Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sołtys Jan Malik zjawił się rano przed sklepem i powiedział, że w nocy umarła mu żona. Minę miał przy tym, jakby nie jego ukochana Andzia życie zakończyła, ale ktoś zupełnie obcy. Gdy, po chwili wyszedł z butelką piwa i uśmiechając się wypytywał o zdrowie, poklepywał po plecach, wszyscy zrozumieli, że Malik zwariował. Zapanowało nieznośne milczenie. Słychać było skrzypienie roweru, na którym Gienek Piecyk ciągnął do zlewni bańki z mlekiem. W końcu sołtys, zorientował się, że wszyscy się na niego patrzą.
-Co?
-Andzia umarła, a ty piwo przed sklepem pijesz? – zapytał Wiesiek Pańczak.
-A gdzie mam pić? W sklepie nie wolno. Wisi karteczka, czy nie wisi?
Pańczak odwrócił się do pozostałych i szepnął.
-Jak Boga kocham zwariował.
Rozeszli się zaraz, żeby we wsi rozgłosić nowiny, że Andzia umarła i że Janek zwariował. Jadwiga Sychowa, jak dowiedziała się od męża, że Andzia umarła rozpłakała się. Chodziły razem do szkoły, świadkowała na jej ślubie, były najlepszymi przyjaciółkami. Nie chciało jej się wierzyć, że Janek stoi przed sklepem i jak gdyby nigdy nic pije piwo.
-Jak to przed sklepem? Co ty gadasz? Piwo pije?
-No. A jak Pańczak się go pyta, to mu mówi, że w sklepie nie wolno.
Sychowa z daleka zobaczyła Malika. Pił drugie piwo. Podeszła.
-Jasiu...
-Co tam Jadzia, słońce grzeje, będziecie grabić pod lasem?
-Jasiu...
-No co tam, mów wreszcie...
-Mówią, że Andzia umarła.
-Umarła.
-Jak to się stało?
-Kto to może wiedzieć. Człowiek nie wie jak na świat przychodzi i nie wie jak odchodzi. Bóg w niebie jeden wie, kiedy na ziemię dziecko posłać a kiedy kostuchę.
-A ty tak...piwo pijesz? Nie płaczesz za Jadzią? Czterdzieści lat razem, dzień w dzień, w pole razem, do kościoła razem. Dzieci wychowaliście a teraz nawet nie zapłaczesz?
-Jadzia...
Janek nachylił się i rozglądając się na boki szepnął.
-Tylko nie mów nikomu. Ona wróci.
-Co wróci? Gdzie?
-Andzia. Wiem to. Nie wiem kiedy, ale wróci.

Janek pogrzebem się nie zajął, mówił, że czasu nie ma, że siana tyle nakoszone, że deszcze idą. Od czasu, do czasu, w wielkiej tajemnicy szeptał, że ona wróci. Pochowali Andzię dobrzy ludzie. Przyjechały z miast Malików dzieci, ze swoimi dziećmi. Popłakali nad matką, nad ojcem się pożalili, że przyszło mu na starość zostać samemu, zmówili pacierze, wieńce ułożyli i odjechali. Malik nawet stypy nie urządził, bo jak mówił – Na cóż świętować pogrzeb, jak zaraz, tylko patrzeć a wróci ten, co go chcieli na wieki pod sosnowymi deskami zamknąć. Kiwali ludzie głowami, żeby Malika nie drażnić, żeby jego obłędu nie powiększać. Litowały się kobiety – Musiał być za nią bardzo – mówiły – aż rozum postradał. Musiał ją strasznie kochać. Mężczyźni tylko machali rękami, czasu nie było na gadanie, lipiec już się zaczął a łąki jeszcze nie były oprzątnięte.

