Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Któregoś pięknego, letniego dnia – chyba gdzieś na początku sierpnia – urodziła się puchata lwiczka. Szczęśliwi rodzice nadali jej wyniosłe imię: Hellelujoannittegarda, jak przystało na arystokratyczną, królewską rodzinę. Jednak dla ułatwienia oraz okazania czułości, bliscy i przyjaciele nazywali lwiczkę po prostu: Hella, Leluja, Hel, Lel, Leja, Lea, Nitta, Joan, Garda albo najzwyczajniej Joannitta.
Lwiczka była przesympatyczna: cieplutka, milutka, mięciutka, dająca się urabiać i uklepywać na dowolne kształty i modły – po prostu ideał dziecka. Wszyscy ją chwalili, że taka grzeczna i dobrze ułożona. Rodzice lwiątka chodzili rozdęci dumą po uszy, że tak dobrymi okazali się treserami. Nie wszystkim rodzicom tak świetnie się to udaje.
I byłoby po prostu idealnie: rodzice byliby idealnymi wychowawcami, a lwiczka wyrosłaby na idealną żonę, gdyby nie pewna przypadłość genetyczna, która zaczęła się uwidaczniać w dobie dojrzewania maleństwa. Otóż pewnego razu królowa matka zauważyła, że jej córce zaczyna rosnąć… grzywa! Z przerażeniem zobaczyła pod słońce wyraźną, małą jeszcze, złocistą koronkę wokół głowy córki, okalającą jej miły pyszczek za uszami.
Królowa matka wezwała panienkę na poważną rozmowę (zresztą wzywała ją tylko na poważne rozmowy, nigdy na nic nie dające, lekkie pogaduszki o niczym).
- Spójrz na siebie! – zaczęła matka łagodnie – Bardzo mi się nie podoba to, jak ostatnio wyglądasz. Co to za nowomoda?
- Jaka nowomoda, mamusiu? O czym mówisz? – niekłamanie zdziwiła się naiwna Leluja.
- Nie udawaj, że nie rozumiesz! – matka przybrała ostry ton – Przecież rośnie ci grzywa!
- A, grzywa… – Leli spuściła wzrok, musnąwszy pazurami złocistość czupryny nad czołem – Tak… przepraszam. Ale to nie moja wina.
- Jak to: nie twoja? A niby czyja?
- Nie wiem. To mi samo wyrasta. Tak mi się robi. Samo.
- Przecież nie jesteś samcem! Jak ty wyglądasz z tą grzywą?!
- No… Pewnie jak samica z grzywą? – Leja próbowała rozładować ciężki nastrój żartem.
Ale to tylko pogorszyło sprawę:
- Nie wygłupiaj się, wiesz?! – ryczała królowa matka - Robisz się uparta i krnąbrna! Aha, i buntownicza! Jeśli nadal będziesz hodować w sobie te cechy z tą… grzywą, to nigdy nie znajdziesz męża!
- Mamusiu, ja po prostu dorastam. Dorastam w taki sposób. Z grzywą. Taka już jestem – próbowała tłumaczyć się Leja.
- To dorastaj w inny sposób! Lwiczki powinny być potulne, posłuszne, usłużne, powinny przynosić mężowi gotowy obiad… A ty tu z tą grzywą! Wstyd, naprawdę! W tej chwili maszeruj do łazienki i zgól tę… wątpliwą ozdobę!
Joannittunia potulnie poszła we wskazane miejsce i długo, długo mocowała się ze sztywnymi drutami swej niesfornej grzywy za pomocą ojcowskiej maszynki do golenia, którą król lew usuwał codziennie zbyt rosochatą, niepoważną kitkę w zakończeniu swego dystyngowanego ogona.
Przez jakiś czas był spokój. Lwiczka zaczęła podobać się chłopcom, niektórzy nawet pozwalali się zapraszać na rodzinne obiadki, co było już przygrywką do przyjęcia zaproszenia na zawsze, bo Lea była niezwykle śliczna.
