Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zapraszam do wersji nowej, poprawionej - www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=15460



Marta Kotwica - Pamiętnik Weroniki


***

27 lipca 2004r.

Mam na imię Weronika. Mam 17 lat. Od 3 lat walczę ze zbędnymi kilogramami. Leczę się od 8 mies. w szpitalu, pod okiem specjalistów.
Piszę ten pamiętnik, bo tak kazała mi lekarka. Powiedziała, że to mi pomoże.
Nie wiem kiedy to się zaczęło. To nie ma początku. Nagle cię dopada i potem już nic nie jest takie samo.
3 lata temu umarła moja mama. Nie miałam najlepszego kontaktu z ojcem. Nie mogliśmy się dogadać, ciągle się kłóciliśmy.
Nagle mój świat się zawalił. Nic nie miało znaczenia. Czułam się nikim. Udawałam, że wszystko jest OK. Chciałam uwierzyć w swój sztuczny uśmiech. Dobrze się uczyłam, miałam przyjaciół, chłopaka. Ale myśli o zniknięciu, samobójstwie niszczyły mój świat. To były początki długotrwałego smutku - depresji.
Wczoraj rozstaliśmy się z moim chłopakiem... Czułam, że mnie nie rozumie, pytał czemu jestem taka smutna. Poza tym mieliśmy mało czasu dla siebie. To nie miało sensu.
Żyłam w swoim świecie, w innej rzeczywistości obok normalnego świata.
Przyjaciele próbowali mi pomóc. Ale na depresję nie pomaga pocieszanie ani dobre rady.
Chciałam wyglądać jak modelka. Chciałam być szczupła. Więc zaczęłam się odchudzać. Długo nie wiedziałam, że to choroba. Gdy dowiedziałam się, że to nie jest odchudzanie nie przejęłam się specjalnie.
Uznałam, że dobrym rozwiązaniem byłaby śmierć na raty. Ana mi ją gwarantowała. Oprócz tego, myślałam, będę się świetnie prezentować w trumnie. Chuda. Piękna.
Chcę umrzeć. Umrę z głodu.
Czuję taką radość, euforię, czuję się lżejsza niż powietrze, jaśniejsza niż niebo, tak czysta, chcę latać, szybować po niebie. Jestem chuda. Najchudsza. Jestem piękna.
Chciałam zniknąć, przestać istnieć, ale też chciałam żyć.
Moje oczy są zapadnięte, skóra jest żółtoszara, cienka jak pergamin i rozciągnięta ciasno między moimi kośćmi. Mogę policzyć moje wystające żebra, biodra i kolana odznaczają się pod ubraniami. Ważę 31 kg przy wzroście 175 cm.
Włosy wypadają mi garściami, ale to nic, najważniejsze, że podobam się sobie. Paznokcie rozdwajają się i pękają. Tylko stopy i ręce są jak z lodu, zimne. Chciałabym żeby były cieplejsze.
Wciąż próbują mnie leczyć. Zastanawiam się, po co? Nie chcę żyć. Nie chcę jeść. Parę dziewczyn w szpitalu nauczyło mnie mnóstwa sztuczek. Wcieram masło we włosy i paznokcie, chowam jedzenie w foliowych woreczkach.
Ta tortura, to umieranie z głodu, psychiczny strach, wyczerpanie, uczucie zimna przeszywającego kości to nałóg, którego nie mogę rzucić.
Tracę resztki poczucia własnej wartości. Czuję się nikim...
Teraz wszystko zależy od wagi. Jeden kg więcej - smutek, jeden mniej - radość.
Chcę po prostu uwolnić się od ciała i ulecieć, wysoko i daleko stąd.
Waga: 31, 3 kg


30 lipca 2004r.

Odwiedził mnie ojciec. Pokłóciliśmy się. On mnie w ogóle nie próbuje zrozumieć!
Powiedział, że przez moje głupie pragnienie bycia szczupłą stał się kłębkiem nerwów!
Zaczął mówić co to by było jakby żyła mama...
Nawet gdyby wiedział przez co musiałam przejść, nie zrozumiałby. On niczego nie rozumie. Moje wołanie o pomoc pozostaje bez odzewu. Potrzebuję pomocy, wsparcia. A on nie potrafi mi tego dać.
Odechciewa mi się czegokolwiek... po prostu życia. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę jest coraz gorzej, a ja nie mogę sobie pomóc... lekcja życia...
Te problemy, ta depresja mnie przytłacza... nie potrafię sobie z nią poradzić. Brak chęci do życia... i te myśli... o samobójstwie...
Mam zawroty głowy, wszystko mnie boli. Cały dzień chce mi się spać. Karmią mnie prawie na siłę. Obiecują nagrody. Czuję wyraźnie każdy organ swojego ciała, przy przełykaniu każdy kęs jedzenia, który pokonuje długa drogę w moim ciele.
W nocy zamykamy się w pokoju z dziewczynami i ćwiczymy do 5 rano. Właściwie to one ćwiczą razem, a ja się dołączam na chwilę. Bo nie nadążam. Robią zbyt intenstywne ćwiczenia. Zbyt męczące. Bolą mnie mięśnie i stawy. Często upadam.
Nikt mnie nie akceptuje. Czuję pustkę...
Nie mogę złapać oddechu, a serce bije mi jak oszalałe, ale chudnę.
Dlaczego nikt mnie nie kocha...? Odczepcie się ode mnie wszyscy!
Proszę... zostawcie mnie w spokoju. Nie każcie śmiać się, żyć normalnym życiem! pozwólcie płakać i... zabijać się powoli... powolutku... w sidłach odchudzania...
Waga: 29, 6 kg


5 sierpnia 2004r.

Wczoraj rano lekarz powiedział mojemu ojcu, że nie zostało mi wiele czasu i, że może mnie zabrać do domu.
Jestem w domu.
Nie jestem pewna czy tego chciałam. Chciałam sama decydować o tym co jem i o tym kiedy odejdę. A teraz dowiaduję się, że umieram... że to już koniec, postawili na mnie krzyżyk... i nie mogę już powiedzieć, że chcę jednak nadal żyć.
Umieram. Naprawdę umieram... boję się... czuję się zawieszona w próżni...

Nie chcę umierać ale... nie lubię być przejedzona. Czuję lęk przed każdym kęsem. Bo po nim można przytyć.
Nie lubię zmian. Czuję się tu obco. Niby mój pokój, a taki jakiś obcy, pusty i zimny. Czuję się spięta. Patrzę na białe meble równo ustawione pod ścianą, na przeciwko łóżka. Pełno w nich ubrań. Za dużych już na mnie. Bo teraz jestem chudsza...
Na półkach stoją, poustawiane w rządku, szklane motyle. Zaczęłam je zbierać kiedy mama dała mi jednego z nich na 9. urodziny. Miał czerwono-karminowe skrzydła w czarne wzory. Nie mogłam się nim nacieszyć. Pamiętam jak chodziłam do parku i porównywałam go z żywymi motylami. Spadł kiedyś z półki. Teraz ma posklejane skrzydła.
Przy łóżku stoi mała szafka nocna. Mam na niej fotografię moją i mamy. Mam 7 lat. Jesteśmy nad wodą. Mama pięknie wyglądała w swojej chabrowej sukience.
Mam duże okno, na prawie całej ścianie. Lubię w nie patrzeć. Tylko czasem... odwracam wzrok kiedy widzę zakochane pary...
Ściany przybliżają się do siebie. Pokój zacieśnia się coraz bardziej. Ciasno mi tu. Choć mam tyle przestrzeni dla siebie. Tak pusto i cicho.
Milczenie przerwał hałas. Z szafy wypadł zimowy płaszcz, a z jego rękawa, jak z rozprutego żołądka, wysypuje się długi szalik - krwistoczerwony, jak jelita.
W takich chwilach, kiedy jestem niespokojna, najczęściej myślę o jedzeniu... jestem głodna, ale nie chcę jeść... wstydzę się moich natrętnych myśli o jedzeniu. Napawają mnie obrzydzeniem do samej siebie.
Boli mnie gardło, żołądek, płuca, wątroba...
Kiedy chcę się schylić, boli.
Często śnią mi się pączki albo kurczak. Ale nie mogę tego jeść. Nie chcę i nie mogę.
Odkąd wróciłam do domu przytyłam całe 2 kg...! Czuję się nikim. Nie umiem nawet kontrolować własnego ciała. Czuję się nieczysta i gruba.
Waga: 32 kg


6 sierpnia 2004r.

