-
Postów
772 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Simon Tracy
-
Szare eminencje
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Przy okazji tego utworu stworzyłem sobie kolejne alter ego. Żerebcow ma już swoją historię i pełny życiorys. Będę go wykorzystywał jako narratora i bohatera do kolejnych utworów w duchu sowieckiego realizmu.- 3 odpowiedzi
-
1
-
- proza poetycka
- sztuka
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Otworzyłem obitą i zdartą szufladę, dębowego, zabytkowego biurka. Narobiła hałasu jak zawsze, gdy potrzebowałem jej nieocenionej pomocy w ukryciu kolejnej mojej ofiary. To jest, maszynopisu zaczętego ledwie rozdziału książki, która kuła nie tylko moje, przekrwione i wypełnione obawą oczy autora. Ale szczególnie zainteresowałaby tych z góry. Recenzentów, wydawców, edytorów a w szczególności cenzorów. Oni najchętniej cisnęliby ją w ogień a mnie do celi na Kriestach a potem kula do nogi lub do głowy. Droga na Kołymę lub do ziemnej dziupli grobu. Poeta-śpiewak wśród ludu. Pomazaniec boży między szarakami. Król Lir, siedzący jednak na tronie ze szpilek i gwoździ, zamiast na kremlowskim tronie czerwonego terroru. Mimo środka, krótkiego styczniowego dnia, w pokoju panował półmrok. Wszędzie tylko szare kontury mebli, czarne zagłębienia i zaułki, ciemne dusze postaci na ścianach, które słuchają każdego osobnego oddechu i raportują o nim dalej. Dzień i noc. Drzwi były liche, miękkie, prześwitujące. Nie spełniały się w roli zachowania intymności. Zamek nie był w pozycji zamkniętej. Każdy mógł sobie wejść i przeszukać pokój, moje ciało i duszę. Nie miałem nic do ukrycia. To maszyna wypluwała z siebie litery i całe zdania. To szuflada kolaborowała z zachodem. Ich zesłać do łagrów a poetę zostawić w spokoju. I tak zdechnie. Bo jaką może mieć inną rolę w teatrze czerwonych kukiełek? Sięgnąłem po butelkę samogonu, czekającą cierpliwie na swą kolej. Pociągnąłem zdrowy łyk. Duży i łapczywie. Jak dziecko, przywarte do piersi matki. Wreszcie odetchnąłem. Nie z powodu mocy alkoholu a ulgi. Pomoże uciec mi w sen. Nie spokojny i głęboki oraz nie ten kolorowy. Czarno biała projekcja umysłu. Wszystko rozmyte w szarości. Ludzie, drzewa, budynki, place… i serca ludu. Wszyscy wokół solidarnie, umyli ręce. Przemyli swe twarze. I zrozumieli, że jednak można tu żyć. Bez głębi potrzeb. Bez uczuć wyższych. Bez cudownie ocalonych wybawicieli. Ich jedynym prawem była niewola. Złożyłem zbyt mocne okulary i wsadziłem je do kieszeni. Znów straciłem dzień. A może wygrałem kolejny. Wszystko tutaj jest nieoczywiste i stoi na głowie. Nic nie wydaje się zbyt groteskowe. Zbyt fantastyczne. Zbyt niedorzeczne. A jednak świat potrafi płatać dziwne figle. Ktoś zapukał do otwartych drzwi. A więc to już czas. Przyszli i tutaj. Po mnie i mój maszynopis. Cudownie. Otwarte, rzuciłem zbyt srogo i odważniej niż zamierzałem. Drzwi ustąpiły lekko. Klamka zapadła się pod ciężarem czyjejś dłoni. Na granicy progu, stały dwie postaci. Mężczyzna około pięćdziesiątki oraz jego towarzysz… bezsprzecznie był to duży, dorodny, czarny kocur, stojący niczym człowiek na tylnych łapach. Mężczyzna ubrany był w płaszcz podbity futrem, grube walonki i czapę z gronostaja. W ręku dzierżył srebrną, elegancką laseczkę zakończoną głową węża. O dziwo kot nie był jedynie w swym naturalnym futrze. Narzucił na nie całkiem szykowny, z pewnością drogi i dobry gatunkowo smoking. W butonierce spoczywała, żywa, czerwona róża. Nie miał na łapkach butów, lecz na łebku spoczywał mu, skórzany, wąski cylinder, przepasany białą, jedwabną wstęgą. Dopełnieniem stroju był biały długi szal oraz tożsama lecz krótsza laska, tak jak w przypadku mężczyzny. Pierwej patrząc na nich pomyślałem o trupie cyrkowej lub jakimś niesmacznym żarcie biura politycznego towarzystwa literatów. Mężczyzna miał wzrok ostry i nie lubiący sprzeciwu ani walki. Objął nim najpierw pokój a potem mnie. Wstałem jak uczniak do odpowiedzi, bo i spodziewałem się od niego pytań. Wy obywatelu jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Tak, odpowiedziałem pewnie jak na apelu. Chciałem dodać jeszcze a wy, ale jakoś język ugrzązł mi na zębach. Mężczyzna i kot weszli śmiało jak do siebie. Wystawili prawicę na przywitanie a ja uścisnąłem je, może trochę