Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'samotnosć' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. „Kiedy umiera nadzieja, przynajmniej wiadomo, na czym się stoi.” Najtrudniej jest uwierzyć. Dać się nabrać i wodzić za nos. Próbuję bardzo powoli, zanurzyć się w zupełnie nieznanym bukiecie zapachów. Pachnie zwyczajnie. Kwiatowo, lekko ziemiście. Lecz jest to ziemia muskana wiatrem przedwiośnia. Spulchniona wsparciem dziesiątek słów. Rozkopana nie dla ciemni grobu a dla oddechu. Z czym mi się kojarzy ten zapach? Z nowonarodzonym czasem. Materią ukrytą gdzieś pod sercem. Na dotychczasowych ugorach, ptaki zrzucają nasiona. Spadają w wydrążone łzami leje jak zapalające nowe życie bomby. Płożą się łąk serpentyny, zarastają ziemne groby bezimiennych klęsk. Grobowce paraliżów sennych. Dobre wspomnienia dostały skrzydeł. Odleciały jak pocałunki. W przestrzeń wypełnioną tylko Tobą. Tak ciężko jest teraz siedzieć bezczynnie w samotnym obozowisku opodal szczytu. Słysząc Twój głos między zboczami, skąpanymi w tęczowym lśnieniu śniegu. Wołasz mnie po nagrodę. Bym Cię zdobył. Najtrudniejszą z możliwych tras. Szlakiem pewnej porażki. Wyglądam w czerń lodowych rozpadlin. Żadnego pościgu za plecami. Ale może ktoś już tam był. Zostawił chorągiew triumfu. Zdobył wszystko. Wiszę na łascę górskiej ściany. Na chybotliwym ostrzu czekana. Doby przeszły płynnie w miesiące. Te przejdą w lata. Umrę tu w zapomnieniu. Będę wiecznym drogowskazem dla innych śmiałków. Z pewnością przejdą ich setki. Zmierzch znów zatruwa myśl. Powoli tracę czucie. Halucynacja. Ostatni film. Łzy zamarzają w oczach pozbawionych sensu. Potrzeby życia. Jak zawsze. Rezygnuję w ostatniej chwili. Posiedzę tu do końca. W złudnym cieple wspomnień. Moja kurtka zostanie tu jako kolorowy kamień. Twarz wyrzeźbiona z lodu i wściekłego wichru. Rozleci się w pył. Jak miłość, której nie warto zdobyć.
  2. „Najdłużej gnije to, czego nikt nie pokochał.” Byłem już dorosły. Z wiekiem traciłem wiarę. W Boga, rodzinę, więzi, miłość i akceptację. Stałem się niegrzecznym chłopcem. Uciekającym z domu, pijącym podrzędne bełty w upadłych od zgnilizny suterenach. Bijącym się na gołe pięści dla zarobku a czasem jedynie dla taniej rozrywki lub wszczynania bezsensownych burd na rogach ulic, w ich ciemnych zaułkach lub na opuszczonych farmach stanowiących profesjonalne stadiony dla recydywistycznych bukmacherów ubranych w jednorzędowe, szare marynarki. Żyłem pod rozprutym występkiem i zbrodnią pledem. Moim łóżkiem były, umorusane w szczurzych odchodach, duszne, piwniczne korytarze. Pokryte czarnym zarostem ściennego grzyba. Panny upadłe wdzięcznie kuszące swymi krągłościami były mi muzami i kapłankami religii cielesnej rozpusty. Każdy chciałby kiedyś marzyć o dostaniu wyjątkowego prezentu od losu. Ja nie byłem wyjątkiem. Marzyłem wpierw o cieple matczynej opieki. O akceptacji moich dziwactw. O akceptacji mojego wyglądu i głębi bogatej duszy. O uznaniu mnie godnym słów i czynów. Bym nie musiał upijać się samotnymi godzinami w ciemnym pokoju z którego odrapanych ścian, płynęły ku mnie słowa otuchy pierwszych wierszy. Ranki nie przynosiły otrzeźwienia. Przeciwnie. Raniły mnie ludzkie spojrzenia. Szkoła nauczyła mnie jedynie tego, że ją przerastam i tego, że ludzki ekosystem jest dla mnie klatką. W domu nauczyłem się grzeszyć niepohamowaną nienawiścią. Do życia. Wiersze ginęły w ogniu kominka. Część wypuściłem na wolność. Zgniecione kartki poniósł po nocnym bruku zimowy, mokry wicher. Zdarzało się, że pisałem w imieniu innych. A potem znajdowałem tytuły swoich prac na oficynach poczytnych wydawnictw. Lecz były jak sieroty co zmuszone zostały po śmierci rodzicieli przyjąć zupełnie obce nazwisko. Wszyscy zawsze chcieli bym rysował. Słowa wierszowane uznając za bzdury. I starałem się sprostać. Lecz moje rysunki, choćby najprostsze, nosiły znamiona beztalencia. Serca były puste w środku. Kreski i linie, prowadziłem agresywnie i zawsze wyjeżdżałem poza kontur obiektu. Ludzie byli zdeformowani. Ich nogi były wątłe i łamliwe. Ręce nienaturalnie długie, zakończone chudymi dłońmi o pająkowatych szczypcach zamiast palców. Twarze nie miały ziemskich rysów. Jak gdyby gniły wewnątrz trumien od miesięcy a potem nagle zostały wystawione do światła dziennego. Najbardziej przerażające było to, że moja poezja była tak samo zdeformowana. Dlatego zakazano jej ujawniać. Gdy przychodził czas świętowania i prezentów. Jedni dostawali książki, inni zegarki lub samochodziki. Ja dostawałem lanie bądź ciszę. Ubraną w kokardę z kajdanów. Opakowaną w cztery ściany samotni. Co roku było jednak lżej. Aż wreszcie nie zauważałem już, choinki, pustego pudełka i śniegu za oknem. Bo żadna z tych rzeczy nie mogła mi pomóc. Bo jak napisać w liście do Mikołaja, że w tym roku byłem potworem ale chciałbym dostać inną przestrzeń do życia. A najlepiej solidny, konopny sznur