Przez cały dzień wydawało się Malikowi, że ktoś za nim chodzi. Oglądał się raptownie, ale nikogo nie dostrzegł. Czuł na sobie czyjś wzrok, pomyślał, że czas powrotu Andzi jest bliski. Następnego dnia, gdy wyszedł na ranny obrządek zaraz ją zobaczył. Stała nieruchomo na środku podwórza, jakby na niego czekała. Inne kury latały jak wściekłe a ona stała. Podszedł na wyciągnięcie dłoni.
-Andzia?
Kura przekrzywiła łeb. Spojrzała prawym okiem, potem lewym. Wreszcie kiwnęła.
-Wiedziałem, że wrócisz. Coś mi cały czas w środku gadało: „Nie płacz Janek po Andzi. Łez szkoda. Niedługo wróci.”
Ludzie to się nawet dziwili, że po tobie nie rozpaczam. Myśleli żem zwariował, he, he, dobre. Ciekawe co teraz powiedzą? Ale ty Andzia pewnie głodna co? Chodź pojesz se co dobrego.

Zaniósł Janek kurę do domu, posadził na Andzinm miejscu, kiełbasy nakroił, pomidorów. Najadła się, nadziobała herbaty z czterema łyżeczkami cukru. Posprzątał Janek i poszedł przewracać siano a Andzi przykazał, żeby domu pilnowała, bo Cygany się po wsi kręcą.

-Andzia wróciła! – zawołał Janek do wracających z pola Sychów.
-Janek, co ty pleciesz? – Jadzia poprawiła na głowie chustkę i przyjrzała się sołtysowi.
-Pleciesz, pleciesz...nie dalej, jak dziesięć minut temu siedziała ze mną przy stole. Kiełbasę jadła.
-Kiełbasę?
-A jak jej herbaty nie posłodziłem tyle co trzeba, to pić nie chciała. Dopiero jak czwartą wsypałem, wypiła. Przyjdźcie wieczorem, po zwózce, ucieszy się.

Nie uwierzyli Sychy Jankowi, ale poszli, żeby mu ulżyć w samotności. Ubrani w niedzielne ubrania, szli myśląc jakby tu sąsiada pocieszyć. Malik stał przy płocie paląc papierosa.
-Czekam i czekam, już myślałem, że nie przyjdziecie.
-A bo to człowiek teraz taki zalatany, żeby to miał cztery ręce to może by z robotą podgonił, a tak robisz i robisz a końca nie widać.
-Przechodźcie do środka, Andzia czeka.
Postarał się Janek. Stół przykryty białym obrusem wyglądał jak weselny, aż uginał się od jedzenia, chleb pokrojony w maleńkie kromki, wódka nalana do kryształowej karafki. Przy stole stał wiklinowy kosz od kartofli wymoszczony sianem, w środku siedziała kura. Sychy nie wiedzieli co mają powiedzieć, przełykali ślinę, zastanawiając się co to wszystko ma znaczyć.
-To co może się napijemy, za powrót Andzi. Najlepszego.
Wypili i zakąsili. Jadzia umoczyła usta w alkoholu i zaczęła pochlipywać.
-Jasiu, może zawieziem cię do lekarza, jutro wolniejszy dzień...
-Do lekarza... chwalić Boga zdrów jestem.
Janek, powiedz mi, po co ty kurę do stołu sadzasz?
-To nie kura. Widziałaś jak patrzy? Jak Andzia. Jak ją z podwórza przyniosłem od raz pod swoje krzesło wlazła. A jak poczuła, że herbata trzema łyżeczkami posłodzona, to pić nie chciała.
-Janek, bój się Boga, co ty wygadujesz, z tej rozpaczy głupstwa wygadujesz.
-Głupstwa powiadasz. A zapytaj się Andzi co?
-Ale co?
-To ja się zapytam. Czy ty jesteś Andzia?
Kura ruszyła łbem.
-O widzicie, mówi, że tak, kiwnęła.
-Eee, jak do krowy gadać to też łeb przekrzywia – Sych chciał coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł, że Jadzia pod stołem kopie go w kostkę. – Faktycznie jakoś tak się dziwnie, gapi, może to i Andzia. Zdrowie Andzi! A właśnie, czemu jej nie nalałeś, Jasiu, co z tobą?
-Sam nie wiem, Andzia w ludzkiej postaci wypić lubiła, ale teraz może jej zaszkodzi?
-Od kieliszka jeszcze nikt nie umarł, nalej Jasiu, będzie Andzia weselsza, jakaś taka osowiała siedzi.
Kiedy w kryształowej karafce ukazało się dno, kurza powierzchowność Andzi przestała razić. Było im wszystko jedno. Brali Andzię na ręce, całowali ją, głaskali. Poczerwieniały od wódki Sych przytrzymując się stoła zaczął wygłaszać toast.
-Kochani. Najdrożsi przyjaciele...żono moja, sąsiedzie, Jasiu, dzisiejszego dnia, przekonaliśmy się, że śmierć to bzdura, którą księża wymyślili, żeby nas zastraszyć. Śmierci nie ma. Kiedy ktoś umiera to nie znaczy, że umiera - znaczy to... – Sych zajrzał do pustego kieliszka jakby chciał w nim dostrzec jakąś myśl mądrą – że wszyscy którzy umarli, nie umarli, są z nami. Są w psach naszych, koniach i królikach. W świniach i ptakach. Każdy wedle swych uczynków. Jeśli ktoś świnią był za życia – świnią też po śmierci będzie. Jak Andzia za życia była cicha i pracowita, tak i teraz po śmierci, w powłoce kurzej taka pozostanie.

