Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 246
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


podobno skupiasz się wyłącznie na tu i teraz i nie chcesz wywlekać starych spraw, a po raz kolejny to robisz, oj miotasz się, kasiu
spełniłam tylko prośbę Krzywaka i do Krzywaka się dostosowałam
jestem boleśnie KONSEKWENTNA

Ta, znowu skłamałaś.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


podobno skupiasz się wyłącznie na tu i teraz i nie chcesz wywlekać starych spraw, a po raz kolejny to robisz, oj miotasz się, kasiu
spełniłam tylko prośbę Krzywaka i do Krzywaka się dostosowałam
jestem boleśnie KONSEKWENTNA
od kiedy tak chętnie spełniasz prośby i taka usłużna jesteś?;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Kłamiesz - TY pierwsza naruszyłaś regulamin w wątku pod balzakiem, który też tutaj cytowałem (co ty nazywasz teczkami, bo to dla ciebie niewygodne, a zapomniałaś skasować)- i o tym w liście pisałem.
I tyle, pozdrowienia dla twego jawnego TWA, tyle twojego, że się z tym nie kryjesz. Ale towarzystwo masz godne siebie - sami najlepsi :)))
Opublikowano

I już na koniec - przynajmniej do powrotu z pracy :)))

Otóż - w tym wątku doskonale widać, kim jest "kasiaballou", przyjmuje każde jedno poparcie - i jeżeli akceptuje użytkowników takich, jak "6 kilo" (zbanowanego na poezji po kilkunastu postach, zresztą każdy może przejrzeć historie jego wpisów) - to jest to działanie na szkodę serwisu.

tacy użytkownicy jak "kasia: zohydzą każdą inicjatywę - co zresztą po raz kolejny widać, bo wg niej jeżeli coś żyję i się dobrze bawi, to trzeba to zniszczyć. Tak zresztą wynurzył się wspomniany "Wojciech Bezdomny" na "Dokunamente" - opisał wieczór poetycki z 22. 02 na którym nie był. Oczywiście dostał odpowiedź taką, jaka mu się należy. Takie grono użytkowników to jest działanie na szkodę serwisu, chociaż powtarzam, że każdy, kto będzie chciał kiedyś coś zrobić, będzie narażony na takie "kasie" i "wojciechów".

tacy użytkownicy jak "kasia" są anonimowi - czyli to znamienne, ale prawdziwe - ich autentyzm to robienia śmietnika w miejscu, w którym są. Często to prowokacja, manipulacja w celu zniszczenia czegoś, co przerasta ich i wprowadza w kompleksy. Specyficzne jest to, że praktycznie każdy zapis tego użytkownika to czyn, który sama zrobiła, a potem bezczelnie zwala to na innych - w celu wywołania u nich agresji - i to jest działanie na szkodę serwisu.

tacy użytkownicy jak "kasia" działają w imię "dobra", czyli rzucają popularne hasełka, bronią tych niby słabszych przy poparciu, że tak powiem, chuliganów (vide ""6 kilo"), którzy kijem ustawiają opornych do szeregu. Tak działa każdy totalitaryzm i tutaj mamy taki drobny przykład. I to też jest działanie na szkodę serwisu.

Dobra, czas się kończy - Każdy z nas może mu podpaść, i każdy z nas może dostać od tego użytkownika serie jej wynurzeń - przekłamanych pomówień, często dotyczących spraw osobistych, więc uważajcie. Dla mnie to prowokacja,która ma krótkie nóżki, ale jak widzę przekręcanie faktów to mam wrażenie, że nigdy prawdziwej twarzy takiej "kasi" nie poznamy.

I tyle - oczywiście TWA to też działanie na szkodę serwisu :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Woli ścisłości to prawda Was wyzwoli, ale powiem Ci świętą masz rację. Dla mnie Kasiula to się zachowuje jak taka zakochana gimnazjalistka, co podrywa popychaniem i szczypaniem. Najbardziej obezwładnie mnie to jej pisanie non stop "Krzywak", jak na przesłuchaniu esbeckim - zgaduję, że zainteresowany zdaje sobie sprawę jak się nazywa i nie trzeba mu przypominać.
I nie wiem, czy ów Michał tak się odnalazł w roli ojca i chce, kierowany jakimś uczuciem "tacieżyńskim", powstrzymać nieletnią dziewoję przed zrobieniem z siebie publicznie małowioskowej idiotki i, co za tym idzie, kolejną emo-modną depresją z żyletkami i keczupem w tle, ale, mój drogi Michale - nie tędy droga.