Więc wróciłam do domu.
Zajmuje się mną Anna. To pani, którą przydzielili do mnie ze szpitala. Patrząc na jej włosy myślę, że jest bardzo stara.
Mam skurczony żołądek i wyniszczony układ pokarmowy dlatego Anna podaje mi wyciągnięte z lodówki zamrożone papki jedzenia, które muszę jeść co półtorej godziny. Nienawidzę pory posiłku. Nie chcę jeść. Anna do niczego mnie nie zmusza. Tylko przekonuje, że muszę jeść. Ale ja wiem, że nie chcę. I nie jem.
Mam już wszystkiego dość... czuję, że dopadła mnie depresja... powoli łapie mnie w swoje ostre szpony i rozdziera duszę na strzępy...
Kilka razy w ciągu dnia mdleję, jestem wyczerpana.
Depresja powraca falami. Nagle wszystko jest bez sensu i chciałabym odejść, rozpłynąć się w powietrzu. Dręczą mnie myśli samobójcze, nie mogę spać i często płaczę. Po co się męczyć... po co... przecież i tak odejdę...
Woda przed oczami. Wstrętne łzy.
Ale jestem czysta i lekka, a jednak... tak ciężko mi jakoś jakbym ważyła strasznie dużo... znów nie moge spokojnie oddychać. Serce trochę się uspokoiło, bo nie mogę już ćwiczyć. Nie mam siły. Idę się przespać.

Obudziły mnie brutalne zgrzyty wskazówek zegara. A może w ogóle nie spałam?
Cisza. Za dużo ciszy. Jest pusto. I ani jedno słowo nie przeszywa przestrzeni wokół mnie. Tak bezbarwna i atłasowa pustka.
Słyszę w tej ciszy sapanie. Kaszlnięcie. Duszenie się.
Ktoś znów nieumiejętnie próbował się wieszać. A teraz żyje jeszcze chwilę. Cierpi. Dyszy, połykając pospiesznie grube ziarna czasu. Krople potu mieszają mu się z krwią nieumiejętnie podciętych żył, a każdy oddech przybliża do śmierci.
Przestał dyszeć.
Waga: 31, 8 kg


7 sierpnia 2004r.

Nie widuję się w ogóle z ojcem. Pracuje cały dzień i wraca do domu wtedy kiedy śpię.
Może to dobrze. Przynajmniej się nie kłócimy.
Wszyscy faceci są tacy sami: egoiści.
On chyba myśli, że za jakiś czas wszystko ze mną będzie OK. A ja się brzydzę jedzenia!

Wczoraj w nocy miałam koszmary. Czułam jak się duszę, jak pot oblewa moje ciało, wydawało mi się, że to już koniec. Tysiące noży wbijało się w moje ciało, a ja nie potrafiłam przeciwstawić się temu cierpieniu.
Po jakimś czasie poczułam jak ktoś przykłada mi coś zimnego do czoła, gładzi ręką moje długie ciemne włosy. I nagle zalała mnie fala błogiego spokoju. Wyrwanie z tych mąk umierania, z tego strasznego cierpienia duszy i ciała.
Świtało. Otwierałam powoli oczy. Zupełnie jakbym pierwszy raz widziała promyki słońca. Było tak jasne.
Pani Anna.
Została przy mnie. Czemu?
Mam takie ciężkie powieki. głowa opada mi bezwładnie na podbródek. Chyba się zdrzemnę. Tylko chwilkę.

Anna powiedziała, że spałam 1, 5 godziny. A ja w ogóle nie czułam się wypoczęta.
Potem namawiała mnie do jedzenia. A ja nie chciałam! Ale powoli, powolutku, przełknęłam to paskudztwo. Ciężko wdychać powietrze. Zastanawiam się nad każdym oddechem. Jest duszno. Gorąco i zimno. Czuje jak co chwilę fale ciepła zalewają moje ciało, a za chwilę ogarnia mnie ze wszystkich stron zimno. Czuję się słaba. Chyba potrzebuję więcej snu.
Waga: 31, 2 kg


8 sierpnia 2004r.

Dzisiaj Anna opowiedziała mi pewną historię.

Pewien uczeń codziennie pytał nauczyciela: jak mogę znależć Boga?
I codziennie otrzymywał od swego nauczyciela tę samą tajemniczą odpowiedź:
- Musisz go pragnąć.
Pewnego dnia nauczyciel i jego uczeń kąpali sie w rzece.
Nagle nauczyciel zanurzył głowę chłopca pod wodą i przytrzymał ją mocno przez chwilę, podczas gdy uczeń ropaczliwie próbował się uwolnić.
Następnego dnia nauczyciel spytał: - Dlaczego tak się szamotałeś, gdy trzymałem twoją głowę pod wodą?
- Bo rozpaczliwie szukałem powietrza.
- Gdy dana ci będzie łaska rozpaczliwego szukania Boga - znajdziesz Go.

Anna powiedziała, że modlitwa to jak dodanie skrzydeł. Próbuję odnaleźć tego, w którego istnienie nawet nie wierzę. Nie wierzę w to, że jest. Bo jeśli jest to czemu pozwala na to by byli tacy ludzie jak ja? By byli chorzy i nieszczęśliwi? Pogrążeni w depresji...?

Słyszę jak Anna otwiera lodówkę. Znowu pora posiłku! Chciałabym schować się pod łóżkiem i wyjść jak już będzie po wszystkim.
Waga: 30, 3 kg


9 sierpnia 2004r.

Dzisiaj jest dzień ciszy.
Anna krząta się po domu. Robi wszystko cicho, niemal bezszelestnie. Potrzebowałam tego spokoju, tej głębokiej ciszy.
Pada deszcz. Słyszę jak bębni okrutnie w szybę.
Jestem słaba, zmęczona, wyciszona...
Wyobrażam sobie powiększające się kałuże. Niewinne krople wpadają w nie delikatnie. Niebo płacze.
Słyszę szelest cichego strumnienia, płynącego pomiędzy kolejnymi nutami śpiewu ptaków, i krzyk wodospadu. Nagle kałuża jest pełna purpurowych liści. I widzę zamarznięte kałuże na szarym chodniku. Padające śnieżynki. Cztery pory roku...
Napełniłam się ciszą. Wsłuchuję się w nią poznając siebie.
Kiedy zostaję sama z ciszą między ramionami czuję się wolna, ale czuję pustkę... czuję jak bardzo jestem samotna...

Ulicami chodzą zabiegani ludzie, narzekający na obrzydliwą pogodę. Mijają się w milczeniu. Pomiędzy ulicami snują się ich brudne życiorysy. Każdy z nich ma swoją opowieść. Ale czy oni się widzą? Czy oni widzą ile na ulicach sie gromadzi problemów, smutków i szarych radości?
Czy może idą przed siebie, nie patrząc na rozmknięte serca obok nich? Jak nakręcone zabawki chodzące od jednego końca ulicy do drugiego.

Krople nikną w oczach, stają się coraz chudsze, chudsze... znikają... Przestało padać.
Zza chmury nieśmiało wyłania się słońce.
Milczenie też uczy.
Gdy pada deszcz obraz w wodzie na chodniku jest rozmyty, niewyraźny. Woda jest poruszona.
Ale gdy deszcz przestaje padać, gdy kałuże są pozostawione samym sobie, dostrzeżesz w nich samego siebie.
Efekt milczenia: dostrzegasz samego siebie.
Poznaję siebie. Tak dogłębnie, od koniuszków palców... do granicy westchnień. Poznaję siebie taką jaką jestem. Nie taką jaką widzą mnie inni.
Waga: 29, 7 kg


10 sierpnia 2004r.

Tata nie był dzisiaj w pracy. Został ze mną. Karmił mnie i zajmował się mną cały dzień. Nie mówił prawie nic. Chyba nie wiedział co powiedzieć.
Z początku myślałam, że się mnie boi. Mnie albo mojej choroby, a może śmierci... ale potem pomyślałam, że wszystko robi tak cicho i delikatnie, i tak delikatnie mnie dotyka, bo boi się mnie skrzywdzić.