i jakiś kącik w rogu strychu. Dlatego co roku pisałem do niego, że po prostu chciałbym go spotkać. Porozmawiać o tym co musiałbym zmienić żeby dostać prawdziwy prezent. Grudzień był w tym roku wyjątkowo ciepły. Za oknem nie było śniegu, zadymki ani ulepionych bałwanów o marchewkowych nosach. Była za to szalejącą burza z gradem, uderzającym z dziką furią o elewację, szyby i dach. Kilka lodowych kamyków wpadło do rynny i komina. Hałasowały jak ktoś próbujący przeciskać się przez jego szyb do środka. W tym roku nie zdążyłem wysłać listu. Mało tego. Napisałem go i wcisnąłem pod łóżko, wsuwając wpierw jego treść w czarną zalakowaną kopertę. Pierwszy raz od lat dołączyłem też rysunek. Mikołaja z workiem prezentów. Miał on krzywy nos, grube, niekształtne wargi, wyłupiaste oczy o barwie węgla. Krzaczaste brwi i nienaturalnie długą brodę. Była krzywa, kędzierzawa i sięgała pasa. Postać była wychudzona. Przedstawiała ledwie skórę i kości. Rozkład człowieka. Skóra miała masę ran i blizn. Bezkrwawych ran. Kości były widoczne jak grzechy przy spowiedzi. Był to mój osobisty Mikołaj, odbicie mojego ja. Te martwe, zgrubiałe wargi, powtarzały w kółko moje imię. Wreszcie odgłosy w kominie ustały a jego postać znalazła się w salonie. Wylądował na dywanie, wzbijając tonę kurzu. Stadko much zerwało się z podłogi i z głośną skargą uleciało do zamkniętego na głucho okna. Nie wstałem żeby go przywitać Nawet się nie obudziłem. Muchy dopadły do mnie, wypełniając szczelnym rojem ubytki tkanki w mojej twarzy. Oczu już nie było. Zamieniły się w krwawy śluz. Z napęczniałego ciała spływała gnilna ciecz. Podłoga przeszła na wylot cuchnącym wyziewem śmierci. Przyszedł za późno. Lecz cieszyłem się że w ogóle znalazł dla mnie czas. Pod kamienicą nie było jego sań. Broda była zadbana i śnieżnobiała. Twarz i ręce piękne jak u anioła. W dłoni trzymał worek. Nie jutowy i pełen prezentów a czarny i nieprzejrzysty. Taki do jakiego pakowano zwłoki. Podniósł mnie a raczej odkleił od łóżka. Dotknął z godnością. Nie wahając się czy jestem tego wart. Spod łóżka wychynął brzeg rysunku. Mikołaj spojrzał na siebie samego. Pięknego i silnego i na dziecko o pożółkłej od rozkładu skórze. Bez twarzy i serca. I bez nadziei na lepszy los. Nie mogę powiedzieć, że Mikołaj nie przyniósł mi prezentu. Bo przecież przyniósł worek i wyniósł na śmietnik historii moje ciało. A ja obiecałem mu że będę gnił grzecznie.
  3. W swojej ciemności mam wtórną twarz I każdy niepewny krok pozbawia mnie tchu Tak chciałabym móc wychylić się Poza krawędź luster poza krawędź drzwi Lecz między nami powiem nic nie jest po staremu Mam w sobie okruchy otuchy A mową odsłaniam się niby lilie tulipany A mową podlewam swój cień w upale Dopiero kiedy mrużę powieki Wszystko wydaje się podobne Pozbawione prawdy Najchętniej więc otwieram oczy Niechaj ciemność mnie tak nie tuli Nie chcę umrzeć w objęciach życia Splamionego czarnym tuszem omotania Owijam się w kokon modlitwy łez Udając liść, suchy jak zwój Bez podsłuchiwań pająka
  4. Spotykaliśmy się tygodniami dłonie przeplatały się jak struny usta za ustami podążały szeptem mówione obietnice arkadii Piątek po dziesiątej randka miała być udana głos ciepły przechodzi w chłód zapada wyrok Wyprowadzam się od codzienności mej szarej uciekam na odległość to bliskości negacja nie zamierzam do Ciebie wracać Pracuję od rana do wieczora na pełen etat dni wolne z rodziną spędzam nie mam czasu na uczucia Po tygodniu rozpaczy w mieście głośno się rozchodzi – ona wciąż w okolicy gdzieś się pierdoli Znalazła sobie innego fagasa fundatora sponsora kutasa po chuj jej poeta teraz ma mitomana! Wszyscy przyjaciele mówili – uważaj, ona znana z takich historii sama nie wie, czego chce od życia dziwna infantylna i dziecinna Zostałem sam na warcie życia swe rozgoryczenie zapijam w tonach łzy me wylewam Przysięgam sobie – to był ostatni raz…
  5. Nie trzeba błyszczeć elokwencją, aby być filozofem Nie trzeba dzielić się myślami, bo można kogoś zabić słowem Drzwi mają szczeliny, ściany uszy, a szczery możesz być tylko z bogiem Ale zanim klękniesz do modlitwy, upewnij się, że nikt nie stoi pod oknem Właśnie ci tłumaczę, że nie chodzi mi o to Powoli zmierzając do tego, że jesteś zwykłym idiotą w tym mieście nie dla mnie miejsca, piesi swym zwrokiem mnie gniotą Wszczynam bojkot, pod oknem do księżyca wyjąc niczym kojot Krew w śniegu piękna jest jak japonia Właśnie dlatego nie chce pierwszy skonać Biało-czerwona, choć to nie jest polska Niektórych mądrych, chyba trzeba zacząć uczyć od podstaw Nie jestem po to, aby mi ufać Nigdy nie wiesz czy w kieszeni siedzi nóż czy spluwa a może nic? chociaż to raczej nie jest dziś
  6. Framugę moich drzwi zalewały fale, a sól blokowała zamek. Otworzyłem drzwi mojego pokoju na oścież Zgrzyt sypiących się kryształów Próg przestał istnieć Doszła jedna para kapci, słodki zapach i spanie od ściany.
