Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Simon Tracy

Użytkownicy
  • Postów

    772
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Simon Tracy

  1. @Lenore Grey Trochę mi się ta miniaturka skojarzyła z moim wilczym "legatus mortis". Fajna i mroczna.
  2. @Lenore Grey Nieuchronność jest najpotężniejszą cechą weird fiction. To ja dziękuję za czytanie i wsparcie.
  3. Jego świat rozsypywał się właśnie w posadach. Był funkcją, dla której idealnie nakreślono współrzędne. W jego idealnym, utopijnym świecie, ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Choć przecież od początku miał wręcz pewność ku temu, że niektórym zjawiskom nie sposób zapobiec, są one następstwem odwiecznej bytności spraw które wymykają się ludzkiemu pojmowaniu i zdają się niczym ponad dojmujące uczucie klątwy jako klęski życia. Ten dzień miał nigdy nie nastąpić, bo klątwa jawiła się przecież jako farsa. Bajeczka dla czarnomagicznych kultystów, którzy bawili się w rytuały czy bluźniercze zakony. Była pół martwym mitem, dla ograniczonych umysłów dzikich ludów wysp południowych. Oni naprawdę uwierzyli. W moc tiary. W to, że z jej pomocą wskrzeszą demona. Dlatego nigdy się nie poddali. A muzeum przestało dbać o bezpieczeństwo świata i swoje. Co prawda po tym jak przeczytał te wszystkie manuskrypty i pergaminy. Poznał ze starych wycinków gazet i pamiętników zeznania policjantów i kultystów z Innsmouth. Historię Diabelskiej Rafy. Historię rodu Quarrych. Dzieci Normana i ich potomków. Wszyscy zeszli pod wodę. A Norman? Przecież kilkanaście lat temu sprowadził strażnika do tiary. Oczywiście był to głównie chwyt marketingowy, lecz gdzieś z tyłu głowy pamiętał o zapisach testamentu. Później po kilku latach zatrudnił tego strażnika i dał mu wytyczne by szczególnie mocno pilnował bezpieczeństwa w sali morskiej. Widział jak zmienia się najpierw jego psychika a potem fizjonomia. Strażnik bał się tej sali i tiary. Wody i przeznaczenia rodu, którego był potomkiem. Jego oczy, włosy a szczególnie dłoń. W ostatnich tygodniach, moc tiary przemieniała go na dobre. Ale on jako jego szef nadal udawał, bo ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Po telefonie, ubrał na siebie cokolwiek, w postaci wymiętej i przepoconej koszuli, oraz spodni. Pominął nawet marynarkę i wybiegł z domu nie zamykając za sobą drzwi. Ruszył biegiem opustoszałymi uliczkami, skwerami i pobocznymi zielonymi skrótami. Po kilkunastu minutach gmach muzeum miał dokładnie przed sobą. Był ciemny, cichy i niewzruszony żadnymi postaciami wokół jak i wewnątrz budynku. Szybko odnalazł okna sali morskiej na pierwszym piętrze. Zaklął. Zapomniał o wiecznie zasłoniętych kotarach. Pokonał szerokie stopnie schodów prawie myląc kroki. i wreszcie opadł całym ciężarem na zimne szkło wejściowych drzwi. Za biurkiem nie było nikogo. Lecz leżały na nim. Komórka, latarka i klucze. A także dwa kubki po kawie. Witryna z grzybkiem alarmu, była nienaruszona. Szafka z kluczami od sal, była zamknięta. Czujki wyłączyły oświetlenie sufitu. To znaczy, że nie było w hallu nikogo od co najmniej dziesięciu minut. Mógł wprowadzić kod ręcznie i wejść bez przeszkód ale wolał zawołać strażnika. Walił pięścią z całych sił i wrzeszczał jego imię. Odpowiedziała mu cisza. Głęboką jak grób. Drżącymi palcami wpisał szybko kod. Magnetyczny zamek od razu zapiszczał i zwolnił zapadki. Pchnął lewe skrzydło tak mocno aż odbiło się złoconą rączką od ściany, wyszczerbiając ją odpryskami farby. Zawołał jeszcze raz. Wszedł do hallu. Światło rozbłysło od razu na całej długości schodów i wejścia na piętro. Wszystko było w porządku. Żadnych śladów walki, krwi, wody … ani śladu po strażnikach. To było absolutnie chore a wręcz schizofreniczno niedorzeczne ale wiedział kto był po drugiej stronie słuchawki telefonu, który go zbudził. To był Norman Quarry. Wstał wreszcie z grobu by zapoznać się z potomkiem i namaścić go na następcę. Oby tylko obydwaj trzymali się z dala od tiary, wtedy jeszcze może uda się uciszyć klątwę na kolejne kilka miesięcy albo lat. Uratować niewinnego, lecz i tak skazanego na zagładę człowieka. Wziął pęk kluczy z biurka i ruszył na piętro ku sali morskiej. Był w połowie schodów gdy wreszcie usłyszał jakiś dźwięk, bodaj pierwszy od czasu gdy przekroczył próg. Nie była to jednak ludzka mowa, rozmowa, wentylacja ani nawet odgłos szarpaniny czy bójki. To były fale. Morskie i spokojnie bijące o brzeg. I coś na wzór gulgoczącej, powarkiwanej