Nie widziałam dzisiaj Anny. Może chciała zostawić nas samych. Mam nadzieję, że jutro przyjdzie.
Waga: 29 kg


11 sierpnia 2004r.

Krople światła spłynęły na moją twarz i zobaczyłam jak niewyraźna postać odsłania błękitne zasłony, po których wiły się łodygi kwiatów i latały niebieskie motyle.
Anna usiadła na moim łóżku. Powiedziała, że chciałaby mi coś pokazać. Chciała zabrać mnie na spacer.
Wiedziała w jakim jestem stanie. Wiedziała, że boję się poznawać świat na nowo: oczami kogoś, kogo z każdym dniem jest coraz mniej. Mimo wszystko postanowiła zabrać mnie na spacer.
- Świeże powietrze tchnie w Ciebie nowe życie - powiedziała.
Droga z bloku na zewnątrz była ciężka. Anna najpierw zniosła mój wózek. Potem wzięła mnie na ręce. Otworzyłam usta żeby zacząć krzyczeć, że przecież jestem za ciężka, że mnie nie uniesie, ale popatrzyłam na to co ze mnie zostało... na moje suche gałęzie, które kiedyś były ciepłymi ramionami, a teraz z trudem mogę nimi poruszać, na moją zapadniętą, szarą skórę... i nie powiedziałam nic.
Spacerowałyśmy po alejkach w parku. Usłyszałam śpiew ptaków, który dla mnie brzmiał jak śpiewy aniołów.
Przez te pare dni, które wydawały się wiecznością nie wychodziłam w ogóle z domu. Zapomniałam koloru kwiatów i zapachu trawy.
Ze szpitala także nie pozwalano nam wychodzić. Mieliśmy możliwość jedynie przyjęcia odwiedzin kogoś z zewnątrz.
Przeszłyśmy obok placu zabaw. Zobaczyłam śmiejące się dzieci. Jedne huśtały się na huśtawkach, inne bawiły się na karuzeli. Śmiały się głośno i radośnie.
Popatrzyłam na dziewczynkę huśtającą się na żółtej huśtawce. I nagle zobaczyłam siebie. Jak mama huśtała mnie na huśtawce, bawiła się moimi włosami i plotła wianki z kwiatów. Jak bawiłyśmy się w księżniczki.
Anna, jakby widząc moje myśli, uzbierała bukiecik kwiatów i zaplotła wianek. Pachnący zielenią, polnymi kwiatami. Włożyła mi go na głowę. Zsunął mi się na czoło. Anna, odgarniając niesforne kosmyki moich włosów, poprawiła go.
Przystanęłyśmy obok fontanny. Anna nabrała trochę wody w dłonie i przysunęła je tak blisko bym mogła zanurzyć w niej wargi w wodzie.
- Wiesz, ta fontanna spełnia życzenia. Trzeba tylko bardzo mocno czegoś pragnąć - powiedziała - pomyśl życzenie - zachęcała mnie.
Pomyślałam, że jest coś, czego bardzo pragnę. Ale nie jestem pewna czy się spełni. Może za mało tego pragnę?

Słońce świeciło jasno, chcąc uczynić ten dzień pięknym i niezapomnianym.
Zobaczyłam motyla lecącego tuż obok mojego ramienia. Anna zamknęła go w swoich pomarszczonych dłoniach. Po chwili zaczęła powoli rozchylać dłonie. Zobaczyłam każdą plamkę na jego skrzydłach, przyglądałam się każdemu refleksowi światła. Usiadł na moim palcu. Czułam że trzymam coś kruchego, istotę, która jest tak delikatna jak płatek róży.
Poczułam się zmęczona, zupełnie jakby motyl nagle stał się ciężarem nie do uniesienia. Anna spojrzała na zegarek i uznała, że czas wracać do domu. Motyl odleciał.
Anna powiedziała mi, że byłyśmy na spacerze prawie godzinę. A ja czułam jakbym spędzała tam całe życie!
Potem znowu były te obrzydliwe papki...
Nawet nie zauważyłam kiedy z południa zrobiło się popołudnie.
Poszłam spać chyba po jedzeniu. Bolały mnie kości, czułam się strasznie zmęczona.
Czułam się strasznie słaba. Nie pamiętam kiedy dokładnie znalazłam się w łóżku. Ale kiedy otworzyłam oczy, ona przy mnie była.
Ten dzień był niezwykły.

Anna to ktoś więcej niż pani, która ma za zadanie mnie karmić.
Waga: 29 kg


12 sierpnia 2004r.

Obudziłam się wcześnie rano, zobaczyłam słońce nad horyzontem, poczułam, że oddycham,a potem... uświadamiam sobie, że muszę żyć, nie wiem dla kogo, dla czego, ale muszę, jeszcze chociaż dzień, chociaż dwa.
Moje życie jest jak cieniutka niteczka - w każdej chwili może zostać przerwane.
Anna. Anna ma siwe włosy związane w srebrzysty kok. Koloruje mój świat. To dzięki niej zauważam ile trudu słońce wkłada w to żeby się przebudzić i żeby potem świecić tak jasno.
Wciąż nienawidzę pory posiłku. Najchętniej w ogóle bym nie jadła, ale postanowiłam walczyć.
Muszę żyć jak najdłużej, chwytać każdy dzień i wyciskać z niego jak najwięcej bo świat jest piękny. Może jeszcze nie jest za późno. Będę walczyć o życie, o zdrowie. Będę próbować żyć w miarę normalnie.
Uda się. Musi się udać. Jestem zmęczona. Za chwilę południe... jak tylko zjem na pewno od razu poczuję się silniejsza.
Waga: 28, 5 kg


13 sierpnia 2004r.

Jestem osłabiona. Boję się, że się nie uda. Że już zawsze będę chora. Ale... uda się! Bo walczę!
Staram się jeść wszystkie posiłki, co półtorej godziny.
Mam często zawroty głowy.
Chciałam podejść do motyli stojących na półce. Upadłam.
Ciężko oddycham. Z trudem przełykam ślinę.
Czuję się jak staruszka, bolą mnie kości i stawy...

Widziałam dzisiaj przez okno płaczącą dziewczynę. Siedziała na ławce w letniej sukience w żółte kwiatki, z dłońmi wspartymi o kolana.
Myślałam nam tym dlaczego płacze. Dlaczego zamiast biegać na imprezy, tak po prostu siedzi na ławce i płacze. Może to przez chłopaka?

Ja też płakałam kiedy odszedł. Mieliśmy być zawsze razem.
Kiedyś nawet przemknęła mi przez głowę myśl, że któregoś dnia nie wytrzyma i odejdzie. Byłam zmęczona ciągłymi pytaniami o to co, kiedy i ile jem. Chciałam być wtedy sama. Odsuwałam się od niego kiedy próbował mnie przytulać. I chyba zaczynałam go denerwować swoim smutkiem. Nie mogliśmy o niczym rozmawiać bo zawsze kończyło się to pytaniem: czemu jesteś smutna?
Tego dnia przyszedł odwiedzić mnie w szpitalu. Nic nie wskazywało na to co za chwilę miało się stać! No, moze to, że nie pocałował mnie w policzek, jak zawsze. A ja wtedy zawsze odwracałam głowę.
Chciałam mu powiedzieć o tym jak długo udało mi się ćwiczyć w nocy, pochwalić się moim cichym seukcesem, ale z drugiej strony wiedziałam, że nie zrozumie mojego entuzjazmu, że nie będzie ze mnie dumny.
Poprosił żebym usiadła. Wziął mnie delikatnie za rękę. Powiedział, że nie wytrzymuje tego napięcia, tej bezradności, kiedy nie może mi pomóc.
Patrzyłam tępo w podłogę. Nie wierzyłam. Nie chciałam wierzyć. A moze było mi to obojętne...?
Usłyszałam pisk kół pociągu. Zgrzyt. Miażdżył rozpostarte na torach ciało. Chciałam żeby zobaczył to zmasakrowane ciało, usłyszał ostatni krzyk. Chciałam żeby poczuł kroplę łez uronioną za późno.
Jedno ogromne milczenie.
Nagle wyschły we mnie łzy. Byłam pusta. Jak szklana figura wyrzeźbiona z bólu. Nagle poczułam złość. Byłam zła na siebie. Wcześniej z naiwnością patrzyłam to co mam. Byłam pewna, że to mi jest dane na zawsze. I nagle wszystkie plany stały się prochem, nędznymi kawałkami szkła.
Uwolniłam dłoń ze splotu jego rąk - po co udawać przyjaźń skoro on nie może być mój, a ja jego?
Poczułąm się jakbyśmy czekali na koniec świata.
On mi coś kiedyś obiecał. Ale złamał tę przysięgę - przestał kochać. Ale ja też mu coś obiecałam - że się nie będę ciąć. Nigdy więcej. Teraz już nie wiązały nas żadne przysięgi.
Kiedy tylko wyszedł poszłam do pokoju, wyjęłam żyletkę spomiędzy warstw prześcieradła - metal drżał z przejęcia, tak długo czekał. Cięcie. Krew. Pamiętam to jak własną śmierć... Delikatna krew spływa czerwienią po dłoni. Chwilowy grymas na twarzy i wreszcie ulga... Czuję się wolna. Nareszcie. Strugi jasnej, czystej, rzadkiej krwi leją się na podłogę. o chwili krew gęstnieje, staje się lepka i ciemna, zasycha grubą warstwą na pociętej ręce jak rdza na starym gwoździu.
Cienie nacięcia na skórze jeszcze parę dni przypominały o rozstaniu.