  7. Kucnąłem nad nim. Nie przeczuwałem tego by gwałtowne budzenie herosa czy mędrca z głębokiego, ożywczego snu, było najwłaściwszym postępowaniem w tej sytuacji, ale z drugiej strony musiałem otrzymać pozwolenie na pobyt w krainie bogów. I tylko ten oto potężny strażnik mógł mi go udzielić. Wyciągnąłem swoje niewielkie dłonie z kieszeni spodni. Zawisły cal nad barkiem mężczyzny, już, już dotykając jego majestatu. Wtem odsunąłem je gwałtownie, patrząc ze strachem na to jak chrapanie zastępuję seria chrząknięć i mlasków, powieki delikatnie się rozwarły po czym strażnik obrócił się na wznak i zaczął wydawać z siebie charkotliwe westchnienia przez półotwarte usta. Nie miał połowy przednich zębów i wionął sfermentowanym piwem na milę Dodatkowo urzekły mnie jego świeże zadrapania, rany i siniaki, których nie brakowało na jego obliczu. Ślady walki w obronie Olimpu. Tylko potężny wojownik mógł nosić tyle ran i blizn. Musiałem podjąć decyzję. Lepiej zginąć z ręki zaskoczonego we śnie herosa, czy pijanego wujaszka, którego nawet nie znałem. Olimp był dla takich jak ja. Należało mi się na nim miejsce. Podjąłem decyzję. Jeszcze raz położyłem dłonie na jego piersi i zacząłem mocno uciskać, szepcząc przy tym gorączkowo. Halo! Wstawaj strażniku! Chcę uzyskać Twą zgodę by tu zostać! Wzdrygnął się i delikatnie rozchylił powieki. Jego wzrok błądził jeszcze we śnie. Uniósł palec lewej dłoni tak jakby chciał powiedzieć coś ważnego i wychrypiał nieprzytomnie. Ja już na dziś dziękuję. Nie polewajcie mi. Jestem zapitym pijakiem. I opadł z powrotem w sen. Nie dałem za wygraną i do szarpnięć dołożyłem lekki cios w policzek. Zaraz nad linią brody. Tym razem heros od razu otworzył szeroko oczy i krzyknął trochę bardziej przytomnie nie zapominając o dawce przekleństw nie boskich a tych zupełnie upadłych. Antony pusty kpie z brudnej suki zrodzony, nie dociera do Ciebie po angielsku? Jestem pijany. Chcę spać zgniły fajfusie. Idź męczyć kogoś innego. Gdy strażnik znów zapadł w półsen, dotarło do mnie, że wspomniany Anthony raczej nie był bogiem. To nie było imię dla Boga panteonu. Więc kim był? A w zasadzie nie warto zaprzątać sobie nim głowy. Skoro nie był Bogiem to z pewnością nie był nikim ważnym. Nie jestem żadnym Anthonym! Jestem Angus Davis! A czy Ty jesteś strażnikiem? Heros westchnął z rezygnacją, godząc się widać ostatecznie z niezapowiedzianą pobudką. Podciągnął swe mocarne ciało na łokciach i po chwili opadł bez sił na błoto. Zaklął szpetnie. Strażnikiem czego do diabła? Podejrzliwie zmrużyłem oczy No strażnikiem Olimpu oczywiście. Jakiego znowu pieprzonego Olimpu? Chłopcze jest środek cholernej nocy. Splunął na tyle daleko na ile pozwalała mu pozycja ciała. Był zdenerwowany. Czułem to. Za to ja czułem się skołowany. No tego miejsca. Czy jesteś obrońcą i posłańcem Bogów? Zaśmiał się krzywo. Bogów synku? Masz na myśli nasz wapienny tron i moich koleżków? Faktycznie bronimy dostępu do tego miejsca. A jeśli chodzi o posłannictwa, to zdarza nam się chodzić na posyłki na mety, do paserów, ewentualnie do tego pubu by kupić sobie coś na wzmocnienie. Ci którzy przedobrzą, kończą jak ja w dniu dzisiejszym. A więc jednak byłem w krainie bogów. Od zawsze miałem rację co do tego miejsca. Gdzie są teraz bogowie? Przekręcił się na lewy bok by lepiej mnie widzieć, miał uśmiech na twarzy ale też jakiś stalowy, nieprzyjemny błysk w oku. W zaświatach chłopcze. Znikają w swych suterenach na poddaszach. W tanich szynkach zamienionych na podrzędne burdele, Na metach wolnych od czystości i dostatku. W objęciach swych wychudzonych, pobitych partnerek. Takie z nich piękne boginie, że nawet pies dostałby zawału gdyby na którą naszedł po nocy w bramie. Bogowie nocą tańczą i śpiewają w swej krainie. Nie zobaczysz ich aż do bladego świtu. A i tak przedtem wysyłają jednego, samotnego zwiadowcę. Wynurza się z zaułka, ulicy czy bramy. Przechodzi przez murek. Bada dokładnie okolicę. Wdycha pierwsze oznaki budzącego się dnia. Gdy wokół jest bezpiecznie, daje sygnał. Stawia na murku butelkę. Jej brzęk to znak. Wtedy brama Olimpu otwiera się aż do ostatniego blasku dnia. A nocą bogowie odchodzą do zaświatów by tańczyć a Olimp znów jest jedynie murkiem wyrosłym pośród brudu i pokrzyw. Podoba Ci się moja historia? Byłem nią urzeczony. Czy to wszystko prawda? Najprawdziwsza prawda mój chłopcze. Zmierzwił mi włosy i stwierdził po chwili przyglądając mi się uważnie. Mówiłeś, że nazywasz się Davis… jesteś bardzo podobny. Tak bardzo podobny. Mówi Ci coś nazwisko Bryan Davis? Nie spodziewałem się jeszcze kiedykolwiek je usłyszeć. Nawet matka już o nim nie mówiła. Mój prawie dorosły brat tym bardziej. Dukając pojedyncze sylaby odpowiedziałem. Podobno był moim ojcem. Nie pamiętam go jednak. Zresztą wszyscy o nim zapomnieli. Nie wszyscy mój drogi chłopcze. Olimp i jego bogowie zawsze będą o nim pamiętać a ja wszędzie rozpoznałbym jego syna. Wstałem z wrażenia i wykrzyczałem w cichą noc. Bywał tutaj?! Heros wstał chwiejnie i objął mnie czule. Dowlókł się do tronu i usiadł z wyraźną ulgą. Był królem życia i dobrej zabawy. Był naszym przyjacielem.
