Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tekst przeznaczony jest dla dojrzałego czytelnika płci męskiej, zapoznanego z etyka Demokryta i hedonizmem Arystypa, oraz względną teorią wszystkiego.
Kobietom zabrania się czytania poniższego.


Fanklub Pogoni śmierdział piwem i szczyną. Ale tylko stali bywalcy rozróżniali te wonie. Osoby zachodzące tu przypadkiem miałby z tym problem. Inna sprawa, że mało kto zaglądał tu przypadkiem. Dlatego trzej mężczyźni w drogich garniturach od razu zwrócili na siebie uwagę bywalców.
- Chryste ale cuchnie. – Zauważył Darek. Przemek spojrzał na niego z ukosa.
- Zamknij japę, bo nas zaszlachtują. – Wyszeptał Tomek. – Podejdźmy do baru.
Ruszyli. W klubie przycichło. Atmosfera zgęstniała tak wyraźnie, że ciekawskie spojrzenia pobiegły po niej jak konie gościńcem.
- Poproszę piwo. – Odezwał się grzecznie Przemek.
Łysy barman wyglądał jak człowiek rozwiązujący problemy, gdy w rzeźni jest przerwa w dostawie prądu.
- Tak. Dwa piwa prosimy. – Powiedział Darek.
- Może w ryja? – Spytał barman.
„Teraz” pomyślał Przemek. „Teraz albo już kurwa nigdy.”
Obrócił się plecami do barmana, powoli rozejrzał się po pomieszczeniu wypełnionym kibicami o czerstwych smutnych twarzach. Łyse czaszki (czasem tylko farbowana grzywka), sportswear lub skóry, ale zawsze tęczowe adidasy. Na stołach plastykowe kubki z czymś z kija, ale tylko Bóg i barman raczyli wiedzieć z czym. Co zamożniejsi obłapiali puszki i butelki z czerwonym bosmanem. A już tylko smakosze z zielonym.
- Panowie, cztery spotkania w tym sezonie wygrane. Pięknie. Szczere gratulacje.
Kibice, lekko zdziwieni, przytaknęli jednak. Ano wygrali. Cztery.
- Szkoda, że tylko cztery na pięć.
Zawrzało. Zakwitły tulipany, zatrzepotały motylki, poleciały wiązanki. Z ciemnego kąta wstał dwumetrowy chłop w niebieskiej skórze z logo BMW na plecach. Ucichło. Chłop podszedł do Przemka.
- Coś powiedział chuju? – Oddech wionął piekielnymi mękami.
- Nie da się ukryć, że po porażce Dumy Pomorza z Aluminium Konin – 0:4, fakt, że na wyjeździe - ale tego już Przemek nie dodał – dostaliście w pizdeczkę od Konin Hool’s.
Darek i Tomek stracili kolor. BMW wręcz przeciwnie.
- Ale wierzę w was chłopaki. Nie od dziś kibicuję Dumie. I daję słowo – wasza porażka z konińskimi wszami zabolała mnie tak mocno jak i was. Chciałbym jednak, żebyście odzyskali honor. Pytanie tylko, czy wy chcecie?
- O co ci chodzi many? – Spytał powoli BMW, głosem tak złowieszczo chrapliwym, że Brando z „Ojca Chrzestnego” mógłby mu czyścić buty.
- Czy bylibyście skłonni umówić się z przeciwnikiem, którego do tej pory nie znaliście, stoczyć walkę w obronie waszego honoru, zmiażdżyć każdego, kto stawi się na umówione miejsce bez względu na to, kim by był?
