Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'grób' .
-
Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu rozkazów jakie mu przekazano. Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny, mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku. Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie zuchwale po ramieniu. Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła, którego nie potrafiłby zgładzić ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie. Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin. Uścisnął mi rękę i prawie siłą wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci. Kierowca rzucił okiem za siebie i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata. Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem na enkawudzistę Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi. Enkawudzista machnął tylko ręką. Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami. I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca, głaskał kota, który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym co powinno się zrobić i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz, którego nie mogłem zlekceważyć. Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć. Kierowca jechał bardzo ostrożnie a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi. Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku od narzuconego brezentu Mówi Wam coś nazwisko Levenstern? Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda? Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt! Skąd o nim wiecie, Żerebcow? Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego? Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny... a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody. Kontynuował literat z tym samym niepokojącym spokojem, jakby czytał nekrolog w porannej gazecie. Zastrzeliliście go dokładnie tam, dokąd mnie teraz zabieracie. Widzę go, Lejtnancie. Stoi tam i czeka na towarzystwo. Poczułem, jak pot spływa mi po karku, mimo dojmującego mrozu. Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem. Nawet jeśli, Żerebcow... to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance. Uciąłem brutalnie, odzyskując na moment pewność siebie. Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle. Był ostatni. Szepnął radośnie. Gładząc się po skołtunionych włosach. Będzie ostatni. Odpowiedział trzeci głos. Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa, ani tym bardziej, przerażonego kierowcy. To był dźwięk niski, chropowaty, wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca. To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera. Kocur zdawał się spać, pogrążony w błogim spokoju, ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko. Było złote, głębokie i pełne nieludzkiej wiedzy. Kot nagle puścił do mnie oczko a na jego pyszczku wykwitł ten sam podle ludzki uśmiech, który zwiastował koniec pewnego świata. Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca, ale jego głos utonął w wyciu silnika, który nagle wszedł na nienaturalnie wysokie obroty, jakby chciał uciec z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko, mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni… Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się, że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot, jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać, lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny a zarazem głęboko niezwykły. Wreszcie ciężarówka wykonała ostatnie półkole wokół, wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali i oklepywali ciała, zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać. Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one. To moja mogiła lejtnancie? Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie. Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana, nachylił się i zawołał do ciemni. Levenstern przyjacielu, za chwilę będziesz miał towarzystwo. Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego i brutalnie popchnęli go nad samą krawędź, skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet. Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę a my dokończymy jeśli będzie trzeba. Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie. Wyciągnąłem pistolet. Moja dłoń, dotąd tak karna i posłuszna systemowi, drżała w sposób haniebny. Nie z powodu mrozu. Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą, paraliżując każdy nerw. Spojrzałem na Żerebcowa. Zgarbiony, spokojny, z tym samym błogim uśmiechem małego chłopca, czekał na uderzenie ołowiu. Podniosłem broń. Wycelowałem w potylicę studenta. Świat wokół zamarł. Czas przestał biec do przodu, a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi, a ciało poety runęło bezwładnie w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion. A potem nastał poranek. Mgła przedświtu, gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której nie pozostawiono tylko ciała literata w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także, drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą. Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem pośród zwalonych pni. Gdy żołnierze wysiedli z wozu, nienaturalna cisza lasu sparaliżowała ich kroki. Nad otwartą, czarną mogiłą stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow, nienagannie młody, z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa, trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie nie było śladu krwi, a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół, do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu, pośród grud zmarzliny, spoczywało ciało lejtnanta. Jego oczy były szeroko otwarte, wybałuszone w ostatecznym, pośmiertnym zdziwieniu, a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam, gdzie kilka godzin wcześniej miał spocząć poeta. Żołnierze zamarli na linii drzew, niezdolni do oddania choćby jednego strzału z pepesz. Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak pomruk nienasyconego pieca. Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę dla godnej pożałowania sprawy. A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął, po czym obaj odwrócili się plecami do armii straceńców i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem w gęstniejącą mgłę tajgi. Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.