W niedzielę Malik zabrał Andzię do kościoła. Żegnali się ludzie widząc jak sołtys z kurą do ławki siada, jak do niej zagaduje, jak jej znak pokoju przekazuje i święconą wodą skrapia. Dzieci śmiały się na cały głos, tak, że ksiądz musiał je uciszać. Przy wyjściu omijali go jak na trąd chorego, ale Malikowi to nie przeszkadzało. Głaskał Andzię po grzebieniu i mówił do niej.
-To bydlaki, śmieją się, niech się śmieją, Bóg im to wszystko wynagrodzi. On wszystko widzi.

W niedzielne popołudnie odbyło się w świetlicy zebranie. Coraz częściej słychać było głosy, że Malika z urzędu sołtysa zdjąć.
-Nie może tak być, że wariat rządzi a mądry go musi słuchać – krzyczeli jeden przez drugiego – wstyd wsi przynosi.
-Malika trzeba zamknąć u czubków, sam widziałem jak kurę dzisiaj do kościoła przyniósł, święconą wodą ją kropił, całą mszę do niej gadał.
-Może lepiej z nim najsampierw pogadać, zapytać co i jak – odezwał się stary Piecyk.
-Pytać? – zadrwił Pańczak – głupka pytać czy jest głupi? He, he – to ci dopiero!
Z ostatniej ławki podniósł się Sych, uciszył wszystkich i powiedział.
-Zdaję mi się, że tu nie ludzie siedzą, ale świnie. Żyjecie jak świnie, mówicie jak świnie i powiadam wam, po śmierci w świnie pójdziecie. Żaden wariat z Malika, byłem u niego, to wiem. Ta kura, jak mówicie, co ją do kościoła przyniósł, to nie żadna kura.
-Pewnie kogut? – zażartował ktoś.
Cała sala ryknęła śmiechem. Sych zaczął krzyczeć.
-To Andzia. Sam widziałem, przy stole siedziała, jak się jej Janek zapytał czy Andzia, łbem kiwała. Mojej możecie zapytać, a zresztą co ja wam będę truł, trzeba Malika zawołać, jak go na urząd wybieraliście to był, teraz chcecie go zdejmować, to też być powinien.
W tym momencie na salę wszedł Malik. Odwrócili się wszyscy i nikt nie śmiał powiedzieć słowa.
-Słyszałem – Malik rozejrzał się po sali groźnym wzrokiem – że o mnie się tu mówi. Myślę sobie, wejdę, posłucham, co wieś o mnie radzi. No co z wami, czego tak gęby rozdziawili, może wy mnie pierwszy raz zobaczyli, co? Nie o urząd mi chodzi, nie o to sołtysowanie gówno warte, przyszedłem do was, żebyście prawdę poznali, żebyście i wy uwierzyli. Tedy mówię wam, ja, Malik Jan, syn Bogusława, sołtys przez was wybrany, że śmierci nie ma. Oto dowód.
Sołtys uniósł kurę, a ta jakby przeczuwając powagę chwili machnęła skrzydłami, niczym orzeł, którego praojciec Lech na dębie ujrzał.