- Każdego. Zmiażdżymy każde bydlę, które wyjdzie nam naprzeciw. Nie ma chuja we wsi. Niesiemy krew i zniszczenie. My są Chuligani Dumy Pomorza. Rozpruję każdego, kto stanie mi naprzeciw!
- Każdego?
- Podaj tylko czas i miejsce. Rozniesiemy w piździec! Ktokolwiek się nie stawi!
„No to podpisaliśmy wyrok” – pomyślał Przemek. „Ale sami tego chcieliśmy.”
Fanklub gorzał rykiem dziesiątek gardeł.
***
- … właśnie wchodzi mamciu, nie rozłączaj się. Przemciu, gdzie byłeś tak długo? Pięć lat po ślubie, a ty dalej się zachowujesz jakbyś był kawalerem. Tak mamciu... Nie, nie jest pijany. Dobrze powiem mu… Miałeś mojej mamie naprawić lodówkę, pamiętasz jeszcze?
- Tak żabciu, pamiętam. Miałem dużo pracy.
- Mówi, że miał dużo pracy. Tak mamciu… Powtarzasz to już sama nie wiem jak długo. I nigdy cię nie ma. W ten weekend mieliśmy iść do operetki na „Księżniczkę Czardasza”, i co? Mamie przepadły bilety.
- Mogłyście iść razem.
- Powiedział, że mogłyśmy iść razem, mówiłam ci, że tak będzie mamciu. Mama mówi, że nie po to wychodziłam za mąż.
- Trzeba było wyjść za Zbigniewa.
- Mamciu, on mówi, że za Zbigniewa… Mama mówi, że Zbigniew jest porządnym chłopakiem.
- Ta, jak podkręci wąsa. To może niech Zbigniew naprawi mamie lodówkę?
- Nie czepiaj się Zbigniewa. Tak mamciu, czepia się go… Mama mówi, że Krystyna jest ze Zbigniewem szczęśliwa.
- Przecież to nauczyciel polskiego do cholery! Mają czwórkę dzieci!
- Mama mówi, że chce wnuka.
- Przecież wie, że nie mogę…
- Mama mówi, że wie, że z ciebie nie ma żadnego pożytku.
- Dobrze kotku. Choć no, niech cię uściskam.
- Zaraz, teraz nie mogę. Widzisz, że maluję paznokcie i rozmawiam. Tak mamciu…
- Mam dla ciebie niespodziankę. I dla mamy też.
- Niespodziankę? Oj Przemciu, serio?
- Serio kotku. Załatwiłem wam wyjazd do Lichenia. W sobotę.
- Oj Przemyciu! Mamcia słyszała? Do Lichenia… Mama pyta czy jedziesz z nami.
- Niestety, nie mogę. Jak pojedziecie to ja… no… umówiłem się.
- Z kim? Jak to?
- No mamy spotkanie z Koreańczykami, chcą wycofać kapitał z fabryk na Żeraniu. Musimy ich jakoś przekonać. Przykro mi.
- Mamcia słyszała?.. Mama mówi, że chcesz się nas pozbyć z miasta, bo pójdziesz na imprezę z kolegami. Pewnie gdzieś wyjdziecie na miasto, rozerwać się bez nas.
- Taa, na miasto. Rozerwać się… Przecież ci tłumaczę, Koreańczycy…
- No dobra, dobra. Co to za wyjazd?
- Wykupiliśmy wraz z kolegami z pracy, przejazd dla was. Żebyście się trochę zabawiły, zwiedziły coś jak będziemy… zajęci Koreańczykami. Wy, to znaczy nasze żony, mamy, teściowe… No taki prezent.
- Tak mamciu. W sobotę.