- 12 odpowiedzi
-
6
-
- proza poetycka
- horror
-
(i 7 więcej)
Oznaczone tagami:
-
To tak jakby ciało wyjąć z trumny i porzucić u samych stóp zimnego, spękanego grobowca. Ale chyba tak musi być. Umieramy tam gdzie upadamy. Nagle, cicho, bez bólu. Po prostu tracimy czucie, nieznośnie depresyjnej istoty istnienia. Tracimy z oczu ten świat. Pełen niezamkniętych drzwi i furtek. Pełen luster złożonych z dusz. Twarzy naszych wspomnień. Ludzi spotkanych po drodze. Nie potrafiłem być głuchym na ich słowa. Przebili nimi bak mojego dopamicznego paliwa. Gdy się nim wykrwawiałem, oni wybijali szyby, gięli karoserię, wykręcali skrzynię biegów i silnik. Do bagażnika włożyli ciężar każdego gestu i rozmowy. Kazali go wlec przed siebie na przebitych, zszarganych oponach nerwów. Było mi obojętne kto usiądzie za kółkiem. Zawsze ktoś inny kręcił kierownicą. Było mi wstyd, że jako tak piękny klasyk, muszę iść na złom. Potną mnie żyletki, ścisną prasy, rozbiją młoty. Zostanę kostką metalicznego odpadu. Wrzuconą na szczyt piramidy niedawnych królów. Wyprowadziłem się z domu. Jak wzgardzone dziecko alkoholików, wyszedłem w piżamie, zarzucając plecak na ramiona. Na podjeździe czekał wrak mojego dawnego auta. Wrósł w ziemię zarośnięta chwastem i kaleczącą dłonie i stopy, wysoką trawą. Trupy powinny trzymać się razem. I spoczywać obok siebie. Byłem śmiertelnie blady. Z głodu, wycieńczenia i upływu krwi. Jej ślad ciągnął się za mną od progu domu. Nóż został na kuchennym stole. Samochód był zielony, lecz odrapany, brudny i wypłowiały od słońca. Zżarty przez rdzę. Postępowała jak gangrena. Zaraza. Zostawiała blizny ludzkich słów. Usadowiłem się z trudem na fotelu kierowcy. Spojrzałem na zawalony strop garażu z wyrwanymi skrzydłami, metalowych drzwi. Na nich miał spoczywać napis nagrobny. Lecz ten cmentarz był opuszczony od dawna. Nie będzie tu nigdy żadnych gości. Zapaliłem ostatniego papierosa. Smakował porażką. Zablokowałem zapalniczkę. I cisnąłem ją przez wybitą szybę na próg. W ślady krwi. Zajęły się niczym benzyna a strumień ognia momentalnie powędrował w moim kierunku. Gdy doszedł do mojej rany i trzewi. Eksplozja rozsadziła nas na krwawe strzępy. A garaż zajął się ogniem zaraz potem. I tylko proch umykał przez szczeliny powykręcanej od temperatury karoserii, Rozmył się w półmroku pasiastych pól, i ukwieconych, lipcowych łąk.
- 1 odpowiedź
-
5
-
- depresja
- dekadencja
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Na przestrzeni wszystkich tych wieków, łączy was tylko ta jedna rzecz. Nazwisko? Posiadłość? Herb? Nieskończona samotność i objawy destrukcyjnego szaleństwa. Ktoś, kiedyś dawno, przeklął cały ród. Dziwny to ród w którym brak małżeństw, potomstwa czy więzów krwi. Brak drzewa i sagi rodzinnej. Skąd wzięło się tak zepsute nasienie? Kto był praojcem stworzenia tej genetycznej degeneracji? Matroną była senna muza. Zwid umysłu, ogarniętego bólem istnienia. Jej ciało było zbezczeszczone przez bluźniercze potrzeby zmysłów. Była blada, gnilna, pobita i gwałcona. Żyła choć jej członki i oczy były martwe. Serce wyrwano jej okrutnie i zastąpiono klątwą bestii. Niegdyś jeszcze potrafiła płakać nad swym losem. Łudząc się tym co kłamliwie materializował jej świat. Pokazywał jej kwiaty na łąkach wiosennych, ogrody i sady pełne krasnego owocu, ludzi beztroskich i wolnych. Serdecznych przyjaciół. Zjednoczone rodziny. Sprawiedliwych ojców i kochające matki. Taki był świat za szkłem. Granicy bytu. Ona miała tylko zaświaty. Pełne pyłu, kurzu, czarnych kikutów drzew. Rzeki spienione krwią. Zamiast kwiatów, trupy wzdęte od rozkładu, kwitły słodką wonią śmierci. Wędrowała przez puste, skruszałe wioski. Miasteczka rozpalone ogniem nie ognisk domowych a pożogą moru. Miasta o olbrzymich murach i wieżach. Czarne jak noc. Zwiewne jak mara. Tam mieszkały demony, które czasami prosiła o pomoc w starciu z ludźmi z powierzchni. Krążyły legendy, że tam za murami twierdzy, za pustynią nieposkromionego wichru, za płaskowyżem zimnego żalu, za oceanem łez niewinnie przelanych. W strażnicy wykutej z pierworodnego ognia nienawiści. Mieszka ON! Demon, którego nie dotykają myślą Bogowie. O którym nie mówią kroniki i sagi. Ten który przybył tu przed powstaniem czasu i materii. Kurhan jego usypany z wyschniętych czaszek niedoszłych herosów, którzy przed eonami rzucili mu niebacznie wyzwanie. Spoczywa w grobowcu zakopanym aż do trzewi ziemi. Płytę nagrobną zdobią, srebrne słońce i złoty księżyc. Nad kurhanem roztoczyła wieczny cień, samotna góra. Martwa i milcząca bazaltową pustką. Śpiewa mu pieśń o zagładzie cywilizacji. Muza wie dobrze. Czuję to w sobie. On to wszystko stworzył. Wraz z nią. Ona go do tego zmusza. By pisał poezję z bezdni swego grobu.