Jo ni byda godoć samki po próżnicy - dejcie sie po szlagu, kiere jedne z wos na szmary rube zasłużyło. Póćcie po rozum do gowy, paczcie tam jako i czymejcie sie. Ida do roboty.
Opublikowano

proponuję zastosować:

wyrozumiałość, wielkoduszność, wspaniałomyślność
aha, i jeszcze maciupeńkie coś:
nie atakować się na przestrzał, na wprost
a gdy ma się zarost - na wylot
szczególnie w kobietę - bo to jak kulą w płot. ot! :))))))))))


p s

żałuję, że nie mogłem odpowiedzieć w poprzednim wątku, ale został skasowany przez autorkę.
w każdym razie, serdecznie pozdrawiam Kasię, kolegę Krzywaka, Olesię i innych zaciekłych adwersarzy - do następnego, niech się wydarzy! :))))

Almare

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ta, znowu skłamałaś.

weźcie przestańcie już uprawiać tę cherlawą bazgraninę - i tak oboje jesteście za starzy: nic już z was nie będzie; z Kasi nic nie będzie, bo w płyciźnie własnych (jakże koniecznych!) replik brodzi, i nie wstanie, bo nie widzi, a po polsku pisać nie piszę, tylko jakieś "fikołki" robi i to jest jej styl pełen jak książyc; a z Krzywaka żaden gość, jeno wyraziciel smutku i godny politowania obrońca pokrzywdzonych; właściwie to rozumu macie na tyle państwo drodzy (można już was nazywać duetem?;)) aby bawić się w podwórkowe strzelaninko przegniłymi ślepakami; weź wyjdź Krzywak na solo, umów się z nią, tak realnie - ona jest tak samo ciekawa jak i ty (więc nie przyjdzie;D): co by nie napisać i tak znajdzie odpowiednie słowa, by sens tego przekształcić na swoje - bo to ten rodzaj, który po prostu kładzie nacisk "na
swoje" czyli na jeiii; jak mój stary - on nie dąży do konsensusu i rozwikłania problemu, on perswaduje "swoje", nie widzisz? to ograniczenie - z tym się nie rozmawia - tego się nie rusza - bo to zawsze wzburzone pepla (nie lepszy jesteś Krzywak) ;)

a z was to żaden i tak nie potrafi powiedzieć ostatecznie: "pierdolę cię", bo nędza osobista to podstawowy śrut waszych wietróweczek, więc o co chodzi?; i tak się nawzajem będziecie szturchać w nieskończoność właściwie już chyba z lubością, bo zarówno jeden jak i i drugi wie, że jeden i drugi gdzieś się myli, i ani jeden nie ma ostatecznej racji, i ani drugi nie ma ostatecznej racji; i każdy ma coś do powiedzenia a chodzi nie o to kto jest lepszy faktycznie i kto ma rację w rzeczy samej, ale kto okaże się lepszy w bezpośrednim starciu publicznym i kto zadusi adwersarza ;D juuhuu "a Maciuś mie bije;(" :))

i o ile można zabawić się w coś takiego raz, no może dwa; ale dla was to jest już niemal wyznanie wiary - jesteście jak perpetum mobile: raz szturchnięci szmoczecie się jedostajnie, miarowo, utrzymując ten sam ton kontrataków po dziś dzień, o pierwszego wschodu słońca, a to było kiedy mnie tu jeszcze nie było, czyli dawno, ale miejmy nadzieję, nie wątpmy, sens jest jasny: prawda zwycięży! ;)

jazda więc! ku pokrzepieniu (własnych) serc!
Krzywak vs. Kaśka
part 2566
(sezon siódmy)
:

O ten wpis biorę jako podstawę, bo wyraża w sumie kolejną szamotaninę w której kolega z zadziwiającym uporem bierze na non stopie udział, skacząc tylko z kwiatka na kwiatek - ale ja w sumie w tym momencie mogę poniekąd się z twoim wystąpieniem zgodzić, bo cyrk cyrkiem, ale i jest czas na koniec. Tyle, że dajcie już spokój z tym personalizowaniem, bo dziewczyna już gdzieś napisała, że listy do niej pisałem (a kto nie zna wątku wcześniejszego, to może się zdziwić :), a na koniec jeszcze pomyśli, że toczę tutaj sercowe podboje, co na samą myśl chce mi się zwrócić obiad, który teraz jem. Dlatego twój wkręt uważam za kolejny komizm sytuacyjny.
Zatem ja skończyłem i w tym poście tyle mojego.
Opublikowano