***
- Wiesz Przemek, mam wyrzuty sumienia. Żeśmy im nic nie powiedzieli, tylko zapakowali w ten autokar… - Tomek westchnął.
- A co im chciałeś powiedzieć? Na tym pic polegał, aby im nie mówić. Co myślisz, że by się zgodziły, czy co? – Przemek starał się mówić spokojnie, ale głos mu drżał.
- Boję się trochę. – Powiedział Darek.
- Wszyscy się boimy. Każdy z nas. Ale tak trzeba. Trzeba pokazać, że nie jesteśmy maminsynkami i pantoflami. Tak trzeba. A to dobry sposób.
- Na pewno oryginalny. No nic. To skoczę po browary.
***
Na polance stali Chuligani w barwach Dumy Pomorza. Prężyli się, rozgrzewali.
Nadjechał zielony Ikarus. Otwarły się drzwi. Wysiadły z niego kobiety. Młode, w średnim wieku, a nawet całkiem leciwe. Były jakby lekko zdezorientowane.
Kibic z logo BMW na niebieskiej skórzanej kurtce, wywinął młyńca łańcuchem od motoroweru. Ruszyli do ataku. W piździec. Ktokolwiek się nie stawi.

Marcholt Czyścizadek
Sz-n 2004

Opublikowano

po przeczytaniu ostrzeżenia dla kogo przeznaczona jest "ustawka" od razu rzuciłam się na teskt!
wyhamowało mnie pierwsze zdanie
ale nie poddałam się :) ruszyłam dalej,
po pewnym czasie zaczęłam odczuwać atmosferę, jaka towarzyszyła mi, gdy oglądałąm dokument S.Lasowskiego bodajże pt "Klatka" (ostatnie zdania nie wyprowadziły mnie z niej...)
bardzo podobał mi sie dialog pomiędzy mamusią przemkiem i jego żoną :) świetnie napisany, bardzo wyraźnie zarysowana scenka, doskonale można ją sobie w głowie odtworzyć

to tyle ode mnie
pozdrawiam serdecznie
niedojrzała czytelniczka płci żeńskiej

Opublikowano

Ach, zignorowała ostrzeżenie! A niech się tobie śni po nocach, co mi tam.
A Latkowskiego nie znoszę! Beznadziejny człowiek, który wyrządził olbrzymią krzywdę fighterom vale-tudo, porównując ich (a gdzie tam porównując! Mieszając bez ładu i składu!) z kibolami. Proszę bardzo o oddzielanie wolnych walk w tzw. klatkach od pseudokibicznej chołoty. Naprawdę, bardzo proszę.
Podpisano:
Miłośnik vale-tudo, MMA i Pankrationu, zagorzały fan Wandarleia Silvy, Mirka "Crocopa" Filipowicza oraz Petera Aertsa
Marcholt Czyścizadek

Opublikowano

Chciałem tylko powiedzieć, że marcholt ma jeszcze dużo takich kawałków - i że potrafi dość wszechstronnie swoje gekoniaste paluchy po klawiaturze poprowadzić. To tak dla tych, którzy go osobiście nie znają i którym nie składał jeszcze nieprzystojnych propozycji (postrachem jest przecież panien cnotliwych i nobliwych matron). Nie wiem co Ci wytknąć, Marcholt, skoro już tak się tego domagasz. Przecież normalne, że ja bym to napisał zupełnie inaczej ;-)

Opublikowano

Po takiej specjalnej zachęcie nie mogłem się nie odezwać:)

I niestety, podkreślam to jeszcze raz, niestety, nie mogę zbyt wiele skrytykować:)
Łatwo się czyta, interesujące. Najbardziej podobała mi się miła "konwersacja" w fanklubie Pogoni, bardzo charakterystyczna dla pewnych środowisk.
Oczywiście muszę też co nieco skrytykować, mianowicie chodzi mi o czasem dziwnie rozpoczynane zdania, zwłaszcza na początku (vide pierwszy akapit).

Pozdrawiam
MZ

Opublikowano

Cóż, jest piła, są stosunki rodzinne, jest "myk z pułapką na mamcie. Mnie się widzi. Przydaje się na forum ktoś z przewagą dialogu nad opisem. Dla kontrastu. Jak rozumiem to wygrane Pogoni w II lidze...

Opublikowano

Panie Michale, jak się panu nie podoba pierwszy akpit, to znaczy że sie pan na sztuce nie zna!
... Żartuję oczywiście. Zaintrygowała mnie pańska uwaga, proszę o rozwinięcie myśli. W zamiarze, ze tak powiem, miało byc hiczkokofskie trzęsienie już wpierwszym zdaniu, tzn. z grubej rury. Czy o to idzie? W trosce o czytelników, staram się rozpatrywać dogłębnie każdą uwagę, więc proszę doprecyzować. Miętki nie jestem więc chlastajcie mnie ludzie ile wlezie. Bo jak nie to sam zacznę błędy wytykać w tym opowiadaniu...

Opublikowano

"drzwi się otwarły" - no z kulturą języka to pan na bakier nie jesteś...

Uśmiałem się po same cojones choć już jakiś czas temu. Więcej takich seksistowskich, mizogamicznych, geriatrogamicznych, klerogamicznych, pogoniogamicznych nam trzeba młodym.