- 4 odpowiedzi
-
6
-
Ogród emanował zapachem tysiąca odmian kwiatów, ziół i bylin. Dbałem o jego spokojny wzrost i kwitnienie, na tyle na ile mogła to robić męska, twarda dłoń. Starałem się nie zmieniać w nim zbyt wiele. Zatrudnieni do pomocy ogrodnicy, również mieli pełnić rolę raczej adoratorów, niż aranżerów. Ilekroć mogłem rozmawiać z którymkolwiek z nich to zawsze powtarzali oni pewną zależność której wpływu i ja doświadczałem w całej pełni. Mówili o ogrodzie jak o habitacie duszy, która była w nim zaklęta. Cudownym, magicznym ogrodzie postaci, zaklętej w jego szerokich alejach, ukwieconych rabatach czy przyciętych żywopłotach. Istota owa, jak twierdzili i zaklinali się przy tym, mówiła czasem do nich a czasami do ptaków przysiadłych w krzewach i koronach owocujących drzew. Jej słowa pluskały się w tafli ogrodowych fontann, wędrowały z delikatnym wiatrem po wypełnionych życiodajnymi sokami liściach, szeptały do równo przyciętych traw. Istota głaskała chropowate pnie, zginała rozkwitłe pąki kwiatów. A czasami zostawiała ślady bosych, kobiecych stóp na świeżo przekopanej ziemi. Powtarzała, że to jej raj. Miejsce, które stworzyła i z którego już nigdy nie odejdzie. Zapuściła tu korzenie z białych kości a to co niegdyś nazywała ciałem, użyźniło glebę ogrodu i dało mu prawdziwe serce. W pełni lata, gdy miałem w zwyczaju czytać w bujanym fotelu usytuowanym na środku ganku, nieraz dochodził mnie znajomy śpiew tej istoty. Wiedziałem, że jest zarazem blisko i daleko. Za zakrętem życia. Lecz i za zasłoną śmierci. Minęło tak wiele lat. Za każdym razem gdy tylko zbliżała się żałobna rocznica, miałem nadzieję, że tym razem dobry Bóg zlituje się nade mną i pozwoli mi odejść do jej świata. Lecz dawał mi tylko kolejne próby i zmartwienia doczesne. Kolejne zakręty. Tak wiele, że wyrysowały wreszcie koło. Błędne koło życia. Osnute oparem pragnienia śmierci a zarazem niemożności odejścia. Szedłem ustaloną ścieżką. Jedyną, która mogła mnie zaprowadzić do celu. Spośród tysiąca łęchcących zmysły zapachów, ja rozpoznawałem najlepiej ten jeden, niepowtarzalny. Przyjemny, głęboki i uwodzący, zapach fiołków. Były tak bardzo sobie tożsame. Ukochana matka i jedyna córka. Cel tej ścieżki był wiadomy i zdziwiłbym się gdybym nie zastał swej córki u jej końca. Zbawcza rześkość poranka gasła, pod silnymi i gorącymi promieniami letniego słońca. Muchy, ważki i pszczoły, harcowały w gonitwach i polowaniach. Pachniało jeszcze zroszoną w cieniu ziemią. Rosa perliła się łezkami wilgoci na co większych liściach i wodnych szuwarach. Ptaki wesoło pogwizdywały. W uwitych gniazdach, na sękatych gałęziach jesionów i topoli. Nagrzane powietrze poczynało delikatnie drgać. Jak i Ty miałaś w zwyczaju, gdy rozpalony obłędem pożądania badałem nieśmiało krągłości Twego ciała. Zapomniałem już jak to jest. Gdyby nie nasza córka, to zapomniałbym zupełnie o istnieniu kobiet na tym świecie. Chciano mnie swatać i w swaty do mnie przybywano a jakże. Dla pozycji i majątku ludzie potrafią znieść i zrobić wiele, nawet prosić takiego szaleńca jak ja o uwagę i rozsądek. Cóż mi jednak z rozsądku i majątku, kiedy jedyne bogactwo jakie w życiu miałem musiałem odprowadzić w kondukcie i pochować wbrew swej woli. Mogę dziękować Bogu, że kochałem jeden jedyny raz. Ileż to cierpienia kosztuję. Jeden raz a co gdybym jak inni, kochał po wielokroć? Potem podobno idzie się przyzwyczaić. Kochasz już nie osobę a siebie samego i wygodę. Ludzie są małostkowi. Twierdzili, zapomnisz i będziesz żyć dalej. Minęło tyle lat. Wszystkie jej zdjęcia, portrety i suknie są nadal na swoim miejscu. Pukiel jej czarnych włosów nadal spoczywa w zdobionej złotem szkatułce. Każdy mój wiersz jest hołdem. Żywą pamięcią. A żywym pomnikiem jest przecież też Emily. Jest najpiękniejszym prezentem danym mi przez nią. Mój czas także dobiega już końca. Może Emily o tym wie, bo coraz częściej odwiedza grób matki. Fiołkowa woń, prowadziła mnie w ślad za córką. I znalazłem ją dokładnie u stóp mogiły. Była wręcz jak sobowtór swej matki. Teraz gdy była już pełnoprawną kobietą a nie dziewczynką zdawała się mi czasem duchem, wspomnieniem. Zatrzymaną w przestrzeni czasu projekcją. Starałem się nie popadać w szaleństwo. Lecz gdy patrzyłem na Emily. W kuchni, parku czy na ulicy to nie potrafiłbym ich od siebie odróżnić. A skoro ja jako jej ojciec nie potrafiłem tego uczynić to cóż dopiero miały powiedzieć osoby, które znały mą żonę nieboszczkę i córkę. Jest to sytuacja zupełnie normalna i naturalna, że dziecko a szczególnie córka jest porównywana urodą do