Spisek, tajne stowarzyszenia, kłamstwa, manipulacje, rewolta - a autorką i prowokatorką jest podobno kasiaballou i jej Twa.
Twa, w którym opracowano przewrót, celem obalenia Krzywaka i jego inicjatyw. Agenturalny charakter tych działań ma na celu zniszczyć wszystko, co żyje - odebrać radość i chęć do działania. Zło zasilane Wojtkami, Jackami, a nawet samym Borutą, z zapleczem niejawnych popleczników z szerokimi plecami przepuszcza zmasowany atak.
I jeden sprawiedliwy, jeden nieuwikłany, jeden niezawisły, jedyny obrońca uciśnionych - Indiana Jones Krzywak - Piotruś Pan, który nie wyrósł z krótkich majteczek i tkwi w baśniach, marząc o wielkości. Ależ proszę bardzo - ja nawet tym inicjatywom kibicowałam, a że nie chciałam brać w nich udziału?
Nie ma w tym mega tajemnicy, czy ukrywania siebie - jest pewien wybór drogi - moja jest mniej komiczna i mniej transparentna - mój wybór.
A to, co tu się dzieje - to jest krzywakowa SF, do której domontowano całą filozofię; mieszając osoby, które absolutnie nie mają w tym zamieszaniu swojego wkładu, czy interesu .Zaś epicentrum zawieruchy u Kaśki, pod spódnicą - zło w czystej postaci - (......) Przejadły mi się te bajki, te eseje w wykonaniu Krzywaka i jemu podobnych. Krzywak, ma obsesję. Żadna z niego figura, żeby poświęcać jej aż tyle czasu i energii - przecenia się, a ja mam dla niego złe wieści. Otóż, nikt nie chce go obalić, bowiem jego pozorny świecznik i tak jest z wosku i sam się roztapia pod wpływem ciężaru i temperatury niskich pobudek, obelg i kłamstw. Nigdy, powtarzam - nigdy nie popartych niezaprzeczalnymi dowodami, a jedynie imaginacją wyobraźni i wariackimi fantazjami. Nie interesują mnie krzywakowe inicjatywy i nie one budzą we mnie niepokój. Bo to epizodzik zaledwie i zabawa w sztukę, ale twórcza, integrująca, inspirująca, więc niech trwa i niech się mu tam kręci. Ja ograniczam się tylko do zielonego podwórka i interesuje mnie ono tu i teraz, a nie tam w plenerze. I to najbardziej uwiera Krzywaka - że mu nie czapkuję, że się przeciwstawiam, że krytykuję i torpeduję jego opinie, że nie uznaję jego autorytetu, że nie zasilam grona siłaczek i siłaczów a tak naprawdę grona Nikosiów Dyzmów - ale to ich bajka, która mnie nie interesuje i to tylko moje zdanie, z którym nikt nie musi się zgadzać.
Czas zadać kluczowe pytanie; dlaczego? Dlaczego to wszystko? Mówiłam to nie raz, ale powtórzę i rozwinę temat, bo Krzywak przedkłada i zaciemnia swoją osobą istotniejsze zjawiska/zagadnienia/racje.

Nie podoba mi się system i nie podoba mi się podmiotowe i instrumentalne traktowanie użytkowników tego forum. Nie podoba mi się niesłuszne kreowanie niektórych ludzi na tuzów. Nie podoba mi się chęć dominacji i pacyfikowania/piętnowania/zadziobywania postrzegających inaczej, a wynoszenia na piedestał zwolenników Nikosiów. Nie podoba mi się tworzenie silikonowych guru, którzy narzucają trendy poezji, nazywając swoje wizje i wypociny samozwańczo obecną - czyli poezją współczesną.
Dział Poezja Współczesana w tej chwili nie istnieje. Poodchodzili wartościowi Poeci, ponieważ nie chcieli stawać w szranki z kupą grafomanów, którzy zamiast skupiać się na poezji, uprawiają plebiscyty popularności, bawią się w kulki, jakby utwory literackie można było traktować, jak rozgrywki bilardowe - żenada. Ten system się nie sprawdził i otworzył furtkę do manipulacji, układów i grafomanii zaawansowanej. Często wyróżnia się utwory przeciętne, nieciekawe i ubogie artystycznie. W tej kupie, giną dobre wiersze, a zniesmaczeni Poeci po prostu przestali zamieszczać, albo wklejają sporadycznie - bo w takim "towarzystwie" trudno o rozmowę o sztuce. Dyskusje pod wierszami przypominają imieniny u cioci Peli, a każda konstruktywna krytyka jest odbierana, jako atak i nieprzystosowanie czytelnika. A ja się nie chcę przystosowywać do tego saloon’u, ja nie chcę buziaczków i misiaczków, ja chcę porozmawiać o sztuce, o uczuciach, o sensie bycia/życia, o sztuce kochania i genezie nienawiści, o więziach międzyludzkich i o braku tych więzi, o przyczynach i skutkach, o korzeniach, o tradycji, o pięknie przyrody, o malarstwie, o muzyce i zakazanej miłości, o sztuce kochania przez całe życie i o tym, dlaczego życie często tak boli - czasem mnie, ale innych jeszcze bardziej i skąd w ludziach tyle przeciwności, dlaczego tak pięknie piszemy, a tak brzydko żyjemy?
Chcę mieć możliwość wymiany poglądów z Poetami mądrzejszymi, bardziej doświadczonymi, albo młodszymi, ale inteligentniejszymi ode mnie - żeby mnie ubogacali swoim słowem, żeby podzielili się ze mną credo, którego się dopracowali, lub które dostrzegają tam, gdzie ja nie potrafię, lub nie mogę popatrzeć. Mam jeszcze tysiące pytań i chciałabym czerpać od mistrzów, ale ich tu jak na lekarstwo - bo Krzywak zainicjował kulki i serwuje nam filozofię remizy strażackiej. Remizę strażacką to ja mijam pod moim miastem - nie tego szukam i nie tego oczekuję w poezji i od poezji. Może i jestem inna - ale to nie powód, żeby mnie wgniatać w najgorsze błoto, żeby dopinać mi najpaskudniejsze łatki - ja już pominę, kim byłam, kim w/g kupy jestem i kim mnie tu jeszcze zrobią.
I teraz jest dobry moment, żeby poruszyć najistotniejszą msz kwestię. Człowieczeństwa - bo przecież nic nie ma sensu; nie ma sensu poetyzowanie, nie ma sensu inicjatywa, nie ma sensu każdy inny wymiar sztuk pięknych, jeśli nie jest on owocem myśli i kreatywności Człowieka.
I dla mnie człowieczeństwo jest najważniejsze. Człowieczeństwo, czyli sposób życia i postępowania - traktowania siebie, ale przede wszystkim innych. Przez taki pryzmat oceniam, tą wykładnią wartości się kieruję.
Czyli nie ufam słowom i wierszom ludzi, którzy reprezentują sobą nieludzkie/niehumanitarne światopoglądy, którzy się wywyższają, którzy traktują innych z pogardą, nastają na godność człowieka, mnożą podziały, dyskryminują, powołują się na najwyższe wartości kulturowe i religijne, posuwając się przy tym do roli Boga - i jednoznacznie wyrokując - narzucając kijem prawa, kanony, normy, interpretowane ich małością ich niedoskonałością, ich fobiami, ich kompleksami, w końcu - ich ambicjami bycia tuzami, wyrocznią, jedyną drogą prawdy. Ja im nie ufam - nie tym niezbywalnym wartościom, ale interpretacji przez ludzi małych duchem - bo oni swoją postawą świadczą, że są niegodni. I kiedy przychodzi skonfrontować te górnolotne hasła z rzeczywistością - padają pod naporem swojej hipokryzji. Gnębią i poniżają - nie pozwalają, wręcz utrudniają zaistnieć osobom, które postrzegają inaczej. Narzucają swój nurt i pod nasze powieki wciskają obrazy, które wchodzą w dysonans z ich deklaracjami.
Dlatego będę się przeciwstawiać Krzywakowi i jego klakierom. Będę się przeciwstawiać wszelkiej formie dominacji i nastawania na wolną sztukę. Będę krytykować grafomańskie wypociny, które oblegają b.Zet. Będę krytykować wszelką formę podziałów i dyskryminacji. Będę odrzucaj silikonowe wzorce silikonowych poetów, którzy wdrapali się na listę popularności dzięki wsparciu grafomańskich popleczników i dzięki konfliktom i burzom z takimi osobami jak ja. I będę czekać, aż ten robak zgnije, aż silikonowe TWA dostanie od czytelników po twarzy - zostanie odrzucone na boczny tor - żeby sobie przemyśleć ten swój pusty, plastikowy świat. I będę czekać na ich rehabilitację, na zmianę postawy, przystającą do miana człowieka i poety, I będę czekać na powrót prawdziwych mistrzów życia, mistrzów pióra. I to jest możliwe - jeśli zaślepieni pozornym splendorem tego silikonu - Czytelnicy - przestaną oddawać hołd choremu na ambicje cielcowi. Aroganckiemu, prostackiemu, wyniosłemu i choremu na megaambicje cielcowi, który opanował b.Zet. Tym cielcem jest TWA grafomanów i przeciętnych poetów - samozwańczych guru, sztab olesiopodobnych klakierów - a mecenat nad nimi sprawuje Krzywak. I ja nawet wiem, że on nawet chciał dobrze - ale jego cechy przyrodzone nie pozwolą mu się przyznać do zabrnięcia w ślepą uliczkę - i o to mam żal do Krzywaka. A teraz czekam, żeby M.Krzywak zwrócił mi honor, bo w głębi duszy on wie, że mnie niesprawiedliwie pomawia, broniąc swojej tzw.pozycji i swoich tw.wieszczów. Ja jestem sama i piszę sama - mam życzliwych obserwatorów, ale oni mi nie pomagają, ci wspaniali i wartościowi ludzie mają podobne oczekiwania, co do poezji i jej wizerunku. Czasem nie zgadzają się z moimi poglądami, ale zgadzają się, że człowieczeństwo jest najważniejsze - i że niektórzy "poeci" o tym zapominają. I że niektórzy poeci reprezentują sobą postawę karygodną i żenującą, uwłaczającą godności swojej i innych. Odsłonili swoje prawdziwe oblicze przy okazji tzw.”listu otwartego” i odsłaniają się dalej kolejnymi pyskówkami i kolejnym zadziobywaniem adwersarzy – ja im tylko pomogłam ściągnąć maskę – stąd ten gniew – ponieważ wiedzą, że przegrali na swoich „pozycjach” – że już nic nie zmieni biegu wydarzeń. Że wielu przestanie ich słuchać i przestanie się ich obawiać. To wszystko - cała tajemnica. Inne kloaczne i bezsensowne posty pomijam – szkoda mi czasu na prymitywne parapoetki i domorodnych parafilozofów. Te bezstronne przemilczę - przez szacunek dla bezstronności.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




to chyba kpina jakaś.. :)))
dysfunkcja samooceny, czy jak??
żenada.

lusterko posiada? to niech popatrzy i ludziom nie pluje w oczy!
bezczelność !!!

jak długo kasiabaloo zamierza zadziobywać innych użytkowników forum??
szczerze mówiąc nie chce mi się wstawiać już tu wierszy, by nie słuchać kasiowych bulgotów, głupot i nie patrzeć na kasiową zajadłość plującą żółcią. obrzydliwość. wstręt bierze.

tyle.
Opublikowano
Czubek

Pewien gawron nienawidził koliberka
ptaszek mały był i wątłe miał skrzydełka
lecz kolorki takie żywe wesolutkie
chcę ten honor! - wrzasnął gawron bardzo butnie.

Usłyszała krak gawroni pewna sroka
rzecze mu - nie spuszczaj ptaszka bracie z oka
zmówię stadko szarych wróbli szybkodziobów
będziesz barwny - trzeba tylko zrobić odłów.

Wyskubiemy pastelową piór paletę
będziesz czubek czubku miał a wróble fetę
zaś koliber bez honoru zginie marnie
naszym będzie to w czym jemu tak nieładnie.

Gawron nosi od tej pory piór proporzec
jak zdobyty? ptaki wiedzą - trudno orzec
lecz ja rzeknę - zarąbany bez honoru
a koliber gościem jest pewnego domu
opowiada przy nektarze świeżej karmy
jak to cudzym chciał się puszyć gawron marny.

Bałamutna sroczka kiepskim przyjacielem
bo czyż można honorowym być złodziejem?



- koniec bajki
;)
Opublikowano

Była sobie myszka szara
Smutna, sama, biedna, mała
Bała się wciąż, w norce drżała
Wreszcie gniewnie lwa udała

Lecz jak wiecie, czytelnicy
Mała mysz cichutko kwiczy
Gdy miast ryku popierd cichy
Myszka w bek – nikt mnie nie słyszy

Zatem inny sposób wzięła
Tego sklęła, tą wyklęła
Wszystko pięknie zakłamała
Taka myszka, biedna, szara

Tak się myszka rozkręciła
W pędzie, w szale opętaniu
Ten, kto dla niej był poetą
Nagle został wierszokletą

Choć tak pięknie go broniła
Potem zdanie swe zmieniła
Inne myszki pod jej piecze
Chcą Popiela zjeść, a wiecie

Jak szkodniki są już w kupie
Wtedy byle i po trupie
Podłe, małe i fałszywe
Żreją wszystko to, co żywe

Ale dosyć, koniec bajki
myszka wzorem cichodajki
Ssie ogonek przerażona
Nicość przez kable stworzona

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...