Popatrzyłam znów na ławkę. Wciąż na niej siedziała.
I nagle ogarnęło mnie tak silne współczucie... Chciałam podejść do niej powiedzieć, ze wszystko będzie dobrze, żeby nie płakała... albo po prostu usiąść i płakać razem z nią.
Ale byłam oddzielona od niej szyba, która dzieliła nasze światy: życie i umieranie.
Dotknęłam palcem szyby, ale to nie osuszyło jej łez. Przysunęłam bliżej policzek i ciepły oddech odcisnął się na wilgotnej szybie.
Waga: 28, 2 kg


14 sierpnia 2004r.

Widziałam piękny zachód słońca: bladoniebieskie chmury, różowe obłoczki.
Patrzyłam na to zachodzące słońce i myślałam... czy rzeczywiście tam, w górze są anioły?
Nikt nie wie co dzieje się po cichu we mnie samej.
Chciałabym jak najszybciej spotkać się z mamą.
Była taka pogodna, radosna... urodzona optymistka. miała siłę by walczyć o własne marzenia, by się nie poddać. Za to ją podziwiałam.
Nie mogę o niej zapomnieć. Zbyt wiele dla mnie znaczyła aby tak po prostu wyrzucić ją z myśli, z życia, z serca...
Nie zdążyłam jej podziękować.
Nie mogę się doczekać chwili kiedy znowu będziemy razem żartować, śmiać się.
Czasem wieczorem, gdy mi smutno, Anna czyta mi te książki, które lubiła mama, a ja próbuję śpiewać jej ulubione piosenki... próbuję, bo tak naprawdę z trudem oddycham...
Minęło już tyle czasu, a ja ciągle nie mogę pogodzić się z myślą, że jej już nie ma na tym świecie...
Dlaczego zostawiłaś mnie samą?
Kiedy odeszłaś... straciłam siłę, ochotę, chęć do życia...
Kiedyś, kiedy śmiałyśmy się, kiedy rozmawiałyśmy, czas zdawał się nie istnieć, a świat wydawał się pięknym snem.
Jesteś teraz wysoko. Pewnie patrzysz na mnie. Może nawet się uśmiechasz...?
Czasem trudno jest nie tracić wiary, nadziei na to, że się uda, że wszystko jeszcze będzie piękne...
Tyle razy byłam zła, że nie pozwalałaś mi na tyle rzeczy, nie zgadzałaś się ze mną.
Ale dałaś mi wspaniały dar jakim jest życie.
Gdybym wiedziała, że wtedy po raz ostatni Cię zobaczę, objęłabym cię mocno i modliłabym się do Boga, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem.
Smutno mi... dlaczego nie ma Cię przy mnie?
Tak bardzo Cię potrzebuję...

Czuję lęk. Nie wiem przed kim, przed czym. Ale wiem, że się boję. Ręce często mi się trzęsą.
Anna śpiewa mi piosenki, które kojarzą mi się z dzieciństwem.
Pomaga mi też przy pisaniu tego pamiętnika, bo ja nie mam na tyle siły by utrzymać przez długi czas długopis w dłoni.

Mamo, a może to Ty zesłałaś mi Annę?
Waga: 28 kg


15 sierpnia 2004r.

Kiedyś myślałam, że mam dość siły by zmienić świat. Chyba porwałam się z motyką na słońce. Potem pomyślałam, że spróbuję zmienić chociaż tych, którzy mnie otaczają, których kocham. Ale dopiero teraz zauważyłam, że zamiast zmieniać innych powinnam zmienić siebie.
Co się naprawdę liczy? Czy gdyby teraz Bóg wyciągnął po mnie dłoń, czy mogłabym spokojnie odejść? I czy tam, w górze, cierpienie się wreszcie skończy?

Anna otworzyła okno żeby wpadło trochę światła i powietrza. Duszno. Bolą mnie nogi i ręce. Słyszę swój ciężki oddech.
Waga: 28 kg


16 sierpnia 2004r.

Chyba gdybym mogła narodzić się ponownie, przeżyłabym życie w inny sposób.
Nie poddałabym się, walczyłabym z depresją.
Dlaczego nie zauważyłam wcześniej, że cięcie skóry i utrzymywanie "czystego" łożądka to nie dowód siły, ale słabości?
Ustępowałabym ojcu, nie próbowałabym za wszelką cenę udowodnić swojej racji.
Zobaczyłabym jak wielką miłością darzą mnie moi przyjaciele, jak się o mnie martwią i do jakich poświęceń są zdolni.
Nie odpychałabym niewdzięcznie miłości, pozwoliłabym żeby jej skrzydła uniosły mnie wysoko, ponad światem aniołów.
Nie pogrążałabym się w depresji i nie raniłabym siebie myśląc, że nikt mnie nie kocha i nikomu na mnie nie zależy...
Mogąc zacząć wszystko od nowa, zawładnęłabym każdą minutą... patrzyłabym na nią tak długo, aż zobaczyłabym ją rzeczywiście... żyłabym nią... i nie oddałabym nigdy.
Teraz wiem, że każda chwila, którą Bóg mi daje jest skarbem.
Teraz wiem, że miłość wymaga zapomnienia o sobie, zaufania i całkowitego oddania.
Zdałam sobie sprawę z lęku, który uniemożliwiał prawdziwe uczucie, z nieuczynionych gestów, niewypowiedzianych słów, z miłości... którą mogłam kogoś obdarzyć, ale nie obdarzyłam.
Zdałam sobie sprawę z niespełnionych przyrzeczeń i z utraconego czasu.
Nie chcę ranić innych. Widzę jak cierpią patrząc na mnie, a raczej na to co ze mnie zostało... cień dawnej Weroniki.
Czuję się jakbym już była daleko... jakbym zostawiła tutaj tylko martwą skorupę...
Jestem zmęczona. Tak mi ciężko. Ciężko nawet kiedy leżę, nawet kiedy nie robię nic.
Liczę motyle na półce. Mojego karminowego mam na szafce obok łóżka.
Waga: 27, 4 kg


17 sierpnia 2004r.

Jestem słaba. Leżę na łóżku z oczami utkwionymi w złote gwiazdy poprzyklejane na suficie.
Anna pomaga mi w napisaniu tego co czuję.

Wiem już, nie dożyję swoich 18. urodzin. Wiem, że już niewiele czasu mi pozostało. Dopiero teraz rozumiem jak kruche jest życie i jak łatwo je stracić. Ale za późno to zrozumiałam.
Byłam za słaba. Nie poradziłam sobie z życiem... wbrew pozorom, życia także trzeba się nauczyć. Ten kto umie żyć jest szczęśliwy...
Teraz wiem... że jutro nie jest zagwarantowane nikomu. Być może dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Nie czekaj dłużej, zrób to co masz zrobić - dzisiaj, bo jeśli okaże się, że nie doczekasz jutra... będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by powiedzieć kocham.
Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj.
Życie jest tak krótkie.
Straciłam to, co miałam. Zamknięta w swojej samotności nie zauważałam przyjaciół z wyciągniętymi dłońmi. Miałam przyjaźń, ale przeminęła... potem odeszła miłość. Ale nawet jeśli ktoś odebrał ci wszystko, co miałeś, to co kochałeś, nie poddawaj się, teraz twoja kolej - odbuduj to, stwórz sobie ten świat, w którym chcesz żyć.