swej matki. Emily nie była wyjątkiem. Dostawała olbrzymią ilość komplementów. Za oliwkowo zielone oczęta. Za kruczoczarne, lśniące włosy. Za uśmiech tak słodki i zalotny w swej kobiecości, że aż onieśmielający potencjalnych kandydatów na męża. Moja żona była istną boginią, której zazdrościła mi cała śmietanka towarzyska nie tylko z Bostonu czy Philadelphii ale też Georgii czy Nowego Jorku. Była najpiękniejszym klejnotem, który udało mi się sprowadzić w czasach studenckich z kontynentu. Niderlandzką perłą. Bezcenną, świętą. Emily obróciła się słysząc moje kroki i szybko powstała. Przyniosłam mamie nowy wianek i bukiet. I zaiste na środku mogiły spoczywał świeży wianek utkany z wikliny, fiołków, koniczyny i stokrotek. A w dłoniach Emily ściskała bukiet białych róż. Krzew czerwonych róż oplatał kolczastymi kłączami nagrobek. Niczym korona wieńcząca skronie mojej ukochanej. Ostatnio często zaglądasz tutaj Emily, martwię się czy aby na pewno wszystko z Tobą w porządku? Ależ tato, nie możesz w kółko zaprzeczać oczywistym faktom. Chyba nie chcesz powiedzieć mi, że nie słyszysz jej głosu i nie czujesz jej obecności tak w domu jak i ogrodzie. Każdy wokół słyszy ją. Każdy wie, że to jej duch zamieszkał w ogrodzie. Nie ma nocy, bym po nagłym zbudzeniu się nie widziała kobiecego widma na brzegu stawu. Czasami huśta się na mojej starej huśtawce i śmieje się w głos. Innym razem woła mnie, lewitując u półotwartej okiennicy. To znów czeka na mnie, dosiadając swej widmowej klaczy, która odeszła bez mała dekadę temu. Czasami prosi bym zbudziła i Ciebie. Tęskni za Tobą ojcze. Ja za nią również moje dziecko, lecz nie mów mi tak strasznych i niepotrzebnych dla wątłego umysłu starca rzeczy jak historię o zjawach i duchach. Odeszła, lecz ja nie zapomniałem i nie zapomnę nigdy. Nie na darmo jej pokoje i sypialnia wyglądają tak jakby dopiero co z nich wyszła. A minęło dwadzieścia długich lat. Dwadzieścia lat ciągłej nocy dla mej duszy. Dwadzieścia lat niepowetowanej niczym straty i tęsknoty. Pożegnaj się z matką Emily i chodźmy do domu miej baczenie na to, że zbliża się dzień gdzie będziesz pielęgnować mogiłę w której i ja spocznę. Będziesz szła tą znajomą drogą przez ogród, niosąc w dłoni dwa bukiety. Po jednym dla kochającej matki i ojca. Ludzi którzy nikogo tak nie ukochali na świecie jak Ciebie. Pamiętaj o tym dziecko. Nie byłem osobą dającą wiarę w tak modny świat spirytyzmu, duchów i zjaw. Nie dałem przekonać się trwożnym opowieściom ogrodników ani służby, więc naturalnie nie uwierzyłem zapewnieniom własnego dziecka. Więc jak wielkie było moje zdziwienie, w samym środku najbliższej nocy. Zdać mi się mogło, że ległem na spoczynek dość wcześnie. Zachodni horyzont nie zdążył pogrążyć się w pełni mroku a ostatnie trele ptaków dochodziły znad koron drzew, żaby rozrechotały się wesoło, taplając się w lekko mulistej toni stawu. Wydawało mi się, że minęła prawie cała, krótka, letnia noc. Przebudziłem się nagle bez widocznej, zewnętrznej przyczyny sądząc że za chwilę zacznie świtać. Lecz gdy już trochę oprzytomniałem, uświadomiłem sobie, że wokół jest ciemno jak oko wykol. A zza okna dobiega jedynie srebrno niebieska lekko fosforyzująca poświata księżyca. Lecz nie był to czas pełnii a nowiu. A gwiazdy nigdy nie świecą tak jasno. Zza okna dobiegł mnie szept, który zmroził mnie do kości. To była ona i szeptała moje imię. Przekląłem w duchu brednie mej córki, i nadal nie do końca przekonany do tego co dane mi będzie ujrzeć, wstałem na drżących nogach i delikatnie podszedłem do okna. A niech mnie święci mają w opiece jeśli kłamię. To zaiste była ona. Ubrana w czarną, wiktoriańską suknię i siedzącą po damsku w siodle swej ukochanej klaczy. Zobaczyła mą postać w oknie, Miała na sobie rękawice do jazdy. Podniosła lewą rękę i dała mi sygnał dłonią bym zszedł do niej. Odjęło mi na szczęście rozum a nie nogi. Wychynąłem jak szybko mogłem z sypialni, potem z zamku, na ślepo wręcz wszedłem do cichej stajni. Dotarłem do boksu z moim kremowym ogierem i nie siodłając go nawet wskoczyłem na jego grzbiet, dając mu po bokach ruszyłem ku wyjściu i skierowałem konia nad brzeg stawu. Czekała w siodle i gdy już prawie byłem przy niej, skręciła konia na zadzie i ruszyła galopem ku znajomej ścieżce wgłąb ogrodu. Ruszyłem za nią. Aż do samego końca drogi. Do jej samotnej mogiły. Gdy wychynąłem zza ostatnich drzew, ona już czekała trzymając klacz za uzdę. Zsiadłem i doskoczyłem do niej w transie. Nie pozwoliłem jej na żaden ruch, słowo. Zasmakowałem w jej ciepłych ustach a ona ochoczo oddawała