zbyt mocno. - Nazywają mnie Mistrzem, obywatelu Żerebcow a to mój przyjaciel … ekhmm … - kot chrząknął tak jak gdyby chciał dać znać Mistrzowi by ten się nie zagalopował i nie powiedział zbyt wiele na wstępie - No tak… ma imię lecz nie lubi się nim dzielić. Jest bardzo znane, jak i on sam. Lecz nad wyraz stronnicze i nie wiedzieć czemu pejoratywne w odbiorze przez ludzi. Kot uśmiechnął się tajemniczo lecz miał przez chwilę dziwnie zły błysk w oku. - Rozumiem, że jest pan oficerem i Mistrz to jedynie przykrywka. To oczywiste. A kolega kot. Kamuflaż doskonały. Zapewne mój kat a może zbawca. Ale obiecuję iść dobrowolnie, nie róbmy niepotrzebnej hucpy. Aha… przeszukanie jest zbyteczne. Maszynopis jest w szufladzie biurka. Drżyjcie, palcie, depczcie. Wszystko jedno. Kula i tak czeka. Mistrz udał się do wskazanej szuflady i wyjął bezsprzeczny dowód zbrodni, ale i powód do kary. - Ten maszynopis macie na myśli obywatelu Żerebcow? My w tej sprawie właśnie. Nie sądziliśmy, że pójdzie jak z płatka. Zamiast jednak kuli w skroń czy potylicę mamy dla Was coś lepszego i nie mam na myśli carskich wczasów na Kołymie. Kot przejął maszynopis, poślinił łapkę i przekartkował całość strona po stronie. - Wspaniała robota Żerebcow. Macie talent i nie boicie się wsadzać kija w mrowisko lub szybciej w ul pełen wściekłych os. Za to jest wyrok śmierci. - podsunął mi książkę pod nos - Ale ja mam dla Was umowę. Wy podpiszecie a mój szef to wyda. Mało tego, nie wyda Was Żerebcow. Będziecie wolni, będziecie mistrzem jak ten tutaj - wskazał na Mistrza z uznaniem i szacunkiem - Podpiszę choćby i wyrok własnej śmierci. Nie boję się niczego. Kot wyjął zza klapy smokingu staromodny pergamin z dwiema pieczęciami u spodu. - Oto kontrakt. Jest trwały… wieczny i jego postanowienia nie podlegają żadnym późniejszym zmianom ani modyfikacjom. Wy mistrzem a mój szef panem i władcą waszej … ekhmm Tym razem Mistrz uciszył Kota. Ten zrozumiał rychło swój błąd i dokończył - Twórczości i talentu … bo przecież nie duszy - uśmiechnął się pod długim wąsem. - To co podpisujecie obywatelu Żerebcow? Wziąłem pióro ze stołu i już chciałem nachylić się do złożenia podpisu, gdy Kot chwycił mnie za przegub. - Jeśli można to wolimy podpis krwawym atramentem. To nie boli. - Mistrz wyszedł przede mnie. Trzymał w ręku lekko zakrzywiony nóż. Naciął nim skórę na moim serdecznym palcu i przyłożył go do pergaminu. Krew się zagotowała i zostawiła trwałe odbicie linii papilarnych. Kot podpisał piórem obok znaku. Podpis brzmiał, Behemot. Diabeł czy nie Diabeł było mi wszystko jedno. - Teraz czekajcie na decyzję Towarzystwa Literatów. Dobrego dnia. Zwinęli cyrograf, zabrali maszynopis. Ukłonili się serdecznie i zniknęli za progiem. A ja wiedziałem, że Diabeł nie tkwi w szczegółach, nie w sztuce a w duszy każdego z nas.
- 3 odpowiedzi
-
5
-
- proza poetycka
- sztuka
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Zaproszony. Opowiadanie
Simon Tracy odpowiedział(a) na Lenore Grey utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Ja z początku przekręciłem imię na Baobab i się zastanawiałem skąd wzięłaś tylu entów i dlaczego jedzą ser :) -
Zaproszony. Opowiadanie
Simon Tracy odpowiedział(a) na Lenore Grey utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Najbardziej intryguję mnie postać gospodarza obiadu i jego licznej rodziny. -
Strażnica praojca
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Demon w tym wierszu to poeta wyklęty a ród o którym mowa to wszyscy poeci wyklęci na przestrzeni wieków. Dlatego nie ma żadnego powiązania między nimi oprócz skalanej poezji.- 4 odpowiedzi
-
Na przestrzeni wszystkich tych wieków, łączy was tylko ta jedna rzecz. Nazwisko? Posiadłość? Herb? Nieskończona samotność i objawy destrukcyjnego szaleństwa. Ktoś, kiedyś dawno, przeklął cały ród. Dziwny to ród w którym brak małżeństw, potomstwa czy więzów krwi. Brak drzewa i sagi rodzinnej. Skąd wzięło się tak zepsute nasienie? Kto był praojcem stworzenia tej genetycznej degeneracji? Matroną była senna muza. Zwid umysłu, ogarniętego bólem istnienia. Jej ciało było zbezczeszczone przez bluźniercze potrzeby zmysłów. Była blada, gnilna, pobita i gwałcona. Żyła choć jej członki i oczy były martwe. Serce wyrwano jej okrutnie i zastąpiono klątwą bestii. Niegdyś