Anioły duchy przezyste, niewinne,
Szczebel stworzenia najwyższy,
Stolicy Bóstwa najbliższy,
Są jego tworem jak i wszelkie inne,
Mają swe błędy przed Boga mądrością,
Mają swe plamy przed Boga jasnością.
Owóż są także i pomiędzy niemi
Duchy burzliwe niepokojem ziemi,
Niepokojem owych ludzi
Których wszelaka powszedniość nudzi,
Którzy przy całem szczęściu i swobodzie
Jakie być mogą w ich bytu obwodzie,
Zbrzydzą je sobie z czasem jak okucie,
Wprzęgają chęć swą w rozkiełznane czucie
I rzucają ślak od Boga wytknięty
Dla nowej bocznej choć niższej ponęty.
Człowiek za karę takiego zboczenia
Opada w ciemności kraje,
Anioł za karę takiego pragnienia
Człowiekiem zostaje.
Ziemia jest gwiazdą jego pokuty,
Życie na ziemi czasem jego próby;
Szczęśliwy jeśli wspomnienie zguby
Oświęca niebem duch w ziemię okuty,
Jeśli westchnienia i szczere łzy skruchy
Towarzyszą w tej podróży.
Pokuta krótka, wraca między duchy
I Bogu w niebie jak służył tak służy.
Takimi byli owi anieli,
Którzy, w dziewiczym przedpotopnym czasie,
W pierwszych ziemianek uwikłani krasie,
Dla ziemskich pieszczot na ziemię zlecieli
I rozplodzili olbrzymy;
Na takich nieraz i dziś natrafimy
W duszach promiennych wiekuistą chwałą,
Czy ona cnotę czy zbrodnię śmiałą
Podnosi nad ziemię całą.
„O trzykroć Święty, bądź błogosławiony!”
Zawołał wreszcie w dumaniach posępnych
Anioł Itabel, jeden z tych występnych. –
„Bez końca, Boże, bądź błogosławiony!
Że mię podniosłeś w niebieskie strony.
Niema rozkoszy, większej chwały niema,
Jak anielskimi oglądać oczyma”
Promienny wieniec Twojego czoła;
W stworzeniu całem niema nad anioła!
Czuję to Boże! ale razem czuję,
Że za wysoko podniosłeś mię, Boże!
Być tu szczęśliwym Itabel nie może.
On niebieskiego szczęścia nie pojmuje.
On pada pod niem jak pod ciężarem.
Chwała bądź Tobie! że w anielskim chórze
I mnieś podesłał pod Twoje podnóże,
Ale ja mniejszym, uboższym darem
Byłbym się cieszył — szczęśliwsze odemnie
Stokroć szczęśliwsze słabe pokolenie
Któremu ojca wywiodłeś w Edenie;
Stokroć szczęśliwszy człowiek odemnie!«
Jeszcze nie zgasła w duszy posępnej
Ostatnia iskra myśli występnej,
Kiedy, płomieniąc gniewu Pana mieczem,
Zjawił się Cherub, któremu dano
Zaręczać z życiem człowieczem
Duszę anioła na karę skazaną.
»Aniele, bluźnisz!« groźnie zawoła,
»Bóg cię wysłuchał i słowo się stało:
Za karę zdejmiesz ciało anioła
A ludzkie obleczesz ciało.«
I wnet się niebios olwarły podwoje,
A oni spadli jako świateł dwoje,
I stanęli na biegunie,
Kędy przebywa Duch, który swą pieczą
Wiedzie z kolebki ku tronie
Planetę ziemi, siedzibę człowieczą.
Siedział on straszny jak trup zamrożony.
Zasłony ciemne, spływające z głowy,
Kryły całego jak całun grobowy.
Samo wejrzenie na te zasłony
Losy dni ludzkich jasno przedstawiało.
Na tle ich dzikiem, jak rozpaczy lice,
Błyszczały martwych światełek źrenice,
A każde łzami kapało.
„Duchu pokuty!” — przemówił Cherubin —
Ten anioł wzgardził niebieskie mieszkanie,
Odtąd człowiekiem zostanie.
Nałóż mu pierścień ziemskich zaślubin.”