Dla mnie jest już za późno. Nie założę białej sukni... nie będę mogła nosić złotego krążka na palcu... zostanę sama na zawsze... sama z moją samotnością... nie będę mogła przeżyć 9 miesięcy oczekiwania, współtworzenia z Bogiem kolejnego cudu... i nigdy nie dostanę bukieciku więdnących polnych kwiatków, ani laurki z "tańczącymi" literkami "dla babci"... ani ciepłego buziaka pachnącego dzieciństwem...
Ale chciałabym zostawić po sobie ślad.
Jeśli dzięki tym zapiskom choć jedna osoba zrozumie jak straszną i wyniszczającą chorobą jest anoreksja, to nie umrę na marne.
Mam nadzieję, że może moja śmierć da początek nowego życia choć jednej osobie...
Jestem zmęczona życiem... bezradna... trochę samotna... i zagubiona... ale wciąż JESTEM.
Waga: 27 kg


*********

Obudziłam się. Anna znowu jest przy mnie. Jakaś inna. Jakby... jaśniejsza...

*********


18 sierpnia 2004r.

Weronika zasnęła. Śpi. Nie obudzi się już. Teraz jest jej lepiej...

Anna



__________________________________________________________________

Dziękuję K.C. i R.R. za natchnienie :*. Czasem nawet bolesne doświadczenia też się przydają.

___________________________________________________________________

edit: 14. 10. 2009r.

Opowiadanie napisałam mając 15 lat.
Uświadom to sobie zanim napiszesz komentarz jako osoba 20- albo 30- letnia komentując fikcję literacką jak błędne badania naukowe lub dokument fałszujący rzeczywistość.

Miałam 15 lat i chciałam wierzyć w to, że więcej buduję niż niszczę.

"Pamiętnik..." to nie dokument - to bajka, to życzenie, to sen słodko-gorzki.
Jeśli Ci się nie spodobał - zapomnij go, jakby Ci się niepotrzebnie przyśnił. Tyle.

Opublikowano

Wstrząsajace... trudno jest pisac o umieraniu, wczuć się w umierającego, Tobie sie to udało, gratuluję. Poza tym znalazłam w Twoim tekście wiele pięknych myśli. Gdybym miała się czepiać prawdziwości tego pamiętnika to jedynie podawanej wagi na końcu opisu każdego dnia, anorektyczki boją się ważenia, panikują na samą myśl, że mogły przytyć. Ale wiem to jedynie z filmów dokumentalnych a nie z autopsji, więc nie jest to najważniejsze.

Opublikowano

Dziękuję za komentarz.
Ale myślę, że nie ma co się czepiać akurat tej wagi. Po napisaniu tego pamiętnika skonsultowałam ten tekst z moją przyjaciółką (która wie na temat anoreksji chyba więcej niż zdrowi ludzie). I to ona doradziła mi żeby dodać wagę po każdym dniu.
Anorektyczki lubią pisać ile ważą bo to je mobilizuje. Widzą przejrzyście czy schudły czy nie. To taki rachunek sumienia.
Wiem co to znaczy anoreksja i jaką jest wyniszczającą chorobą. Wiele czytałam na jej temat i dlatego ośmieliłam się napisać pamiętnik anorektyczki. Po jakimś czasie mogłam sobie doskonale wyobrazić ten ból psychiczny.

A filmy dokumentalne to nie to samo co pamiętniki anorektyczek. Oglądałam kilka takich filmów, ale czytałam też pamiętniki dziewczyn walczących z tą chorobą, rozmawiałam z anorektyczkami na gg, dużo czytałam o tej chorobie i myślę, że napisałam ten pamiętnik najlepiej jak potrafiłam.
pozdrawiam

Opublikowano

Pisałam w poprzednim komentarzu, że uzgadniałam to z moją przyjaciółką. Jej ten świat jest bliższy niż mnie. Nie wiem skąd "wiedziała Pani, że tego nie napisała naorektyczka". Ale moja koleżanka anorektyczka powiedziała, że nie ma mi nic do zarzucenia jeśli chodzi o ten pamiętnik.
Pani jest anorektyczką? Zna Pani jakąś anorektyczkę?
Czytałam blogi "anorek". Były nieprawdziwe. W większości.
Nie opisywałam przeżyć wszystkich anorektyczek, tylko tej jednej, konkretnej, podobnej do kogoś kogo znam. I kto też prowadzi swój własny blog. Jest tam dużo o smutku, załamaniu, determinacji w dążeniu do celu.
Napisałam o wrażliwej dziewczynie, która oprócz tego, że jest chora jest kimś wartościowym, a nie, tak jak co niektóre z tych dziewczyn, istotą, dla której wszystko przestało mieć znaczenie poza dietą i która nie potrafi się już cieszyć.
Anorektyczki też się między sobą różnią. Trzeba o tym pamiętać.

Czekam komentarz w którym ktoś mi jasno i wyraźnie powie co jest źle w tym tekście.
pozdrawiam

Opublikowano

Oczywiście ,że każdy z nas jest inny i nieco w inny sposób przezywa.. anoreksja jest modnym tematem... nawet jak dziewczyny anoreksji nie maja to bardzo modnie jest powiedzieć, mam anorkę.. ona mnie zabija.. i tak dalej... to jest ,ze tak powiem "trendy"

jest kilka poważnych błedów chociażby opisy siebie...
one nie widza swojej brzydoty, nie widza tego ,że są chude.. patrząc w lustro maja poczucie tego ,że są za grube, grube...
samoświadomość jest pierwszym stopniem do stanięcia na własne nogi, one tej samoświadomości nie mają.
Raczej jest to bunt przeciw całemu światu, który jest zły bo każe im jeść.
One w 99% wiekszości zadowolone są ze swojej anoreksji, to moze brzmi dziwnie ale tak jest.
Tak jak bulimiczki pragnac mjiec anoreksjię tak anorektyczki gdzies w głebi sa zadowolone z tego stanu w jakim sa.. jest to tragiczne rozdwojenie bo z jednej strony tkwi gdzies świadomość zagrożenia i chęć zycia i a z drugiej chęć samodestrukcji i depresyjne stany łacznie po samookaleczanie się. U Ciebie tego rozdwojenia nie widać.

Tekst jest płaski.. chęć bycia modelką nie ma nic wspólnego ze smiercia matki.. zbyt płytkie uzasadnienie. Najcześciej poczucie tego że będe chuda łączy się z poczuciem tego ,że jak schudne będe szcześliwa, będę się dobrze czuć, będę piekna.. anorektyczki nie odchudzaja sie po to zeby umrzeć, one potrzebują samoakceptacji, jakby zło calego swiata spoczywało w ich nadmiernych kilogramach.

"Moje oczy są zapadnięte, skóra jest żółtoszara, cienka jak pergamin i rozciągnięta ciasno między moimi kośćmi. Mogę policzyć moje wystające żebra, biodra i kolana odznaczają się pod ubraniami."
tak zadna anorektyczka nie postrzega siebie, one nie wierza w to co widza do tego stopnia ze nie widza siebie, potrafią oceniać innych ludzi dość trafnie, ten jest gruby a ten chudy.. ale na siebie nie potrafią obiektywnie spojrzeć.

Najczęściej świadomość choroby powoduje proces wyleczenia czy tez zaleczenia, opisujesz dziewczyne ,która w założeniu ma depresję.. gdzie leki, lekarz , terapia?
Nie zostawia się nikogo ,żeby umierał.. tak poprostu..

Opowieść jest mało wiarygodna, momentami zbyt patetyczna.. ale myslę ,ze to jest dobry materiał do dopracowania.. takie są moje odczucia...