jeszcze potrafiła płakać nad swym losem. Łudząc się tym co kłamliwie materializował jej świat. Pokazywał jej kwiaty na łąkach wiosennych, ogrody i sady pełne krasnego owocu, ludzi beztroskich i wolnych. Serdecznych przyjaciół. Zjednoczone rodziny. Sprawiedliwych ojców i kochające matki. Taki był świat za szkłem. Granicy bytu. Ona miała tylko zaświaty. Pełne pyłu, kurzu, czarnych kikutów drzew. Rzeki spienione krwią. Zamiast kwiatów, trupy wzdęte od rozkładu, kwitły słodką wonią śmierci. Wędrowała przez puste, skruszałe wioski. Miasteczka rozpalone ogniem nie ognisk domowych a pożogą moru. Miasta o olbrzymich murach i wieżach. Czarne jak noc. Zwiewne jak mara. Tam mieszkały demony, które czasami prosiła o pomoc w starciu z ludźmi z powierzchni. Krążyły legendy, że tam za murami twierdzy, za pustynią nieposkromionego wichru, za płaskowyżem zimnego żalu, za oceanem łez niewinnie przelanych. W strażnicy wykutej z pierworodnego ognia nienawiści. Mieszka ON! Demon, którego nie dotykają myślą Bogowie. O którym nie mówią kroniki i sagi. Ten który przybył tu przed powstaniem czasu i materii. Kurhan jego usypany z wyschniętych czaszek niedoszłych herosów, którzy przed eonami rzucili mu niebacznie wyzwanie. Spoczywa w grobowcu zakopanym aż do trzewi ziemi. Płytę nagrobną zdobią, srebrne słońce i złoty księżyc. Nad kurhanem roztoczyła wieczny cień, samotna góra. Martwa i milcząca bazaltową pustką. Śpiewa mu pieśń o zagładzie cywilizacji. Muza wie dobrze. Czuję to w sobie. On to wszystko stworzył. Wraz z nią. Ona go do tego zmusza. By pisał poezję z bezdni swego grobu.
- 4 odpowiedzi
-
5
-
Prezent z nieba
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Christine Dziś zbudowałeś sobie cały świat i bohaterów do tego uniwersum, więc można się spodziewać opowiadania w niedługim czasie -
Prezent z nieba
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Może najdzie mnie kiedyś na krótkie opowiadanie w tym duchu. -
Nie wiedziałem, że jesteś kuloodporny. Ja też nie. Ale widać mam grubą skórę i co ważniejsze głowę na karku. Nie wychylam jej bez potrzeby. Tętnica jest cała. Rana jest dość płytka. To bardziej szrama. Odkażę ją spirytusem. Zaciśnij zęby. Poczułem najpierw silną i gryzącą woń alkoholu a potem płomienny ból po zewnętrznej stronie uda. Nie zacisnąłem zębów. Przeciwnie, wylał się zza nich potok urągań i przekleństw na matkę, babkę i ojca medyka. Sam musiałem się znieczulić, więc pociągnąłem zdrowo z bukłaka. Wino jak ciemna krew, polało mi się z ust na rudą brodę z niej na pancerz i dalej ku klepisku pracowni alchemika. Otarłem się rękawem i splunąłem pod nogi. Trzeba szyć? Nie. Ale zostanie solidna blizna po zrośnięciu. Demony wypaliły Ci swój znak. Kula była bez wątpienia zatruta jakimś pradawnym, piekielnym zaklęciem. Z wiekiem straciłem nie tylko masę sił i refleks. Najgorsze, że utraciłem protekcję Najwyższych. Teraz jestem persona non grata zarówno na górze jak i na dole. A i na ziemi mało kto jest na tyle odważny, bądź prędzej szalony by spojrzeć mi w oczy. Nie mówiąc o rozmowie czy podaniu ręki. Przecież jesteś jak pradawna, zaginiona arka, nikt bez poniesienia śmiertelnych konsekwencji nie może Cię dotknąć. Czyżby? Właśnie przemywałeś mi rany, gołymi rękoma a na przywitanie uściskaliśmy się jak bracia. Alchemik wybuchł nerwowym chichotem. Przecież to Ty sam przybyłeś do mnie po pomoc. Zresztą wiesz jak jest. Znamy się od tysięcy lat. Niełatwo zrobić mi krzywdę. Nie twierdzę, że jestem nieśmiertelny. Ale moc kamienia wystarcza bym tak się czuł. Wiem, wiem. Mógłbym wyrwać Ci łeb. Rozczłąkować ciało toporem, wyciąć jajca i wsadzić je psu do gęby a Ty i tak złożyłbyś się po chwili niczym dziecinna układanka do kupy. Cholerna, filozoficzna esencja. I pomyśleć, że byłem tak głupi, że podwędziłem Ci kiedyś fiolkę i wypiłem z nadzieją, że nigdy nie umrę. Cóż… podziałało. Całkiem przystojny z Ciebie kawaler jak na przeżyte lata. Choć wiemy, że nawet pył z Ciebie nie powinien już nawet istnieć. Mało tego, imię powinno przepaść w odmętach wieków. A Ty nadal w świetnej formie. Pijesz, bijesz, gwałcisz i mordujesz. Wszystkich jak leci. Twój miecz i honor służy temu akurat, kto ma zasobniejszą kiesę w danej chwili. Gorzej gdy pieniędzy niestatek a Ty zarzucasz podwojenie kwoty. Wtedy