pieśni. Przed salą morską posadzka była cała mokra. Słone kałuże drżały niespokojnie zupełnie jak gdyby ktoś delikatnie dmuchał na ich powierzchnię. Dźwięki dochodziły zza drzwi. Wsunął klucz i przekręcił. Ściana uwolnionej wody, zalała go momentalnie aż po pas. Zaskoczony, próbował bezskutecznie uskoczyć. Stał jednak twardo na nogach. Woda miała swoje źródło w tiarze, która spoczywała nadal w gablocie w centrum sali. Jej front był jednak wybity. Alarm milczał. Wiązki laserów odbijały się w wodzie, tworząc czerwone, rozmyte ślady. Pieśń nie ustawała. Podszedł powolnym krokiem do tiary. Kamień w niej osadzony, zabłyszczał złowrogo, porzucając swą dotychczasową, matową strukturę. Nigdy nie miał jej w rękach i teraz również nie zamierzał jej dotykać. Zapomniał o strażniku. I dopiero teraz skierował wzrok na lewy róg sali. Tutaj też nie wszystko było po staremu. Gablota z sarkofagiem była co prawda nienaruszona i zamknięta, lecz jak wyjaśnić to, że sam sarkofag był również zasunięty na cztery spusty. Czyżby Quarry wychodząc z grobu, zamknął go za sobą? Przecież to niedorzeczne. A może strażnik widząc co się dzieje w sali. Otworzył gablotę i uwięził mumię na dobre. Istniała jeszcze jedna możliwość. Rozbił front kilkoma solidnymi kopnięciami. Alarm milczał. Dotknął pokrywy trumny. Była mokra i lodowato zimna. Odsunęła się jednak z łatwością. W środku był on. Ciało szare, spękane i przeraźliwie suche. Pachnące wonnymi olejkami, ubrane w różową togę. W zabandażowanych, okaleczonych rybim kalectwem dłoniach ściskał kamienny pastorał kapłana kultu. Oczodoły skierowane wprost na gablotę z tiarą. Zamiast ludzkich nóg. Ohydny rybi ogon, z długą i ostro zakończoną płetwą. Mumia nadal spała. Strażnik wywiązywał się ze swego przeklętego obowiązku. Lecz jednak nie tylko zamknięty sarkofag budził w nim niepokój. Spojrzał pod nogi. Na granicy zgromadzonej wody, dostrzegł mosiężną, przykręconą tabliczkę eksponatu. Norman Quarry 1740-1775 Syn kapitana Valentina Quarry Darczyńca i główny twórca sali morskiej. “Strażnik kultu Dagona”. Wszystko się zgadzało, co do słowa… a jednak… Gulgoczące warczenie dobiegło zza jego pleców. Obrócił się nieprzytomny wręcz z przerażenia. Mumia stała obok gabloty z tiarą. I miała ją na swojej idealnie owalnej, łysej i spękanej głowie. Była również odziana w togę kapłana. Zresztą była identyczną kopią tej mumii z sarkofagu. A może ta z sarkofagu była kopią. Kustosz już wiedział jak było naprawdę. Mumia rzuciła się w wodę, zamachała żywo rybim ogonem i podpłynęła szybko jak strzała do gabloty z sarkofagiem. Wynurzyła obok jego nóg i weszła w ciało zastygłe w trumnie. Pieśń ustała a woda uspokoiła się po czym znikła. Zostawiając jedynie ślady soli morskiej na ścianach i podłodze. Kustosz opadł na kolana. Nie rozumiał. Choć wszystko już było jasne. Spojrzał jeszcze raz w ciche i spokojne oblicze mumii. Ta nadal patrzyła na gablotę w centrum, podążył wzrokiem za nią… tiara znów wróciła na miejsce. Tak samo idealna i piękna. Pożądana i przeklęta. Po wieczność. Wstał i w amoku zerwał ją z aksamitnej poduszki. Była ciężka jak głaz. Jak żywot tych wszystkich potomków Quarrego. Już czas najwyższy. Włożył ją na głowę. I nagle w jego wnętrzu powstała nieodparta chęć wskoczenia do wody. Widział oczyma wyobraźni wyspę podwodną z ukrytą kryptą Przedwiecznych. Tam spał Cthulhu. Widział wszystkich przemienionych kultystów. Widział Valentina, Normana a nawet ostatniego strażnika. Płynął z nimi ku R'lyeh. Ciesząc się ze wskrzeszenia Dagona. Pana głębin. Wyszedł przed gmach i ruszył ku jedynej w okolicy rzece. Czas zejść pod wodę i oddać tiarę w ręce prawowitych właścicieli. Opowiadanie poświęcam Lenore Grey, żywiąc nadzieję że może kiedyś zbiorę cały ich tomik by można go wydać. Dziękuję wszystkim za czytanie i przychylne komentarze. Teraz czas brać się za własną wersję "Coś na progu" lub "Reanimatora Herberta Westa". Chyba, że wolicie ujrzeć jakieś całkowicie autorskie pomysły a nie styl fan fiction.
  4. @Christine "Widmo nad Innsmouth" jest moim ukochanym opowiadaniem Lovecrafta. Ostatnio stworzyłem opowiadanie na podstawie "Szepczącego w ciemności" więc teraz podjąłem się własnej wersji kultu Dagona. Chciałbym jeszcze kiedyś napisać opowiadanie nawiązującego do "Coś na progu". Najbardziej przerażającego dla mnie osobiście opowiadania Lovecrafta.
  5. @Berenika97 Przed Tobą Bereniko kolejna świeża część a potem jeszcze epilog. :) Dziękuję, że czytasz.