Niestety po jakimś czasie grzywa zaczęła odrastać. Wystraszeni kandydaci na narzeczonych odsunęli się od panny na bezpieczny dystans, tłumacząc się, że przecież niczego nie obiecywali i nie mają wobec niej żadnych zobowiązań. A ponieważ Hella była naprawdę piękna, wielu z nich proponowało jej seks kumpelski (wraz z kumpelstwem, oczywiście). Gdy jednak nie chciała tych usług przyjąć, kumpelstwa także jej nie dawano - fatyganci odpływali w siną dal.
Tym razem więc król ojciec postanowił poważnie porozmawiać z córką. Co prawda nie wiedział, czy dziewczyna już dorosła do poważnych rozmów i bardzo się bał, że mu się to nie uda. (Król ojciec nigdy dotąd nie rozmawiał z córką poważnie, co najwyżej o dziecinnych bzdurkach, czyli o niczym).
- Słuchaj no! – zaczął ojciec delikatnie – Jak ty się nosisz? Czy tak wyglądają młode dziewczyny? Czy tak chodzą twoje koleżanki?
- Tatusiu! – zamiauczała płaczliwie lwiczka – Dlaczego wy się mnie czepiacie? Ta grzywa mi sama rośnie! Ja już taka jestem!
- To ją gól! Gól, na litość boską! Jak się jest lwicą, to się nie nosi grzywy!
- Golę! Golę i golę! Ale ona mi coraz szybciej odrasta! I coraz bujniej! Nie nadążam! – tłumaczyła się Nitta, wybuchając wreszcie niepohamowanym płaczem - Sam masz grzywę, to spróbuj ją sobie golić codziennie! Ja mam to po tobie! Właśnie po tobie!
- Ja jestem lwem! – ryknął król i tak huknął pazurami w pochyłą akację, że runęła z trzaskiem w suchą trawę sawanny – Jesteś bezczelna! Odkąd zaczęłaś dorastać, nie da się z tobą rozmawiać! Wyjdź mi stąd! Wyjdź z mojej sawanny! Kiedy skruszejesz i zmądrzejesz, to wrócisz!
- Jak sobie życzysz! – ryknęła po raz pierwszy Joannitta i wybiegła z sawanny.
Mijając matkę, zatrzymała się na chwilę i ośmieliła się spojrzeć jej w oczy; ale zamiast cienia współczucia - zobaczyła w nich błysk wściekłości i wstydu.
Wobec tego biegła bardzo długo, coraz głośniej szlochając i płacząc, ale nikt tego nie słyszał; a jeśli nawet ktoś usłyszał, to nie chciał sobie tym zawracać głowy, bo w końcu każdy ma własne kłopoty. Więc biegła i biegła, szukając dla siebie miejsca i coraz bardziej dorastając. W końcu jej płacz przerodził się we lwi ryk, a sztywna koronka wokół łebka – w olbrzymią, gęstą, krzaczastą grzywę. Jej oczy nabrały przenikliwego, badawczego wyrazu, a sposób bycia – hardości, stanowczości, królewskiej wyniosłości i dumy. Hella była coraz piękniejsza. I silniejsza. I dziksza. I coraz bardziej samotna. Niezależna.
Kręciły się wokół niej lwy różnej maści, sortu i kalibru. Podobała się właściwie wszystkim. Ale ciągle – idiotka! – nie mogła zrozumieć, że oni nie szukali w niej żony, bo przecież nie wyglądała na żonę. Lubili ją, chcieli, żeby była ich kumpelką, przyjaciółką, powiernicą, nawet przewodniczką (bo dobrze wszystkich rozumiała, nawet samców). No, oczywiście, chcieli z nią także… Przecież byli normalnymi lwami, a ona była taka piękna i wyjątkowa. No, ale na żonę nie szuka się wyjątkowych lwic. Na żonę to się bierze zwykłe kotki, niewyróżniające się specjalnie, niebrzydkie może, ale i nie za ładne, no bo te piękne mają za duże powodzenie i kiedyś mogłyby sobie wybrać kogoś lepszego, zwłaszcza jeśli są wyniosłe i dumne, i nie pozwalają sobą rządzić ani z siebie kpić, i jeszcze jawnie wyrażają własne zdanie – przy takich lwicach lwy czują się bardzo niepewnie.