przemawia przez Ciebie tylko śmierć. Tylko ją kochasz i jej służysz. Dlatego ostatnio dostajesz bęcki od każdego klanu, królestwa czy związku państw. A nawet Najwyższych. Fakt, że niewiele mogą zrobić, ot kilka blizn magicznych na Twej muskularnej posturze niedźwiedzia. Nie powinni się wtrącać, już nie jestem ich dzieckiem. Dziwisz się im? Stworzyli Cię po to byś udał się do raju i zabił węża nagabującego pierworodnych do grzechu a Ty wszedłeś z nim w spółkę, wymordowałeś wszystkich mężczyzn i w nagrodę przygarnąłeś sobie kobiety. Stąd wszyscy są teraz Twoimi potomkami. Stąd w genach ludzi chęć mordu, przemocy i wojny. To nigdy się nie skończy. Tak jak Twoje życie. A mimo to Najwyżsi przebaczyli Ci i od czasu do czasu mają dla Ciebie jakąś robótkę. Szaleńcy. Lepiej polej mi wina. Zostanę u Ciebie kilka dni. Aż rany się zasklepią. Cynowy puchar z trunkiem znalazł się w mojej prawicy. Przepiłem kilka podobnych rzędem. Alchemik opowiadał o ostatnich wieściach i plotkach w księstwie. Zrobiło się dość błogo i sennie. Czas płynął a ja raczyłem się wyśmienitym winem. Obudziło mnie walenie do drzwi. Zerwałem się z łóżka. Widać udało mi się do niego jakoś dotrzeć. Topór miałem w gotowości. W drugiej ręce połyskiwał krótki i wąski sztylet. Alchemika nigdzie nie było. Zostawił mnie? Zdradził? A może to on się dobijał? Pociągnąłem za zasuwę tak mocno jak tylko mogłem. Drzwi wręcz przefrunęły tą krótką odległość. Gotowy do zadania cięcia wychynąłem do wąskiej gardzieli porannego światła. To nie był alchemik. Nie był to strażnik, żołnierz gwardii, najemnik ani wynajęty zabójca. Była to dziewka, lecz nie taka pierwsza lepsza dorodna dziewoja spod bazarowego kramu czy miejskiej studni. Nie księżna i nie murwa. Choć to ostatnie byłoby najbliższe prawdzie. Bo spotkanie takiej jak ona było gorsze od zarażenia się syfilisem. A z pewnością równie śmiertelne dla kochanka. Był to demon w najpiękniejszej, nieludzko idealnej skórze. Kamuflaż był jej sidłami, które nie miały w zwyczaju wypuszczać ofiary bez uprzedniego zatracenia w szaleństwie i obłąkańczo, okrutnej śmierci. Angelisy były pełne pożądania. Niestety równie silnej pogardy, zemsty i chęci mordu. A ta była, sądząc po masce jaką przywdziała. Przeznaczona mi i tylko mi. Miała długie, opalizujące, czarne jak grudniowa noc włosy sięgające bioder. Piersi małe acz jędrne, ukryte pod ciasnym gorsetem sukni. Była wysoka i szczupła o talii gładkiej i symetrycznie wydłużonej. Stalowo, błękitne oczy. Idealnie zimne i bez wyrazu, przeszywały spojrzeniem lodowatej grozy. Ciemne piegi pod nimi i ledwie zaróżowione usta pozbawione jakby wystarczającej ilości krwi budziły dzikie pożądanie. Jej głos jedynie zdradzał nieludzkie pochodzenie. Był twardy, władczy, lekko ochrypły i zupełnie pozbawiony emocji. Najwyżsi wzywają Cię na audiencję. Zapewne zlecą Ci jakieś nowe zadanie. Mam obowiązek sprowadzić Cię do Raju. Angelisy władają szczególnie okrutną, demoniczną magią, której my mężczyźni nie możemy się oprzeć. Mi również jej wpływ mieszał delikatnie zmysły. Choć widywałem te demony często to jednak i ja musiałem się wreszcie złamać i ponieść zwierzęcemu instynktowi. Z dwuznacznym uśmieszkiem objąłem ją wzrokiem i nonszalancko dodałem. Wejdź demonie i rozgość się. Wszystko w swoim czasie. Pójdę do Raju za Tobą, jeśli Ty sprawisz staremu wojownikowi nieopisaną radość i udasz się ze mną na górę. Obiecuję, że nie spadnie Ci włos z głowy i nie uszkodzę tego ponętnego ciała ostrzem broni. Ale pozwól, że to najpierw ja zaprowadzę Cię do Raju i to nie raz i nie dwa. Akurat my mamy całą wieczność. Oddasz mi się posłusznie a pójdę i za Tobą na śmierć. Spełnię fantazję którymi mnie kusisz a potem przekażesz mnie Najwyższym. Przeczuwała taki obrót spraw. Gardziła męska, prostą chucią. Ale wiedziała że droga do Raju w tym przypadku wiedzie jedynie przez łoże. A ona zawsze wykonywała rozkazy. I zamierzała sprowadzić go do celu. Nie bacząc na cenę oddania. Postąpiła przed nim na schody a potem do alkowy. Niedługo potem ciche domostwo wypełniło się jej jękami i krzykiem. Zamierzałem dokładnie wykorzystać prezent od Najwyższych. Mając z tyłu głowy jedynie to by Alchemik nie wracał zbyt szybko stamtąd gdzie przebywał. A Bogowie, byli zmuszeni zaczekać na swego krwawego wybawcę.