pocałunki. Spuszczone z uzd konie ruszyły na pobliską trawę a my legliśmy w miłosnym uścisku na usypanej mogile. Pragnąć siebie coraz mocniej i mocniej. Marzyłem tylko o tym by posiąść ją w tym ogrodzie, w mroku bezdennej, letniej nocy, na naszej wspólnej mogile. Nikt mnie więcej nie widział żywego. Emily zaalarmował sługa z samego rana gdy odkryto błąkającego się po ogrodzie konia. Stajenny zaklinał się, że zwierzę nie mogło wyjść samopas i ktoś musiał wyprowadzić konia a dostęp do niego miałem tylko ja i stajenny. Szybko zorientowano się, że w pośpiechu opuściłem sypialnię i zamek. Przeszukano pobliskie wzgórza, pola i lasy. Całe błonia zamku, podziemia i korytarze piwniczne. Wreszcie ogród i brzegi stawu. Gdy nic nie przyniosło efektu. Emily rozkazała służbie rozkopać mogiłę matki. Niechętnie i opornie lecz wykonano jej rozkaz. Nie zajęło to zbyt wiele czasu by odkryć straszną prawdę. Nikt nie potrafił sensownie wytłumaczyć tego co odkryto pod stertą ziemi. Na wieku zamkniętej trumny, spoczywał szkielet mej małżonki a w jego ramionach odkryto moje ciało. Martwe, zimne lecz z tak błogim uśmiechem i radością w oczach, że uznano to za objaw najczarniejszej magii. Pytanie jak znalazłem się pod ziemią a szkielet poza trumną. Kto zakopał mogiłę skoro nikogo ze mną nie było a przecież byłby to absurd, że trup zakopał się sam. Uznano, że ona spędziła mnie do grobu. Wezwała mnie do siebie. Bym już nigdy nie czuł się samotny i pozbawiony miłości. Do dołu wstawiono jeszcze jedną trumnę z mym ciałem i odprawiono pogrzeb. Mogiłę poświęcono i zasypano a Emily cała we łzach ułożyła na niej dwa bukiety białych, cmentarnych róż.
-
Szlak do bezimiennej mogiły
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Są takie dzieła, które przez swoją inność, kontrowersyjny język czy wulgarność i seksualizację treści, nigdy nie opuszczą podziemi, by móc objawić się w pełni swego anty człowieczego i bezbożnego mroku, oczom ludzi. Ogółowi społeczeństwa, które karmione jest kłamstwem, wyzyskiem i pustą idyllą uczuć. Władza, która rozsiadła się wygodnie w fotelach waszego umysłu. Rozkazuje Wam kochać, marzyć, śnić, żyć kolejnym dniem lub teraźniejszym tak mocno jak gdyby jutra miało nie być. Musicie pokładać nadzieję w pracy, zysku, dostatku. Kłaść podwaliny z własnych ciał. Jak cegły pod budowę świetlanej gospodarki. Kochacie kicz i tęczowość sztuki upadku. Czegoś na wzór muzyki, poezji i kina. Śmietniska, odrzutu przemielonego z farsą. Czegoś co wywołuję u mnie nawet nie obrzydzenie. A strach przed zidioceniem. Nie ma miejsca dla człowieka. Dla idei. Wszystkich mesjaszy ukrzyżowano. A człowiek współczesny, spalił i obrócił w pył swą cywilizację. Cóż Ty sztuko uczyniła młodym, że płonie na stertach papier zapisany przez wieszczy? Pękają, łamane pod butem i na kolanie płótna smutnych, sensualnych pejzaży, naturalna nagość i intymność aktów, sceny batalii i potyczek. Pędu końskiego i huku samopałów. W domowych świątyniach, rozwidlonych zza okiennych rolet, nikłym światłem ledowych lampek. Na podręcznych, kilkudziesięciocalowych ekranach, przebiega życie przez palce, zajęte baraszkowaniem w słonych przekąskach. Podzielone jest na odcinki, sezony i sagi. Saga o ludziach, którzy ludźmi już zwać się się mogą. Nastał dzień gniewu znany z księgi. Nie Bóg jest winowajcą. Nie Szatan nawet. A człowiek, innowacja i postęp. Lecz po katastroficznym pożarze i trzęsieniu ziemi. Zaszło jak zawsze słońce za krwią nabiegły, zachodni horyzont. Władztwo objęła noc. Zimna, lodowata, mgielna. Z tej mgły gęstej, wychynęły postaci. Byli podobni do ludzi. Dzikich, pierwotnych, pierwszych. Lecz mimo wrzasków i krzyków niepodobnych do żadnego języka, mimo pijaństwa, palenia opium i wolnej syfilisowej miłości. Byli elitą i dziećmi upadku, który zrodził największy triumf. Dla nich nic znaczy wszystko. Koniec jest początkiem. A forma i styl są nienaganne. Żyją poza światem widzialnym. Świat kiedyś ich szukał. Pytał do czego są mu potrzebni. Odpowiadali. Do niczego. Nie Tobie. Nie innym. Kochamy tylko siebie i sztukę. Niech żyję sztuka! Pełna brutalnego naturalizmu. Pełna zgnilizny, śmierci i zgorszenia. Pełna pytań bez odpowiedzi, egzystencjalnego bólu istnienia. Pełna szoku, oporu i odrzucenia. Indywidualności ducha. Pogrzebu za życia. I trucizny współżycia społecznego. Dekadencki bal owładnął ulice, pełne tych postaci i tańczyli oni tak w narkotycznym upojeniu aż do brzasku. Zbudziłem się dość nagle i niespodzianie. Ranek musiał być w pełni bo słońce stało już dość wysoko. Rozejrzałem się wokół i szybko