  8. Morze szumiało jednostajnie, spokojnie, jakby próbowało wymusić na mnie potrzebę snu. Choć był środek dnia a sen nie był mi potrzebny. Chciałem pobyć sam. Dlatego wybrałem porę przedsionku sztormu i dziką plażę o ostrych jak brzytwy kamieniach Nie była piękna, nie miała serca, nie zatrzymywała w pamięci wschodów i zachodów słońca, nie zapraszała w swe poszarpane granice, kochanków spacerujących za ręce. Była zdradliwa lub została zdradzona. Porzucona lub świadomie wyklęta. Chciała istnieć w tym nie znajdującym sensu bólu a z drugiej strony ginęła bez krzyku coraz to głębiej pod wodą. Niedaleko niej woda kryła w sobie śmierć. Podwodną rafę z kamienia na której onegdaj ginęły ożaglowane jednostki płynące wzdłuż klifów Calais na północ do Gandawy czy Kilonii. Byłem wrakiem co doczołgał się na brzeg. Depresji, rozpaczy, trądu umysłu. Jak pięknie byłoby rzucić się z wieży latarni. Pikować głową w dół jak mewy. Rozbić się na okruchy wspomnień. Mówią, że to duch latarnika nadal wznieca ogień na cyplu. Jednak przepływające jednostki go nie widzą. Mijają na pełnej prędkości śrub, grobowiec który był latarnią. Nikt ich nie woła. Nikt ich nie czeka. Mają wykazy z radarów i sonaru. Czujniki i wskaźniki. Kiedyś wszystko czytano sercem. Rozmawiano uczuciem. Kochano romansem i figlarnością słowa. Teraz pędzi się wprzód rzeczywistości, samotnym, żeglarskim kursem. Chciałbym odpocząć i od rzeczywistości umysłu i od choroby serca. Chciałbym się o to pokłócić. Lecz sam tego uczynić nie mogę. Podniosłem piękną kremową muszlę. Była dość ciężka i pojemna. Na tyle by zmieścić wszystkie moje słowa. Cały mój ból. Zbliżyłem ją do ust zamiast do ucha. Wykrzyczałem tylko jedno słowo. Dlaczego!? Nie odpowiedziała. Widać morze mnie zagłuszyło. Szumiało jednostajnie, spokojnie, tak jak gdyby sztorm wcale miał dziś nie nadejść. Niczego się nie dowiedziałem, ponad to że od dziś nie zapłonie już ogień na cyplu. Zmarnowałem swoje życie jak i śmierć.
  9. Jakże ja uwielbiam, gdy w mej głowie słyszę Polszczyznę. Mogę w mym języku zobrazować każdą chwilę. Lecz gdy nadchodzi pora porozumieć się obcą mową, równocześnie ja milknę wraz z mą osobliwością. Nie dam rady się porozumieć jak w mojej Polszczyźnie. Chciałabym uczynić mowę Szekspira w mej głowie, lecz to się nigdy nie wydarzy, gdyż mój dom to ma klatka, pozamykana na wszystkie spusty przez moją głowę. Gdy pojawia się brytyjska mowa, ja znikam bez afektu. Równocześnie ja milknę wraz z mą osobliwością.
  10. Iść do przodu, nie oglądać się za siebie, Być niemym przez chwilę- jak kamień. Patrzeć w chmury, biec po niebie, Wtulić się w drzewo, jak w ramię. Zawsze wokół drzew jest tysiące, A czuję, jakby było pusto... Marznę w tłumie, bo nikt nie rozumie, Że oczy me, to duszy lustro... Chcę kamieniem być, chcę być skałą, Gdy gruzem znów Twe usta zieją! Taką silną i niepokonaną! Kamienie zawsze się śmieją... 11 sierpnia 2016 Zdjęcie w Peak District
  11. Nie mówią, nie dzwonią spotkania nie pragną na dystans trzymają słowa użyją – gdy potrzebują. Tylko są papieros wódka i buch znikają inaczej nie myślą mają swój powód.
  12. Piersi swe odsłaniam ku męskiej pokusie w skrzypiec ich myśli bezbolesnej nucie. Nikt na mnie nie patrzy, nawet ślepi nie łaszczy. Płaczę głodna moich żądz, w cierniowych kolcach chaszczy. Prowokuje i marzę o byciu prowokowaną. Duszy mej pragnienia z tym się nie rozstaną. Dotknij mnie i pokaż, że jestem dla ciebie jedyną, -tylko na chwilę chcę być wyjątkowa, twą dziewczyną.
  13. Codziennie pisałam do Ciebie listy. O tym,czego nie jestem w stanie Ci powiedzieć. Chciałam dać Ci je jeśli nam się uda. Chciałam dać Ci je jeśli będę szła w Twoim kierunku do ołtarza. Pisałam i pisałam. Wypełniłam nimi szufladę. Jedną. Potem jeszcze jedną. Aż mi ich zabrakło. Zabrakło też Ciebie. Listów nie przeczytałeś. Nie zdążyłam powiedzieć. Ale idąc do ołtarza, już nie w Twoim kierunku, Będę o nich pamiętać.
  14. -Mistrzu, jakie masz zdanie o życiu samemu? -Mogę to porównać do przebywania w cieniu. żyjesz wygodnie, złego nic cię nie dotknęło, a jednak w końcu przyznasz, że coś cię ominęło. Bułatowi Okudżawie, autorowi piosenki "A jednak".