-
@Berenika97 No dobrze troszkę więcej :) czasami jako rodzimowiercy mi się urodzi taki wiersz.
-
@Berenika97 Znów troszkę słowiańskiego folklor horroru u mnie :)
-
Dokąd się udasz, ptaku?
Simon Tracy odpowiedział(a) na Lenore Grey utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
@Lenore Grey Skończyłem tak dobry tomik, że ciężko mi było się zebrać do czegoś nowego. Dziś u mnie wyjątkowo krótko... prawie jak miniatura w porównaniu do moich tekstów innych -
Dokąd się udasz, ptaku?
Simon Tracy odpowiedział(a) na Lenore Grey utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
@Lenore Grey Wracam tu na portal po ponad tygodniu i bardzo mi brakowało Twoich utworów -
Pająki uschły zaplątane w swe własne, pokryte kurzem sieci. Orły i jastrzębie poszły spać głodne w swych dorodnych, pięknych gniazdach. Psy gończe zagnano na powrót do ogrodzonych ostrą, metalową siatką kojców. Ich kły nie zaznały krwi ofiary. Ich umysł nie upił się w szale agonii jego truchła. Dlatego nadal miały w sobie diabelski amok. Rzucały się na siebie, drąc fałdy skóry i połacie futra. Srebrne kule nadal tkwiły załadowane w magazynkach. Pokryte zaśniedziałym nalotem. Milczące jak skrytobójcze morderstwo. Myśliwi wrócili do domów z niczym ponad uczucie gorzkiej porażki, głębokiej rozpaczy i poczucia bycia wystrychniętym na dudka przez drapieżnika, którego nawet nie widzieli na oczy. Żył nadal. Szlak prowadził po ofiarach jego morderstw. Kluczył, błądził, mataczył, kłamał… znikał. Lecz przecież istniał. Był legendą lecz cielesną i krwistą. W nocnym maglu bezkresnej kniei, błysnęło jego czerwone ślepie. W toni niewzruszonej śladem ptactwa ni ryby, odbiły się jak w zwierciadle rysy jego pyska. Tropy wbite twardo w leśny mech i piach, jak stygmaty raniły boskie gaje. Coś zgrzytnęło u płota. Coś mignęło za szybą okiennicy alkowy. Zastukało cicho w drzwi. Zaśmiało się wraz z wiatrem w polu. Chowając się za stojącą na baczność armią, zamokniętych, mgielnych chochołów. Każdy krzyż można obrócić. Gromnicę zagasić. Pogrążyć Was w postępującym powoli jak trucizna szaleństwie. Tyle razy powtarzacie. Nie bójcie się zmarłych. Bójcie się tych co żyją i stąpają po padole. A jeśli to ciała spokojnie gniją a dusze powstają z mogił? A może byłem pochowany już za życia? Drżyjcie niespokojnie przez czujny półsen. Wasze oczy i tak nie ujrzą. Umysły nie pojmą. A ja podejdę do obejść, by zostawić odcięte głowy ofiar na chat progach.
-
Ofiarny stos
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Rinimod Ikcyżuk Głównym założeniem mojej literatury grozy jest to szczególne odwrócenie symetrii i ról. To przestrzeń i głęboko zepsuty, makabryczny realizm świata są głównym bohaterem a sam bohater jest tylko bezwolną marionetką zależną od ruchów tej przestrzeni. To atmosfera i przestrzeń jest bytem myślącym i przebiegłym a człowiek jest niewolnikiem nie mającym wolnej woli ani możliwości wyjścia innego niż zostało zaplanowane niezależnie od jego woli. Elementy samej grozy czy nadprzyrodzonej fantastyki są nie zakłóceniem a nierozerwalną częścią tego systemu. Czytelnik nie myśli w sposób - przecież to niemożliwe. Myśli raczej - wszystko wokół wskazywało na to, że tak to się skończy. Nazywam to realizmem ontologicznie odpornym gdzie świat jest skonstruowany tak solidnie, że element fantastyczny nie działa jak „zakłócenie”, tylko jak kolejny fakt tego samego porządku rzeczywistości. Hipnotycznie powtarzane wersy i frazy. Oddziaływanie na wszystkie zmysły czytelnika. Utrzymywanie go w ciągłym poczuciu zagrożenia. Jak sam zauważyłeś to czytelnik ma być nitką i musi podążać ustaloną z góry ścieżką do makabrycznego często finału. W moich historiach łącze świat takich pisarzy jak Lovecraft, Grabiński, Schulz z elementami dekadentyzmu, nihilizmu czy nawet greckiego fatum. U mnie nie straszą potwory a psychologia nadszarpniętej natury ludzkiej i pozorne lub nie szaleństwo zmysłów. A jest to bardziej przerażające niż największy nawet potwór. Co do wersów to staram się zachowywać wyważone tempo i akcentować wybrane fragmenty. Tutaj dodaje się to bardzo różnie a mi nigdy nie chcę się tego edytować. Bardzo dziękuję za naprawdę konstruktywny i rzetelny komentarz. -
Ofiarny stos
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Staram się zawsze zaskakiwać w finale -
Ofiarny stos
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey U mnie jak zwykle liniowość fabuły prosto ku zagładzie -
Ofiarny stos
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Są tam elementy horroru, głównie jeśli chodzi o opis kultu Kali i samych kultystów ale jest napisana raczej z perspektywy śledztwa i kryminału. -