zorientowałem się gdzie byłem. Spędziłem noc tym razem nie w piwnicznych odmętach kamienic rynku, nie w pustostanie na granicy lasu a w samym centrum parku miejskiego, naprzeciw już nieczynnej z racji pory roku fontanny. Biała, zgrabna, jesionowa ławeczka służyła mi za łóżko a brudny tobołek z garstką moich rzeczy urósł w potrzebie do rangi poduszki bezdomnego. Usiadłem z trudem, kaszląc przy tym. Otarłem zaróżowioną twarz obrośniętą siwą, skołtunioną brodą. Blade, ledwie błękitne oczy trwały jeszcze w odmętach pijackiego snu. Zatarłem je brudnym rękawem. Od razu poczułem się lepiej. Bardziej trzeźwo. Pomiędzy dziurawymi butami, walały się zeschłe liście i gałązki, strącane przez ostatnie dni silnym wschodnim wiatrem. Było jednak przyjemnie ciepło jak na początek października. Właśnie październik. Początek roku akademickiego. A park był usytuowany zaraz naprzeciw akademickiego miasteczka. Ludzi była wokół masa. Większość stanowili uczniowie i studenci, śpieszący na zajęcia i lekcję. Wielu z nich przycupło na ławkach wokół mnie i czytało notatki lub zlecone przez profesorów książki. Inni jedli spóźnione śniadanie a część po prostu odpoczywała, obojętna na wszystko, z dymiącymi papierosami w dłoniach. Wsłuchani w rytm obudzonego miasta z którym wetknięta w jego centrum przyroda nie mogła konkurować. Już miałem wstać i ruszyć przed siebie tak daleko jak nogi poniosą, lecz ujrzałem dosłownie naprzeciw siebie postać młodej kobiety zaczytanej w książce której okładka i tytuł, wywołały u mnie gęsią skórkę i odruch wręcz wymiotny. Dziewczyna mogła mieć co najwyżej osiemnaście lat co klasyfikowało ją szybciej na uczennicę liceum niż studentkę. Była istotnie urocza i urodziwa. Długie blond włosy opadały jej wręcz na kolana gdy była pochylona nad lekturą. Zielone, duże oczy. Skakały ze słowa na słowo, widać urzeczone i pochłonięte przez wyimaginowany świat w nich zawarty. Rzęsy miała pięknie wydłużone makijażem a brwi nakreślone idealnie wąska linią podkreślały jej wspaniałe rysy i nieskalaną młodość cery. Czy może mi panienka powiedzieć, czy nadal w szkole uczą, że on wieszczem i wielkim poetą był? Pierwej nie oderwała nawet oczu od lektury, ale wreszcie odpowiedziała, choć tak chłodno i obcesowo, że aż pożałowałem pytania. Uczą tego nadal drogi Panie. Uczyli zapewne i w Pana czasach, uczą teraz i za dwieście lat nadal będą. Wielkim poetą był. I basta. Aż nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Panienka wybaczy ale wierutne to brednie. Ballady, romanse, epopeje… brednie, brednie, po stokroć brednie, w które wierzyć może jedynie ciało i serce młode. Naiwne i nie znające życia. Uczucia, miłości, rzędy dusz, małe i wielkie improwizacje. A małe i wielkie są tylko kłamstwa tej całej romantycznej hucpy. Ale ma panienka jeszcze czas się przekonać na własnej skórze, choć nie życzę tego z całego serca. Dziewczyna aż poczerwieniała ze złości. Pan widać kloszardowy krytyk i literat pierwszej wody, skoro kultura klasyczna Panu tak nazbyt uwiera i wadzi. Cóż zatem powinnam czytać wedle pana mniemania, co mi nie zniszczy serca i duszy nie wyda na pułapkę kłamstwa. Co Pan niegdyś czytał i skończył w rynsztoku? Panienka jest już duża i powinna czytać prawdziwą literaturę. Modernizm jest jedyną ścieżką i lekarstwem. Baudelaire, Verlain, Poe, Przybyszewski, Grabiński… Pan każe czytać mi szaleńców! Wariatów i ludzi obłąkanych. Czytać ich tylko po to by samemu zjechać po równi pochyłej ku szaleństwu. Widać Panu z nimi po drodzę i pod rękę. Wygląda Pan jak oni i ich bohaterowie. Ja jestem ich epoką Droga Pani. A czy zna Pani poetę z naszego miasta. Miał na nazwisko Tracy. Zaginął lata temu. Niektórzy twierdzą, że umarł. Tracy… ten świr udający w swych utworach, że żył przeszło sto lat temu, zresztą podobno jego mieszkanie wyglądało tak jakby mieszkał tam Dostojewski a nie on. Czytałam kiedyś kilka jego wierszy. Przerażająca lektura. Depresja, lęk i upadek człowieka. Ponoć chodził codziennie na cmentarz by szukać samotności i weny. Czasami spał między nagrobkami Wyruszał samotnie w nieznanych kierunkach tylko po to by gdzieś pośrodku lasu, mieszkać w szałasie tygodniami Tylko po to by pisać. Podobno zastrzelił się pewnej zimowej nocy na cmentarzu. Pochowano go jako nn bo tak sobie życzył. Ale grobu nikt nigdy nie widział. Przeraża mnie Pan i pańskie autorytety. A więc nie będę już przeszkadzał w lekturze. Wstał piękny dzień więc i mi wypada wstać i iść, szukać swego grobu. Za dnia szukam śmierci a nocą tonę w objęciach balu nihilistycznych figur. Nigdy nie wiem czy na cmentarzu, wreszcie wychynę z bezimiennego grobu, czy w trumnie z kochanką o twarzy zabranej przez rozkład będę łaknął i pragnął jej krągłości rozkładu, którymi karmię swą wenę zbrukanego, przeklętego poety. Wtedy widać mnie poznała i zemdlała. A ja podszedłem do niej, wyciągnąłem z jej zimnych lekko wilgotnych dłoni książkę wieszcza i wyrzuciłem ją do kosza obok ławki. Uchyliłem jej ronda na pożegnanie i ruszyłem na cmentarz do swego bezimiennego grobu.- 9 odpowiedzi