  15. Spytałam raz gwiazdy , co świecą na niebie Czy wy nie same daleko od siebie? Czy ty mały nad nocnym sklepieniem Nie płaczesz nad swoim, marnym brzemieniem? Gwiazda spojrzała i się zaśmiała Nie martw człowieku bo ja nie sama Ja od sióstr mych daleko, to fakt Lecz razem twożymy cały ten świat Czy to niedźwiedzice z małym widzisz niedźwiedziem Czy to skorpiona co świeci wysoko na niebie My daleko od siebie, lecz połaczone I na wieki razem będziemy skupione
  16. Uciekłem jak tchórz. Mężczyzna powinien brać odpowiedzialność za swoje czyny i życie. Powinien sterować poczynaniami na tyle skutecznie by omijać zdradliwe skały niepowodzeń i sztormy porażek. Bogactwo, wierność, stałość uczuć i leniwa codzienna stagnacja w ułożonym spokojnie życiu u boku pięknej żony i gromadki pociech. Brzmi romantycznie. Zbyt pięknie. Nie dla mnie bezpieczny, cichy dom. Nie dla mnie zakwitłe ogrody, różanej miłości. Nie potrafię żyć, życiem milionów. To ich marzenia. Ich sukces i normalność. Dla mnie normalność to chaos. Pustka wewnątrz a burza na zewnątrz jestestwa. Dla mnie życie to chwila, mgnienie, ciągły ruch. Ciągła walka z samym sobą. Depresyjnym balastem przeszłości. Czasami to ludzie a innym razem demony choroby, są moją kotwicą. A ja wyrywam się i wiercę niespokojnie. Staję wręcz dęba i duszę się w obroży niemocy. Wreszcie i tak przegrywam. Bezwolnie poddaje się ich woli. I cierpię w swym człowieczym wraku. Gdzieś pośrodku oceanu czarnych myśli. Na dennym, piaskowo-żwirowym dnie. Rozpadam się od rufy po dziób. Gniją we mnie pokłady zrozumienia. Żagle rwą się na strzępy, ulatując w niebyt żywiołu. I tylko beczki z prochem, czekają na zapalną iskrę. Odpal lont skręcony naprędce. I zawlecz go do prochowni. Chociaż raz okaż miłosierdzie a nie zimną obojętność. Dlatego właśnie ciągle miałem uśmiech na twarzy. Zapewniałem Cię, że kocham ponad wszystko. Spędzałem czas tylko przy Tobie. Chłonąłem każdy dotyk, słowo, czułość. Lecz we mnie tlił się już pożar. Wiedziałem, że zostać z Tobą na stałe, równałoby się tragedią dla obojga. Bo ja nie jestem księciem na białym koniu ani dostojnym kapitanem. Jestem tylko przerażonym majtkiem, co szuka protekcji w szponach wiecznej tułaczki. Dlatego rankiem próżno wyglądałaś mnie przed bramą kościelną. Zostałaś sama przy ślubnym ołtarzu. Skradłem Ci serce wiem to. Lecz nie szukaj zemsty ani sprawiedliwości po zhańbieniu jakie Cię spotkało. Moją karą jest samotna żegluga po wieczność. Nocą, zaciągnąłem się w porcie na pokład jakiejś starej brygantyny. Kapitan zwyzywał mnie od szczurów lądowych i zakichanych dzieciaków. Zapytał kim miałbym być na jego okręcie. Nic nie wartym balastem. Odpowiedziałem. Rozbawiłem go tak szczerze, że podarował mi funkcję nawigatora. Rankiem odbiliśmy od nabrzeża. Wychodziliśmy przez główną redę. Wspinałem się ku oku na grotmaszcie. Wtedy ujrzałem Cię obok opustoszałego doku. W białej, ślubnej sukni z szerokim trenem. Welonie opuszczonym na twarz. Z bukietem róż w dłoniach. Patrzyłaś z życzeniem śmierci na ustach. A ja zatonąłem w Twych oczach po raz ostatni. Czując się jak rozbity wrak, gdzieś tam na serca dnie.
  17. W ciszy wieczór cicho płynie, światło lampy drży na ścianie, myśli tańczą gdzieś w godzinie, co zamienia noc w czekanie. Krople czasu wolno spadają, jakby chciały coś powiedzieć, że marzenia nie znikają — trzeba tylko w nie uwierzyć.
  18. Na plaży było pusto i głucho jak oko wykol. Fale oceanu płonęły, pomarańczowym ogniem schowanej do połowy tarczy słońca. Mógłbym skoczyć w ten magiel żywiołów i odejść wreszcie bez cienia winy, kary czy wspomnień. Zatopić wreszcie swój wrak w potędze posejdonowego królestwa. W oku cyklonu z którego nie wyjdę choć na krok. Moje ślady są tak niewidoczne. Odciskają się ledwie w zimnym i mokrym piasku. Nie to co blizny zadane przez ludzi i siebie. Skrwawione przeguby i ramiona. Rozbite, umysł i serce. Po kontakcie z naturą człowieka. Idę spokojnie ku spienionym falom. Mijam skruszałe i zalane powodzią słonych łez, zamki na piasku. Kiedyś byłem ich budowniczym, potem nadzorcą aż wreszcie obrońcą. Straciłem je wszystkie. Jeden po drugim. Teraz są tylko ruiną a zarazem żywym pomnikiem mojej klęski. Marzyłem tylko o separacji od świata. A świat odpłacił mi wojną. Wygrał. Zamęczył jednostkę setką problemów, tysiącem spraw i milionem bez ideowych rozmów. Zniszczyli mnie i nawet nie usłyszałem słowa przepraszam. Bo jak można tak żyć? W mroku, nędzy, upadku. Depresji wszelkich inicjatyw. Pogrzebie witalności i pochwale marnej śmierci. Zostałem przez nią powołany. Nie do życia w zakłamanym stadzie. Lubię plaże. Są jak ja. Dzikie i odseparowane. Samotne i ciche. Zalane, przypływem rozpaczy. Odkryte, odpływem racjonalności. Błąkam się jak okręt pozbawiony zbawczego światła latarni. Wchodzę czasami na klif, górujący nad zatoką Nocny wiatr, popycha mnie ciepłym objęciem ramienia ku przepaści. Na plaży iskrzą ogniki dusz. Życiowych rozbitków. Skacz i poczuj wolność. Jak my. Jak nam podobni. Obiecuje im, że jutro skoczę lecz dziś chcę wrócić do domu. Pić i pisać. Zmazać swój strach i ból. Otrzeć łzy bezwartościowym wierszem. Odwracam się i biegnę. Mgła powstała nad zatoką, unosi mnie w swych gęstych kłębach. Eskortując bezpiecznie do samych drzwi.
  19. Ciemność nic nie widać Głucha cisza nic nie słychać Samotność nikogo tu nie ma Chłód wiatr jakiś wieje z daleka Sam jeden w odmętach przestrzeni Sam jeden na całej tej ziemi i nic już tego nie zmieni
  20. Poetyckich dusz nie trzeba siać, ani też rodzić w bólach i mękach. Wychowywać, hodować pod parnym kloszem, by wydały owoc cierpki w smaku. Odbijający się palącą zgagą. Trujący wręcz dla serc i myśli. Poeci to kamienie pozostałe na krańcach ugorów. Przysypane piachem, zaplątane w powój i oset. Ukryte w cieniu rozplenionych, strzelistych pokrzyw. Rdestów i krwawników. Łaskotane liśćmi paproci. Zasłuchane w opowieści wichru. W pieśni chóru chmur, zwiastujących ciepłe, letnie burze. Niezauważone, nieważne, nieistotne. I przez to twarde i nieustępliwe. Nie straszny im skwar ani deszcz. Mróz kąśliwy i mokry śnieg. Są przerzucani i kopani. Bez prawa do miejsca, które nazwali by domem. Azylem dla spokojnego bytu. Niełatwa to rola. Są tacy, którzy pękają. Obracają się w kruchy proch. Bo są zbyt czuli, lub biorą na siebie więcej niż ktokolwiek mógłby znieść. Są jednak kamienie zbyt ciężkie i stare. Olbrzymie głazy ostałe od pokoleń, na straży szlaków, mogił czy duktów. Stoją na bagnistych i leśnych rozstajach w płaszczach z mrocznego mchu. Ich żywot spisały, solne naloty na powierzchni. Zapytane, nie odpowiedzą. Zaczepione, będą milczeć jak grób. Pogłaskane czule, będą zimne jak trup. Ich czas minął. Ich cywilizacja odeszła. A poezja stała się tajemnicą. Wierzą tylko w upływający czas. Mówi się, że widziały pierwszą śmierć i dożyją zapewne finalnej zagłady. Ja już dawno rozpadłbym się, klnąc i pomstując na poboczu rowu. Lecz mieszkam w samotni prawdziwej. Gdzieś w środku kniei niczyjej. I mam się świetnie. Milcząc, zimną stagnacją. Gdybym miał jeszcze serce sprawne to biłoby dla kogoś teraz. Krusząc mnie, niszcząc i ośmieszając. Drwiąc ze mnie bez litości. Tylko dlatego, że kocham siebie. A nienawidzę pustego uczucia do człowieka i jego ułomnych słabości.
  21. It's been so lonely without you here Like a bird without a song Nothing can stop these lonely tears from falling “Nothing compares 2 U” — Sinéad O’Connor Chciałabym dotknąć twojej twarzy pulsowaniem mojej dłoni, ale samo myślenie o tym sprawia, że serce ucieka mi z gardła. Więc, jeśli bym to zrobiła, z nas dwojga pozostałaby tylko jedna biedna kałuża, podczas gdy chciałabym ożywić bieg rzeki, która znajduje swoje źródło w morzu moich słów. Chcesz w nawiasach, czy wystarczą przecinki abyś mógł zrozumieć: jeśli pewnego dnia zabiją miłość do ciebie, to jakby pozostawili mnie bez marzenia o twojej twarzy, zarówno twojej, jak i mojej. Co to znaczy? Zostanę taki, jaka ja byłam, bez dostrzegającego światła w twoim uśmiechu, a w każdym zębie za tym uśmiechem, pewnego dnia, bez powtarzania się, na korytarzu. 2023
  22. Świat uciekł o całe mile naprzód. Nie zamierzam go gonić. Wróci. Kiedy skończą mu się opcje. To niewiarygodne, że mają tyle możliwych dróg, ścieżek i ścieżyn. Tyle znajomości, kontaktów i palet rozwoju. A potem widzę ich jak wracają ze świata. Pod rękę z biedą i chorobami. Uciekli bez słowa. Bez pożegnania a teraz mogliby rozmawiać bez końca. Ostrzegałeś nas. Zawsze byłeś najmądrzejszy. Jestem lepszy jedynie dlatego, że widzę początek końca. I czekam na definitywny koniec. Rozumiem go. Pragnę. Choć przecież mogę żyć nawet w rezerwacie dla obcych. Teraz i tak wszystko zaczęło się układać. Mógłbym spróbować ale szkoda mi niszczyć taki piękny nagrobek. Wszyscy już dorośli. Starzy kompani mają dzieci, domy i kobiety. Wielu pokonał nałóg. A Ty? Wstyd się przyznać ale chyba jedynie wiersze. Ach tak! I miejsce na cmentarzu. Obok starego, lekko wyschniętego świerka. Kolekcję białych zniczy. Przekleństwo istnienia. A przecież jest już lepiej. Bez serca. Bez duszy. Piekło przygasiło swe kotły, lecz diabły nie wyprowadziły się z głowy. Wypędziłbym je, ale po co mają krzątać się za mną w cieniu. Skoro mogą iść w mych nogach. Zresztą próbowałem. Szkoda zachodu. Nie mam sił. Świat nie zaczeka. Ale ja nie biegnę. Za sławą czy pieniądzem. Ja wykuwam nową pietę. By choć anioły miały po mnie pamiątkę. Dzwony grają nokturn. Sala pożegnań otoczona kręgiem fałszywej ludzkiej żałoby. Wszedłem ostatni. Starannie ubrany, ogolony i ostały w drgającej pustce ciszy. Pierwsza łza. Stanąłem nad białą trumną. Druga. Otworzyłem wieko. Robak dekadencji nie wypełzł na spotkanie. Leżał w zimnym stężeniu śmierci. Słowo stało się ciałem. Ciałem trupa. Włożyłem sobie do trumny, książki, płyty, harmonijkę i szablę. Zamknąłem wieko, trochę zbyt mocno, aż trup obudził się a przynajmniej otworzył puste oczy. Zagrali mu jego ukochane piosenki, które sam wybrał. Najpierw The End. To już jest koniec. Mój jedyny przyjacielu. To już jest koniec tych wszystkich nocy w trakcie których próbowaliśmy umrzeć. A potem nad wykopanym dołem. Nutshell, by dobić swoje nieruchome serce i rozbić dusze żałobników. Słuchajcie. Jeśli nie mogę być sobą… to wolę być martwy. Możliwe, że zrozumieli, gdy zasypywali sprowadzoną do grobu trumnę, potokiem białych róż.
  23. „Największym luksusem śmiertelności jest tworzyć coś, co również umrze.” Czas płynie nieubłaganie. Przypominacie mi o tym ciągle, niczym natrętne mechaniczne zegary, prędkie stopery czy piaskowe, szklane klepsydry. Macie obsesję na jego punkcie, ponieważ jesteście ostatnim pokoleniem. Cywilizacją końca. Za dnia wyrzymacie każdą sekundę, z mokrych od niewolniczego potu koszul. Nocami patrzycie bezsennie na cienie sufitowe w sypialni. I wracacie utrudzonymi myślami do czasów błogiego dzieciństwa, nie przynosi Wam to ulgi a strach. Obłęd nieuniknionego widma śmierci, która w każdej chwili może wyjść z szafy i zabrać Was do siebie. Znacie dobrze smak, depresyjnej niemocy. Porażki planów i zawodu otoczenia. Kto chciałby brać udział w walce o byt, gdyby wiedział, że zawsze kolejka jest równa długości ludzkiego istnienia. A jedynym wolnym miejscem jest to w ogonie stawki. Na samym jej końcu. Czas odliczam w gonitwie gwiazd. W koniunkcjach i przesileniach. W miesiącach winy. W latach kary. W wiekach przekleństwa. W erach prędkich i jasnych jak błysk świetlny. W galaktykach zimnych i martwych jak bezdenne oczy czarnych dziur. Jestem poza horyzontem czasu i zdarzeń. Nie podlegam prawom natury. Jestem wolną cząstką. Rzucaną na linię zdarzeń. Czasami wydaję mi się, że pędzę naprzód a potem okazuję się, że nigdy nie ruszyłem się z punktu zero. Lub przytomnieje w dalekiej przeszłości, otoczony gotyckimi aniołami, wiktoriańskimi balami i przepychem śmietanki salonu. Mówicie, że straciłem już wszystko. Nie zyskałem nic. Bo w życiu nie można nic zyskać. Mam swoją samotną planetę i różę o którą pieczołowicie dbam. Ona nawet nie kwitnie. Rośnie z każdym rokiem mocniej. Nie rozmawiam z nią bo ona nie potrzebuję moich słów by mnie zrozumieć. Wie wszystko. Jest najcenniejsza. Choć dla każdego innego nie ma żadnej wartości. Tylko ja widzę jej piękno i powab. Inni gorszą się jej osobliwym wyglądem. Jej ciernie ranią duszę do głębi, korzenie nie pozwalają zapomnieć, łodygi zniewalają przeguby i więżą w okowach szaleństwa. Gnilny swąd otępia zmysły. Blizny krwawią trucizną nektaru. Liście opadają zanim się w pełni rozwiną. Ta róża będzie strażnikiem mojego grobu. Ostatnimi słowami poety. Króla ulicy i nędzy. Wyklętego karalucha, literackiego ścieku. Planeta leżała daleko poza najodlejszymi rubieżami. Tam naprawdę kończył się świat. A zaczynały zaświaty. Już z wysoka widział wszystko jak na dłoni. Poeta leżał bez życia na wznak. Rażony gromem nagłego zgonu. Oczy miał czarne i duże, lico spokojne, przypominało maskę. Na planecie nie miał kompletnie niczego. Schronienia, jedzenia czy wody. Była na niej jedynie usypana rękoma mogiła. A na jej kopczyku krzak dzikiej róży. Kruk wylądował zaraz obok niej. Wiedział, że była ona jedyną miłością poety. Jego całym skarbem i dorobkiem. Lecz nikt nigdy nie uważał ją za piękna ani nawet właściwą. Przeżyła twórcę i to było jego celem. Lecz teraz jej los był przesądzony. Nie mogła liczyć na innego opiekuna. Kruk wyrwał krzak z mogiły i uniósł się z nim w przestwór kosmosu. Leciał tak przez świetlne eony. Bez odpoczynku i przystanku. Wleciał wreszcie do jednej z czarnych dziur, Jej tunel zaprowadził go do innego wymiaru. Wypuścił z dzioba krzak róży z ukrytą w nim duszą poety. Poza horyzont czasu, przestrzeni i wszelkich, przeszłych i przyszłych zdarzeń
  24. Teraz szukacie powodu. Pytacie o sumienie. O powód tego całego okrucieństwa i zła. Lecz czy to ja szukałem Was, czy to Wy przyszliście do mnie? Powodem jest sprawiedliwość i zemsta. Sumienia we mnie brak. Powodem również ludzka nienawiść i moja niejedna łza. Co Wy wiecie o bestii, która się tu wylęgła. Trzymaliście się z dala od mroku tych ścian i ciasnej klatki. A bestia w niej uwięziona, szarpała wściekle pręty. I wyła żałośnie do księżyca aż do gardła zdartego. Później odkryliście przypadkiem ślady krwi od posesji prowadzące w las. W głąb kniei prowadził Was, jej blask szkarłatny. Zaprowadziły Was aż na polanę, gdzie przy zwalonym nocną burzą świerku, leżał chłopiec. Dusza umknęła już z ciała martwego. Po pogrzebie. Odkryliście jego pokój. Jego za życia zbudowany grobowiec. Gdzie wszędzie walały się pamiętniki, wiersze. Słowa wśród ścian zbłąkane, szukały niedokończonych prac. I wtedy zrozumieliście, że kiedyś nie była to bestia a zraniony, zniszczony człowiek. Lecz teraz mimo wszystko. Dziękuję Wam. Zabiliście we mnie wszystko. Zamęczyliście coś, czym i tak nie chciałbym być. https://youtube.com/watch?v=LXIWRan3XGY&si=rBS_NUi37mts1sLm
  25. Pozbyłem się książek, zdjęć i listów, tych które były żywymi objawami mej dawnej, zdać by się mogło wtedy, nieuleczalnej i śmiertelnej choroby tak ciała tonącego w bezdni nieludzkiego upodlenia jak i duszy zapadłej w mrokach obłędu tej szatańskiej siły jaką szaleńcy w niej ostali, nazywają prawdziwą miłością. Teraz po latach, wreszcie byłem wolny od wierutnych bredni. A przynajmniej tak myślałem. I takie dowody dawało mi życie zdala od ludzi, ich świata i szalonych wyobrażeń opartych na uczuciach i marzeniach. Jednakowoż muszę z przykrością stwierdzić, że życie jednostki społecznie wykluczonej jest dość monotonne i zaplątane w ciągłość i chroniczną punktualność rytuałów dnia codziennego. Jest to ta smutna prawda, gdy możemy w zasadzie robić to na co mamy tylko ochotę a w istocie nie mamy sił i sprawczości członków oraz lotności umysłu by robić coś więcej ponad przetrwanie do zbawczego wieczora i niespokojnego, rwanego koszmarami snu. I tak wygląda dzień. Mija on na posągowym wręcz trwaniu na fotelu niczym cokole pomnika. W odmętach tej osobliwie indywidualnej i zakorzenionej