Opublikowano

Jeśli mogę się wtrącić, to naprawdę nie uważam tutaj problemu "wiarygodności" za najważniejszy. To jest przecież fikcja literacka, autorka ma prawo wymyślić sobie pewną postać i wczuć się w jej sytuację! Jeżeli ktoś chce sobie przeczytac autentyczną wypowiedź anorektyczki, to niech obejrzy sobie reportaż albo czyta te blogi itp.... Ja osobiscie potrafię sobie doskonale wyobrazić sytuację dziewczyny, której anoreksja ma swoje korzenie w depresji, takie powolne samobójstwo na raty. To jest bardzo dobry pomysł i niech nikt nie mówi, że niewiarygodny, bo na świecie jest tyle różnych psychicznych odchyleń, że psychiatrzy nie nadażają z ich klasyfikowaniem. To, co mi się w tym tekście nie podoba, to opracowanie tego tematu. Początek jest jeszcze dobry, paradoksalnie podobały mi się właśnie opisy depresji, niechęci do życia, pomysł z wagą na końcu każdego dnia tez uważam za świetny. Ale potem wszystko schodzi w banał.
Chodzi mi o to, że zdania typu:
"Miłość jest jak narkotyk... wciąga, nie można się od niej uwolnić... jak choć raz się jej spróbuje chce się jej więcej i więcej..."
albo:
"Usycham z tęsknoty... umieram z miłości...
Ukochana osoba zostaje w sercu na zawsze, nawet wtedy gdy tego serca już nie ma... pamiętaj o tym...
Kiedy dwie osoby się kochają to ich serca nie są osobno: moje we mnie, twoje w tobie... nie... są jednością..."
Przeciez to jest czysty harlequin! Shy angel, pomysł jest dobry, ale na przyszłośc staraj się być bardziej oryginalna... Np. metafora szklanego motyla jest dobra, podoba mi się. Motyl jest metaforą samej bohaterki, jest kruchy, lekki, żyje tylko przez chwilę. Więcej takich motywów a mniej truizmów typu "najważniejszy jest sam proces wchodzenia pod górę a nie osiągnięcie wierzchołka" (teraz parafrazuję, przepraszam). To się nadaje do kieszonkowego wydania księgi aforyzmów, ale nie do tekstu, który chce być oryginalnym utworem artystycznym. Twoja bohaterka zasługuje na więcej:)
Uff, to był mój pierwszy komentarz na forum, przepraszam, że taki długi. Pozdrawiam i trzymam kciuki
wampirka

Opublikowano

Do Piątej Pory Roku.
Możliwe, że teraz ana jest w modzie. Ja się dopiero teraz o tym dowiaduję, że to coś czym można się pochwalić.
Wiem, anorki nie widzą tego, że są takie chude, ale w niektórych programach one mówią, że już to zauważyły, ale jest już za późno. Oglądałam kiedyś film o takiej dziewczynie. To był już dla niej koniec. Ale ona widziała, że jest chuda. yłok już, niestety, za późno.
Nie widać rozdwojenia?
Ona wyraźnie na początku mówi, że chce w ten sposób umrzeć. Potem, po namyśle, decyduje się nadal żyć, przeżywa załamania, napady depresji powracającej falami.
Tu panią zaskoczę, ona nie chciała być po propstu szczupła. Anoreksja ma często głębsze podłoże niż tylko chęć bycia szczupłą. Czytałam o tym. Często to dotyczy tego, że w domu anorektyczki nie było dobrze, często mają na to wpływ także złe relacje z matką. Wtedy jedzenie jest rodzinnym rytuałem, a jeśli w rodzinie są problemy to odżywianie się staje się czymś, co anorki mogą kontrolować, w przeciwieństwie do sytuacji w której się znalazły.
Już pisałam: Weronika jest sobą, a nie tylko ANOREKTYCZKĄ.
Nie wszystkie anorki są TAKIE SAME.
Znam dziewczynę, która najpierw chciała być po prostu chuda, potem chciała umrzeć.
Przypadki są różne, nie uogólniajmy: "anorektyczki robią tak, a tak".
Niektóre typy zachowań się często wśród nich powarzają, inne rzadziej, ale na pewno nie ma 2 takich samych anorektyczek, tak jak nie ma dwóch takich samych zdrowych osób.
Co do terapii, o której Pani wspomniała, oglądałam film gdzie dla anorektyczki, po pewnym czasie nie było już ratunku. Stąd pomysł żeby Werce też nie dawać szans na przeżycie. Ja już z góry założyłam, że umrze, że nie poradzi sobie, nie chciałam żeby sobie poradziła. Po prostu poczułam się w pewnym momencie panią jej życia i śmierci i postanowiłam "Weronika musi umrzeć". Dlatego ci lekarze, którzy starali się ją wyleczyć, też załamali ręce. Moze to okrutne, ale w prawdziwym życiu też tak nieraz jest, że ludzie się poddają, niektórych się nie da wyleczyć, bo albo są nieuleczalnie chorzy, albo mogliby być zdrowi, ale teraz jest już za późno na leczenie.
Bardzo dziękuję za długi i wyczerpujący komentarz. To świadczy chyba na korzyść tego opowiadania, że zechciała Pani poświęcić swój czas na napisanie paru wskazówek co powinnam zmienić. pozdrawiam :)

Do wampirki.
Ja wiem, te opisy są beznadziejne :P, ale szczerze mówiąc, nie miałam co tam wcisnąć :(. Wybacz.
Ale bardzo się cieszę, bo jesteś pierwszą, która to dostrzegła, a może pierwszą, która odważyła się coś na ten temat powiedzieć :).
Motyl to pewien symbol dla tej anorektyczki.
Czuję się zaszczycona! :D Pierwszy komentarz, no, no :).
Postaram się coś zmienić w opowiadaniu (z tymi banałami :P), zechcesz je jeszcze raz przeczytać, już po naniesionych poprawkach?
Pozdrawiam

Opublikowano

Jeśli będziesz jeszcze poprawiać tekst, to chciałabym ci dac pewną radę: zamiast takich "opisów" staraj się podać czytelnikowi konkretną sytuację, coś, co będzie w stanie zapamiętać, co go poruszy, zaniepokoji, skojarzy sie z wlasnymi doswiadczeniami. Np. o tej miłości, niech bohaterka przypomni sobie jakąś konkretne przeżycie, które miała ze swoim chłopakiem, jakiś moment, w którym była szczęśliwa, ale musi to być cos oryginalnego (żadne "kocham cię" pod gwiazdami), np. jak się razem wygłupiali, jak byli nieśmiali na pierwszym spotkaniu, albo jak ona udawała, że nie jest głodna i podsuwała mu swoje porcje w mcDonalds, a on konsumowal zadowolony i nie podejrzewający niczego... no, cokolwiek, na pewno cos wymyślisz. I to samo reszta opowiadania, niech to będą prawdziwe przeżycia a nie bezosobowe wynurzenia. Powodzenia i na pewno przeczytam nową wersję!
w.

  • 3 tygodnie później...
  • 1 rok później...
Opublikowano

Sczerze mowiac bardzo mi sie spodobaly te zapisy w pamietniku. jstem jeszcze mloda istota i nie zdaje sobie sprawy jak cenne jest zycie,ale uwazam, ze po przeczytaniu tego, cos we mnie zostalo, a takze troche to mna wstrzasnelo. napewno utkwilo mi w glowie to zeby powiedziec to co sie czuje. np. mamie ze ja sie kocham. takze te zapisy daja nam troche nadziei, ze w zyciu moze sie udac. ze mozemy sobie ulozyc zycie tak jak chcemy(oczywiscie kazde nasze decyzje wplywaja jakos na nasza droge zyciowa). te zapiski takze ucza nas tego, zebysmy zczeleli szanowac zycie i przezyte w nim chwile. zeby cieszyc sie kazdym dniem, jakby byl to nasz ostatni. ze powinnismy cennic to co jest dla nas wazne.

mozliwe, ze pisala to osoba nie bedaca w anorekcji, ale wazne jest to zeby wyciagnac z tego zapisu jakies wnioski.

jezeli pisala to anorekyczka
przeczytalam tu wypowiedz, ze modelki nie wpadaja w choroby, czy cos podobnego..
nie bylabym tego taka pewna, poniewaz gdy zaczynamy chudnac, i zaczyna nam sie podobac nasza sylwetka, nasza amoocena rosnie... czujemy sie dobrze i czasami nie potrafimy zobaczyc gdzie jest granica...
ta dziwczyna miala problemy po smerci matki, nie czula sie bepieznie z ojcem- nie czula jego ciepla, i to sprawilo, ze zaczela zastanawiac sie nad soba, ze moze ona nie pasuje do tego swiata, a mysl modelki, potrzymywala ja na duchu, ze moze byc ladna....
wtedy dzialal jej kytyk ktory mobilizowal ja do zrzucenia tych kilogramow. i tak sie wszystko potoczylo, ze nikt jej nie przypilnowal, kiedy przekraczala ta granice....


uwazam, ze dobrze ze zdala sobie sprawe z tego, ze mogla sobie zycie inaczej ulozyc... piszac ostatnie zdania, informuje nas o tym ze nie warto bylo. ze stracila wszystko, a to nie bylo tego warte..