Ofiarny stos
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Nie planowałem tego w formie podziału na części, ale możliwe że coś w klimacie indyjskiej mitologii kiedyś napiszę. Polecam "Pieśń bogini Kali" to nie tyle horror co mroczny kryminał grozy. Debiutancka powieść Simmonsa. Dla mnie najlepszą jego powieścią jest "Abominacja" horror oparty o historię pierwszego zdobycia Mount Everestu. -
Pamięci wspaniałego pisarza Dana Simmonsa za jego "Pieśń bogini Kali" i inne wybitne pozycję. Jechałem tutaj najpierw przepełnionym do granic absurdu pociągiem. Sprzed budynku dworca zabrał mnie umówiony wcześniej kierowca. Jechaliśmy wiele kilometrów na północ. Zatrzymaliśmy się pod wskazanym adresem. Kolejny mężczyzna po okazaniu mu pieczęci jaką dostałem jeszcze przed tym gdy znalazłem się w pociągu, wyprowadził mały crossowy motor z prowizorycznej szopy i kazał mi wsiąść. Wyjechaliśmy z miasta i pod wieczór stanęliśmy pośrodku jednej z pomniejszych wsi. Mężczyzna zniknął w pobliskim domu a mi kazał czekać i nigdzie nie odchodzić. Czekałem dobrą godzinę aż nastała noc. Wreszcie drzwi otworzyły się i stanął w nich mój kompan. Zaprosił mnie gestem do siebie. Chwycił za głowę i wyszeptał na ucho. Pieniądze nic nie dały. Nie pomogą nam. Za bardzo się boją. Mieli załatwić przewodnika i słonia do transportu. Jednak spanikowali i nic ich nie przekona do zmiany decyzji. Musimy iść sami pieszo. Czy ktoś Cię widział? Żartujesz? Chyba cała wioska się zleciała. Wszyscy mieszkańcy mnie widzieli. Rozmawiałeś z kimś? Nie. Wymieniłem tylko kilka grzeczności. Widzieli Cię wszyscy, ale jeśli coś się stanie i służby zaczną węszyć to każdy zapomni o tym by kiedykolwiek widział tu białego europejczyka. A więc nie pokładaj nadziei w ich uśmiechach. Nie będzie ratunku ani odwrotu. Wyruszamy natychmiast. Oni już wiedzą i oczekują. Więc ruszyliśmy w drogę. Noc nie dawała ukojenia. Było duszno i gorąco. Lekki wietrzyk nie dawał ukojenia a pył wymieszany z potem pokrywał odsłonięte części ciała i niemiłosiernie powodował uczucie świądu. Księżycowy rogal dopiero wstawał nad horyzontem. Wzrok zawodził zmęczone oczy. Wyostrzył mi się za to słuch i węch. Smród był nieznośnie mdły. Oleisty i zawieszony w każdej cząstce skażonego powietrza. Sterty śmieci zastępowały trawniki i skwery. Dosłowne wieże ery konsumpcjonizmu, wznosiły się, wsparte o ściany domów. Głodne psy i koty. Walczyły zażarcie o każdą reklamówkę resztek, każdy worek odpadów. Szczury piszczały wśród tych stert. Były w amoku podniecenia. Były królami, którzy rządzili tu ostrymi pazurami i zębami. Miało się wrażenie, że przestrzeń ciągle się porusza. I w istocie tak było. Muchy, larwy, szczury, karaluchy, myszy, bezdomni starcy a także małpy i bydło. Wszyscy byli świętym ekosystemem. Religią i porządkiem starszymi niż moja cywilizacja zachodu. To było mrowisko dusz. Slums złożony z pojedynczych trybików systemu kast i zależności. Każdy był tutaj po coś i spełniał swą rolę, choć ja nie widziałem nic poza wykraczającą za ludzkie zrozumienie nędzę i upadek człowieczeństwa. Miliard istnień żyjących w matni nieskończonego koszmaru. Ciekawe ilu z nich zagląda do świątyni? O co proszą boginię? Czy są na tyle zdesperowani by składać jej ofiary? Czy ona słucha i spełnia prośby? Teraz wolałbym już nie znać odpowiedzi. Za późno. Trzeba ruszać. Ominąłem ostrożnie truchło krowy, odarte ze zgniłych resztek mięsa prawie do gołych kości. Było ucztą dla larw. Nawet po śmierci było namaszczone świętością. Absolutnie nikt nie odważyłby się usunąć go z drogi. Przewodnik ponaglił mnie i skręciliśmy za szereg ostatnich chałup, zanurzając się w las. Włączyliśmy słabe czołówki w ich bladym świetle próbowaliśmy kluczyć i wyrzynać dziką ścieżkę maczetami. Las cały czas rozmawiał nie tyle z nami co z całą otaczającą materią. Dźwięki te nie były straszne a raczej hipnotyczne. Duchy nie opuszczały nas na krok. Ci którzy nas oczekiwali, potrafili władać dowolnymi ciałami ludzi i zwierząt a nawet wchodzić w drzewa, krzewy i wiatr. Ich oczy były wszędzie wokół, ukryte za wiarą w rozum a nie świat magii i rytuałów. Szliśmy nie rozmawiając. Byłem tu przecież pierwszy raz w życiu a moje nogi jakby idealnie znały każdy cal drogi. Znów pomyślałem o ich obcej ingerencji. Byli kłębkiem a ja jedynie lichym kawałkiem sznurka. Pozwalałem bezbronnie by nawijano mnie szybciej i szybciej ku prawdzie. Po jakiś dwudziestu minutach las przerzedził się na tyle byśmy nie szli gęsiego a stanęli obok siebie ramię w ramię. Wydawało mi się, że przed nami czerniał zarys