Piszczał prawicy z zasłony wypłynął,
Anielskim palcom pierścień nacisnął,
Gwałtownym rzutem pokrycie odwinął,
Nagim, żelaznym szkieletem błysnął,
Krzyknął: rodzisz się! zaśmiał się i zginął.
Odziany wątłem ciałkiem dziecięcem,
Itabel leżał w więzach powicia;
W jego uśmiechu, oku niewinnem,
W uśmiechu smutnym, łzawej źreniczce
Widzisz granice podwójnego życia,
Dni pokutnicze z anielskimi w sprzeczce.
Przemaga jeszcze istota anielska.
Matka-kobieta wzięła go na ręce,
Przykłada całus na członki dziecięce,
Spuszcza łzę na nie — ten całus, ta łezka
Napiętnowały Itabela dole,
Ochrzciły duszę imieniem człowieka:
Łza wlała w niego wszystkie życia bole,
Z pocałowaniem przepłynęła spieka,
Cnych i niecnych namiętności
Z piersi niewieściej w dziecka wnętrzności.
Itabel jęknął niema głodu skargą
I piersi matki spotkał głodną wargą —
Pierwsze życia unużenie —
Mlecznym strumieniem życia pokrzepiony,
Spuścił na oczy powiek zasłony
I zasnął — pierwsze śmierci objawienie —
Głęboko zasnął. — Matka przechylona,
Cisnąc dłońmi serce w głąb łona,
Aby go bicie serca nie zbudziło,
Śledzi oczami każdy ruch twarzy.
Dziecię śmieje się — cóż mu się przyśniło,
Że drogie dziecię radośnie marzy?
Wszak mu nieznany jeszcze świat wesoły!
Jestże prorokiem? widziż co się stanie?
Nie! on wspomnieniem wszedł między anioły,
On duszą wzleciał w przeszłości otchłanie,
On znowu w niebie, on znowu używa
Anielskich krain szczęścia i dziwa.
Cóż stąd? jak wprzódy skusiły go nudy,
I Cherub zbrojny jawi się jak wprzódy,
I lecą razem do Ducha ziemi,
Ten sam Duch ciemny w tej samej zasłonie
Błyska z pod zasłon kośćmi żelaznemi,
Ręce anioła chwyta w trupie dłonie,
Naciska pierścień i mroczne okrycia
Rzuca na niego niby śmierci matnię;
Anioł zapłakał, Duch rozdarł zasłonę:
„Pierwsze sny dziecka anielskie ostatnie!
I pierwsza zasłona życia.”
Krzyknął z wejrzeniem szydersko-zdradzieckiem.
Anioł potoczył łzy słone
I ocknął się ślochającem dzieckiem.
„A więc cię żegnam mój kątku rodzinny!
A więc cię żegnam, mój wieku dziecięcy!
Życie bez życia nie żal mi ciebie,
Co mi po niebie gdy nie wiem żem w niebie.”
Wołał Itabel, Itabel młodzieniec.
Krew na twarz bije w kwiat serca — w rumieniec —
I oczy śmielsze, pełniejsze zapała
Tym ogniem, jakim silna żądza płonie
Albo na trąbę boju brzmiącą z dala,
Albo przy nagiem rozkoszy łonie.
Precz ze spokojem domowej zagrody!
Precz z pieszczotami rodzinnego kółka!
W myślach szczebiocze niepokój jaskółka,
Wabi za góry, za lądy, za wody.
Śpiew czarodziejski! Wszystko on przemienia
Wewnątrz i zewnątrz, za nim i przed nim.
Objęcie matki, pełne pokrzepienia,
Zostało dzisiaj uściskiem powszednim,
Stygnie przy ogniu tego spojrzenia,
Co jak płomienne widmo gdzieś tam w dali
Sercem dziewicy iskrzy się i pali.
Serce młodzieńca jak źródło bezdenne.
Rośnie krwi powódź jak potopu fala,
Jak eteryczne bałwany płomienne,
Wszystko zalewa, obala,
Aż wszystkie zniesie przeszkody,
Aż cała ziemia bez zapór stanie,
A nad nią buja tylko duch swobody.