  • 6 miesięcy temu...
Opublikowano

hmm... miałam bardzo dużą styczność z osobami chorymi na Anę, szczególnie w szpitalach... cóż... bardzo dziwi mnie fakt, że lekarze tak szybko z niej zrezygnowali i pozwolili jej wrócić do domu... w rzeczywistości nigdy nie pozwolili by jej wyjść ze szpitala w takim stanie, po drugie, gdy jej stan by się ustabilizował napewno musiałaby zaliczyć wizytę w psychiatryku... to najgorsza kara... tam nie mam mowy o dietach, wspólnych ćwiczeniach i takich tam... oczywiście są sposoby, ale to bardzo trudne... z resztą po pierwszej wizycie w osychiatryku (bo zwykle trefia się tam nie raz) najwyższym celem (poza oczywiście byciem chudą) jest to, by już nigdy tam nie trafić...

podoba mi się to, że ujęłaś ją jako osobę wrażliwą, osobę pełną sprzeczności, chwijną emocjonalnie... ale wydaje mi się, że zbyt mało jest w tym agresji, wyrazistości... widzisz... zaawansowana Ana to stan skrajnego wyczerpania, sytacja ekstremalna... ciągła walka z głodem... takimi osobami targają skrajne emocje, po fali łagodności, lub słabości, przychodzi atak gniewu, nawet szału... anorektyczki mimo braku sił, potrafią być agresywne... wiem, że dla normalnych ludzi to niezrozumiałe, ale to tak jakby traciło się cześć człowieczeństwa...

zadużo jest chyba pięknych poetyckich opisów... na początku owszem... są dobre... ale w końcowych fazach najczęściej mówi się tylko o żyganiu i jedzeniu... o tym co "najważniejsze"...
nie patrzy się na otaczający nas świat z taką uwagą, liczy się "Ja" i tylko ono jest ważne, chłodna spekulacja, przeliczenia... czesto pomieszane w używkami, które mają łgodzić stany depresyjne, lub też ataki gniewu...

zastanawiające jest też to z jaką ciekawością u uwagą bohaterka przyjmuje opowieści Anny... anorektyczki odbierają wszelkie próby wpłynięcia na ich zachowanie jako atak na ich osobę, dlatego rozmowy z nimi są bardzo ciężkie... są bardzo nieufne w stosunku do ludzi, którzy chcą im pomóc, zamykają się w sobie, pomimo tego, że z takim uporem i zaciętością szukają miłości, akceptacji, zrozumienia, które wyrażają przez dążenie do utopijnych ideałów...

hmm... to trudna choroba, niemalże nieuleczalna... można zacząć żyć inaczej... można przytyć, ale anorektyczką zostaje się na całe życie i wystarczy jedno załamanie, by zacząć całą zabawę od początku... to bardzo niebezpieczna zabawa igrać ze śmiercią...

dlatego jeszcze niewiele wiesz o tej chorobie, zamało widziałaś... telewizja i ksiązki nie pokazują obrazu dziewczyn na granicy obłędu, które podcinają sobie żyły i przypalają się papierosami, wyrywających sobie włosy, zrywających paznokcie, czy też drapiących się aż do krwi tylko po to, żeby ukarać się za to, że coś zjadły, a czasem po prostu pomyślały, że mogłyby coś zjeść... nie widzi się na codzień obrazów dziewcząt, a tekże chłopców(o czym trzeba pamiętać), którzy biją się po brzuchu i wkładają palce do gardła, żeby wywołać wymioty, po nikłym posiłku... nie pokazuje ludzi żygających krwią... walczących z każdym dniem...

aż wreszcie nie pokazują przerażliwie chudych ludzi, którzy trafiają to psychiatryków, bo ponakłuwali się szpilkami, żeby wypłyną z nich tłuszcz, albo takich którzy próbowali sobie sami ten tłuszcz wyciąć...

to straszna choroba, której nie chciał by przeżyć nikt... twoje histori przypomina mi raczej amerykańskie filmy w których wszyscy są piękni i mili dla siebie... gdzie każdy chce każdemu pomóc..., że jednak bohaterka przechodzi przemianę pod wpływem kogoś, kto heroicznie podaje jej pomocną dłoń... nie! życie wygląda zupełnie inaczej... mało o tym wiesz i lepiej, żebyś nie wiedziała...

  • 1 rok później...
Opublikowano

Dziewczyna umarła.. a ja po przeczytaniu tego zaczelam plakac
Ale czy to cos zmieniło? Nie! Dalej bede sie glodzic...
Panuje nad tym wszystkim
To jest jedyna rzecz nad ktora panuje...
Moze jestesmy inne moze ona nie miała silnej woli? Przyjaciol
Jestem otoczona przez ludzi ktorzy mnie kochaja.. I wiem ze jak cos bedzie
ze mna zle to pomoga mi...

  • 4 miesiące temu...
Opublikowano

Hej, pewnie napiszę cos co juz było wymienione (nie czytalam wszystkich kom). Ale wydaje mi się że napisalas to bardzo 'ladnie' i poetycko. Jednak ze em.... to poprostu zupelnie tak nie idzie. Nie pokazalas tam jakiegos super rozgoryczenie a wydaje mi sie ze a takim studium choroby dziewczyna napewno nie myslalaby tylko o matce, chlopaku, pustce, Bogu (tego jest o wiele za duzo) i ogolnie przedstawilas ja jako taka super poukladana no tylko ma ta jedna wage jest anorektyczka, ale co tam ona wierzy? Wydaje mi sie ze to totalna bzdura. Jednym slowem interesuje sie psychologia i natura ludzka jest o wiele wiele wiele bardziej zlozona i anorektyczki napewno czasem maja takie mysli o jakich sie zdrowej osobie nie snilo. Aha wlasnie. Mialas kiedys naprawda bardzo bardzo intensywna depresje? Watpie w to. Chyba nie wiesz jak to wyglada. Jest to takie cos co Cie to talnie paralizuje i nie sklania napewno do refleksji nad Bogiem. Fakt. Za malo tu o jedzieniu, em to ze snia jej sie kurczaki? Hmm. Wydaje mi sie ze to idzie troche inaczej i jest tam tylko pare momentow o sniacych kurczakach i checi schowania pod lozko na pore jedzenia papki. Ogolnie mam sporo zastrzezen, nadawalabys sie na pisarke ale em moze jakiejs historii obyczajowej a jak Cie bardzo interesuja takie przypadki to chyba musisz wiecej czytac bo mysle ze przyjaciolka ktora (wie napewno wiecej o anoreksji niz zdrowy czlowiek) jednak nie jest tutaj najlepszym zrodlem. Wydaje mi sie ze moglabys siegnac troche do ludzi uzaleznionych od narkotykow. Oni tez maja bardzo ciekawe refleksje i tez sie po malu zabijaja i to swiadomie i tez trudno z tego wyjsc, mechanizm jest z jednej strony podobny z drugiej zupelnie inny jednak jako dobry obserwator wynioslabys dobre wnioski. A bohaterka to niepoprawna Ania z Zielonego Wzgorza. Nie podoba mi sie w ogole. Nie znasz chyba tej gorszej storny natury ludzkiej ktora sie w takich sytuacjach glownie objawia. No i o rodzinie nic, zadnej rozmowy z kims oprocz 'Anna powiedziala to i to'. Lipa troche. (Podejrzewam ze Ty nigdy nie mialas problemow ani z anoreksja ani z narkotykami ani z niczym takim bo z tego teksty mozna wywnioskawoac glownia jaka Ty jestes tzn wrazliwa, widzi krzywde innych bla bla bla a nie dziewczyna chora na anoreksje..)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Aha jeszcze jedno. Ktos juz napisal kom o dziewczynach na skraju obledu.. tak wlasnie trzeba zauwazyc ze to juz zaliczane jako choroba psychiczna - jak najbardziej. A choroba psychiczna nie dziala tak ze cos jest zachwiana np patrzenie na siebie moj wyglad tylko zachwiana zostaje twoja cala postawa wobec swiata... Trafnie ktos ujal, nie widzialas pewnie zadnej dziewczyny ktora jest w psychiatryku i nie poznalas jej mysli. Moglabys je sobie wyobrazic jasne ale mysle ze nie potrafisz. Lipa.