-
6
-
- dekadentyzm
- dekadencja
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Milczy. Barowa śpiewaczka. Choroba zmogła jej synka. Leżał w łóżku na piętrze. Sny mu opowiadała z marmuru doniczka. Na niemoc duszy nic nie pomoże matczyna troską. A głos dusz już woła do siebie. Na zapomniane przez Boga moczary. Kwiatu nie powąchasz. Wina czary nie uchylisz. Z mołodycią nie zaznasz już młodzieńczego spełnienia. Kostucha już Ci zamyka oczy i ciemne zakłada okulary. Anioł spłynął z fresku na ostatnią spowiedź. Z pergaminem boskiego wykładu. Męczennicy chłoszczą się, wersetami z Biblii i Koranu. Słychać tylko płacz, miast świergotu ptaków. Olejki pachną sosną i esencją rumianu. Może Cię wskrzeszą słowa uroków. Echo ostatniego tchnienia. Tylko dla natury słyszalny odgłos. Mogiła jeszcze świeci pustką. Oparł się krzyż o mur ogrodowy. Krąży noc po włości. Skrzydła rozwinął Tanatos. Idą w orszaku przyjaciele, rodzice i wdowy. Znaleźli jeszcze pożegnalny list. Dla samobójcy tylko klątwa zostaję i na mogile demonów msza. Rozbierze Cię z tego grzechu robactwo i masa glist. Przemielą młodość na kompost. Triumf śmierci Cię synu rozgrzesza.
-
Wyłączyłem lokalizację. Kto będzie mnie szukał, skoro próżno szukać w historii połączeń jakichkolwiek kontaktów. Kiedy dzwonek u drzwi wzbudza nie radość. Nie ciekawość. A jedynie lęk. Jeśli już przyszedłeś mnie odwiedzić to zapal znicz w progu. Najlepiej biały, lekko pękaty i nieduży. Z żałobnym aniołkiem na froncie. Wiesz, zawsze wyobrażałem sobie, że chociaż anioły będą za mną płakać. Ale kto wie czy pierzaste, białe chmury są mi przeznaczone. Tak nie po drodze mi do nieba. Choć spisując nieraz rachunek sumienia, dochodziłem do wniosku, że odpokutowałem. Z nawiązką nawet. Całe życie było mi tylko biczem, który gonił mnie jak wieprza na rzeź. Po ostrej stromiźnie, ku szczytowi Golgoty. Obok znicza połóż kwiat. Jedną, samotną, białą różę. Nie bukiet. Nie wiązankę strojną i bogatą w detale florystycznych dziwadeł. Samotną różę. Jak ja. Mieszkanie zapuszczone do cna. Ciemne i zimne. Jest cmentarzyskiem. Pochowane są tu wszystkie moje cele i marzenia. Wszystkie dawne miłości i wspomnienia. Dziecka, które umarło na chorobę nieuleczalną. Na ostre zapalenie duszy. Zjadły ją. Mrok i żałoba. Samotność, której nie był w stanie przezwyciężyć. Której wtedy nie rozumiał w pełni. Nie rozumiał wszystkich drwin i szyderstw pod swym adresem. Nie chciano by był. By istniał. Wiedział, że to przez to, że był inny. Pewnego dnia żałobna mgła, zabrała go. Umarł. Nawet nie wiedząc o tym, że przyszła już śmierć. W dniu w którym odszedł, narodziłem się ja. I wszystko stało się jasne. Wiem kto i dlaczego wydał na niego wyrok. Kto go zgładził. Minęło przeszło dwadzieścia lat. Jak na nekropolię przystało, jego grób znajduje się w jej starej i praktycznie nie odwiedzanej części. Dopóki miałem siły, dbałem o to by spoczywał godnie. Stawiałem też aniołki i różę Teraz salon jest zarośniętą, zakurzonymi pajęczynami graciarnią. Z butwiejącą od wilgoci podłogą, rozoranymi głębokimi pęknięciami, jak bliznami, wypłowiałymi ścianami. Nocami domostwo płacze, wyje i skomle. Recytuje, cmentarne makabreski. Czasami i ja uczknę z nich natchnienie. Do nowego wiersza. W bezksiężycowe noce, siedzę oparty o swój nagrobek. Rozmawiam cicho sam ze sobą. A może z duchem samotności? A może z demonem pogardy? A może z jego dziecięca duszyczką? Spoczywam w grobowcu, w samym centrum sypialni. Trumna już jakiś czas temu skruszała od upływu czasu. Kiedyś za życia była łóżkiem. Nie opuszczam już swego grobowca. Mam w nim zamontowane okienko. Przez, które czasami wyglądam tylko po to by popatrzeć jak świat się zmienia. Bo wiem, że ludzie nie potrafią. Duchy muszą być przywiązane do miejsc. Dlatego nie zaglądam już za drzwi wejściowe. A raczej bramę cmentarza. Nie zobaczę więc znicza ani róży. Ale będę rad, wierząc w to że pamiętasz by choć w rocznicę je tam umieścić. Jeśli Ty ufasz i wierzysz w to, że trwam w bezdni swego grobowca. Wracając zmów modlitwę za mnie. Ku pamięci i za spokój duszy czyśćcowej.
