacznę dokładną analizę. Obiecuję, że będę ostry i całkowicie nieobiektywny :-)

Opublikowano

replay z meczu?
no tak... czy to opowiadanie adresowane jest tylko do specyficznej grupy ludzi, jaką stanowią mężczyźni? a reszta świata, np ja?! dobrze, że się domyśliłam (prawie sama :)) co to ta tetetka!

Leszku, owszem, postacie są opisywane szczegółowo. Ale ten lot też musiał taki być? A jakiego koloru była posadzka na której leżeli zakładnicy? Już taki opis w szczegóły bym wolała. No i wtedy i lot mógłby być, ale też to zwolnienie jakieś...., już od czasu rzucenia granatu mamy zwolnienie akcji, po cóż jeszcze? niemal ją cofamy.

ale to moje zdanie, każdy ma własne :)

Opublikowano

Właświe mam tylko jedno zastrzeżenie, brak zaskoczenia, chyba przez tytuł. Od samego początku przypominało to film akcji, przedstawienie bohaterów i punkt kulminacyjny-to poprostu musiał być napad ! Przez całe opowiadanie obstawiałam kto wypali: "to jest napad!", Renifer czy może pani Kazimiera:) Na koniec zdołałes mnie jedenak zaskoczyć.

Opublikowano

Panie i panowie.
W kwestii napadu, zwolnienia akcji (riplej), tetetek, przesady, i wątku zydowskiego wypowiadam się co następuje:
opowiadanie posiada motto, myśl przewodnią, czy jak to tam zwać.
I to motto, proszę państwa, to nie w kij dmuchał, to nie w kij pierdział, tylko pocoś ono tam stoi.
Ale proszę wypowiadać się dalej, wszelkie interpretacje są słuszne.
(czemu jednak nikt nie wypowiedział się w kwestiach odkupienia win oraz maski?), a ja przysłchuję się z wielką uwagą. I jestem wdzieczny, za każdą wypwiedź.
Co do błędów - plastykowy - bo tak mi łord poprawił. usłaszał to oczywiście literówka.
A posadzka w banku była beżowa. Tylko zapomniałem napisać.

hohohooo!

Opublikowano

Bardzo dobre opowiadanie, od początku do końca trzyma w napięciu. Na tak niewielkiej powierzchni udało ci się stworzyć bohaterów, z którymi można się zżyć, polubic ich i którzy cię jeszcze na koniec zaskoczą. Tylko nie jestem pewna, czy głowa renifera (nawet blaszana) może zatrzymać wybuch granatu?

Opublikowano

Acha, Marchołt, byłbym zapomniał. Najbardziej mnie wziął fragment z HIV-em. Majstersztyk :) Mam pytanie, czy Ty naprawdę uważasz, że wszyscy ten film widzieli i im się podobał? Ja widziałem i pamiętam, że za ch... mi nie podszedł, więc motywu przewodniego nie chwytam. Że niby tam napad i tu tyż?

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

jak zacząłem czytać, wyglądało to całkiem normalnie i już myślałem, że obędzie się bez elementów charakterystycznych dla Twoich opowiadań. oczywiście jednak później musiała wyskoczyć jakaś makabryczna scena:) ogólnie nie przepadam za strzelaninami, ale ta scena strzelaniny w końcówce niby naturalnie krwawa, ale w interesujący sposób.
oczywiście technicznie tekst bardzo dobry, bardzo dobry.

pozdrawiam
MZ

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

nie no motto to chyba w opowiadaniu - jeżeli w "filmie" był jakiś morał to ja idę nakryć granat głową renifera :DD
poza tym co to za pistolet był, że po rykoszecie jeszcze przez dwóch typków przeleciał

pozdr

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...