Ścieżeczka, która rodzinne mieszkanie
Niby wstążeczka splatała ze szkołą,
Zwij a się w koło i strzela w około
Tysiącem ścieżek, tysiącem promieni,
W końcu każdego widziadło się mieni,
Gwiaździste, dziwne, jak sen gorączkowy,
I każde wabi to błyskami głowy,
To struną serca, to łechtaniem chuci;
Namiętny młodzian tu i tam się rzuci,
I znowu staje i patrzy i bada
Co tutaj wybrać? tutaj piękność naga,
Tu chwały jasność, tu cnoty przewaga,
Tu sytość bogactw!... ha! rozkosz przemaga,
Młodzian w objęcia kobiety upada.
Wszystkie widziadła znikły na raz z oczu,
Wszelkie uczucie inne ustąpiło,
Utonął w źrenic miłosnych przezroczu,
Omdlenie szczęścia niebem nieprzejrzanem
Rozkochanego okryło,
Całego świata widok zasłoniło.
Ustami serca w źródło oka wpity,
Jemu się zdaje, że oko kobiety
Jest jego szczęścia, życia oceanem,
Że on tych źrenic przez wiek nie wypije.
Jakże się zawiódł! Zaledwie użyje,
Jeszcze nie użył, kiedy w tejże chwili
Przesyt się rozlał żółciową goryczą,
A za tą morską głębiną zwodniczą
Dno tuż pod okiem i tuż pod okiem
Pełzają brzydkie poczwary
Samolubstwa, obłudy, niewiary.
Lecz jad rozkoszy zbiegł już wszystkie żyły,
Przetrawił ciało, rozwiązał siły,
Ujął całego w bolu tortury:
Itabel wydał jęk dziki, ponury,
Wściekłą rozpaczą załamał dłonie,
W nadziei ulgi bluzga przekleństwo,
Nie czując ulgi utraca męstwo,
Szuka go w swoim i kochanki skonie;
Ale w jej miejscu widmo osłonione
Z pod grobowego wyjrzało pokrycia,
Zdarło z młodzieńca zasłonę:
„To zasłona życia!”
Z przeraźliwym śmiechem rykło
I znikło.
Itabel duszą i ciałem chory,
Jakby się dobył z objęcia zmory,
Westchnął — i przeszłość i przyszłość całą
Mierzył źrenicą myśli omdlałą;
Zbiegłych rozkoszy i mąk szukał śladu —
Śladu nie było — kochanka zniknęła —
Tylko ostatkiem miłosnego jadu
Wrzal krwi ostatek, głowa płonęła
I serdecznego szału ostatkiem
Rozkołysane latały źrenice.
Przepadły wreszcie postacie kobiece,
Jak płomienisty płatek za płatkiem;
Pierchnęły dymy zmysłów pożaru,
A myśl powstała jasna, swobodna
Od brudu zmysłów, od zmysłów ciężaru,
Weszła w uczucia, przejrzała je do dna,
Polubiła ich czystość kryształową
I zrozumiała muzyczną ich mowę.
Dziwnie, uroczo słowa uczuć brzmiały:
Już to jak trąby bojowej dźwięki,
Już jak melodya wieszczej piosenki,
Aż się podniosły w olbrzymi hymn chwały.
„O bóstwo prawych uczuć, o chwało!
Pojmuję głos twój i za nim śpieszę.”
Odtąd twój jestem. Twoja opieka
Duszą wspomnienia żywi trupie ciało,
Podnosi imię nad ziemskie rzesze:
Tyś tylko godna poświęceń człowieka,
Odtąd Itabel należy do ciebie. «
Itabel spełnił przedsięwzięcie swoje;
Oddany całkiem powszechnej potrzebie,
Dla niej, dla chwały zwiódł nadludzkie boje:
Pieśniami zapał milionów rozniecał,
Jak słońce enoty ludziom przyświecał.
Przed samem jego imienia wspomnieniem,
Ziemia schylała czoło z uwielbieniem.
Itabel prawy! Itabel wielki!
Wzniósł się nad wszystkich chwały namaszczeniem.