-Kura, jak kura, zwykła nioska – skwitował ktoś z boku.
-Jajka chociaż niesie? – zapytał inny.
Malik poczerwieniał. Wydął usta, jakby chciał splunąć.
-Przynieście parę garści żółtego piachu i na stół wysypcie.
Przynieśli. Wysypali piach na stół przykryty zieloną narzutą. Malik postawił kurę na stole i poczekał, aż ucichnie wrzask.
-Jak ci na imię?
Kura pokręciła łbem i zaczęła grzebać w piachu. Po chwili po sali rozległ się jęk zdumienia, pchali się na złamanie karku, byle bliżej do stołu. Oczom ich ukazał się trochę niezgrabny, ale wyraźny napis na pisaku: „ANDZIA”.
-Błogosławieni, ci którzy nie widzieli a uwierzyli – powiedział Malik, głosem trzęsącym się z emocji.
-Łe – żachnął się Wiesiek Pańczak – mój Azor nie takie rzeczy potrafi. Ludzie, to przecie zwykła sztuczka.
-Sztuczka? To pytaj się sam niewierny Tomaszu, o co chcesz?
-Dobra, co by tu...powiedz mi kuro jak ma na imię moja stara?
Kura przekrzywiła łeb, przyjrzała się Pańczakowi i napisała. „BASIA”.
-Kurwa, co jest grane? – Pańczak złapał się za głowę – O co tu chodzi, ludzie, cuda, cuda się dzieją.

Nikt już więcej z sołtysa Malika się nie śmiał. Kłaniano mu się jak dawniej i jak dawniej pozdrawiano żonę, mówiąc do niej sołtysowo. Wiele się w ich życiu nie zmieniło. Więcej tylko miał Janek roboty, sam musiał posprzątać, ugotować, sam w polu porobić, ale kochali się jak dawniej i jak dawniej byli nierozłączni. Do kościoła chodzili co niedziela, kazania słuchali, tylko jak o śmierci i ciał zmartwychwstaniu ksiądz mówił Malik uśmiechał się dobrotliwie i mruczał pod nosem.
-A co mi tam, niech se gada. Pleban wie swoje a my swoje, nie Andzia?

Opublikowano

wzruszające wiesz? nie wiem, czy taki był zamysł, ale urzekające jest to opowiadanie, rewelacyjnie operujesz językiem, trzymasz się wybranej formy, bardzo to wszystko dopracowane i miłe dla oka, z przyjemnością przeczytałam :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Opanowanie tworzywa cacy - nic nie zgrzyta, a płynie, że hej. Obaczyłżem, że może partnera będę miał do wygłupów. Proponuję tak składne utwory od razu do zaawansowanych wrzucać. Co tu do poprawki ma niby być? I tak równowaga treści i formy... gratulacje.

  • 1 miesiąc temu...
  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

wspaniale rozłożone napięcie, to przecież najważniejsze, dostrzegam także próby kreowania charakteru postaci, w tak krótkiej formie nie jest to rzecz prosta- wspaniale się czyta, tylko szkoda, że takie rzeczy nas nie spotykają... a może?

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Fantastyczne! Ja niżej podpisana stwierdzam uroczyście, że moje teksty, których tu na szczęście nie zamieściłam (chyba jakaś Opatrzność czuwała nade mną) są do bani. Muszę napisać list do moich Przyjaciół i przeprosić ich, że musieli czytać takie badziewie, w skutek czego doznali trwałego uszczerbku na zdrowiu.
Wielkie brawa Mistrzu. Pozdrawiam ;)

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Jest takie słowo, subtelniejsze i słabsze niby od "rewelacyjne", gorsze rzekomo niż "świetne" i mniej wymowne, podobno, niźli "super". Dla mnie jednakże przez tą właśnie swą subtelność bardziej jest znaczące i wartościowe od tamtych, na wiatr jakże często rzucanych.

Znakomite.

Ta nowela jest znakomita. Stylistycznie perfekcyjnie wyważona, język dobrany doskonale do treści, treść zaś - piękna. Jednym słowem. Piękna.

Jak to przeczytałem, a przeczytałem to jako pierwsze opowiadanie w tym serwisie, powiedziałem tylko "o kurczę" (nawiązując nieświadomie do tytułu :-P). Czuć od tego tekstu pisarstwo, i to czuć jak cholera. Dwudziestkę wystawiam bez zastanowienia. Winszuję i zazdroszczę talentu.