jakiegoś budynku a raczej świątyni. I nie myliłem się. Wyszliśmy centralnie na jej front. Nie zapomnę jej widoku już nigdy. Miała wysokość około czterech pięter a szeroka była na jakieś osiemdziesiąt metrów. Kamień do jej budowy pamiętał z pewnością i Buddę i Krysznę. Była majestatyczna i mitycznie, olśniewająco piękna. Od razu można było poznać, że była poświęcona kobiecie. Najstraszniejszej demonicy. Bóstwu nocy i śmierci. Szaleństwa i krwi. Obłędu i zemsty. Cudownej bogini Kali. Tej która tańczy w gniewnym uniesieniu na ciele Śiwy. Tej która jest wielką matką czasu. Pas jej z czaszek i odciętych dłoni a dziewięć par rąk dzierżą ofiarne ram dao. Błagając o ofiarę z życia. Tej, której z pola ustępują Wisznu, Kryszna a nawet Ganga. Jej krzyk oznacza wyrok. A spojrzenie śmierć. I patrzyła na nas z dziesiątków posągów. Objął mnie nieludzko silny lęk. Nie tyle o życie co o duszę. Byłem tylko marionetką w jej szponach. Byłem tak mocno przerażony, że nawet nie dostrzegłem dwóch postaci stojących u podnóża schodów na szczyt świątynny. Żaden z nich nie rzekł nic przez cały ten czas lecz wreszcie ten niższy i ubrany jedynie w przepaskę na biodra zbliżył się do mnie dzierżąc w dłoni małą jutową sakiewkę. Nie podał mi ręki, nie pozdrowił mnie. Był kapłanem Kali. Gardził ludźmi mojego pokroju. Tymi, którzy błagają o jej wstawiennictwo. O jej matczyną opiekę. Uciekają w kult by rozwiązać doczesność. Wyciągnął dłoń i podał mi sakiewkę. Zaczął mówić a mój przewodnik tłumaczył. Oto obiecane prochy wroga, wymieszane z jadem kobry i trucizną znaną jedynie nam. O świcie wejdź na dach świątynny. Tam czeka Wielka Matka Kali. Zjedz na jej oczach prochy. Uleć do jej miasta. Miasta Umarłych. Tam czeka stos. Spłoń bez strachu. Wtedy Kali weźmie Twe prochy i wsypie je do Gangi. Wskrzesi Cię i wrócisz do ciała pozostawionego tutaj. Obudzisz się z transu. A dusza Twego wroga nie znajdzie nigdy wyjścia z Twego wnętrza. A jego kości i czaszka upiększą naszyjnik bogini. Wziąłem od niego sakiewkę i rozpocząłem żmudną wędrówkę na szczyt świątyni.
-
Więzień labiryntu
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Dziękuję. Pierwszą lubię sobie zaśpiewać a drugą zagrać na harmonijce :) -
Odbiliśmy od nabrzeża. Sternik skierował prom silnie na sterburtę, pozwalając by śruby złapały energię nurtu. Delta rzeki była jak zawsze spokojna. Zakole portu pamiętało jeszcze czasy francuskich eskard i niewolniczych barek. Wszędzie tylko grząski muł, czarne cuchnące błoto i brunatne, nieprzejrzyste fale. Taka była powierzchnia. Klucz do prawdziwego koszmaru. A było nim dno. Pełne tanich oparów bimbru, duchów secesyjnych posiadłości, upiorów dawnych zarządców plantacji, czarnych potomków kultystów voodoo i hoodoo. Zioła, kości i krew na poświęconych kartach tarota. Dym czarnych świec, okadzający nagie, spocone ciała. Młode wiedźmy z dredami na głowie, szepczące w ciemnych zaułkach strychów zaklęcia ochronne, ze starych, nadpalonych woluminów. Przywołani z niebytu zaoranych przed laty cmentarzysk. Lgną ochoczo słowa dusz, na języki kapłanek. Namorzynowy las był głuchy. Ginęło w nim światło i dźwięk. Ludzie także. I to nie w paszczach ukrytych w toni aligatorów. Był to swoisty labirynt natury. Nie tej dobrej i ułożonej. A dzikiej i sadystycznie szalonej. Wysepki wyrastały z bagien. Liche, kruche i niestabilne. Oczy drapieżników śledziły każdy krok. Czasami jedynie rzeka wydała cichy plusk, szuwary zaszeleściły szargane nie wiatrem a grozą. Drzewa pękały z trzaskiem osuwając się do wodnego grobu. Ptaki milczały. Nie ze strachu a z klątwy ciszy. Gdzieniegdzie dostrzec można było zalążek ognia czy dymu. Ogniska miejscowych metysów. Czerwonych diabłów tych włości. Mieszkali daleko w lasach lub na samotnych odizolowanych wysepkach. Po nocach niosły się odgłosy bębnów. Modlitw i błagań do prastarych bóstw. Kultów wyklętych przed wiekami. Skakali dziko przez ogień, wychwalając imiona zapomniane o których ludzkość nie powinna mieć już wiedzy. Płynąłem do domu. Wracałem z ciemności do światła. Prom wszedł na kurs. Mijał rybackie łodzie i kutry. Stare motorówki i łodzie wiosłowe. Barki załadowane węglem. Promy i statki pasażerskie a nawet mniejsze okręty marynarki i straży przybrzeżnej. Na Long Brigde wjechała z donośnym gwizdem lokomotywa ze składem. Mijała te wszystkie domy, gospodarstwa, farmy i cmentarze. Pełne historii, bólu, łez i rdzy. Ten skład nazywają imieniem tego miasta. Jego synem i dumą. Na gwizd lokomotywy odpowiedziały syreny morskich jednostek. Byliśmy wolni. Czując jednak cały czas, ołowianą kulę z łańcuchem przy nodze.