Najmniejsza plamka krwawej kropelki
Nie zeszpeciła wieńca jego sławy.
Lecz oto! wstaje, rośnie słup kurzawy,
Jakby pół ziemi w pył się rozleciało:
Kurzawa płynie na potokach wrzawy:
Co jest zmian w głosie, wszystko tam grało:
Loskot oręża, bojowe pioruny,
Witajne hurra, ryki przekleństwa.
Hymnami chwały bijące struny,
Pełzały u nóg synowi zwycięstwa.
Wojownik idzie! Wiatr jego przechodu
Z głowy mocarzów korony zrywa;
Pod jego stopą potok narodu
Płomieniem, łzami, krwią się rozpływa.
Obiega ziemię! Zatrzymał się chwilę,
Stanął nad ziemią, jak pomnik grobowy,
Na człowieczego plemienia mogile;
Ogniste: „Pycha”, laurem jego głowy;
Chorągwie wiały szczęścia skrzydłami,
Oczy puszczał wprzód ze szponami sępów,
A na około jego zastępów
Więzy niewoli pełzały wężami
I świat ściskały w milion pierścieni;
Barwa wojsk jego z krwawej czerwieni.
On sam wystąpił na głowach, wysoko,
Z pogardą pojrzał w Itabela oko:
„Precz stąd!” zawołał – „tu szczęście włada.
Niechaj zasługa przed szczęściem upada.” –
Hurra! zwycięzcy! wrzasnął tłum orężny.
Itabel, upadł – Imię Itabela
Do szubienicy przybił rozkaz dumy,
Jak człowieczego rodu wichrzyciela…
Klasnął zwycięzcy świat niedołężny.
Do szubienicy tłoczą się tłumy,
Plują w to imię, miotają przekleństwa
I cała ziemia brzmi chwałą ciemiestwa.
Jedno ocz mgnienie i oto po chwale,
Której Itabel wszystko poświęcił;
Płacz niemy, gorzki w oczach się zakręcił,
Upadłą duszę ścisnęły żale:
Dumy zbliżył się pod zwycięzcy barwą,
W twarz Itabela błysnął Ducha larwą,
Potrząsł pokryciem z Itabela zdartem:
„To życia zasłona!”
Zawołał, zaśmiał się czartem
I przepadł do ziemi łona.
Itabel został na świecie sam duszą.
Itabel puszczy otoczył się głuszą.
Z ciała i z myśli ziemskie więzy zrywa,
Ze wzgardą wszystkie odrzuca ogniwa,
Które ze światem łączą powszednim.
W przeszłość co za nim bez żalu spoziera,
Jak lekarz trupa tak on ją rozbiera,
Bo święta księga mądrości jest przed nim;
Jedyna zdobycz z tylu lat cierpienia,
Z tylu widn rajskich przekształconych w czarty;
Z księgi przeszłości na zawsze zawartej
Jedyna karta – karta doświadczenia –
Naga, bezduszna, ale mężowi,
Co pragnie nad gmin mądrą podnieść głowę,
Snuje jak z kłębka trudy wiekowe
I czarodziejską sferę stanowi,
Gdzie błędne ognie uczuć już nie płoną,
Gdzie wszelkie dźwięki zmysłów zagłuszono,
Gdzie wszelkie żądze głazem przywalono,
Prócz jednej, wzniosłej, pewnej swego celu;
Chcesz ją zobaczyć? masz ją w Itabelu.
Siedzi schylona w wyprężonym biegu,
A przed nią stoją, szereg przy szeregu,
Na białych kartach tajemniczej księgi,
Dziwne postacie, zastępy potęgi
Co w jednej chwili może, gdy zamarzy,
W nowy ruch wprawić cały świat człowieka,
Podnieść zasłonę która powleka
Arkę nauki, z jej dziwnych postaci
Ten klucz ułożyć co wszystko otworzy:
Taki trud godzin jest myśli pół-bożej,
On trudy życia całego opłaci.
Itabel siedzi, mierzy, liczy, waży;
Przeliczył, przemierzył, przeważył pół-wieka,
Tysiąckroć księgę mądrości przekłada,
Każdą jej głoskę tysiąckroć wybada,
Już bliski celu, już jej klucz posiada,
Jeszcze raz pracę przegląda ściśle,
Patrzy, a ciemność szerzy się w umyśle,
Zasłania oczy, płacze mózgu siły,
W głoskach mądrości robak mogiły
Pełza i pisze plomykiem grobowym:
„Gotuj się w podróż ku światom nowym!
Klucz mądrości śmierć!” – i w Ducha znanego
Nagle zmieniony, obdarł go z pokrycia,
Krzyknął: „to zasłona życia!”
I znikł ze śmiechem z przed oczu jego.
Czem jest słup pyłu na wichrów rozdrożu,
Tem Itabela dusza jest w tej chwili
Śród wichru myśli: ciało położyli
W przysionku śmierci na konania łożu.
Im wyżej myślą podniósł się nad ziemię,
Tem ciężej w spadku uczuł myśli brzemię.
Ciężki ból, kiedy zmysły rozstrojone,
Muzykę wrażeń odbijając dziko,
Wzruszają ciało boleści muzyką;
Ale ten cięższy, kiedy przydławione
Uczucia, myśli długich lat pierścieniem,
Ścisną się w sobie gasnącym płomieniem,
Czują w krąg ciemność rosnącą i pod nią
Dopalają się przelękłą pochodnią.
Itabel czuje ten ból dwojaki:
Tu w zwiędłe ciało żądło choroby
Szczepi zniszczenia robaki,
Tu czas w dwóch stronach postawił dwa groby,
Przeszłość i przyszłość – jeden od drugiego
Dziksze, straszniejsze. Widziadła pierwszego
Cień, echo bytu, swoją trupią zgrają
Świadectwo zniszczeniu dają;
Straszliwszy drugi, bo z jego pomroku
Widziadło nawet nie zjawi się oku –
Sama tam nicość. – „Wieczna Tajemnico!“
Woła Itabel – „w której się zatliło
Życie mej duszy, Ty! co tą ciemnicą
Dławisz je dzisiaj, niepojęta Siło!
Nieopuszczaj mię, zlituj się nademną!
Ten ból zniszczy mię, zniszczy mię to ciemno,
Jak się rozwiało wszystko we widziadła”
Co za żyjące i wieczne trzymałem,
Jak cała przeszłość moja w grób przepadła.
Rzucam się w Ciebie i duszą i ciałem,
Prowadź mię odtąd. Zaufany w sobie
Piłem wciąż strute żywota bałwany,
Bałwany życia przebrnąłem pijany,
Wytrzeźwiłem się dopiero przy grobie.
Lecz jak tu przebyć zagrobową drogę,
Gdzie dojrzeć śladu żadnego nie mogę?
Objaw mi Boże! Cały chcę być w Tobie,
Dla Ciebie, abym tylko nie był niczem.
O! jakikolwiek jest mój los, o Panie,
Byłem czuł tylko Twoje panowanie,
Niech się we wszystkiem Twoja wola stanie.
Skończył – grób chmurny rozjaśniał obliczem
Wschodniego nieba; z głębi jego cienia
Wyłamała się, jak poranna zorza,
Dziewicza postać, a rajskiego tchnienia,
Słonecznych wejrzeń – zbliża się do łoża,
Dotyka z lekka Itabela ręki –
A jej dotknienie, uścisk i wejrzenie
Rzuciły ciało w ulgi omdlenie –
I mówi dźwiękiem anielskiej piosenki:
„Bóg, Itabelu, twą pokutę skraca;
Wiara niebieską dziedzinę ci wraca.
Zrzucasz ostatnią życia zasłonę,
Śmierć.” – A Itabel, jakoby dopiero
Otworzył oczy długo zamknione,
Ujrzał dokoła światłość nieba szczerą.
Gwałtownym lotem znikał Duch ponury,
Pierścienia śmierci na palcu nie było;
Znany Cherubin i aniołów chóry
Zabrzmiały pieśnią uroczystą, miłą:
„Chwała bądź Panu nad niebiosami!
Życie anielskie do nieba wróciło,
Itabel znowu między aniołami.” —
Źródło: Dzieła Seweryna Goszczyńskiego, 1852.