-
Grób nieznanego poety skąd się wzięła ta mogiła czyje kości w sobie kryła Ile mogło minąć wiosen nim znalazła się wśród sosen krwią i pyłem przybrudzona głuchą ciszą ozdobiona gdzie bukiety się podziały czy tu znicze ongiś stały zali jeszcze kto pamięta że tu żałość mchem muśnięta leży w pnączach dzikiej flory raptem drozdów zna utwory ile w świecie takich dusz których ikrę osnuł kurz łączy je to jedno miejsce w którym pamięć plecie wieńce gdzie w agonii pada nadzieja póki śmiertelnik czerń przywdziewa gdzie cień ducha niesie w czeluści dopóty kto z serca ostatek wypuści co się w ludzkim sercu kryło kiedy kruche jeszcze biło wszystko to ukryte w wersach w podlewanych łzami wierszach to poetę tutaj skryto godność jego mchem przykryto wiecznie żywe co się tliło serce rymy krwią kreśliło w piórze płonął krzyk rozpaczy słyszy ten kto krzyż obaczy własnym sercem co głębokie jako woda wnet szerokie co by cierpiało z ginącymi kwiatami co by płakało z cudzymi łzami
- 1 odpowiedź
-
2
-
- wysokawrażliwość
- współodczuwanie
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Marmur różowym światłem dziwnie jaskrawieje, Groźnie syczy piaskowiec pąsowo rozgrzany, Łzą pylistą i płową powoli kruszeje, Słabną kościelne mury, pałacowe ściany. W rytm huku drżą kolumny wysmukłe i białe, Jak brzoza osaczona rudym wielogrzmotem, Z wolna chylą się wieże, w dymie pociemniałe, Dachówki odpadają z kolczastym łoskotem. Katedra wśród tańczących, łakomych płomieni Wieńcem blasków, welonem dymów otoczona, Pocałunkiem upału zatruta śmiertelnie Kamienną skargą szumi, trzeszczy - wreszcie kona. Gruzy kryją nadzieję, miłość, żal i wierność, A całun na nich kładą – błękitnawe cienie…
-
Trzy tysiące wybuchów niebiosa rozdarły, Rozcięły promieniście - na milion kawałków, Zmieniły twardość murów w kruchość katafalków I żywą wieloznaczność – w jednoznaczność martwą. Czerń z barwą przetopiły na wspólność szarości, Kanciastość i okrągłość – na bezkształtu jedność, Słuszność wraz z wątpliwością, wierność i niewierność Zjednoczyły w bezformie odłamków i kości. A gdy umilkły gromy kolczaste i złote, Strzępiasto karminowe, błękitnie kłujące, Nad grobem niespełnienia, mogiłą tęsknoty Wstało w pokutne szale przyodziane słońce. Łzami krwawo – sinymi rzewnie opłakało Niewinność pogrzebaną i bezbronność małą…
-
Złocistorude ostrze – huku i ciśnienia Wbiło się w ścian wysokich delikatne ciała, Obróciło dostojność w ulotność zetlałą, Wielonietrwałość istnień – w jedność nieistnienia. Przemieniło strzeliste i zgrabne kolumny W białosrebrnych okruchów smętną niezliczalność, Mądre słowa ksiąg świętych – w sadzy nadrealnosć, Poetyczność katedry – w prozaiczność trumny. A gdy grzmoty pąsowe i krwawe ucichły, Drobne dziecięce kości, daremne modlitwy Zostały pod szczątkami strzępiasto szarymi Zburzonego kościoła – na zranionej ziemi. Nad tym grobowcem wielu, śnieżnie obłóczonym Żałobną pieśń zagrały – czterech wiatrów dzwony…
-
Sposoby na zabójstwo bezbolesne samobójstwo. Duszy rozdarcie przypomina uparcie, o fakcie oddechu, Na to nie ma leku... Leżąc nocą głosy bełkocą. Żyły podcinają szczęście wyganiają. Wcale nie ranią. Wcale nie mają. Wymęczyć próbują, plany złowieszcze knują. A ja się z nich śmieję, gdy w oczach truchleję. Łzy ocieram ataki odpieram ale ileż można? Niedługo- o świcie- Nastąpi me gnicie. Mimo wieku młodego, świętego, palącego... Położę się w grobie... A może już to robię?
-
2
-
- samobójstwo
- ból
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
lament byle kogo w zaciszu własnego serca
koralinek opublikował(a) utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
kto mi odpowie nikt mi nie odpowie tylko cisza jak w zamkniętym grobie grobem moje serce uczucie me skostniałe Panie czekam na Zmartwychwstanie...- 2 odpowiedzi
-
4
-
Co stanie się gdy czas chłodną chustą zakryje twarz pod matczynym całunem przyjdzie spocząć nam i resztki siły skradnie której tak niewiele było Co się stanie? wzlecimy ku niebiosom czy utuli nicość i mgłą zapomnienia okryje I aby fotografie na marmurze dawać świadectwo będą,że byliśmy i marzyliśmy