  • 3 miesiące temu...
  • 1 miesiąc temu...
  • 10 miesięcy temu...
  • 2 lata później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za starym pubem istniał kiedyś Olimp.   Nie ten z marmuru i złota, lecz z wapiennego murku, pokrzyw, błota i pustych butelek. Zasiadali na nim bogowie zapomnianego królestwa, którego jedynym bogactwem była nędza, a jedyną nieśmiertelnością — pamięć.   To opowieść o dziecku, które pośród ruin codzienności odnalazło własną mitologię.   "Bogowie Olimpu"   Mój mały, chermetyczny, dziecięcy świat, zamknięty w nierównoległym czworoboku, starych, robotniczych uliczek. Śmierdzących rdzą, ropą, benzyną,  trującymi wyziewami z kominów, nędzą, rozkładem i zamokniętym tytoniem z krajanki. Czułem się jak obcy,  który wdarł się jakimś cudem  do tej zapomnianej przez Boga dzielnicy a potem zapomniał  w którym miejscu było przejście  do świata na zewnątrz.     Wszystko tutaj było tymczasowe. Domy, układy, przyjaźnie, praca  i ten szczególny rodzaj ulicznej miłości. Większość rzeczy była nielegalna. Hazard, prostytucja, handel ludźmi i bronią, wszechobecne narkotyki  i brudne, niedomyte, pękate butelki,  ledwie przefiltrowanego bimbru. Dzieci traktowano tu jak ten bimber i butelki. Szmuglowano je nocą po suterenach. Przechodziły z rąk do rąk, z pokoju do pokoju. Między domami z dykty  a kamienicami o wybitych drzwiach i oknach. Nie miały  przypisanych mieszkań ani opiekunów.     Wychowawcą był uliczny bruk i kodeks. Prawo pięsci. Ten szczególny rodzaj honoru, który dorastał w ciągłej degeneracji. Oko za oko byłoby okazaniem niepotrzebnej litości i słabości. Jeśli straciłeś oko miałeś obowiązek poderżnąć gardło brzytwą swemu oprawcy. Tak zdobywano szacunek, który był droższy od pieniędzy. Dzieci porzucano i bito. Kiedy i gdzie akurat popadło. Każdego ranka wychodziłeś z kamienicy  z myślą, że możesz już nie wrócić żywy.     Patrzyłem nieraz na kolonie szczurów, biegnących przy granicy ścieku i chodnika. Ich nikt nie bił ani nie mordował. Były poza marginesem  a zarazem kastę wyżej od dzieci. Były niezauważalne.  Dlatego żyły prawdziwie wolne. Postanowiłem więc pewnego dnia  żyć niezauważalnie dla nikogo.     A potem odkryłem,  że jest na tym świecie grupa osób,  którą możnaby określić jako duchy. Pojawiali się zawsze skoro świt a znikali późnym wieczorem lub nawet nocą. Zawsze w grupie. Zawsze w tym samym miejscu. Byli głośni i awanturni  lecz nikt nie zwracał im uwagi. Nikt się z nimi nie witał ani nie rozmawiał. Każdy odwracał szybko wzrok gdy tylko wyczuł ich mętne spojrzenie. Wielu przechodziło na drugą stronę ulicy, bojąc się niepotrzebnej interakcji lub zaczepki.     Czasami myślałem, że oprócz mnie  jest jeszcze tylko jedna osoba, która cieszy się na ich widok a nawet z nimi rozmawia. Była to podstarzała właścicielka  jednego z pubów, którego tylny dziedziniec, wybrali sobie na swą siedzibę i królestwo. Dziedziniec był ogołocony  nawet z resztek trawy. Rosły tam jedynie pokrzywy,  wystające jak zielone, strzeliste płomienie  ze strert śmieci i odpadów. Błoto potrafiło uwięzić po kolana i nieraz dawało swe zimne wytchnienie tym których zmorzył tu pijacki sen. Lecz centrum stanowił tu  stary, wapienny murek, pełen otarć, uszczerbień i rys. Miał około metra wysokości  i ciągnął się jedynie  dokładnie naprzeciw  kuchennego wyjścia z pubu. Tak by wchodzący tu, mógł poczuć się jak wchodzący do sali tronowej emisariusz.     Naprzeciw siedzieli na swym wapiennym tronie królowie, herosi i bogowie, królestwa którego jedynym bogactwem była nędza. Był to mityczny Olimp na którego szczycie, urządzali oni codzienne dionizję  racząc się bez umiaru ambrozją w postaci  wina, ciemnego piwa i bimbru. Jedynie dźwięki lutni apollińskiej  zastępywały tu krzyki  wszelkich przekleństw, inwektyw i pijackiej gorączki. Bogów nie zaczepiano ani nie szukano. Nikt ich nie odwiedzał  i nie pragnął wejść do Olimpu. Nikt oprócz małego mnie.  
    • @Migrena   sztafaż   jeśli się zastanowić to przecież sama prawda dziecko myśli że kiedy zamknie oczy nie widać wszyscy podobnie percypujemy    jeśli zawartości trzewi nie widać  jeśli zawartości kanałów nie widać jeśli zawartości trumien nie widać  nie znaczy jednak że nie istnieją    wszystko jest nimi podszyte  biologia, fizjologia, industrializm ale ściek czuć i nie da się go zdezaktywować ni wyprzeć   bo jeśli to w końcu wybije do góry jak przerwana arteria razem z rozpaczliwymi potrzebami intymności bliskości z rozpaczą    jesteśmy jego zbuntowaną częścią       
    • @Łukasz Wiesław Jasiński Mocna metafora ciernistych słów-kamieni i korzeni, których nie powinno się przesadzać na siłę. Wiersz zmusza do refleksji nad tym, jak przeszłość wpływa na naszą teraźniejszość. Pozdrawiam.
    • @Leszczym Księga Apokalipsy (Ap 12, 7-9): Opisuje „walkę na niebie”. Michał wraz ze swoimi aniołami staje do walki z szatanem (określanym jako Smok lub Wąż) i jego demonami. Zwycięskie wojska niebieskie strącają szatana na ziemię.
    • @Marek.zak1 O to też, bo zdaje się nawet Archaniołowi Michałowi sprawa się nie udała. Zatem jest teoretycznie możliwe, że ta przemoc nie miała uzasadnienia jednak...
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...