  6. Dzwonił zawzięcie raz za razem. Wybierał numer kustosza, za każdym razem odpowiadała mu cisza. Nie było sygnału. Nie poddawał się jednak. Wierzył jeszcze w cudowne ocalenie nie przez zrządzenie losu a przez racjonalność namacalnego człowieka. Kustosz wydawał się idealnym wyborem. Może i twardo stąpał po ziemi opierając się na potędze akademickiego umysłu, lecz z drugiej strony znał historię rodu Quarrych na pamięć niczym pacierz. Znał treść testamentu. Wiedział do czego zdolna jest tiara. Choć nigdy by się do tego nikomu nie przyznał to czytał z zainteresowaniem, stronice ksiąg i pergaminy o których wspominał Quarry w testamencie. Spisano w nich wszelkie potworne modlitwy i opisy rytuałów. Były tam i kroniki pochodzące z najdawniejszych eonów kosmosu gdy Ziemia i nasza galaktyka nie istniały jeszcze nawet w zamyśle chaosu i Przedwiecznych. Były ryciny i podobizny rybich kapłanów. Pieczęcie Zakonu Dagona i jego najwierniejszych przybocznych. Była tam pieczęć Quarrych. Cyrograf kapitana. Była również i rycina z tiarą. Najpotężniejszym artefaktem zakonu. Kamień w nią zaklęty był bramą w zaświaty. Był okiem samego Dagona. Tiara miała podobno swoje wierne kopie na świecie bo przecież na przestrzeni tak wielu lat podziwiało ją naprawdę wielu zdolnych naukowców i artystów. Wielu domorosłych kultystów i udawanych arcykapłanów, próbowało za ich pomocą zyskiwać poklask i szacunek u zacofanej i ciemnej gawiedzi tak w Europie jak i Stanach. Do najgłośniejszej ze spraw doszło w roku tysiąc osiemset czterdziestym szóstym w małym, przybrzeżnym miasteczku o nazwie Innsmouth w Nowej Anglii. Rozbito tam sektę tak zwanych dagonistów. Nie bez problemu i uszczerbku dla samego miasta i reszty jego mieszkańców. Prawdziwi kultyści a w szczególności mieszkańcy wysp południowych nigdy nie spoczęli by odzyskać tiarę z rąk muzeum. Mieli zamiar wskrzesić klątwę i obudzić Dagona z czeluści R'lyeh. Zakończyć nasz czas na ziemi. Na przeszkodzie zawsze stawało to, że nie mogli przekupić kolejnych kustoszy. Próby kradzieży były duszone w zarodku. Łapówki nie przybliżały ich do celu a muzeum zmęczone tematem klątwy, dokoptowało postać jej strażnika. Normana Quarry. Po kolejnej bezowocnej próbie dodzwonienia się, rzucił bezużyteczne urządzenie na posadzkę. Mrok wokół niego zgęstniał i nie była to wcale wina przygaszonych lamp. A obecności istoty do cna wyklętej. Machinalnie sprawdził widok z kamer w sali morskiej. Nie było tam nic co mogłoby być niepokojące. Żadnego ruchu, cieni, śladów czy znaków… jedynie dwie puste gabloty w tej świątyni przeklętego skarbu. Tym razem sięgnął po tiarę. Więc przyjdzie także po niego. Gdzieś z górnej kondygnacji, spłynął ku niemu osobliwy i zupełnie nie pasujący do otoczenia dźwięk. Był to odgłos spokojnych, morskich fal uderzających o kamieniste, ostre nabrzeże. Wynurzał się cicho i zupełnie nienachalnie. Klątwa płynęła jak krew, jak czas. Leniwą strugą. Posłyszał dokładnie chrapliwy, ledwie zarysowany przez słuch gulgot. Tak jakby ktoś chciał mówić pod powierzchnią tej wody. Tak jakby tonął w odmętach grozy nieuchronnej bo wiecznej. Człapał, śliskim, pokracznym, mokrym chodem. Zbliżał się. Do granicy mroku. Strażnik poddał się. Czuł już inaczej. Każdy spazmatyczny oddech, rozpędzony puls bijący mdłym posmakiem krwi, w jego ściśniętej krtani. Myśli były rozpalone gonitwą bez celu. Wiedział, że ucieczka nie ma sensu. Był tutaj do końca nie przypadkiem. Był ostatnim elementem układanki, lecz czy na pewno ona ma swój kres. Miał przecież córkę. Spojrzał na swoją pokracznie zdeformowaną dłoń w kształcie rybiej płetwy. Taki się urodził. Błona między krótkimi palcami, była teraz czerwona i bolesna. Za kilka miesięcy zacząłby tracić włosy, potem jego skóra stałaby się tłusta i mokra. Oczy wodniste i wyłupiaste a powieki przestałyby mrugać. Na koniec okulałby. Jego stopy zmieniłyby się w małe płetwy. lub nogi zrosły w potężny rybi ogon. Wózek inwalidzki byłby jedyną nadzieją na choćby szczątki ludzkiej normalności. A potem to co spotkało wszystkich jego przodków oprócz jednego. Oficjalny zgon i pogrzeb w trumnie. A tak naprawdę zejście pod wodę i zamieszkanie na podwodnej wyspie Przedwiecznych. Jego daleki przodek wychynął z mroku. Stanął nad schodami prowadzącymi do głównego hallu i patrzył pustymi oczodołami na potomka rodu. Nowego strażnika klątwy. Ubrany był w różową togę, ciągnącą się splątanym ogonem za jego postacią. A na głowie miał tiarę Dagona. Nie mogąc pokonać stopni. Spłynął w dół z niesamowitą gracją jak rybi demon w trakcie sztormu z pokładu fregaty jego ojca. Zatrzymał się tuż obok niego. Nie poruszył się już ani nie rzekł ni słowa. Uczuł, że wbrew sobie i zmysłom, podnosi ręce ku postaci demona. Nie chciał go dotknąć ani uderzyć. Jego dłonie w ogóle nie spoczęły na wysuszonym ciele mumii. Sięgnęły wyżej ku tiarze. Zdjął ją z głowy Normana. Była bardzo ciężka a z tak bliska jeszcze piękniejsza i bardziej pożądana. A klejnot mimo tego, że nie odbijał w swej postaci niczego poza pustką, tym razem ukazał mu uśmiechnięty smoczy łeb bóstwa. Uniósł tiarę jeszcze raz nie po to by wróciła do demonicznej mumii a po to by ukoronować swoje własne skronie. Ekran porzuconego telefonu wzbudził się samoistnie a system wybrał numer kustosza. Tym razem sygnał połączenia wydzwięczał w słuchawce...
  7. @Berenika97 Bardzo dziękuję za komentarz i zapraszam na świeżo wrzuconą część trzecią. :)
  8. Wrzask nie ustawał nawet na chwilę. Zlał się w jedną nieznośną kakofonię, razem z syreną alarmu. Prześladował go wszędzie. Na korytarzach, schodach, hallach. Dudnił metalicznym pogłosem w rurach i szybie windy. Miał wrażenie, że wszystkie uwięzione tu wbrew swej woli eksponaty wrzeszczały, wołały o ratunek ale i zemstę. Do świtu pozostało około sześciu godzin. Zegarek i telefon zostawił na biurku. Tak samo jak rozsądek, który i tak wreszcie by go zawiódł. Musiał mieć pewność, choć miał ją głęboko w pierwotnej tkance przetrwania, lecz pragnął namacalnego dowodu. I znalazł go przed otwartymi szeroko oczyma obłędu. Najwyższa z gablot usytuowana na lewo od tiary przy rogu ściany, była pusta. A to oznaczało tylko jedno. Śmiertelne kłopoty. Coś więcej niż widmo starej klątwy. To było przeznaczenie. Gdy dopadł wreszcie do swego biurka, krzyk zamarł w bezdennej gardzieli, pustych korytarzy. Nie pozostawił po sobie echa, śladu, wskazówki, niczego innego, ponad dojmującą grozę oczekiwania. Złapał za telefon, gotów wybrać numer alarmowy… ale co im powie, że jest szalony, obłąkany starymi wizjami, śmiertelnie przerażony i zmęczony? Sala morska miejskiego muzeum, stała się teatrem cieni i duchów dawnej klątwy Quarrego? Gdy nad miastem spokojnie zapada noc, to w eksponaty sali wchodzi przedwieczny demon i nęka jego, biednego, nic nie znaczącego strażnika z zaawansowanym lękiem społecznym i znamionami bardzo dotkliwej psychozy. Widać nie było ratunku wtedy, nie będzie go i dzisiaj. Przypomniał sobie słowa jednej z przewodniczek, która oprowadzała wycieczkę po sali morskiej… W roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym piątym, pierworodny i jedyny potomek Valentina Quarry i jego dziwnej żony, zgłasza się do miejscowego historyka z prośbą by ten przejął w testamencie po nim cały majątek rodziny Quarrych a trzeba zdawać sobie sprawę, że w tamtym czasie była to astronomiczna fortuna. Syn kapitana, Norman opływał w luksusy. Bawił się w Londynie z najwyższych lotów śmietanką towarzyską, Był gościem książąt angielskich, niemieckich i stałym bywalcem na dworze królewskim. Mieszkał w starej jakobińskiej posiadłości oraz posiadał dwa zamki jako rezydencje letnie. Miał kilka fabryk włókienniczych, udziały w kopalniach i faktoriach za oceanem. Rewolucja amerykańska, nie wywarła na nim uszczuplenia dochodów co jeszcze bardziej ugruntowało jego pozycję sprawnego i przedsiębiorczego człowieka. Jedyną skazą wydawało się to, że jeszcze za życia, jego ojciec przymusił go do ożenku z podobnie jak jego matka, dziewczyną pochodzącą z tej samej wyspy mórz południowych. Była zupełnym przeciwieństwem Normana. Niska i dość tęga. Oczy miała wodnistej barwy i jakby ślepe lub pokryte dziwną formą błony, włosy długie lecz bardzo rzadkie i zawsze jakby wilgotne, sztywne w swej prostocie. Skóra jej szara i równie tłusta jak włosy. Nos płaski, bardzo krótki o spłaszczonych dziurkach. Miała z pewnością zdeformowane okrutnie stopy lub całe nogi, bo ledwo trzymała fason chodząc. Kulała i wlokła stopy po ziemi. Nie interesowała się niczym i niewiele wiedziała o cywilizowanym świecie. Jedynie w dziedzinie rodzinnych skarbów, była specjalistką i mogła o nich rozmawiać godzinami. Ubierała się ekstrawagancko i wulgarnie jak na swoje czasy. Zawsze z dodatkiem klejnotów, kolii, kolczyków czy pasów ze swoich rodzinnych stron. Na specjalne okazję zakładała na siebie coś na wzór togi o różowym zabarwieniu, dobierała do niej tiarę o fantazyjnym kształcie nie dającym się sklasyfikować, tiara w centralnym miejscu posiadała czarny, gładki klejnot o podobno złowrogiej mocy. Złośliwcy nazywali ją w tym stroju bluźnierczym kapłanem. lub papieżem zakonu Dagona. Norman miał z nią jednak aż czworo dzieci, trzech synów i córkę. Byli oni jednak skutecznie ukrywani przed światem za murami posiadłości. Złośliwi twierdzili, że to ze względu na mało urodne geny rodzicielki. Stary kapitan Quarry, zmarł w roku tysiąc siedemset sześćdziesiątym ósmym, na dziwną i szybko postępującą chorobę skóry. Musiała być genetyczna bo Norman też cierpiał na bardzo podobne objawy. Pod koniec życia nosił grube rękawice, wiązał bandażami całą twarz a potem zaczął utykać i dziwnie powłóczyć nogami zupełnie jak małżonka. Wreszcie zmuszony był do tego by usiąść na wózek inwalidzki. Znów złośliwcy mówili, że jedynie w wodzie ciało Normana opuszczają wszelkie ułomności i pływa doskonale i z gracją godną trytona albo marlina. Jednak pod koniec życia Norman unikał wszelkiego kontaktu z wodą. Nie wsiadał już na statki ani barki. Nie wyjeżdżał nad morze ani nie zbliżał się do rzek. Ukrócił wypady nad jeziora. Nie chadzał nawet po parkach, gdzie były sztuczne stawy i sadzawki. Nie mył się, oficjalnie z powodu owrzodzeń na skórze, nieoficjalnie był ogarnięty obłędem. Przyjmował płyny z trudem. Pił maleńkimi łyczkami i łykał z niesamowitym bólem w oczach. W testamencie zapisał by pochować go z dala od jakiejkolwiek rzeki a szczególnie morza. Ciało kazał zabalsamować i trzymać w sarkofagu pod stałym dozorem. Historyk bał się tego, że zginie z rąk rabusiów lub włamywaczy polujących na tak wielkie i cudowne skarby. Próbował przekazać skarb na powrót wdowie i dzieciom. Ta jednak zgodziła się by go zatrzymał bo zamierzała wrócić w rodzinne strony jednak bez dzieci, które porzuciła u krewnych Quarrych w pół roku po pogrzebie męża. Nikt już jej więcej nie widział. Lecz widać tiara, którą zostawił u historyka jej mąż była jej bardziej droga od dzieci bo wysyłała do niego poselstwa o odkupienie jej za wygórowane sumy. Jednak zawsze z tym samym skutkiem. Grzeczną acz stanowczą odmową. A to dlatego, że dopisek do testamentu Normana głosił. Panie Farringhton, może Pan sprzedać wszystko co dostał ode mnie ale przyjdzie dzień, że będą chcieli odzyskać tiarę. NIE MOŻE JEJ PAN SPRZEDAĆ, choćby i za cenę wiecznego, złotego raju. ONA PO NIĄ WRÓCI lub upomni się o nią. Tiara MUSI być bezpieczna u Pana. Po swojej śmierci MUSI Pan zapewnić jej bezpieczne miejsce. Chyba, że klątwa jest PRAWDĄ. Wtedy tiara zyska swego wiecznego strażnika. Farringhton umiera w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym drugim. Do ostatniego ziemskiego dnia odmawia wdowie po Quarrym zakupu tiary. W testamencie Farringhton zapisuję skarb na poczet urzędu miasta, który opiekuję się zbiorami po dziś dzień. I do dziś dnia odmawia mieszkańcom wysp południowych odkupu tiary, którą widzicie państwo w samym centrum sali. A w lewym rogu sali mają państwo prawdziwą ucztę dla oczu. Oto otwarty sarkofag z mumią Normana Quarry, którą muzeum odkupiło od prywatnego kolekcjonera kilkanaście lat temu. Norman Quarry powiedziałby zapewne, że skarb zyskał tym samym strażnika lecz na Boga z pewnością nigdy nie miał na myśli samego siebie. Kustosz muzeum miejskiego, został brutalnie zbudzony około pierwszej w nocy natarczywie dzwoniącym telefonem. Odebrał z ociąganiem, mimo tego że na ekranie wyświetliło mu się imię dyżurującego strażnika. Początkowo w słuchawce panowała cisza. Potem jakby fale morskie płynęły przez eter, potem seria zgrzytów, oddechów, zająkanie… cisza, fale i ten głos. Gulgoczący i nieziemski wręcz. Mający dodatkowo zaiste obcy akcent. Kustosz usłyszał tylko tyle. Przybądź obejrzeć nowego strażnika… telefon zamilkł. A kustosz zerwał się na równe nogi.
  9. @Lenore Grey Miniaturki druga i w szczególności trzecia mnie urzekły. Możliwe, że kiedyś użyję takich motyli i nietoperzy w moich utworach. Bardzo dobrze wpisałyby się w jakiś horror albo gotyk.
  10. @Nata_Kruk Czyli chyba jednak ten wiersz się nadaję jako otwarcie tomiku.
  11. @Christine Właśnie przed chwilą dodałem kolejną część. Korzystam zawsze z różnych inspiracji ale Lovecraft jest najwybitniejszą z nich. @Nata_Kruk Szczerze to mi się nigdy nie chcę edytować tekstu i poprawiać :) stąd technicznie bywa różnie
  12. @Christine Dziękuję :) Mi osobiście przypadł do gustu po czasie dopiero. Ale fakt jest faktem. Atmosfera i groza miejsca są zawsze najbardziej przerażające.
  13. Był całkowicie sparaliżowany strachem. Drżał okrutnie a dłonie miał całe wilgotne i skostniało zimne. Wiedział doskonale, że za żadne skarby nawet tak cudowne jak te, które kryła ta sala, nigdy już do niej nie wejdzie. Wystarczy, że gdy już był bądź co bądź względnie bezpieczny w swym domowym łóżku i zapadał w szalenie realistyczne sny, to widział w nim tą muzealną salę. Widział a nawet czuł moc tego co najwidoczniej uparło się ku temu by zniszczyć go i jego poukładane życie. Wyczuwał energię tak potężną i złowrogą, że nie mogła być ona nawet obłędem a opętaniem. Przedmiot ów wołał go, kusił a nawet błagał o to by go stąd zabrał. By przywrócił mu wolność. Oddać morzu i istotom z zakonu. Gdy majacząc w gorączce koszmaru, opierał się wszelkimi siłami, słyszał wtedy wyraźnie, gulgoczący, chlupoczący flegmą lub morską pianą śmiech. I głos który szedł przez rubieże nicości wszechpustki kosmosu bezpośrednio do jego uszu. Klątwy nie przerwie ludzka dłoń ani najkrwawsza ofiara. Modlitwy trafiają w próżnię, kapłani odeszli, zostawiając otwarte wrota. Potomkowie zdradzili ojca. Oszukali zakon i wzgardzili pomocą Przedwiecznego. Klątwa nie zgaśnie pod przykryciem oszklonym gablot. Alarmy i lasery nie zapobieżą temu, co i tak ma się stać. Smród mułu i zgniłych ryb mdlił go i rwał bezlitośnie obolałe trzewia. Miał przebłysk wizji, która zdawała mu się najczystszą jawą. Próbował przypomnieć sobie, czy to co teraz widzi, było kiedykolwiek przedmiotem rozmowy między nim a którymkolwiek pracownikiem muzeum, lub czy padło kiedykolwiek w prezentacji przed zwiedzającymi tą salę. Chciałby zaklinać rzeczywistość na wszelkie świętości ale wiedział dobrze, że o tym nie wiedział już nikt spośród żyjących. Pokład lekko chybotał się na fali przyboju. Żagle na przednim maszcie właśnie trymowano od linii wiatru by można było bezpiecznie je zwinąć. Nadbudówka tonęła w mroku tak samo jak dziób okrętu. Ciemność wszędzie wokół. Tylko kilku brudnych, pokracznych i przysadzistych marynarzy uwijało się przy pracy wachtowej. O dziwo byli cisi jak cysterscy zakonnicy a nie wilki morskie. A pracowali przy linach w pocie czoła i strzelających z przemęczenia kościach. Poleceń i rozkazów nie było. Nie pilnował ich ani bosman ani żaden oficer. Wachta była psia bo noc mimo dokowania w tropikach była o tej porze najchłodniejszym momentem doby. Z oddali na rufie, najpewniej w okolicach steru, napłynęły odgłosy czterech szklanek. Cała fregata zadrżała jak gdyby przebijali się przez szelf lodowy. Dębowe burty dudniły jak werble. Uchwycił się prędko głównej reji pod marslem. gotów ku temu by ujrzeć jak jednostka pęka na dwoje od tych wstrząsów. Obrócił się znów w stronę ledwie zarysowanej nadbudówki. Zdarty lakier pokładu, maskował kroki. Ciężkie i stawiane powoli. Jakby ktoś skradał się choć nieumiejętnie bo zdradzał go rodzaj głośnego obuwia oficerskiego. A na dodatek prawdziwie marynarski zapach. Solonego śledzia, rumu i mokrego, fatalnej jakości tytoniu, jaki mógł znaleźć się jedynie w fajce pirackiej lub mało szanowanego kapitana. Kapitan Quarry we własnej osobie zszedł z górnego pokładu na główny i kompletnie ignorując podwładnych, którzy o zgrozo, nie pozostali dłużni i zignorowali kapitana, oparł się o wytarty już solidnie wiatrem i solą reling na sterburcie śródokręcia. Nie tylko krok jego był pijany. Oczy również. Opuchnięte o szerokich źrenicach. Przymykały się na więcej niż zwykłą chwilę. Błądziły po nocnym morzu, za trawersem okrętu. Za jakim lichem wyglądał chyba i on sam do końca nie wiedział a może właśnie wiedział aż za dobrze. Licho w osobie trzech bardzo osobliwych istot wychynęło na powierzchnię wprost z głębiny. Nie sposób wręcz opisać ich aparycji w sposób nie kłócący się z ziemskim postrzeganiem żywych organizmów. Nie były to ani demony morskie, ani syreny ani nawet trytony. Zbyt odszczepieni ewolucyjnie by można określić ich ludźmi a z drugiej strony zbyt do nas podobni by określić ich mianem rybich istot. Nie mieli łusek acz mieli ogon i płetwy. oraz skrzela i miękką, galaretowatą masę błony między krótkimi palcami. Wyłupiaste ślepia którymi wywracali nawet i wgłąb czaszek. Otwory gębowe przypominały te pijawek. Bezzębne, otoczone czymś na kształt meduzowych parzydełek. Tlen z powietrza przechodził przez nie świszczącym wdechem a wydech powodował nagłe zwężenie otworów, Tak mocne, że przypominali morskie komary chcące wysysać krew również pod wodą z niewinnych ofiar. Lecz to był dopiero przedsionek dziwów i niedorzeczności. Każdy z nich był ubrany w liturgiczne długie szaty. Ci dwaj po bokach w togi koloru głębokiego fioletu, znacznie dłuższe niż ich ciała. Na wręcz idealnie owalnych czaszkach, trzymały się kaptury bardzo podobne do tych średniowiecznych nasuwanych pod hełm. Te jednak zamiast szlacheckich herbów, przedstawiały jakieś skomplikowane i chaotyczne wzory i rysunki. Szczególnie jeden powtarzał się nad wyraz często. Był to rysunek postaci o postawie humanoidalnej, jednak ciele i ogonie krokodyla a łbie smoka. Nad jego postacią widniała niewielka błękitno biała planeta a spoczywała ona w matni tysiąca macek ośmiornicznego potwora z milionem ślepi i szarawymi skrzydłami. Ten w środku ubrany był jeszcze bardziej bogato i dostojnie. Zamiast kaptura, przywdział wąską acz niesamowicie wysoką tiarę rozmiaru kilkuletniego, ludzkiego dziecka. Była ozłocona i obsypana klejnotami na całej długości. A w centralnej części umiejscowiono kamień o idealnie gładkim szlifie. Czarny diament lub inny kamień, który mógł pochodzić równie dobrze z innej planety. Na zaróżowioną togę, założył gruby łańcuch lub kolię o splotach tak fantazyjnych, że nie mogło być tutaj mowy o wpływie ziemskiej geometrii. W błoniastej, ułomnej dłoni ściskał coś podobnego do biskupiej laski. Nie drewnianej lecz kamiennej. Zdobił ją wizerunek tego hybrydowego bóstwa o głowie smoka. Identyczny zdobił przód okrętu Quarrego. Był to jego przyjacielski diabeł. Przedwieczny Dagon. A oni byli kapłanami zakonu jego imienia. A Quarry ich marnym sługą. Wpełźli po ledwie zanurzonej na płyciźnie burcie statku i stanęli choć z dużymi problemami z utrzymaniem równowagi przed kapitanem. Ten uśmiechnął się blado i czekał z rękoma założonymi na piersi. Aż wreszcie odezwał się do nich Jak długo zakon będzie o nas pamiętał? Co będzie ze skarbem choćby i po setkach lat nawet? Odpowiedział mu najwyższy kapłan zakonu, gulgoczącym, ropuchowatym skrzekiem. Aż nie wypełni się wola zakonu i ostatni z Twoich potomków nie zejdzie pod wodę ku miastom Przedwiecznych by ujrzeć chwałę pałaców R'lyeh i by oddać pokłon Dagonowi i Cthulhu. Tak długo będzie istniał skarb za Twoje oddanie kapitanie. Każdy z Twoich potomków będzie strzegł go niczym własnego życia. A gdy przyjdzie ten dzień i usłyszą oni we śnie szum fal. Zobaczą R'lyeh powstającą z martwego dna ku powierzchni. Odkryją otwartą czeluść pustego grobu, spotkają twarzą w twarz śniącego Cthulhu. Przebudzonego. Ku chwale zagłady. Ku nowej rachubie eonów. Objawi im prawdę i zwoła swą trzodę ku głębinom. Wtedy już skarb będzie bezużyteczny bo największym skarbem będzie chwała Cthulhu…. Skierował światło latarki w głąb sali. Akurat na centralnie ustawioną gablotę z osobliwą i najcenniejszą tiarą w całej kolekcji. Światło jakby paliło ją. Bo miał nieodparte wrażenie w tej jednej chwili, że cień tiary, który powstał na przeciwległej ścianie, kurczy się wręcz w konwulsjach aż wreszcie przybrał postać humanoidalnej hybrydy. Wrzask tej istoty, wzbudził kolejny alarm… to było ostatnie ostrzeżenie.
  14. @Berenika97 Gotyk subtelnie symboliczny i niedosłowny. Wiersz rozgrywający się między parą dawnej miłości w przestrzeni trumny i grobu. Widać, że wiersz prowadzony delikatną kobiecą dłonią i myślą. Mrok nie jest tu osaczający, groźny nie prowadzi do zguby. Jest tłem nocy wiecznej. Dla piękna śmierci i rozkładu ciał i miłości.
  15. @Lenore Grey @Lenore Grey @Berenika97 @Lenore Grey Dziękuję Wam za dobre słowo :) Dziś mam zamiar napisać dalszy ciąg tej opowieści. Do opowiadania z drogą też wrócę bo opowiada o jednej z moich ukochanych legend. Mam nadzieję jedynie w tym, że moje prace nie przepadną i ktoś kiedyś je wyda
  16. @Berenika97 Czyli zaostrzam swoją obecnością tutaj, Twój styl pisarski. :) nie taki miałem cel publikując tu
  17. @Berenika97 Nie każdy naturalnie rodzi się i wychodzi z gotyckiego mroku jak ja. :) Uznaj to za lekki skręt od dotychczasowej twórczości jak ja swoje erotyki.
  18. @Berenika97 Myślę, że jest na tyle dobry byś mogła go zaprezentować na portalu. W wydaniu gotyckim jeszcze Cię nie czytałem. Umieram z ciekawości.
  19. @Berenika97 Natchnęłaś mnie tym wierszem dziś i właśnie dodałem coś z mitologii Lovecrafta. :)
  20. Był na nogach już całe dwie doby. Nie zmrużył nawet oka po poprzedniej nocnej zmianie. A dotąd myślał, że nic nie może zszargać mu nerwów tak skutecznie. Pracował jako strażnik już kilka lat. Nie była to praca z gatunku ekskluzywnych, dobrze płatnych czy przystępnych godzinowo. Ale miała ten jeden plus, który odrzucał głęboko w niebyt wszelkie inne i bardziej przyziemne niedogodności. Był tutaj sam na sam ze sobą. Mógł odpocząć od życia. Zalany falą depresyjnej melancholii, przemierzał sale i korytarze miejskiego muzeum. Kochał mrok i samotność, do tego stopnia, że gdy zmuszony był ku temu by zabierać na każdy nocny patrol długą, nieporęczną latarkę, która zalewała eksponaty i okna, ostrym ledowym światłem, przepraszał wtedy w duchu mieszkańców gablot. Nie czuł się jak złodziej a jak intruz i włamywacz, do świata do którego ludzie nie powinni mieć już wstępu ani wglądu. Czuł w kościach i napiętych mięśniach, pulsującą energię przestrzeni. Chłodne nawiewy klimatyzacji, sunęły wręcz wbrew prawom fizyki zaraz nad ziemią. Zimno i nagłe drętwienie, pętało mu kostki. Szedł powoli naprzód. Z sali do sali. Były wielkie niczym zamki i pałace tych, których skarby i kosztowności leżały teraz na kaszmirowych i jedwabnych poduszkach za pancernymi szybami omiotane dodatkowo, ledwie dostrzegalnymi wiązkami laserów. Jedynym odgłosem były jego kroki i przyspieszony znacznie oddech. Musiał dwukrotnie w ciągu nocy obejść cały kompleks muzeum. Wszystkie pokoje, sale, komnaty, potem wracał za biurko usytuowane zaraz obok wejściowych bramek. I walcząc z nadchodzącym snem, skupiał zaczerwienione oczy na podglądzie z dziesiątek kamer. Budynek miał już swoje najlepsze lata za sobą. Ciągle coś się psuło, skrzypiało, ciekło lub alarmy załączały się samoistnie przez zwarcia w instalacji. Czasami te pospolite odgłosy nocne, wydawane przez puste i ciche mury wybudzały go z chwilowych drzemek, a alarm stawiał go na równe nogi. Mimo tego, że miał doskonałą świadomość, wadliwości osprzętu to i tak zawsze biegł w dane miejsce jak najszybciej mógł. By mieć całkowitą pewność tego, że to jedynie fałszywy alarm. Jedna z sal, usytuowana na pierwszym piętrze zachodniego skrzydła, była tą jedną jedyną salą w której czuł coś więcej niż dojmujący smutek, depresję czy samotność. Bał się w duchu tego miejsca. Czuł obecność czegoś czego nie potrafił nazwać inaczej niż gęsty mrok. Nie chciano go tam z pewnością a z drugiej strony to tam właśnie alarmy rozbrzmiewały najczęściej. Tak było i poprzedniej nocy. Był to pierwszy alarm, który rozległ się ledwie chwilę po północy a zarazem ostatni na którego wezwanie odpowiedział. Nie najgorsze było jednak to co wywołało alarm a to co stało się wczesnym świtem gdy miał już na tyle śmiałości by spojrzeć okiem kamery na wnętrze sali. Upewniło go to jedynie w tym, że wszystko wróciło do akceptowalnej normy, choć nie miało ku temu żadnego racjonalnego prawa. By ożywać nocą a rankiem wracać na swoje miejsce i zastygać w martwocie materiału i szlachetnych kamieni. Dlatego miał ochotę porzucić dziś swój posterunek. Dlatego nie zmrużył oka. Zbliżała się północ a on był o krok od tej sali. I był przekonany o tym, że ta noc będzie bliźniacza do tej ostatniej. W tej sali i w tym eksponacie mieszkał demon. I on był tego bardziej niż pewny. Sala była niższa i bardziej owalna w kształcie od reszty pomieszczeń. Marmurowa posadzka o barwie pustynnego piasku lśniła w niej aż do przesady. Czarne zasłony w oknach były szczepione olbrzymimi spinaczami, tak by nie można było dostrzec spoza budynku, jaką tajemnicę skrywa sala. Wszelkich czujek i alarmów też było w niej znacznie więcej niż gdzie indziej. A na wstępnym szkoleniu strażników, każdy z nich dowiadywał się by zwracać na nią i jej skarby baczniejszą uwagę. Sam niewiele o niej wiedział i nawet nie dopytywał o szczegóły pracowników muzeum i przewodników wycieczek. A o dziwo jeśli już była przedmiotem rozmów to mówiono o niej chętnie i wcale nie półgębkiem a jawnie i głośno. Lecz częściej poruszano się w tematach plotek i legendy niż faktów historycznych. Może dlatego, że dorobek spoczywający w gablotach był nad wyraz osobliwy i nie pasujący jakby do żadnej znanej ludzkości epoki czy kultury. Wszystkie eksponaty pochodziły, choć to też jedynie domysły, z terytorium mórz południowych, a dostarczył je do miasta na pokładzie swej fregaty kapitan Valentin Quarrie w roku pańskim tysiąc siedemset trzydziestym czwartym. Quarrie pływał w te dzikie zupełnie rejony, przez wiele lat. Najpierw do spółki z Bensonem a potem po tajemniczej śmierci tego drugiego, samotnie pod protektoratem Kompanii Wschodnioindyjskiej aż wreszcie nawet samego dworu królewskiego. Miał łeb na karku I nos do najlepszych interesów. Zgadał się podobno z wodzem jednego z plemion. Obaj lubili przepych i bogactwo. Przemoc również. Kiedy Quarrie pytał wodza o to skąd mają tyle bogactw na wyspie, ten odpowiadał mu jedynie bajeczką o istotach z głębin co za ofiary z ludzi zostawiają im na brzegu oceanu te wszystkie świecidełka i złoto. I że jeśli kapitan skory ku temu to może przezimować na zatoce a wiosną zobaczy na własne oczy obrzędy ku czci istot. Przy okazji może zabrać część błyskotek do Europy w zamian za towary na statku. I Quarry został a jakże. I podobno skumał się z wodzem tak mocno do tego czasu, że dopuścili go nawet do rady. Nauczyli pieśni i inwokacji i ochrzcili jeśli tak można to nazwać w nowej wierze. Kto tam dziś już wie czy Quarry w cokolwiek oprócz potęgi złota wierzył ale wziął udział w obrzędzie. Legenda głosi, że złożył w ofierze Bensona z którym popadł w ostry konflikt, który miała rozstrzygnąć komisja admiralicji po powrocie do Anglii. I widział istoty, które wręczyły mu nagrodę. Złote monety i puchary, diademy, korony i tiary całe w szlachetnych kamieniach. Dziwnie jednak lekkie i o fantazyjnych kształtach, które były sprzeczne ze znaną geometrią. Pod szmaragdami i agatami, krył się czarny jak smoła metal o równej i czystej powłoce niczym lustro. Nie pochodził z ziemskich warstw ani skał. Przybył z gwiazd jak i oni. Lubili oni spółkować z ziemianami. Szczególnie z tym plemieniem. Podobno mieszali się z nimi a kobiety nosiły ich potomstwo. Quarry obiecał wrócić za rok lub dwa. Wyprosił datki na kolejną wyprawę u króla. Dając do skarbca te niesamowite kosztowności. A potem wracał jeszcze nieraz. Sam wreszcie przywiózł sobie stamtąd żonę. Hybrydę o rybich, wyłupiastych oczach i skrzelach. Oliwkowej, tłustej cerze i króciutkim haczykowatym nosie. Była szpetna i okrutnie tępa, lecz niezbędna. Quarry zwiedziony opisami wspaniałych, bogatych miast pod powierzchnią, zgodził się iść pod wodę gdy tylko spłodzi potomka ze świeżo upieczoną żonką. Zmienił nawet nazwę swojej krypy na Dagon. Gdy żeglarze pytali go co ona oznacza. Śmiał się w głos i odpowiadał, to Diabeł moi kochani. Mój nowy przyjaciel, który obsypuję mnie złotem. Wszyscy zgodnie orzekli. I jego zastraszona załoga,admiralicja, stare pijaki w tawernach a nawet jego brat. Quarry oszalał lub oddał duszę temu Dagonowi.
  21. @Lenore Grey Dziękuję. Wiersz pisałem naprawdę w mękach bo nie mam ostatnio głowy do pisania. Miał to być początkowo dużo mniej mroczny i krwawy poemat ale opisy same mnie niosły ku temu finałowi
  22. @Lenore Grey Nie znam inspiracji do wiersza ale już on sam jest wystarczającą inspiracją dla tych co tworzą w podobnym duchu co Ty.
  23. @Berenika97 Bohatera wiersza rozumie jedynie ten kto podpisuję się zawsze pod zdaniem
  24. @Berenika97 Tak mnie coś wczoraj wzięło na mroczne i gęste opisy rodem z grozy Grabińskiego. Na tym mi najbardziej zależało, by to przestrzeń wokół żyła i osaczała Czytelnika. Myślę, że nie ma tak spaczonej nawet moralności by zrozumieć taką bestię.
  25. Dla mnie pluton i tak zawsze będzie tożsamy z Yuggoth, gdzie żyją byty starsze niż wszystko co wokół istnieje Ten fragment jest cudownie tajemniczy.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...