  • 1 rok później...
Opublikowano

Do wszystkich od autorki:


opowiadanie pisałam mając 15 lat.
Jedyne, czego chciałam to zrobić coś, co "uratuje" moją przyjaciółkę. Chciałam złożyć jej hołd.

Nie byłam anorektyczką, ćpunką ani tym wszystkim, czym dobrze jest się pochwalić - zawsze byłaby to jakaś sensacja, prawda?

Jestem za prawdą, nie za fałszowaniem rzeczywistości. Jednocześnie jestem za tym, by nie epatować brzydotą i ochydztwem bez celu.
W internecie, w książkach, w gazetach - wszędzie widziałam opisy choroby.
Ja chciałam opisać ją inaczej. Tak, wierzę w bajki. Wierzę w to, że nie potrzeba już więcej opisów cierpienia, bo cudze cierpienie pobudza do własnego, ożywia je i usprawiedliwia. Mylę się? Skąd w takim razie fascynacje Fridą, Camillą Claudel, Sylvią Plath? Ich cierpienie mile pobudza to trwaniu we własnym.

Miałam 15 lat i chciałam wierzyć w to, że sztuka leczy, chciałam być Anną dla mojej chorej koleżanki. Odtrącała mnie, więc wiem jak zachowują się osoby, które mają problem.

Wiem też, że i nie-anorektyczki, ale ludzie "zdrowi" czują czasem tak: chcę ludzi, potrzebuję ich, zwariuję bez nich. A potem tchórzą - nie przychodzą na umówione, wyczekiwane spotkanie.
Nie trzeba być w obłędzie, w szpitalu psychiatrycznym, żeby miewać nastroje od smutku, rozżalenia, przez apatię aż do złości razem z agresją.


Mam 21 lat.
Cieszę się z tego, że mając lat 15 nie próbowałam się odmóżdżyć tym wszystkim, czego lubią próbować i o czym lubią czytać nastolatki - pozostałam wrażliwa.
Do niektórych spraw pisarz powinien mieć tylko wyobraźnię, nie musi wszystkiego poznawać sam na własnej skórze.
W moim pisaniu, jak każdy piszący, miałam różne okresy. Okres idealizacji a la american dream przeszedł mi. Nie piszę już bajek z morałem.


Dziwią mnie jednak komentarze pełne niezrozumiałego dla mnie, wręcz okrucieństwa. Czy to zbrodnia napisać opowiadanie, zamieścić je w internecie? Po co bulwersować się?
Ludzie kłamią sobie w żywe oczy. Ja napisałam, zgodnie z prawdą, że opowiadanie to fikcja literacka. Jeśli ktoś woli patrzeć na pocięte ręce, wysuszone ciała - są inne miejsca w internecie.
Nie szukajcie sensacji i dokumentu tam, gdzie mieszka poezja i proza.


Jakiś psycholog dobrze powiedział, że psychologowie mają jeden, podstawowy problem - próbując leczyć ludzi analizując kolejne przypadki z odchyleniem od normy. A brak im porównania z ludźmi, którzy czują się pewnie we własnej skórze, są zadowoleni z życia.

"Wydaje mi sie ze moglabys siegnac troche do ludzi uzaleznionych od narkotykow. Oni tez maja bardzo ciekawe refleksje"
---> dziękuję za cenną radę.

Róbcie wywiady z narkomanami, chodźcie po psychiatrykach, jeśli to ta właściwa wg Was droga... opiszcie to wszystko. I patrzcie co się stanie dalej. Czy komuś to pomoże czy wpędzi w coś chorego? Czy Wasze książki nie będą jak zapalenie pierwszego papierosa przez dziecko, jak pierwsze napicie się, przyćpanie? Czy nie zasieją w kimś fascynacji czymś, co nie jest dobre, czymś, co tego człowieka w końcu zniszczy?


Cała sztuka chyba polega na tym, by kogoś delikatnie uświadomić, albo nawet nieco bardziej brutalnie, ale nie tak, by go zgnieść, by go zniszczyć ciężarem nie do uniesienia.
Chyba, że ktoś pisze tylko dla siebie i nie bierze absolutnie żadnej odpowiedzialności za to, co wyjdzie spod jego ręki, jak to wpłynie na ludzi.


Sama mam do swojego opowiadania już od dawna dystans. Zbiera komentarze gdzieś w internecie, wszystko to żyje już własnym życiem.




A ja żyję m. in. tutaj: www.okanarosole.blogspot.com/

  • 7 miesięcy temu...
Opublikowano

Przeczytałam większość komentarzy i uważąm, że troche niesprawiedliwie oceniacie ten tekst.
Szczerze mówiąc nie wiem nic o anorektyczkach ale zgadzam się z tym,że przecież każdy różni się miedzy sobą, to tyczy się przecież również anorektyczek. Jedne są puste i głupie(chcą poprostu się odchydzić i wpadają w tą chorobe) a inne robią to z bezradności, nieakceptacji siebie, myśle że różnie to bywa.Takie opowiadania są potrzebne ludzią tak czy siak bo jeśli ktoś tak jak ja nic o nich nie wie to nie sądze żeby się na tym poznał że to fikcja,powiem wam,że to człowieka rusza(np moja przyjaciółke co mi to wysłała)takie historie uczą, żyć. Z wieloma przemyśleniami w tym tekście sie zgadzam i dlatego może jest mi bliska to fikcyjna postać. Wy chyba niezdajecie sobie sprawy ile jest ludzi wokół was co potrzebuje pomocy, wsparcia, bo gubi się w tym życiu. Bardzo ciężkie jest to wszystko. Jeśli oczywiście moge podzielić się z wami moimi obserwacja,i i przemyśleniami to powiem wam,że wiele osób cierpi bo nie widzi sensu w swoim życiu bo nie ma nadziei i wiary.Bardzo ciężko jest żyć bez wiary, bo po co żyć jeśli po śmierci nic niema? Dla samej przyjemności? Napewno nie bo nikt nie żyje bez problemów i załamań.Więc jak dać rade i się im nie poddać ,nie dać się przytłoczyc (jak Weronika)problemom? Trzeba wierzyć i znaleść sens w swoim życiu, nie można żyć tylko dla siebie.

Przepraszam,że się tak rozpisałam ale wnerwia mnie jak ktoś widzi tylko powierzchowność tego tekstu a nie przesłanie.Pozdrawiam:Tilka

  • 8 miesięcy temu...
Opublikowano

Nie wiem od czego zaczac, to opowiadanie bardzo mnie ujelo pewnie nie przeczytalabym go nigdy gdyby nie przypadek, czesto szukam osob takich jak ja abym nie czula sie samotna z moja choroba, twoj blog oddaje cale moje zycie tylko waga nie jest tak niewielka. Swietne opowiadania piszesz nie przestawaj, jestem pod wrazeniem jak realistycznie potrafisz sie wczuc w to o czym piszesz i z jakimi detalami wszystko opisujesz, masz wielki talent !!! Gdy wydasz swoja pierwsza ksiazke jestem pewna ze ja bede pierwsza osoba ktora ustawi sie w kolejce po nia. Widzialam ze niektorzy troszke nieobiektywnie ocenili twoje opowiadanie, ja zostalam anorektyczka nie z wyboru to przyszlo samo najpierw byla depresja wieczny smutek niedlugo puzniej stracilam chlopaka i przyjaciol tylko dlatego ze bylam smutna, przestalam jesc bo nie moglam nic przelknac ze smutku, pozniej juz tylko maly glosik w mojej glowie podpowiadal ze do nieba blizej niz dalej. Opisujesz wlasciwie moje zycie ja mam tylko nadzieje ze nie skoncze tak jak Weronika.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...