-
Sukces to jest moje drugie imię. Pisane z dumą zaraz przed pseudonimem. Jaki sukces? To że opublikowałeś kilka wierszy w porannym wydaniu miejskiego szmatławca. To ma być sława autora? Zresztą kogo tak naprawdę? Po ki czort Ci ten pseudonim? Nie znam człowieka a tym bardziej autora. Dostałeś od redaktora choć po pięćdziesiąt złotych za wiersz? W głównej sali kafeterii, unosił się piękny zapach czarnych ziaren, liści herbaty, aromat maślanych ciastek i perfum bogatych dam. Poeci zawsze okupowali najdalszy, najciemniejszy kąt. Wykluczeni poza obręb towarzystwa, dobrej zabawy i życia miasta. Ale nadal uporczywie trzymali się powierzchni, jak zaschły, przypalony brud, nie dali się zmyć, zetrzeć, wymazać. Trwali, choć sami nie wiedzieli po co. Urażony poeta, ściągnął przechodzącego obok ich stolika właściciela kafeterii. Obcesowo i niegrzecznie, przysunął go za łokieć ręki w której ten trzymał tacę z zamówioną przez kogoś kawą i cukierniczką. Drogi Jonaszu czy Wy mnie znacie i poznajecie? Stary Żyd oburzył się mocno na takie zachowanie gościa ale odrzekł. Oczywiście, że znam. Stary Jona zna wszystkich i wszystkich wita z radością w swych skromnych progach. Pan jest klient mój złoty i zawsze wypłacalny. A czym się prawie wiesz? Pan jest inteligient jak i reszta tu przy stoliku. Poezyje mażesz do kajetu i sprzedajesz do gazet. A pseudonim mój znacie i poezyje czytacie? Ja prosty Żyd co tojrę studiuję i boskie prawo a nie poetów salony. Dla mnie poezją miłą jest solidny utarg i interes a nie krągłości niewieście. Gdzież Żyd do sztuki innej niż pieniądz, przepraszam panów wołają mnie. Uciekł wręcz między krzesłami do stolika zajętego przez parę jakiś młodych kochanków. Trzeba mieć pseudonim. To podpis i alter ego artysty. Zresztą w cieniu jest nasze miejsce. My wolimy dym świec niż syk lamp gazowych. Widzisz sam zresztą po pseudonimie nikt mnie nie rozpozna na ulicy. Ani ja król ani żebrak. Szybciej szczur kanałowy. Znów zalegasz z czynszem. Hrabini Cię wywali na pysk zbity, jeśli długu nie spłacisz do końca tygodnia. I nie pomogą słowa sprośne i lubieżne co się w ciało zamieniają w jej sypialnianych piernatach. Wszystko się pójdzie chędożyć, jeno nie Ty więcej. Wszystkie plany i marzenia wrócą pod most. To nie Ameryka i sen o dolinie, gdzie dolary padają jak deszcz rzęsiście z nieba. I można się w nich kąpać i tonąć. Tu Cię galicyjski upiór trzyma w pręgierzu nędzy i chłosta po gołej rzyci batem a Ty tylko kwiczysz jak zarzynane prosię. A w radiu mówili, że w Hameryce głód, nędza i bezrobocie większe niż u nas. Giełda się posypała. Nie mają na suchy chleb i omastę teraz. Zatem niech jedzą ciastka jak my biedota inteligencka. Jona! Talerz maślanych dla nas jeszcze. Zostawię napiwek podwójny. Po kawie i ciastkach przyszedł czas na wieczorne piwo a potem całonocną przepalankę. Bo dla nich jutra miało nie być. A sukcesem było to by dojść jakoś do łóżka i zasnąć pijackim snem. Bo kto widział by poeci, spali jak psy w zaułkach kamienic. Skuleni na ławkach w parku, lub nieprzytomni i zarzygani na schodach klatek. Ale kto by się przejmował skoro jutra dla nich nie ma.
- 6 odpowiedzi
-
9
-
- dekadentyzm
- dekadencja
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Ryzyko pełni
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Christine Tak naprawdę to konieczność -
@Christine Widać mam rację skoro pisanie nie zapewnia mi chleba :)
- 11 odpowiedzi
-
- dekadencja
- dekadentyzm
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami: