-
Postów
871 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Simon Tracy
-
Ukoronowanie błazna
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Już bardzo dawno temu zaakceptowałem swój smutny, poetycki los.- 4 odpowiedzi
-
1
-
- dekadentyzm
- dekadencja
-
(i 9 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Przepoczwarzenie
Simon Tracy odpowiedział(a) na Mel666 utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Mel666 Cudowny. Takie wiersze inspirują i dają do myślenia. Czyli robią dokładnie to co najważniejsze. Jestem pod wrażeniem. -
Dźwięk dzwonka uleciał nieznośnie ostrym echem po ogołoconym prawie do cna mieszkaniu. Zimowy ranek był jeszcze otulony w najczarniejszy płaszcz nocy. Drzemałem na starej, połamanej i poplamionej wymiocinami i moczem wersalce. W moim położeniu życiowym i stanie nerwów już się twardo nie sypia. Sen spada po schodkach piramidy potrzeb, na łeb na szyję. Mija po drodze prące naprzód. Potrzebę samotności, izolacji, wenę i najsilniejszą z nich. Potrzebę picia. Są tacy co śpią na pieniądzach. I mi się to czasem zdarzy. Kiedy padam nieprzytomnie na twarz w cuchnące obicie wezgłowia a z zaciśniętej dłoni lub dziurawej kieszeni spodni wypadają mi ostatnie nieprzepite drobne. Ale ja wolę spać pod gryzącym śmietnikowym do niedawna kocem. Rozpłaszczony jak natrętny grzyb, przy lodowatej powierzchni ściany. Leżę wśród pustych acz odbijających w swych szkłach rzeczywistość, butelek i flaszek. Kręcą one dokument o mnie. Biografie tego o którym nie mówiono. Codzienne misterium męki. Twarz zmieniająca swe genetyczne, biologiczne rysy. Niepodobna już do mnie. Do nikogo tak naprawdę. Ukryta w zdartych, posiniaczonych, odmrożonych dłoniach. Sądzę że pijaki powinny wyzdychać. Ja na pewno. To by wiele rozwiązało. Upadałem wszędzie. Pod prysznicem, w kuchni przy odkręconej kuchence, w przedpokoju pod drzwiami. Skulony jak zbity pies. Los jest moim panem. A ja jego suką. W moich spodniach próżno już szukać paska. Ale był. Porządny, czarny i woskowany. Zwisa z rury w łazience. Zerwany. Nie utrzymał ciężaru moich grzechów. Szkoda. Teraz robiłby za smycz. Kaganiec też by się przydał. W delirycznej gorączce widzę postaci. Te z dawnych dni i te z spirytystycznych krain. Czasami tylko patrzą a czasami wrzeszczą. Wtedy wrzeszczę i ja. To swoista zabawa w rosyjską ruletkę. za spust pistoletu robi tu łyk przepalanej gorzały. Kto pierwszy zdechnie. Nie boję się chemii. Znam się na alkoholach. Procentach i promilach. Trzykrotna dawka śmiertelna, przyjmowana co dnia. A rano zmartwychwstanie. A w grobie łóżka zamiast czerwi tylko pluskwy i karaluchy. Hodowane w szczelinach i ciemnych kątach. I krzyż nad nim. Zimnie obojętny na wszystko. Dopomóż mi Boże, bym umarł Tobie upodobaną śmiercią a nie z własnej, przymuszonej woli. Z własnej nie mającej u mnie posłuchu ręki. Leżałem, sparaliżowany jeszcze upojeniem. Lecz przez rozwarte, sine usta, poniosło się wołanie do gościa. Jeśliś przyjacielem to wejdź. I drzwi się rozwarły. Kilka delikatnie, rozważnie stawianych kroków. W całkowitej ciemności i zagubieniu. Światła nie miałem od roku. Gazu od miesiąca a godności od narodzenia. Wreszcie jej drobna, bezbronna postać stanęła w progu dawnego salonu. Wiedziała zawsze gdzie szukać. Już jesteś pijany? Jest szósta rano. Dziś zamierzasz w ogóle wstać z tego barłogu i zrobić choć kilka kroków? A najlepiej wyjść z tej meliny i szukać pomocy. Ty już nawet się nie staczasz, Ty wrastasz. To tylko mały kryzys egzystencji. Masz dla mnie to co zawsze? Miała. Pół litra wódki i bochenek chleba z pobliskiej piekarni. W siatce było pewnie jeszcze jakieś pęto kiełbasy i kilka owoców. Uśmiechnąłem się na widok przyjaciółki w szkle. To mi się podoba. Opiekunka pierwsza klasa. Alkohol do sklepów a chleb na meliny, nieprawdaż że głos ulicy zawsze ma rację? Patrzyła za swoich prostokątnych okularów choć tak naprawdę wolałaby stąd uciec i nigdy nie wracać. Ale taka była jej rola. Pomagać społecznie. Nawet jeśli biletem wstępu za prawie każdy próg była przezroczysta substancja w szkle. Czasami tak bywa. Stwierdziła cicho. Potrzebujesz jeszcze czegoś? Nie. Mam wszystko co kocham. Samotność, nędzę, rozkład i depresję. Brakuję Ci weny. Wskazała na pusty kajet na szafce nocnej. Kupiła mi go niedawno. Miałem pracować nad nowym tomikiem. Ale jakie to ma znaczenie? Kto miałby czytać te bzdury? Karaluchy i pająki prowadziłyby ze mną filozoficzne rozważania? Przyjmowałyby wszystko ze stoickim spokojem, jak ja. Piszę w myślach. Jeśli umiem je jeszcze znaleźć i uporządkować. Patrz kto jest patronem tej substancji. Wskazałem na wódkę. Znasz dziecino to nazwisko? Był poetą jak Ty. Tylko lepszym. Gdybym nie był zalany w trupa to z pewnością wstałbym teraz gwałtownie z oburzenia. Pisał o tym czego nie ma przez pryzmat umiłowania tego. A ja piszę dokładnie tak jak jest przez pryzmat doświadczeń na własnym tyłku. To chyba różnica? Spojrzałem na krzyż i postać Jezusa. Smutno mi Boże, że kłamcę stawiasz ponad pijaka. Niegodne to i niesprawiedliwe. Wykląłeś mnie choć czy ja gorszym synem jestem? Może i nie mam serca ani duszy a sumienie czarty porwały w cholerę jasną Ale mam jeszcze swe przekleństwo pisarskie do zdechu. Do ostatniego trzeźwego neuronu. Zatem przeklinam i Ciebie. Niech żyje sztuka! Kobieta z opieki znów przemówiła cicho. Odebrałam Twoje wyniki ze szpitala. Zostało Ci może kilkanaście tygodni. Góra pół roku. Chociaż nie będziesz się już męczył. Napisz choć o tym, że już wiesz. Jak i kiedy po Ciebie przyjdzie. Napiszę tak słowem wstępu. Kochana Śmierci, jest samotna, ciemna, zimowa, mroźna noc. A ja siedzę w łóżku i piszę dla Ciebie wiersz. Może ostatni na pewno nie pierwszy. Słyszę Twoje kroki w progu. Wyczuwam trupi oddech nad uchem. Widzę Twój cień w ramie okna. Wiem, że już tutaj jesteś. Po mnie. Bo kocham tylko to co jest pewne. Kocham tylko Ciebie.
- 4 odpowiedzi
-
7
-
- dekadentyzm
- dekadencja
-
(i 9 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Najtrudniejsza z tras
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 W zasadzie najważniejszy jest ten fragment zaraz przed tym który zaznaczyłaś. U mnie bohater zawsze żyje i próbuję jedynie pozornie. I zawsze rezygnuję. Nie ma dla niego nadziei ani miłości ani nawet życia. Dlatego jest zupełnie bierny. Woli umrzeć nie próbując nawet bo wie że spotka go tylko rozczarowanie. Ale jego ból będzie wieczny i przetrwa jego ciało.- 5 odpowiedzi
-
1
-
„Kiedy umiera nadzieja, przynajmniej wiadomo, na czym się stoi.” Najtrudniej jest uwierzyć. Dać się nabrać i wodzić za nos. Próbuję bardzo powoli, zanurzyć się w zupełnie nieznanym bukiecie zapachów. Pachnie zwyczajnie. Kwiatowo, lekko ziemiście. Lecz jest to ziemia muskana wiatrem przedwiośnia. Spulchniona wsparciem dziesiątek słów. Rozkopana nie dla ciemni grobu a dla oddechu. Z czym mi się kojarzy ten zapach? Z nowonarodzonym czasem. Materią ukrytą gdzieś pod sercem. Na dotychczasowych ugorach, ptaki zrzucają nasiona. Spadają w wydrążone łzami leje jak zapalające nowe życie bomby. Płożą się łąk serpentyny, zarastają ziemne groby bezimiennych klęsk. Grobowce paraliżów sennych. Dobre wspomnienia dostały skrzydeł. Odleciały jak pocałunki. W przestrzeń wypełnioną tylko Tobą. Tak ciężko jest teraz siedzieć bezczynnie w samotnym obozowisku opodal szczytu. Słysząc Twój głos między zboczami, skąpanymi w tęczowym lśnieniu śniegu. Wołasz mnie po nagrodę. Bym Cię zdobył. Najtrudniejszą z możliwych tras. Szlakiem pewnej porażki. Wyglądam w czerń lodowych rozpadlin. Żadnego pościgu za plecami. Ale może ktoś już tam był. Zostawił chorągiew triumfu. Zdobył wszystko. Wiszę na łascę górskiej ściany. Na chybotliwym ostrzu czekana. Doby przeszły płynnie w miesiące. Te przejdą w lata. Umrę tu w zapomnieniu. Będę wiecznym drogowskazem dla innych śmiałków. Z pewnością przejdą ich setki. Zmierzch znów zatruwa myśl. Powoli tracę czucie. Halucynacja. Ostatni film. Łzy zamarzają w oczach pozbawionych sensu. Potrzeby życia. Jak zawsze. Rezygnuję w ostatniej chwili. Posiedzę tu do końca. W złudnym cieple wspomnień. Moja kurtka zostanie tu jako kolorowy kamień. Twarz wyrzeźbiona z lodu i wściekłego wichru. Rozleci się w pył. Jak miłość, której nie warto zdobyć.
- 5 odpowiedzi
-
5
-
Tropiciele
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Whisper of loves rain Jak to u mnie tradycyjnie w utworach. Głównym bohaterem jest żyjąca przestrzeń i fatum. Dziękuję za trafny komentarz. -
Substancja "ja"
Simon Tracy odpowiedział(a) na Mel666 utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Mel666 Czytam w komentarzach, że będziesz wydawać swoje utwory. Szczerze? Nikt aż tak bardzo moim zdaniem nie zasłużył na wydanie swoich tomików tutaj jak właśnie Ty. To co piszesz to prawdziwa poezja i sztuka. Zawsze chętnie do Ciebie zaglądam bo w Twoich utworach czuję się jak w swoim ukochanym świecie. -
Przedświt pachniał dziś wonnym dymem, kadzidłem miłosnych uniesień i słodką nutą wróżb. Sobótka dobiegała końca. Zawezwane dusze czmychały przed pierwszym brzaskiem. Ich nogi bezszelestnie muskały młode paprocie. Ich głowy nikły z wątłym pluskiem w toni rzeki. Niektóre bierzyły po śladach północnic, hen w najdalsze połacie wyrwanych borom pól. Były i takie psotne zjawy co schować chciały się w ludzkich obejściach i chatach. W progach zatrzymywały je amulety i kręgi solne a także strażniczy wrzask deptanego Domowika. Wołał on na pomoc imię Łady i Dziewanny rozganiając zjawy na cztery wiatry. Byle dalej od wsi. Ogniska rozsiane gęsto przy brzegu, gasły z wolna. Drwa oddały już całe swe ciepło. Rozżażone bierwiona trzaskały jeszcze z cicha zapadając się coraz głębiej w popiół. Wianki te nie porwane z nurtem, były porozrzucane wszędzie wokół. Częściej zagubione w ekstazie tańca niż zerwane zwierzęcym pragnieniem kobiecych krągłości. Ludzie posnęli w kręgach. Upojeni miodem. Zdjęci czarem. Zmęczeni całonocnym świętem ku czci Kupały. Tylko żercy nadal medytowali w samotnym azylu leśnych uroczysk. Rozmawiali z drzewami i wodnymi pannami. Błagali duchy przodków o wstawiennictwo u Welesa. Tam plusnęła ogonem ryba. W gęstwi leśnej zaskrzeczał lis. Ostatni pochuk wydała płomykówka. Tarcza Swaroga wyjrzała zza horyzontu. Najkrótsza noc odeszła w pokoju. W tej samej chwili stojący przed swą chatą wojownik ujął w silne dłonie łuk. Zabrał ze sobą kilka solidnie wystruganych strzał o barwnych, sztywnych lotkach. Poprawił u pasa zakrzywiony nóż myśliwski. I z imieniem Roda na ustach wszedł pewnie w ciemny jeszcze bór. Nikt nie może naruszać świętości lasu w kupalne święto. Kto by tego nie uszanował i wstąpił z bronią do kniei tego zamęczyłyby wilki Leszego. A kto niewinne zwierzę by poranił lub zabić raczył. Tego cały ród wygasłby w męczarniach moru lub głodu. A Bieda klepałaby go po plecach do ostatka. Zresztą lepiej było zaczekać na pierwszy blask słońca który zamykał przejścia do Nawii. Świat umarłych nikł by żywi nie mogli do niego przystąpić. Dopiero wtedy las stawał się znów zielonym dobrodziejem. A wstępujący do niego myśliwi czuli, że wracają na domowe ścieżki losu. Bór, im dalej prowadziła wydeptana stopami myśliwych i szeptuch ścieżka, rozpoznawał znajome rysy człowieka. Drzewa witały go ukłonem gałęzi. Szelestem drobnych liści. Runo szemrzało niespokojnym echem, budząc z lękliwego, płytkiego snu płochliwe zające i wiewiórki. Dzięcioły już zaczęły swą pracę. Rytmiczny stukot przypominał swym tembrem odgłosy obijania mieczy o owalne tarcze. Myśliwy przeżył kilka potyczek i tysiące polowań. Polowania były trudniejsze. Wymagające cierpliwości i sprytu, w przeciwieństwie do chaosu bitew. Zwierzęta wyczuwały zazwyczaj, zbliżającą się śmierć i nigdy nie oddawały życia bez walki. Dlatego oddychał płytko, stąpał bezszelestnie. Oczy wbijał to w szarzejący dukt to w wielokolorowe runo. Szukał śladów. I po chwili znalazł je. Trop jelenia odbity był wyraźnie na piaszczystym wzniesieniu. Zwierzę zakopało się widać lekko w sypkiej przeszkodzie bo piasek był roztrącony na boki dość mocno. Jeleń skręcił w stronę rosnących tu gęściej dębów. Szukał strawy w postaci młodych pędów w trzewiach powalonych pni i przy połaci jagód, rozplenionych tu niczym fioletowe kwiatuszki. Myśliwy mocniej ścisnął łuk, bo usłyszał lekkie poruszenie w gęstwinie przed sobą. Upłynęła ledwie chwila gdy ujrzał także łeb z porożem wyłaniający się zza potężnego, pooranego zmarszczkami czasu pnia dębu. Jeleń cicho zaryczał i strząchnął się mocno. Nie wyczuł jeszcze woni ludzkiej. Myśliwy ukląkł za strzelistymi paprociami. Wziął strzałę. Nałożył ją i wygiął cięciwę gotów w każdej chwili ją zwolnić. Zwierzę dopiero teraz wyczuło niebezpieczeństwo. Jeleń rzucił się wstecz i skręcił tułów gotów do rychłej ucieczki. Będąc w połowie zwrotu, został trafiony w brzuch pierzastym pociskiem. Zaryczał przeciągle, smutno. I rzucił się w agonii przez las, tratując wszystko na swej drodze. Myśliwy powoli się wyprostował i spokojnie w pełnym skupieniu ruszył szlakiem świeżej krwi. Teraz wystarczyło czekać a gdy będzie trzeba, powtórzyć śmiertelny cios. Krwawy trop to znaczył teren nieprzerwaną strugą posoki to urywał się na kilka kroków by znów błysnąć szkarłatem na korze drzew czy liściach narecznic. Kluczył jak samo zranione zwierzę ale nie na tyle by zgubić pościg doświadczonego łowcy. Trafił idealnie i wiedział o tym że śmierć zwierzęcia jest kwestią bardziej minut niż godzin. Jeleń upuścił już wiele krwi i słabł sądząc po coraz mocniej i wąsko stawianych kopytach. Na jednym z buków pozostawił cały odbity w krwi bok. Ale jeszcze tym razem miał siłę by ruszyć dalej. Lecz nie na długo. Gęstwina rzedła. Nie dalej jak sto kroków, przejdzie zapewne w naturalną polanę lub porębę. Tam z pewnością odnajdzie martwe zwierzę. Myśliwy zarzucił łuk na mocarne plecy i pewniejszym chwytem objął rękojeść noża. Krwi było coraz więcej i prowadziła wprost w rozwidlenie. Gdy wyszedł na skraj poręby, pierwsze co uczuł to nagły, lodowaty powiew wiatru. Był jak boski szept. Zmroził mu kark a pot od razu wystąpił na jego skroniach. Źrenice stężały w skupieniu. Gdzieś z bardzo daleka dało się słyszeć jakby śpiew. To głosy dziewek. Akompaniował im głos fletni. Melodia była mu znana dobrze i bardzo wesoła a wręcz frywolna jak sama treść pieśni, której nie przystało śpiewać pannom na wydaniu. Wreszcie spóźniony korowód kupalny oddalił się na zachód. Zostawiając go na pastwę puszczy i ciszy. Dopiero teraz mógł skupić się znów na tropie. Prowadził do centrum poręby, gdzie zamiast spodziewanego, martwego byka, leżał w kałuży krwi człowiek. Spał lub był martwy. Leżał na wznak z lekko podkuloną nogą. Dopiero po chwili dało się stwierdzić, że nie była to jego krew a tropionego jelenia. Jej ślad się urywał a człowiek ów leżał dokładnie w miejscu w którym powinien spoczywać trup zwierzęcia. Zwierzę nie mogło dalej uciec a człowiek przywędrował widać z nieba bo brak było wokół jakichkolwiek śladów ludzkich stóp. Był młody jeszcze acz już silny jak tur. Długie jasne włosy spływały mu falą na muskuły. Delikatny zarost dodawał mu mężności. Ubiór jego był jednak przedziwny. Charakteryzował niewolników lub najbiedniejszych kmieci. Wszystko było okropnie brudne, podarte i znoszone do cna. Nie miał przy sobie pasa ani broni. Jedynie bukłak na wodę lub wino i co jeszcze bardziej przedziwne obok niego na trawie spoczywały też niespotykane bo kremowe skrzypce wykonane jednak jak najstaranniej i widać było, że są mu rzeczą w życiu najbliższą. Bard widać miejscowy lub wędrowny. Może przyłączył się nocą do jednej z grup biesiadników. Upił się a teraz pokutował kamiennym snem na odludziu. A może czar to jeszcze i widmowy zwid, co został tu z ludźmi bo Weles zatrzasnął przed nim wrota Nawii. Zwierzę było przy nim jeszcze przed kilkoma minutami, dlatego myśliwy i tak by go obudził i żądał wyjaśnień. Zanim jednak wykonał ku niemu choć nieśmiały krok. Chłopak otworzył oczy, przewrócił się niezdarnie na bok i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem myśliwego. Patrzyli na siebie podejrzliwie długo, wreszcie chłopak zamierzał wstać ale jego dłoń spoczęła w kałuży krwi. Obejrzał najpierw ją a potem odskoczył jak oparzony, macając się po torsie w poszukiwaniu rany. Rozmazał po sobie całą krew. Zbladł i wyglądał teraz jak najprawdziwszy upiór. Spoglądał na łuk i nóż. Był przerażony i nie zamierzał tego ukrywać. Zerwał się jeszcze raz, porwał z ziemi skrzypce i przytulił je niczym dziecię do piersi. Postrzeliłeś mnie!? Bezbronnego!? Nie mam przy sobie nic, ani monet ani żadnych kosztowności. Myśliwy wystąpił przed niego i opuścił dłonie na znak dobrych zamiarów. Postrzeliłem jelenia, tropię go. A ślad jego krwi urywał się na Tobie. Skąd tu przybyłeś i jak? Nie dojrzałem wokół Twoich śladów. Czy widziałeś rannego śmiertelnie byka? Był tu na kilka minut przede mną. Szalał w agonii. Obudziłby Cię z pewnością. Wiem, że tu był spójrz ile upuścił krwi. Chłopak nie podszedł nawet o krok. Ale obejrzał krew wokoło i zaczął wierzyć w to że nie pochodzi ona z jego żył. Byłem tu przez całą noc. Grałem w samotności. Dla lasu. Aż sen mnie zmógł Dziś była noc kupalna. Nieroztropnie wchodzić z bronią w święty bór. Myśliwy podszedł jeszcze bliżej. Wszedłem do kniei wraz z tarczą Swaroga. Nie grozi mi nic od strony bogów. Nie tylko bogowie podążają ścieżką zemsty. A Ty nie rzekłeś, jaką z nich przybyłeś. Młodzieniec zawahał się chwilę. Przybyłem z odległej krainy. Bardzo odległej. Skąd wychodzi niewielu takich jak ja. Myśliwy skupił wzrok na instrumencie. A te skrzypce? Piękne i misternie wykonane. Nie drewno służyło do ich budowy. Grasz na nich dla duchów? Młodzieniec po raz pierwszy stanął w pełnym świetle i uniósł delikatnie twarz. Przypominał mu dawne czasy. Wojnę na południu, gród w ogniu i tożsamego młodzieńca, którego zabił celną strzałą w samo serce. To było dawno, lecz chłopak wydawał się zjawą tamtych dni. Ujął skrzypce niczym amulet i przemówił głosem głębszym, starszym, magicznym. To skrzypce umarłych. Wykonałem je sam z moich własnych kości. Twoja strzała strzaskała mi serce a kości były całe. Piękne i kremowe. Jak te skrzypce. Grając na nich otwieram bramę welesowych krain. Między nimi wędruję. W Nawii mój dom. A tu na ziemi, już tylko mój cel. Moja zemsta. Krwawa i sprawiedliwa. Twoja śmierć przyjacielu. Znów posłyszałem korowód. Wracał z pieśnią. Inną. Żałobną. Tragiczną i smutną. Jak ta godzina. Fletom i piszczałkom odpowiedziały skrzypce. Młodzieniec grał. A im dłużej grał tym szerzej otwierały się wrota zaświatów na skraju poręby. Wreszcie stanęły otworem. W ogniu i sadzy. Potępione dusze. Ich twarze ryczały w agonii. Ich ciała płonęły, zwęglone do cna. Korowód panien wyszedł zza drzew. Wszystkie były ubrane w białe, żałobne szaty. Ich paprociowe wianki nosiły ślady krwi. Bardowie byli okaleczeni. Bez rąk, nóg, oczu, trędowaci lub chorzy na dżumę. Ich szaty przeszły zgnilizną. Korowód prowadziły dwa ogary. Były upiorami Welesa. Wściekłe, pełne żądzy mordu. Ich pyski wypełnione ogniem. Skóra spalona i pokryta liszajem. Ogony ścięte u nasady. A oczy jak śmierć puste. Pewne swego szaleństwa. Doskoczyły do mnie. Nie imał się ich nóż ani strzała. Wieczór zapadł nad wioską. Jedynie w jednej chacie nie płonął ogień. Jej opiekun wyszedł spod progu, zapalił niewielki ogarek. Rozpalił ogień Oporządził izbę. Zgotował strawę. Posprzątał obejście. Jego pana nie było. Nie martwił się. Mogło go nie być i kilka dni. Łowy bywały długie i męczące. Domowik złożył dzięki do Roda o szczęśliwy powrót swego pana. Wtedy to ktoś załomotał w drzwi. Domowik ruszył ku progowi i otworzył. Na progu stała leśna panna. Naga. Jedynie w wianku. Bez słowa wręczyła mu zawiniątko w postaci dziwnych, kremowych skrzypiec i wianka z paproci. Wianek był cały zakrwawiony. Krew pachniała jeszcze świeżością. A skrzypce. Wyglądały jak wykonane z kości. A grały tak pięknie jak te które można usłyszeć czasem nocą w kniei. Mówi się, że korowody umarłych przygrywają sobie na takich. A wytwarza się je z kości tych, których dotknęła zemsta, zbłąkanych, nieszczęśliwych dusz.
-
Oddaliłem się do mroczniejszego zaułka swej księgarnii. Klient, młodzieniec o rysach zdradzających od razu jego wyspiarskie, irlandzkie korzenie, poprosił mnie o przyniesienie tomiku wierszy autora, wręcz współczesnego bożyszcza dla młodych serc. Nie zasnutych mgłą wątpliwości, nie zapracowanych i zaklętych we wskazówkach wiecznie spóźnionych zegarów. Wreszcie nie zatrutych jeszcze do końca, trucizną prawdy o egzystencji. O tym, że to nie wybór pomiędzy dobrem a złem a przymus jednego i tego samego schematu. Bytu przykutego do skały codzienności. Przystawiłem lekką, jesionową drabinę do osnutego zatęchłym kurzem regału. Sprawdziłem jej stabilność lekkim wstrząśnięciem. Była jak skała. Była jedynym pewnym punktem podparcia w całej okolicy. Okolicy mającej zmienne humory i klimat. Czasem słońce a czasem deszcz. Lub tajfun nie pozostawiający na swej drodze żadnej świętości. Zrobiłem dwa kroki i stanąłem na pierwszym lekko poluzowanym szczeblu. Wtedy to nad moją głową rozpętał się żywy huragan furii. Były to odgłosy z mieszkania zlokalizowanego piętro nad moją księgarnią. Zaczęło się od krótkiego krzyku a zaraz za nim nadeszło prawdziwe piekło. Brzmiało to jak stada słoni, bizonów i niedźwiedzi, przemierzających w dudniącej w uszach migracji podłogę salonu. Od ściany do progu. Od szafy do okna. Harmider rósł i pęczniał w bębenkach uszu. W mieszkaniu wybuchła bitwa. Męża i żony. Dźwięk jej głosu zdawało się, że ma moc przesuwania mebli, otwierania okien czy niszczenia pomniejszych elementów wnętrza i bibelotów. Ich podłoga a mój sufit drżał jak w febrze. Wibracje o mało co nie poluzowały zaczepu drabiny. Zszedłem z niej z uczuciem ulgi ale i wściekłości. Obrzuciłem sufit nieprzychylnie wrogim spojrzeniem tak jak gdyby on wywołał tą hekatombę i w ogóle powinien się wstydzić. Ale przecież on nie był w gorącej wodzie kąpany. Był Bogu ducha winien. Próbował tłumić emocje sąsiadów. Niestety był skazany na pożarcie. Młodzieniec zawołał za mną. Stał tam gdzie wcześniej, przy ladzie. To zerkał w mrok zaplecza, szukając zarysu mojej osoby to znów wbijał lekko przerażony wzrok w sufit. Zawołał mnie po nazwisku. Rad nie rad ruszyłem z powrotem ku światłu głównego pomieszczenia. Irlandczyk wszedł za biurko i ponaglał moje ruchy skinieniem dłoni. Na górze najwidoczniej poszły w ruch puste butelki. Coś ciężkiego upadło to znów tłukło w ściany niczym rozsierdzony egzorcyzmem demon. Słyszałem nie tylko każde słowo pary. Wyłapywałem każde szarpnięcie, otarcie czy zmęczone furią westchnienie. Objąłem młodzieńca ramieniem ze słowami. Pan wybaczy. Duchy nędzników życiowych gardzą widać poezją i nie dadzą mi podjąć jej wydania z regału. To straszne a zarazem komiczne ale tu oznacza to po prostu normalność. Pan zjawi się u mnie za godzinkę jeśli łaska. Powinno do tej pory przycichnąć. A duchy nędzników? Rzucił próbując przekrzyczeć głosy na górze. Już ja się z nimi rozmówię, proszę się nie obawiać. Za godzinkę. Wyprosiłem go za próg grzecznie acz stanowczo. Szkło pękło. Lustro, okno czy może wazon. Roztrzaskało się o podłogę. Wtedy też wyjrzałem przez witrynę na bruk ulicy. Zamiast normalnego o tej porze roku śniegu, na kocich łbach lądowały oprawione w skóry książki. Jedne szczelnie zamknięte inne otwarte z pogiętymi lub wyrwanymi stronami. Spadały jak okaleczone anioły. I konały u stóp mego azylu. Za nimi podążyły koszule, spodnie, marynarki, buty i bielizna. Jakieś dokumenty i przybory toaletowe. Nie ukrywam, że gotów byłem ku temu by ujrzeć lecącego w przestrzeni człowieka. Lecz widać było jeszcze za wcześnie. Uchyliłem delikatnie drzwi i wyszedłem przed księgarnie. Okna nad nią były otwarte na oścież. Siarczysty mróz wchodził do mieszkania ochoczo. Nie studził jednak zapału małżonków. Pijaństwo, zdrada, przegrana w karty. Jaki był dziś powód? A może już wystarczy obecność. Bezczynność. Zbyt długie spojrzenie. Zbyt krótki sen. Niepotrzebne słowo lub dotyk. Wystarczy codzienność. Stanąłem obok ławeczki kloszardów i wiernych kompanów maltretowanego męża. Zbita ich grupka miała oczy wlepione w okno salonu. Postaci migały w jego konturze, raz dłużej raz jedynie w mgnieniu. Kloszardzi odstawili swoje piwa i głośno wyrażali wsparcie i litość dla swego herszta. Wreszcie postaci stanęły w oknie. Kobieta trzymała zaciśnięte ramię na szyi obezwładnionego pijaka. Był pobity. Miał rozciętą wargę, spuchnięte oko i rozdartą koszulę. Próbował wierzgać i bełkotał coś nie zdając sobie sprawy ze swego fatalnego położenia. Kobieta obrzuciła jego kompanów pogardliwie zabójczym wzrokiem. Co mam z nim zrobić!? Ryknęła aż przechodzący po drugiej stronie ulicy policjant, przestał iść w naszym kierunku i udając że oślepł nagle, ruszył z powrotem ginąc po chwili za zakrętem skrzyżowania. Kompani pijaka wybuchli ognistym entuzjazmem. Wypuść go! Wypuść! Uwolnij wiedźmo Barabasza! Okaż ten raz jeszcze łaskę. Kobieta stała się żywą furią. A idźcie wszyscy do diabła i zabierzcie też jego. Po czym wypchnęła ciało męża z okna wprost w brudne, śmierdzące acz kojące i kochające ramiona kompanów. Podrzucali go radośnie, wreszcie postawili na nogi i wręczyli butelkę z trunkiem. Wzniósł dłoń zaciśniętą w pięść w symbol glorii i pociągnął ożywczy łyk. Następnego ranka otwierałem właśnie księgarnię gdy z zza pleców dobiegło mnie przywitanie i życzenie miłego dnia. To byli moi sąsiedzi z góry. On nienagannie ubrany w szarą marynarkę, tożsame spodnie i jasnobrązowe derby. Jego twarz nosiła ślady wczorajszej walki i późniejszej libacji. Ona w sukience o barwie seledynowej, kapeluszu z woalem i czarnych trzewikach. Trzymali się za ręce jak nowo zakochani. Zauroczeni sobą jedynie nie światem. Bo on minął z pogardą niedostrzeżenia swych kompanów przy ławce. I zapatrzony w jej cudną twarz, złożył na jej ustach gorący pocałunek. Kloszard przy ławce odstawił od ust butelkę. Czknął solidnie i pijanym szeptem przemówił ni to do siebie ni do mnie. Widzi Pan największe burze nie rozdzielają zakochanych. Pokazują jedynie, jak mocno trzymają się za ręce. A przecież to nonsens i granda zwykła. Jutro będzie czołgał się pijany jak wąż pod naszymi nogami. Będzie błagał zmiłowania. I ratunku z naszych rąk. Pan jest tu krótko. Pan jest ślepy bo zaczytany w poezję czyli dziecinne brednie. A nad sobą ma Pan codzienność zwykłych nędznych ludzi.
- 4 odpowiedzi
-
8
-
- codzienność
- realizm
- (i 6 więcej)
-
Krwawe świty
Simon Tracy odpowiedział(a) na Berenika97 utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Dziękuję i też pozdrawiam :) dziś już wróciłem do klimatów dekadenckich -
Krwawe świty
Simon Tracy odpowiedział(a) na Berenika97 utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Pięknie napisany. Widać obydwoje mieliśmy wczoraj natchnienie od świtu lecz w swoich własnych światach literackich :) -
"Inteligencja wypie*dalać!" Jan Himilsbach Bo to czasami jest tak, że kłopot nie jest w istocie rzeczy zakorzeniony w tej codziennej, utrapionej szarości ulic, skwerów czy dusznej, dymnej, chwiejnej równowagi, nierównych sobie klas. Czasami po prostu brakuje nocy letniej, kobiety upojnej, wina do głowy uderzającego i wódki gorzko rozpływającej się w żołądku. Dlatego siedzę tu nocami. Z flaszkowym lwowskim w lewicy a z egipskim petem w prawicy. Wyjrzę czasem na świat nie boży. Co się przed wrotami i afiszami barowymi trwoży. Tam cisza. Wielka cisza nocna. Tu bal jak u senatora czy wojewody. Dancingi, śpiewy i zespół na scenie. Zrzucę kilka iskier do popielnicy, puszczę oczko do barmana by lał w szkło i nie pytał po co. Czasami mnie szturchną obce czy znajome łokcie. Czasami obejmą pijackich kompanów ramiona. To upiję z literatki. To zagryzę chlebem i śledziem. To pół choć kartki zapiszę. Wierszem lub bełkotliwym słowem. Bo moją pracą jest żyć i przeżyć. Dzień, dwa czy całe liche życie. Upodlić się najpodlej, bo dla sztuki. Fontanny z rynsztoka. Tu jest jasno oświetlone gniazdo sępów. Kołują, machają skrzydłami między stolikami i wypadają w nocy niezbadane rubieże. Sztuka siedzi przy fortepianie. Nie gra. Tylko patrzy. Wzrokiem narkotycznej gorączki. Wielu śpi przy lub pod stolikami. Im już wątroba zjedzona ani umysł nie służy. Sztuka im podcięła skrzydła. A ludzie ich w bagno te wygnali. Cyganerią przezwali. Lud ciemny. Tych ludzi nie kupi. Wieczór romansu z poezją. Noc niechęci do przeistoczenia się w symbol upadku. Bo tu fortepian nadal stoi. Ale ideały sięgają bruku. Zarzygane od weny. Wciągnięte w grę w kości. Na własnych kościach czują buty nędzy i chorób. Atom bezsensu istnienia jak kiła uśpiony pod skórą. Nie zabiły Cię romantyczne brednie wieszczy, nie zabiły syzyfowe prace u podstaw. Nie zabije i sygnał dzwonu. Końca wieku. Nie wiem jak Państwo ale ja wychodzę. Przewietrze swą ziemistą, bladą twarz. Swe puste, dziurawe kieszenie. Rozchodnik jeszcze na koniec tak by nadal w głowie szumiało. Tym czego świat nienawidzi. Poezją wysmakowaną. Zegary biją północ. Tak szczęśliwie odchodzę w zimny mrok. Straciłem kolejny piękny dzień.
- 3 odpowiedzi
-
4
-
- dekadencja
- dekadentyzm
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Asterion lśnił jak Syriusz pośród wszechobecnego błękitu fal. Wyspa za dnia była niczym afrodyzyjska, piękna muza, wygrzewająca się w okręgu stad mew. W ciszy gajów oliwnych i krzewów winorośli. Rozgrzany, prawie biały piach plaż, perlił się niczym diamentowe łzy. Z rzadka pobudowane chaty, przycupły na stokach delikatnych wzgórz. Kamienne drogi, sunęły mlecznymi wstęgami po bezkresie pól i łąk, ukwieconych letnią byliną. Asterion był rajem. Ogrodem wiecznej szczęśliwości. Leżał z dala od utartych szlaków. Korsarskie wilcze stada, zazwyczaj polowały na wschód od niego pomiędzy Akhratos a Nekyrą. Dlatego większość kupieckich karawan, zwłaszcza francuskich, płynęło do i z Tulonu na zachód od wyspy, A umarli kapitanowie i admiralicja? Cóż, powiadają, że Asterion był ich wieczną tawerną dającą wytchnienie po bólach i wyrzeczeniach marynarskiej doli. A kto lepiej przypilnuję skarbu niż martwi kamraci. Mimo przeszło dwudziestu lat słonej niedoli losu, utraty dłoni i oka oraz kilku statków i większości starej załogi, pamiętałem jakby to było ledwie wczoraj, gdy sporządzałem mapę nad zakopanym świeżo dołem. W nim spoczywały dwie dębowe skrzynie. Jedna pełna złotych monet, druga drogocennych klejnotów za których wartość niejeden mąż oddałby swój cały honor, pozycję i duszę. W dole spoczywały też świeże ciała mych niedawnych towarzyszy drogi. Ich piersi rozprute ołowianymi kulami, sączyły podłą, piracką krew na deski skarbu. Miałem jedynie nadzieję że kiedyś mi wybaczą a ich dusze nie będą gnębić mnie w snach. Zresztą śniłem głównie o władzy i bogactwie a nie o zapijaczonych, bezzębnych gębach, urwanych kikutach rąk i nóg i kordelasach tak tępych jak umysł większości parszywej braci. Miejsce kazałem oznaczyć, usypanym naprędce kopczykiem do wysokości bioder, kładąc jeszcze na szczycie dwudziestofuntową kulę armatnią. Której nie strawi żaden ogień, nie zmiecie wiatr ani nie zmyje rzęsisty deszcz. Obiecałem sobie wrócić jak najrychlej. Jednak Bóg piractwa miał dla mnie długą pokutę za grzechy. Zasadzki, pułapki, obławy, ucieczki. Blokady czy oblężenia. Przeżyłem wszystko oprócz własnej śmierci. Przeżyłem piekło. Morze ognia i wybuchy prochu. Złamane maszty i rozbite taranem kadłuby. Drogi prowadzące w gardziel szaleństwa. Szlaki błądzące pośród zielonkawych, trupich mgieł psiej wachty. Za ten skarb jednak mogłem odkupić wszystkie winy. Kupić kolejny okręt i porzucić piractwo na rzecz uczciwej kompanii. Taki był plan przybywając o świcie na Asterion. Jednak piracka dola to czasem nieśmieszny acz całkiem udany żart losu. Mimo dwudziestu lat rozłąki z tym miejscem, pamiętałem każdy zakręt drogi, każde większe drzewo i majaczące nieśmiało w budzącym się przedświcie zarysy wzgórz na jaśniejącym z wolna horyzoncie. Doskonale wiedziałem do którego parowu wejść by zanurzyć się w ciemnym i chłodnym tyglu rozbudzonej obecnością człowieka przyrody. Pierwsze zdradziły mnie ptaki. Kolorowi lotnicy otworzyli oczka i dzioby. Rozwinęli pierzaste skrzydła. Zerwali się do ucieczki w wyższe partie drzew. W gęste, gałęziste wnyki, krzewistych, kolczastych i chropowatych form matki natury. Stamtąd obserwowały moje przedzieranie się głębiej do serca lasku. Mały, jutowy worek na moich plecach, haczył się o wystające patyki, sęki i popękaną, starczą korę. Miałem w nim kilof, łopatę a także rum, chleb i łuczywo z hubką. Początkowo miałem wędrować w jego świetle lecz kto wie jakie licho bym tym na siebie zwołał. Na wyspie mieszkało kilka może kilkanaście osób. Żadna z nich z pewnością nie mieszkała tu gdy zakopywałem skarb w ziemi. I chciałem by nadal był on tajemnicą. Wreszcie teren zaczynał delikatnie się wznosić. Pod moimi butami rodziła się stromizna wzgórza. Wyszedłem na otwartą przestrzeń. Byłem już na tyle wysoko względem tafli morza, że widziałem je jak na dłoni. Północna zatoka a na jej środku zacumowany mój bryg. Ostatni jaki ocalał z walki z angielską flotą. Morze było niespokojne. Silny wiatr dął z południa, chcąc jakby pozbyć się natrętnych żagli okrętu i wypchnąć jego kadłub na otwarty akwen. Trupia bandera stąd niewidoczna, powiewała zapewne mocno, niczym wisielcze ciało buntownika uczepione do foka na reji. A pod pokładem zebrani moi ostatni ludzie. Pijący i palący na umór. Liczący się z każdym moim słowem. Chcieli tutaj płynąć. Liczyli na odpoczynek po ostatnich fatalnych miesiącach. Zdziwili się jednak okrutnie, gdy kazałem zacumować w zatoce, spuścić szalupę na wodę po czym wsiadłem do niej samotnie i z rozkazem na ustach, by nie podążać za mną pod żadnym pozorem, zacząłem wiosłować ku piaszczystej plaży. Może obgadywali właśnie to że oszalałem i opuściłem okręt z własnej woli. A opuszczona załoga ma prawo powołać nowego szypra i oddalić się w sobie jedynie znanym kierunku. Istniało takie ryzyko. Ale i tak było ono mniejsze od dalszego przechowywania tu skarbu. Skarb wróci dziś ze mną. Jakież było moje zdziwienie gdy po chwili stanąłem w miejscu ukrycia skrzyń. Bezsprzecznie nie było mowy o pomyłce. Stara kula leżała u moich stóp. Nie było jednak kopca a jedynie głęboki wykop i rozsypana wszędzie wokół świeżo rozkopana ziemia. Była wilgotna i przeraźliwie zimna. Jak północna mgła lub dłoń topielca. Skrzyń nie było nigdzie. Ani poza wykopem ani tym bardziej w nim. Lecz nie zionął on pustką… przeciwnie. Na jego dnie leżała postać przedziwna. Ni to człowiek ni karzełek, wpierw myślałem nawet, że to porzucona, okropnie szpetna lalka. Miał wzrost butelki rumu. Był chudy, brodaty a głowę miał przewiązaną marynarską chustą. Uszy nieproporcjonalnie wielkie, były wręcz jak przyklejone do boków głowy. Nos krótki i haczykowaty, zgarbiony jak plecy marynarza przy wciąganiu żagli. Od pasa w górę był nagi a portki do kolan miał zszyte z jakiś przypadkowych gałganów materiału. Był bosy a stopy jego od dawna nie widziały ożywczej toni wody. Spał w najlepsze gdy zbliżyłem się do wykopu. Podniosłem nieduży acz dość ciężki kamień i cisnąłem go w pierś karzełka. Otworzył leniwie oczy i z marynarskim, pijackim akcentem rzucił po holendersku. Czego?! Rzuciłem jeszcze jednym kamykiem. Tym razem trafiłem go w potężne ucho. Zaklął szpetnie i wstał. Rysy jego stały się wściekłe i groźne. Jedynie miną mógł nadrabiać pozostałe swe braki. To ja ju zadaje pytania psie. Gdzie moje złoto i kamienie? Gdzie są skrzynie z tego wykopu? Mów po dobroci pomiocie a nie skrócę Cię jeszcze bardziej tym razem o głowę. Karzeł zaśmiał się jedynie. Zimno i okrutnie. Wczorajszy świt je zabrał. To było niedorzeczne. Świt!? Świt nie kradnie bo niby jak? Pytam ostatni raz kto zabrał skrzynie? Karzełek patrzył na mnie ni to z poczuciem wyższości ni to ze współczuciem. Przyszli po niego piraci. Rzucił wręcz wesoło. Jacy piraci? Nazwiska, miano okrętu jeśli Ci wiadome!? Karzeł zrobił nieśmiałe dwa kroki i powtórzył. Świt ich zabrał. Nie dogonisz ich. Sięgnąłem po kordelas i wbiłem ostrze pod stopy karzełka. Nie pieprz!!! O jaki świt chodzi? Karzeł znów rzucił wesoło. Vissingen, rok pański tysiąc siedemset siedemnasty, dok drugi, finansowany z pieniędzy kompanii wschodnioindyjskiej i jego przyszłego kapitana. Oto kapitanie bryg De Dageraad Świt… wyszeptałem… Lecz teraz lepiej jest znany ze zdobytego przydomku, kontynuował karzeł. Teraz zwą go De Dageraad … der Doden… Świt Umarłych… wyszeptałem po raz wtóry. Karzełek roześmiał się diabelsko. Jeśli chcesz kapitanie odzyskać złoto to Świt Umarłych wędruję zawsze z pierwszym brzaskiem ze wschodu na zachód. Rodzi się i umiera wraz ze słońcem. Jeśli będziesz go śledził po tym gdy ostatni blask tarczy słonecznej zajdzie za horyzont, to biada Ci i Twojej załodze. Z tej nocy nie wychodzi już nikt. Bo dowodzi nim syn nocy. Gerrit van der Nacht I pamiętaj moje słowa. Wszystko co człowiek zakopuję, wcześniej czy później rozkłada się w ziemi. Wszystko co wrzuca do morza, rozmywają jego fale. A wszystko co zabiera umarłym. Umarli zabiorą jemu. Pozdrów ode mnie kapitana. I wszystkich umarłych. Powodzenia. Przyda Ci się. Widziałem moje skrzynie ułożone na jego pokładzie. Widziałem złoto. Monety. Kamienie. Klejnoty. Widziałem wszystko, co przez pół życia odbierałem innym ludziom. A pomiędzy skrzyniami siedzieli moi dawni towarzysze. Ci, których pochowałem. Ci, których zostawiłem na wyspach. Ci, których morze zabrało bez pytania o nazwisko. Jeden z nich podniósł głowę. Wracaj, kapitanie. Oddajcie mi moje złoto! Nie jest twoje. Ukradłem je. Właśnie dlatego należy do nas. Statek odpłynął. Ruszyłem za nim. Płynąłem za Świtem Umarłych aż zniknęły gwiazdy. Płynąłem, aż ocean zrobił się ciężki i czarny jak ołów. Płynąłem, aż pod kilem usłyszałem głosy. Nie z pokładu. Z głębi. Wołały mnie. Jednym głosem. Moim własnym. Wtedy spojrzałem w wodę. I zobaczyłem otchłań. Nie miała dna. Nie miała końca. Nie miała nawet ciemności, bo ciemność jest przecież czymś, co można zobaczyć. To było miejsce, w którym nawet śmierć wydawała się zbyt mała. A Świt Umarłych płynął ku niemu. I wtedy ujrzałem przed jego dziobem wykop w morskiej toni. Tożsamy z tym z Asterionu. Statek wracał do grobu. A jego grób był moim grobem. Nagle na jego rufie pojawił się liliput z wyspy. Śmiał się i uderzał co chwila w marynarskiej dzwonki. Odliczając czas do wiecznej tułaczki. Wachty umarłych. Świt Umarłych wpłynął do swego grobu a my uczyniliśmy to w ślad za nim.
-
Zbyt późno
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Gosława Ostatnio bardzo ciężko mi napisać cokolwiek nowego. Dość powiedzieć, że ten tekst powstawał prawie dwa tygodnie a zazwyczaj wystarcza mi kilkadziesiąt minut. Tym bardziej doceniam, że przypadł Ci do gustu. @Berenika97 Ostatnio dobrze wychodzi mi pokazywanie autentycznego bólu tak fizycznego jak i psychicznego. Ciężarem samym w sobie był proces tworzenia tego tekstu.- 6 odpowiedzi
-
1
-
- dekadencja
- turpizm
- (i 7 więcej)
-
„Najdłużej gnije to, czego nikt nie pokochał.” Byłem już dorosły. Z wiekiem traciłem wiarę. W Boga, rodzinę, więzi, miłość i akceptację. Stałem się niegrzecznym chłopcem. Uciekającym z domu, pijącym podrzędne bełty w upadłych od zgnilizny suterenach. Bijącym się na gołe pięści dla zarobku a czasem jedynie dla taniej rozrywki lub wszczynania bezsensownych burd na rogach ulic, w ich ciemnych zaułkach lub na opuszczonych farmach stanowiących profesjonalne stadiony dla recydywistycznych bukmacherów ubranych w jednorzędowe, szare marynarki. Żyłem pod rozprutym występkiem i zbrodnią pledem. Moim łóżkiem były, umorusane w szczurzych odchodach, duszne, piwniczne korytarze. Pokryte czarnym zarostem ściennego grzyba. Panny upadłe wdzięcznie kuszące swymi krągłościami były mi muzami i kapłankami religii cielesnej rozpusty. Każdy chciałby kiedyś marzyć o dostaniu wyjątkowego prezentu od losu. Ja nie byłem wyjątkiem. Marzyłem wpierw o cieple matczynej opieki. O akceptacji moich dziwactw. O akceptacji mojego wyglądu i głębi bogatej duszy. O uznaniu mnie godnym słów i czynów. Bym nie musiał upijać się samotnymi godzinami w ciemnym pokoju z którego odrapanych ścian, płynęły ku mnie słowa otuchy pierwszych wierszy. Ranki nie przynosiły otrzeźwienia. Przeciwnie. Raniły mnie ludzkie spojrzenia. Szkoła nauczyła mnie jedynie tego, że ją przerastam i tego, że ludzki ekosystem jest dla mnie klatką. W domu nauczyłem się grzeszyć niepohamowaną nienawiścią. Do życia. Wiersze ginęły w ogniu kominka. Część wypuściłem na wolność. Zgniecione kartki poniósł po nocnym bruku zimowy, mokry wicher. Zdarzało się, że pisałem w imieniu innych. A potem znajdowałem tytuły swoich prac na oficynach poczytnych wydawnictw. Lecz były jak sieroty co zmuszone zostały po śmierci rodzicieli przyjąć zupełnie obce nazwisko. Wszyscy zawsze chcieli bym rysował. Słowa wierszowane uznając za bzdury. I starałem się sprostać. Lecz moje rysunki, choćby najprostsze, nosiły znamiona beztalencia. Serca były puste w środku. Kreski i linie, prowadziłem agresywnie i zawsze wyjeżdżałem poza kontur obiektu. Ludzie byli zdeformowani. Ich nogi były wątłe i łamliwe. Ręce nienaturalnie długie, zakończone chudymi dłońmi o pająkowatych szczypcach zamiast palców. Twarze nie miały ziemskich rysów. Jak gdyby gniły wewnątrz trumien od miesięcy a potem nagle zostały wystawione do światła dziennego. Najbardziej przerażające było to, że moja poezja była tak samo zdeformowana. Dlatego zakazano jej ujawniać. Gdy przychodził czas świętowania i prezentów. Jedni dostawali książki, inni zegarki lub samochodziki. Ja dostawałem lanie bądź ciszę. Ubraną w kokardę z kajdanów. Opakowaną w cztery ściany samotni. Co roku było jednak lżej. Aż wreszcie nie zauważałem już, choinki, pustego pudełka i śniegu za oknem. Bo żadna z tych rzeczy nie mogła mi pomóc. Bo jak napisać w liście do Mikołaja, że w tym roku byłem potworem ale chciałbym dostać inną przestrzeń do życia. A najlepiej solidny, konopny sznur i jakiś kącik w rogu strychu. Dlatego co roku pisałem do niego, że po prostu chciałbym go spotkać. Porozmawiać o tym co musiałbym zmienić żeby dostać prawdziwy prezent. Grudzień był w tym roku wyjątkowo ciepły. Za oknem nie było śniegu, zadymki ani ulepionych bałwanów o marchewkowych nosach. Była za to szalejącą burza z gradem, uderzającym z dziką furią o elewację, szyby i dach. Kilka lodowych kamyków wpadło do rynny i komina. Hałasowały jak ktoś próbujący przeciskać się przez jego szyb do środka. W tym roku nie zdążyłem wysłać listu. Mało tego. Napisałem go i wcisnąłem pod łóżko, wsuwając wpierw jego treść w czarną zalakowaną kopertę. Pierwszy raz od lat dołączyłem też rysunek. Mikołaja z workiem prezentów. Miał on krzywy nos, grube, niekształtne wargi, wyłupiaste oczy o barwie węgla. Krzaczaste brwi i nienaturalnie długą brodę. Była krzywa, kędzierzawa i sięgała pasa. Postać była wychudzona. Przedstawiała ledwie skórę i kości. Rozkład człowieka. Skóra miała masę ran i blizn. Bezkrwawych ran. Kości były widoczne jak grzechy przy spowiedzi. Był to mój osobisty Mikołaj, odbicie mojego ja. Te martwe, zgrubiałe wargi, powtarzały w kółko moje imię. Wreszcie odgłosy w kominie ustały a jego postać znalazła się w salonie. Wylądował na dywanie, wzbijając tonę kurzu. Stadko much zerwało się z podłogi i z głośną skargą uleciało do zamkniętego na głucho okna. Nie wstałem żeby go przywitać Nawet się nie obudziłem. Muchy dopadły do mnie, wypełniając szczelnym rojem ubytki tkanki w mojej twarzy. Oczu już nie było. Zamieniły się w krwawy śluz. Z napęczniałego ciała spływała gnilna ciecz. Podłoga przeszła na wylot cuchnącym wyziewem śmierci. Przyszedł za późno. Lecz cieszyłem się że w ogóle znalazł dla mnie czas. Pod kamienicą nie było jego sań. Broda była zadbana i śnieżnobiała. Twarz i ręce piękne jak u anioła. W dłoni trzymał worek. Nie jutowy i pełen prezentów a czarny i nieprzejrzysty. Taki do jakiego pakowano zwłoki. Podniósł mnie a raczej odkleił od łóżka. Dotknął z godnością. Nie wahając się czy jestem tego wart. Spod łóżka wychynął brzeg rysunku. Mikołaj spojrzał na siebie samego. Pięknego i silnego i na dziecko o pożółkłej od rozkładu skórze. Bez twarzy i serca. I bez nadziei na lepszy los. Nie mogę powiedzieć, że Mikołaj nie przyniósł mi prezentu. Bo przecież przyniósł worek i wyniósł na śmietnik historii moje ciało. A ja obiecałem mu że będę gnił grzecznie.
- 6 odpowiedzi
-
5
-
- dekadencja
- turpizm
- (i 7 więcej)
-
Muzeum dusz pluszowych
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Jest to jak najbardziej słuszna interpretacja :) Polecam Ci serdecznie nową ekranizację "Frankensteina". Del Toro to mój ukochany reżyser i wiedziałem że nakręci ten film wręcz doskonale. -
Zaprawdę umarł
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Zgodnie ze wstępnym cytatem :)- 9 odpowiedzi
-
1
-
Errare humanum est
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lenore Grey Dziękuję :) -
Zaprawdę umarł
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 No właśnie w wierszu naprawdę umiera sam Bóg a koniec dopiero wskazuję że zastępuję go człowiek - istota grzeszna, mierna i niegodna bycia drugim po Bogu. A ludzie pozbawieni opieki absolutu, dziczeją i dlatego Ten wiersz stawia pytanie - co dzieje się z cywilizacją po "śmierci Boga".- 9 odpowiedzi
-
2
-
"Bóg umarł" Friedrich Nietzsche Tłum na tym placu nie był niczym szczególnym. W końcu ludzie zbierali się tutaj od setek lat. By dzień święty święcić. By w południe odpowiedzieć na boże wezwanie. Anioł pański zwiastował im zawsze i błogosławił wszelką łaską i pomyślnością. Uciszał ich ból, osuszał łzy. Budził pokłady miłości i miłosierdzia. Namawiał do przekazywania znaku pokoju między zwaśnionymi ludami. Modlił się z nimi a ich prośby ulatywały do uszu samego Stwórcy. Dziś jednak plac był pokornie zastygły w drętwocie dojmującego bólu i żalu. Twarze ludzi zdawały się umartwionymi maskami, rozświetlonymi słabym światłem świec. Prawie każdy miał je w dłoniach. Niektórzy razem z różańcem czy krzyżem. Byli też tacy, głównie zakonnicy i zakonnice, którzy głucho czytali ustępy biblijne, pieśni i hymny. Licząc na cud, który nie nadchodził. Czułem się we wnętrzu tłumu tak jakbym kroczył ciemną doliną dusz potępionych. Każdy bał się tutaj zła i grzechu. Apatyczny lęk wyzierał z zapłakanych oczu. Dając przykład temu, że wiara jest oznaką słabych. Rok kończył się za trzy dni. Zegar śmierci, przestawi kolejną cyfrę w kalendarzu doczesnym. Z czasem wszyscy tu obecni odejdą. Wszystkie ślady i wspomnienia staną się jedynie zapomnianą rysą na linii niebytu. Ledwie kilka dni temu świętowali tu narodziny Boga. Ich nadzieję na zbawienie. Życie wieczne w bliżej nieokreślonej przestrzeni. Wierzą, że mogą pokonać śmierć. Odrzucić ciała lecz nie dusze. Ale są na to zbyt słabi. Zbyt ograniczeni by porzucić żądzę swych prymitywnych chuci. Teraz modlą się by przetrwał, by odrodził się jak niegdyś, By pokonał znów śmierć. By nie umarł na wieki. Lecz co uczyniliście dla niego gdy był w potrzebie? Wydaliście go za srebrniki. Osądziliście go, uwalniając w to miejsce mordercę. Zaparliście się go nie po trzykroć a często na stałe. Umęczyliście go biczami swoich występków. Przybyliście do krzyża i patrzyliście na mękę. Wybaczył Wam choć powinien przekląć. A teraz patrzycie z trwogą maluczkich czy światło w apartamencie nadal się świeci. Bo wiecie, że gdy zgaśnie, Wy zgaśniecie wraz z nim. I zgasło wreszcie. Lecz koniec świata nie nastał nagle. Nie było błyskawic, burz, trzęsień ziemi czy erupcji wulkanów. Był tylko płacz i zgrzytanie zębów. I śmiech legionów piekła. Smok mógł odrodzić się na nowo. Baranek poległ pod butem swego ludu. Na balkon wyszli delegaci i kardynałowie. By ogłosić sąd ostateczny. Zdanie nadające sens nowemu. Dziejom współczesnym. Triumfu małego człowieka w starciu z absolutem. Kamerling objął wzrokiem zatrwożony tłum i jakby wbrew swemu sercu i ustom wyrzekł. Bóg umarł! Zaprawdę umarł! Pieczęć została złamana. Czas na apokalipsę jego ludu. Wiele dni później ten sam tłum na placu patrzył już nie w okno a komin. Czarny dym sączący się gęsto zwiastował to co nowe. Wybór. Człowieka. Antychrysta.
- 9 odpowiedzi
-
7
-
"In uno corpore duo reges perpetuo bellant." "Errare Humanum Est" Dawno temu, to miejsce było skrawkiem ziemskiego Edenu. Malowniczy krajobraz, skaziły cienie flag, proporców i włóczni. Końskie kopyta zryły świeżą trawę a blaszane stopy rycerzy zgniotły opór powojów, ostów i maków. Lecz ta bitwa była niezwykle ważna i potrzebna. Decydowała o strategicznej pozycji hegemona. O nowym kierunku rozwoju. O życiu w dostatku lub niewoli w kajdanach. Umysł był tym który się bronił. Zimny, analityczny, szczegółowy i do bólu drobiazgowy. Każda strategia. Każdy plan. Był przemyślany i doprowadzony do perfekcji. Musztra wojsk, trwała nieustannie. Bez względu na pogodę czy porę dnia. Jego wojska były znane z okrucieństwa, braku litości i walki do ostatniej kropli krwi. Cyborgi a nie ludzie o wyłączonych uczuciach. Na godłach chorągwi jazdy ich sentecja. Quidquid agis, prudenter agas et respice finem. Każda lekkość bytu czy obyczaju, karana jest tu śmiercią. Kat jest ich ramieniem sprawiedliwości a kostucha najbliższym przybocznym. Jest to kraj filozofów, myślicieli, mistrzów duchowych, rojalistów i twardych, pozbawionych złudzeń osób. Serce było agresorem. Jak zawsze. Dzikie to wojska a raczej zgraja. Zagony tubylców, wychowanych na złotej wolności, czystym powietrzu i życiu chwilą. Żyli w namiotach. Małych otoczonych ostrokołem wioskach gdzie jedynym panteonem była indywidualna fantazja. Czcili bezbożne praktyki. Co dzień inna kobieta, inna potrzeba, zachcianka. Amor vincit omnia. Tak zwykli powtarzać między sobą. Byli nieobliczalni, nieodgadnieni w czynach. Zabijali w imię miłości i za nią gotowi byli ponieść ofiarę. Kochali ich bogowie, aniołowie, artyści i poeci. Lecieli zawsze jak na niewidzialnych skrzydłach. Robili rzeczy wielkie acz głupie. Rozsądek był u nich karany wygnaniem. Wstrzemięźliwość pomijana milczeniem. Kochali po równo. Wino, śmiech i kobiety. Starli się w tym miejscu. Komórki umysłu i serca. Bitwa była krwawa i pozbawiona nawet krzty honoru czy miłosierdzia. Dobijano rannych, tratowano pozbawionych broni. Rozsieczono wielu dumnych bohaterów. Trwało to wiele dni i nocy. Gdy krzyki, pieśni i rozkazy ucichły. Ciała rozognione rozkładem, utworzyły doczesny kobierzec. Nie wygrał nikt. Choć to obrońcy ponieśli dotkliwsze straty. W ramach rozejmu, najeźdźcy wymusili na władcy umysłu, niesamowitą zniewagę. Przyjęcie do swego pałacu najpiękniejszej córki króla serc. Umysł bronił się zaciekle. Ale musiał pojąć ją za żonę. Uległ temu koniowi trojańskiemu, wprowadzonemu zdradliwie do pałacu. I wreszcie pokochał ją tak jak kochał swą dumę. A to miejsce bitwy. Jak widzisz teraz jest tutaj las. Cichy i mroczny. Wyrosły tu przedziwne gatunki drzew. Niektórzy twierdzą, że wykiełkowały wprost z ciał martwych wojowników. Ich liście ronią perłowe, słone łzy. Szmer wichru zdaje się krzykiem poległych. Kory ich pomarszczone nie czasem a słowami miłosnych wierszy. W świetlistych koronach, połyskują złote freski. Aniołowie tańczą z mędrcami. Śmierć gra w kości z Bogiem. Nocami płoną tu błędne ogniki dusz. To pozostawieni na wieczną wartę trubadurzy. Okaleczeni, kalecy, ślepi. Snują się po dukcie jak dziki gon. Śpiewają głośno to o miłości to znów o śmierci. Raz straszą to znów pocieszają, poetów i kochanków którzy stracili rozum przez serce. I snują się wraz z trupą po lesie. Szukając sensu w wiecznej, ludzkiej sprzeczności.
-
Pozornie wszystko szło normalnym, utartym trybem. Jednak pozory to zawsze tylko pozory. Musieliśmy już od dłuższego czasu udawać, że podoba nam się wystrój kawiarni. Nie irytuje nas puszczana muzyka. Nie rozpraszają rozmowy przy sąsiednich stolikach. Płacz i krzyk dzieci, biegających między stolikami. Kelnerzy byli świetni w stwarzaniu pozorów. Udawali usłużnych i przemiłych a tak naprawdę wylali by całą zawartość tac na nas i w upokarzającym marszu do drzwi, wypędzili by gości do domu. Nie lubili sztucznych uśmiechów i gier. Jak ja. Wszystko było na bakier. Nawet deser. Zamówiłem to czego najbardziej nie znosiłem. Zamiast czarnego espresso i ciasta czekoladowego. Zamówiłem ciasto z czerwoną porzeczką a dodatkowo herbatę, którą piłem tylko wtedy gdy byłem umierająco chory na grypę a i wtedy siorbałem ją powoli i z obrzydzeniem. Sam jej ohydny zapach wywoływał efekt kolejki górskiej w moim żołądku. Ale w końcu czego się nie robi dla wyśnionej kobiety. To już niestety ten moment gorączki serca w którym jak to mówią a gdyby ci kazała skoczyć z dachu to byś skoczył? I pewnie skoczyłbym z jej imieniem na ustach. Jedynym punktem zaczepnym i zupełnie nie stwarzającym pozorów była Twoja postać po drugiej stronie stolika. Swe ciemne włosy upięłaś w wysoki kok, ułożony na srebrne wsuwki. Makijaż miałaś delikatny, bo Twoje ponętne, duże oczy nigdy nie wymagały ostrego podkreślenia. Ich linia zawsze powodowała, że spojrzenie jakim mnie obdarzałaś zapierało mi dech. Wiszące, długie kolczyki, rozświetlały Twą anielsko delikatną twarz. Założyłaś też zawieszkę z inicjałem imienia, którą podarowałem Ci ledwie wczoraj. Żałuję nadal że zgubiłaś poprzednią, prezent od mamy. Lecz mam nadzieję, że ta będzie przypominać Ci o mnie po kres dni. Im więcej takich drobnych spraw wokół nas tym bardziej wierzę w przeznaczenie. A może Ty również wierzysz? Wierzysz we wróżby, sny, magiczne kamienie. Mój ołtarz, ugina się od złożonych ofiar. Sam oddałbym życie, duszę, wszystko, bo i tak w moich krokach, ruchach, snach jesteś tylko Ty. Dopiłeś już? Zapytałaś, delikatnie muskając swą przyjemnie ciepłą dłonią, moje zaciśnięte na uszku filiżanki palce. Tylko przytaknąłem, patrząc smutno w plątaninę chaosu, czarnych fusów. Wszystko wróży mi zawsze chaos. Najwyższy czas odejść w cień i mrok. Dukt i knieję. Cmentarze i bagna. Czas wrócić do domu. Daj odczytam tą wróżbę. Co nam przyniesie los. No tak była w końcu domorosłą wiedźmą. Rozszczelniła mój chwyt i przesunęła delikatnie filiżankę w swoją stronę stolika. Delikatnie nią zakręciła. Reszka płynu zmyła czarne fusy w środek naczynia. Jesteś gotowy? Patrzyła na mnie tak jakby wiedziała. Jakby znała mój los. Moje przeznaczenie. Szczęście którym była. Wbiła czujny wzrok w dno naczynia. Kochałem jej aurę, magię i sensualny teatr onirycznych wizji. To ciekawa wróżba. I spełni się niebawem. Czyżby. Tylko tyle potrafiłem z siebie wyrzucić. Jej czar, wyłączał moje zmysły. Chcesz wiedzieć co zobaczyłam? Tak. Chcę poznać prawdę. O nas. To rzuciłem już tylko w myślach. Widzę młodą dziewczynę. Szalenie zakochaną i pragnącą szczęścia. Początkującą wiedźmę, którą otacza szczelny sabat potencjalnych wybranków. Żaden z nich jednak nie przemówi do jej duszy. Na granicy kniei, czai się olbrzymi wilk. Patrzy z chęcią mordu na chłopców a na dziewczynę z niesamowitym pragnieniem i czułością. Pokona bez problemu tych bezbronnych młokosów a dziewczynę porwie w bezkres gajów. Jest jej opiekunem i strażnikiem. Kto wie może będzie jej lubym. Nic nie będzie w stanie go powstrzymać. Złapała moją dłoń. Zimną i wręcz sztywną od napięcia. Co myślisz o tym? Zrozumiałem tylko, że z fusów odczytała mój plan.
-
Jestem legendą
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 "Jestem legendą" tak samo jak "Bogowie Olimpu" to historię w pełni oparte o lata przeszłe w życiu narratora a także o realne postaci "ludzi duchów". Oczywiście podane w warunkach anglosaskich.- 6 odpowiedzi
-
1
-
- proza poetycka
- bezdomny
-
(i 7 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Widziałem jak dajesz mu pieniądze a ledwie wczoraj gdy ja chciałem od Ciebie pożyczyć, zbyłeś mnie tym, że nie masz tyle by jeszcze pożyczać innym. I ja bynajmniej nie potrzebowałem na wódkę a po drugie oddałbym Ci te drobne już dziś a on, zerknął przez ramię na kloszarda, który ściskał pięciodolarówkę, tak mocno niczym kochanego syna albo wyśnioną kochankę, będzie miał u Ciebie wieczny dług w piekle. Dziękuję, że traktujesz żuli spod sklepu, lepiej niż starych przyjaciół. Wykonał ruch jak gdyby chciał, obrócić się i ruszyć do bezdomnego, wyrwać mu banknot i wsadzić go sobie do kieszeni kurtki. W tym czasie pozostawiony sam sobie kloszard, skierował swe posuwiste, niepewne kroki do sklepu. Mi w tym czasie udało się ukierunkować rozmowę znów na poprzednie, przyjemniejsze tory. Gdy wróciliśmy do dialogu o dzisiejszej próbie naszego zespołu i zaczęliśmy omawiać koszta związane z wynajęciem sali koncertowej, bezdomny opuścił sklep. Teraz w jego dłoni zamiast dolara z Lincolnem, spoczywała niewielka butelka najtańszej whisky. Widać byłem finalnym darczyńcą tego dnia. Jego oczy śmiały się wręcz do rubinowego płynu w środku. Alkohol widział w nim kogoś więcej niż istotę z marginesu. Nie widział w nim ofiary ani rzuconego w otchłań choroby uzależnionego. Był naczyniem, które skupiało w sobie procenty. Mistrzem powolnych, wymierzonych dokładnie łyków. Lekarzem swej duszy. Szamanem inicjacji. Wyzwolonym z systemu praw społecznych bytem. Był plamą na honorze krajobrazu, lub plamą honoru pośród upadku ideałów społecznych. Usiadł z butelką na niskim murku i pociągnął z niej solidny łyk. Dlaczego mu się tak przyglądasz? Liczyłeś na to że kupi sobie burgera i colę? Nie znasz go? Zapytałem wybijając go lekko z rytmu. Że co? Czy z nim kiedyś gadałem? Nigdy w życiu. Raz, kilka lat temu podszedł do mnie i poprosił o drobne. Kazałem mu spadać i grzebać w śmietniku. Czekaj, czekaj … a niby dlaczego miałbym go znać? Gość jest legendą. Jeszcze żywą. Mój rozmówca zrobił wielkie, zdumione oczy. Legendą? Pijaków? Pobił jakiś miejscowy rekord promili i przeżył? Czy obudził się w kostnicy i kazał się zawieźć z powrotem na imprezę? Pamiętasz sezon Sfinksów w dziewięćdziesiątym trzecim? Zbiłem go z tropu zupełnie. Wybacz ale jak przez mgłę, ironizował, miałem wtedy dwa lata i Ty zresztą też. A co to ma z nim wspólnego? Bo ten oto gość, zapewnił nam wtedy wicemistrzostwo stanu. Jedyne jak dotąd w historii. Do niego również należy nie pobity rekord przebiegniętych jardów i celnych podań w historii klubu. Oto przed Tobą James Crighton we własnej osobie. Mój kolega nie dał się nabrać, choć była to czysta prawda. Pieprzysz! Crighton zarobił miliony przez lata gry. Mam gdzieś jego platynową kartę w domu. Mój ojciec miał piłkę podpisaną przez niego na jakimś festynie. Zrobił sobie z nim zdjęcie. Stało na kominku w zaszczytnym miejscu. Bliżej jego oczu niż własna rodzina. Crighton był bogiem. Kasyna, fury, kobiety, modelki, apartamenty. Kasa lała się jak szampan. Fakt, chyba miał tutaj kiedyś dom. Przepisał na syna, wtrąciłem, tylko on mu został. Cały czas próbuję go wyciągnąć z ulicy ale stary zawsze wraca pod sklep. A kasa? Nie da się przepić milionów. Ostatni majątek, który miał przepisał na syna. On nie nosi nazwiska ojca lecz matki. Jednej z setek kochanek Crightona. A kasa poszła w butelki, koks i ruletkę. Normalnie historia na film, ironizował dalej, ktoś może kiedyś mu pomoże na pewno nie ja. A ja tak. Pamiętam każdą noc i zimę spędzoną na ulicy. Rękawice bez palców nad rozpalonymi koksownikami. Napady na pustostany jakiś miejscowych gówniarzy. Pożary i bójki. Godziny na komisariatach. Chociaż tam było ciepło. Jeden z policjantów zawsze poratował świeżą kawą a czasami wczorajszym donutem. Pamiętam odór wyziewów z kratek ściekowych. Spało się na nich w plątaninie starych szmat i kocy, wyciągniętych ze śmietnika. Błagało się o resztki z restauracji albo drobne. Przeszukiwało budki telefoniczne i kosze na przystankach. Cały dobytek mogłem zmieścić w marketowym wózku na kółkach. I broniłem go jak niepodległości. Pisałem dziesięć lat z poziomu bruku i o bruku. Tragedie i dramaty o ludziach duchach. O swoim utraconym człowieczeństwie. Nie znałeś mnie wtedy i postąpiłbyś ze mną tak jak dziś z Crightonem. A ja mam wobec niego i innych dług. I spłacam go w tych kilku dolarach. Nie piszę o tym co ludzie chcieliby czytać a o tym czego nie chcą widzieć i czego nie chcą być świadkami. A ja nie boję się już żyć. Nie boję potknąć się i zderzyć z brukiem. Bo wiem, że na Crightona i innych mogę liczyć. A ludzie niech dalej żyją sobie na swoim biegunie. Chyba nie słyszał ostatnich zdań. Podszedł szybko do Crightona. Dał mu kilka banknotów z portfela. Uścisnął dłoń. Wyjął marker z torby na ramię a były gracz umieścił na niej swój autograf. Tak powinno czcić się legendy.
- 6 odpowiedzi
-
8
-
- proza poetycka
- bezdomny
-
(i 7 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Wygórowana cena
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Przenajświętsza Śmierć jest i moją opiekunką. Modlę się do niej codziennie o wstawiennictwo i bardzo mi to pomaga. Niejeden już wiersz napisałem w tej tematyce ale ten jest pierwszym w klimacie czystej grozy.