w sercu rozpaczy. Czasami patrzę godzinami w biel kartek, z zawieszoną stalówką pióra nad nimi. Niczym wahadło, porusza się ona od lewa do prawa, cal wręcz od zbrukania kajetu, czarną posoką atramentu. Kartki wrzeszczą okrutnie, smagane ostrością pióra. Jak skazaniec z nagą piersią, rozpięty na stole kaźni. A pióro-wahadło rozcina jego żywot, tylko po to by pokazać sprawczość i prawdę, jedynej prawdy - śmierci. Najgorsze są noce. Gdy nie śpię po kilka z nich pod rząd a trwam niczym na posterunku. Pijany z tęsknoty i żalu. Wędruje po znajomych acz w świetle księżyca zupełnie obcych korytarzach. Patrzę na ściany i zawisłe na nich skarby. Obrazy, portrety, trofea i broń. Był taki czas, gdzie chciałem się porywać z szablą na słońce. W imię miłości, godności i praw niby mi przeznaczonych. Głupcem byłem wierutnym za młodu. Ach są i pistolety. Pożyczone wieki temu od przyjaciela. W celu tak błazeńsko prześmiewczym teraz, w celu odebrania sobie życia w imię miłości do panny, która nawet nie wiem gdzie teraz przebywa ani co u niej słychać bo rozmawiałem z nią ledwie kilkakrotnie. Ale kochałem wtedy po grób. A teraz kocham ciszę jak w grobie. Czasami światło księżyca prowadzi mnie do angielskiego ogrodu na froncie posiadłości. a czasem nawet dalej, hen do mostku nad strumieniem i sadu wiśniowego w tym roku rozkwitłego najpiękniejszym kwieciem, wyjątkowo wcześnie. Lata temu, w najstarszej jego części była postawiona jesionowa, zgrabna ławeczka z czarnymi okuciami. Teraz nie ma po niej nawet śladu. Jest tylko najstarsza w całym sadzie wiśnia, która wciąż kwitnie i owocuje. Jakby na przekór i złość temu co zdążyło już dawno umrzeć, zgnić i przeminąć a co narodziło się u podnóża jej korzeni i pnia. To tu pierwszy raz byłem tylko ja i ona. Był maj. Miłość w powietrzu. Mój wiersz dla niej. I jej niewinność. Niezdecydowanie. Wtedy to jedyny raz odważyłem się uchwycić jej uświęconą dłoń i na kolanach błagać. Wtedy uciekła, niewzruszona moimi łzami. Straciłem ją na wieki. Już na zawsze. Pamiętam siedziałem tam aż do zmroku. A potem sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni czarnej marynarki i wyciągnąłem małe zawiniątko, pudełeczko na biżuterię. Pierścionek zaręczynowy, dowód mojego oddania i miłości. Żółte złoto z naprawdę dużym diamentem. Cena i wartość nie grały roli. Dostawała ode mnie kunsztowniejsze i droższe podarki. Jej braciom również nie skąpiłem grosza a jej rodziciel awansował znacznie społecznie, dzięki moim szerokim kontaktom i wstawiennictwu. Tylko po to by koniec końców ośmieszyć me oświadczyny i wydać pierworodną i jedyną córkę za bądź co bądź majętnego ale jednak chłopa. Skończyły się konszachty ze mną i przyjaźń. A jedyna sprawiedliwość w tym, że sam roztrwonił majątek i stanowiska. A ja opływałem w luksus na jego oczach. A pierścionek zapytacie. Zakopałem go w korzeniach tej wiśni i do dziś dnia tam spoczywa. Uświadomiłem sobie, że jest on jedynym trwałym jeszcze symbolem dawnego mnie. Więc przyszedł ten dzień, że musiałem zniszczyć i jego. By nigdy już nie korciło mnie bym mógł podarować go innej kobiecie lub co gorsza by trwał tam w dole jak drzazga, jątrząc me niespokojne i chwiejne myśli. Ziemia była przyjemnie zimna i mokra gdy zagłębiłem w niej palce. Nie mógł być głęboko a ja chciałem odkopać go jak najszybciej… Na tyłach sklepiku mojego przyjaciela, był maleńki, lekko zagracony pokoik, wyłożony dębową mozaiką i pomalowany w barwach letniego nieboskłonu. Szczerbaty już na rogach stolik o lekko odklejonym blacie, poplamiony resztkami świec czy jadła, służył nam teraz jako stół do pokera i stolik kawowy dla srebrnego serwisu. Graliśmy jak prawdziwi zawodowcy, z rzadka jedynie odrywając wzrok ku filiżankom lub kartom a skupiając go jedynie na swych lekko spoconych i zmarszczonych obliczach. Przegrywałem okrutnie i choć stawki nie były duże to jednak portfel stawał się coraz chudszy w mojej kieszeni. I choć zawsze graliśmy dla zabawy mimo stawek za prawdziwe pieniądze, to dziś było mi nie do śmiechu. Wreszcie gdy znów postawiłem na przegraną trójkę asów, pojawiło się w drzwiach chwilowe wybawienie w postaci dorosłej już prawie panny, córki mego druha. Patrząc na to jak jej ojciec ściąga banknoty ze stołu i chowa do kieszeni, obrzuciła mnie chłodnym acz dość współczującym spojrzeniem. Ojciec ogra dziś pana do cna. Przegra pan nawet pierścionek a chciał go pan przecież sprzedać. Wyjąłem go na blat. I każde z nas zatrzymało na nim wzrok. Przez te piętnaście lat nie stracił nic ze swego blasku i urody wykonania. Był tak samo piękny jak kobieta dla której go zamówiłem i dla której powstał. Takie błahostki jak on nie mają dla mnie żadnej wartości moja droga, dlatego chcę się go pozbyć… ile za niego dasz przyjacielu? Jak dla Ciebie to dziesięć tysięcy. Jego córka stanowczo zaprotestowała. Ależ ojcze, to pierścionek zaręczynowy, symbol uczucia, miłości i oddania. Symbol szczęśliwego pożycia i związku. Czy pana wybranka umarła, że sprzedaje Pan go tak po prostu? Żyję moja droga i ma się jak najlepiej. Ma męża i dwoje wspaniałych zapewne dzieci. A pan… Nie dałem jej skończyć. To ja umarłem i już nigdy się nie odrodzę. Jesteś zbyt młoda by to zrozumieć. To nie symbol miłości a klęski. A ja chce żyć bez wspomnień i przyszłości. Chcę tylko żyć. Nie wracać do przeszłości. Mnie czeka już tylko jedno wesele moje dziecko. Gdy śmierć mnie w tany porwie, na parkiet swego wesela. Tak więc mógłbym zachować pierścionek i wręczyć go pani szczególnej. Tej która zbawi mnie pewnego dnia od ciężaru największego. Mojego przegranego życia.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...