Opublikowano

Panie von Gorski.
Pański atak na formę "otwarły się" uznaje za atak na nowy słownik oprawnej polszczyzny pana Markowskiego.
Otóż na stronie 626 tegoż czytamy:
otworzyć -rzadz. otwarł
otworzyć się - rzadz. otwarł się

forma częściej stosowana, to otworzyły się (dk VIb) nie zaznaczono jednak że prawdopodobnie forma rzadsza (tzn. otwarł się) podlega pod dk VIc - a więc ... otwarły się!

No, ale jako się rzekło, gigantem od tej strony (tzn. gramatycznej) nie jestem.
Chociaż sprawy z kulturą języka, mam akurat uregulowane (takoż i z WKU), w przeciwieństwie do niektórych, co to się pyskaci zrobili, a czyści jak łza w temacie nie są.
Prawda-li to? Panie von Gorski? :)
Czekam na kolejne uwagi.

Opublikowano

Pan się nadto Kwintylianem przejąłeś mniemam. Przecie napisałem, że z kulturą języka to pan NA BAKIER NIE JESTEŚ. Pochwała taka...

A jeżeli idzie o tekst to polecam go czytać z towarzyszeniem piosenki przedpotopowego zespołu ACCEPT pt: (za przeproszeniem) "Son of a bitch"

Opublikowano

miałem nie chlastać, ale sam się domaga.

Chodzi o to, że mimo dobrego pomysłu ( zabawnego ) w dialogach coś zgrzyta.
Jestem czytelnikiem, którego strasznie razi pomieszanie dresiarskiego języka z inteligenckim.
Nie podobało mi się jak główni bohaterowie rozmawiają z kibolami.

Wyczuwam masło, a ja rzygam masłem.
Wyczuwam też przeintelektualizowany styl Pilcha. Ten pisarz to zbyt oczytany, więc "prze-czytany" polonista, którego erudycja literacka zaprowadziła na manowce komunikatywności w języku. Co ja gadam?

No, chodzi mi o to, że w dialogach coś zgrzyta i przez to do końca nie mogę się nacieszyć literaturą ( i rozśmieszyć ).

pozdr.
MhipnoZ

Opublikowano

Posądzanie stylu Marcholta o przeintelektualizowanie to chyba nie jest najtrafniejszy pomysł... akurat tutaj chłopcy w gajerkach są przerysowni, mnie to bardziej zatrąca amerykańskim dowcipem, za którym nie przepadam - vide "przerwy w dostawie prądy w rzeźni". O przeintelektualizowanie możesz - tak jak i wielu innych ;-) - oskarżać moje nieudolne próby, ale sądzę, że próby Marcholta skutecznie się przed tym bronią. O kontraście nie mówię - może się podobać, może razić.

Opublikowano

Jak mnie pan chciałeś urazić Pilchem i Masłem to Ci sie udało, panie Marku.
Intelektualizowanie? Cóż. Miało być pociagnięte przegiętymi chendleryzmami w narracji, a w dialogach prostactwem i wulgarnością (gdy trzeba). Chciałem w dialogach w miarę naturalnie wulgarnych odzywek (narrator - inna sprawa), czy jako takie mogą sie kojarzyć z masłem?
A co do Pilcha to większe części jego książek przesypiałem, moze właśnie w tych fragmentach jest coś podobnego... ciężko mi cokolwiek stwierdzić. Poprosze o jeszcze kilka kopnięć w podbrzusze tego tekstu, żebym zakumał o co chodzi (serio, wal pan jeszcze).
Freney - przerysowanie - owszem. Amerykański dowcip - jest uniwersalny - bioorę to więc za dobrą monetę.
von gorsky - ze scuda do komara wypaliłem. Mógłbym powiedzieć - racja, kwintylian, - ale się przyznam. Przeoczyłem "nie" w pierwszym zdaniu. jak to mawiają "sorki". (a z tymi deklinacjami to se/sobie strzeliłem częściowo).

Opublikowano

Pamiętasz jak to powiedział Szaruga: "ma pan amerykańską narrację. lubię taką" - i nic więcej nie powiedział. Nie lubię amerykańskiego dowcipu, bo jest prostacki, uważam ze lepiej pasowałby do dialogu niż do narratora. Ale do Twojego narratora pasuje (piwo & szczyna), więc nie ma się o co czepiać.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...