A Garda miała ponadto sporo innych wad nie do przyjęcia. Jej badawczy wzrok powodował, że lwy w chwilach kłamstwa lub ukrywania prawdy czuły się rozebrane do naga i prześwietlone na wylot (a przecież to one miały być rozbieraczami lwic - tak je uczono!) – dlatego często bywały dla Nit agresywne i zgryźliwe, jak to lwy. Poza tym jej grzywa emitowała jakieś dziwne ciepło, które przyciągało i zniewalało, rozbrajało drapieżniki. Żadna inna grzywa nie była taka ciepła jak czupryna Helli. Lwy czuły, że ich grzywy nie dorównują jej grzywie i że ich ciepło nie dostaje do pięt ciepłu Hel. W mroźne noce afrykańskie pragnęły grzać się w ochronnych promieniach jej korony, a jednocześnie bały się jej przemożnego przyciągania. Ta grzywa powodowała, że Lea miała władzę nad stadem. Dlatego lwy zawsze szły za nią, ale nigdy razem z nią – grzywiasta lwica biegła na czele zawsze sama.
Powiadano, że powodem tego wszystkiego była data narodzin lwicy – początek sierpnia. Wtedy to dalekie gwiazdy akurat tak wpływają na lwice, rodzące się na pyłku kurzu o nazwie Ziemia, że rosną im potem grzywy oraz inne cechy, jakich nie mają pozostałe lwice. Dlatego wszyscy się boją lwic urodzonych na początku sierpnia.
Dlatego Garda wciąż biegła sama. Dalej i dalej.
I dalej padała ofiarą własnych złudzeń, usiłując dać kolejnym adoratorom swoją niespełnioną, rodzinną miłość, lwi temperament, przyjaźń, poczucie bezpieczeństwa i takie tam idealistyczne głupstwa, jakich nikt przecież od niej nie oczekiwał (poza lwim temperamentem). Padała także ofiarą zazdrosnych lwic, które nie miały takiego powodzenia jak ona, więc nieraz pokąsały Gardę do żywego lub wygryzły ją ze stada intrygami – wygadywały, że jest łatwa i że się lekko prowadzi, i że nic niewarta, bo lubi samców i seks. To straszne wady, których nie tolerują z kolei porządne lwice (czyli takie, które nie znoszą seksu i samczego towarzystwa), ale też i większość lwów, nawet jeśli im się to podoba. Więc Garda znowu szła dalej sama, dalej i dalej, szukając ciepłego, bezpiecznego domu i silnego jak ona lwa.
Nigdy go nie znalazła. Nigdy żaden lew nie zrozumiał, że tylko taka lwica – wolna, dzika i z grzywą – może naprawdę pokochać, całą duszą, z własnego wyboru – może pokochać lwa dla samego lwa, nie zważając na jego majątek czy pozycję w stadzie, czy opinię społeczną – bo takie głupstwa po prostu nie są jej potrzebne, leżą dużo poniżej dróg, po których ona chodzi. Nikt nigdy nie zrozumiał, że tylko prawdziwa niezależność potrafi wykrzesać z siebie prawdziwą miłość, bez oddawania się w niewolę i zapędzania w nią bliskich.
Lea wędrowała więc samotnie po sawannie, a jej grzywa rosła i rosła, i stawała się coraz cieplejsza, i coraz bardziej płowa, wręcz ognista. Aż zaczęła parzyć lwicę w głowę. Bolało ją to, stawało się nie do wytrzymania. Ale nikt nie chciał wziąć od niej ani odrobiny tego gorąca. Doszło do tego, że Joan biegała po sawannie, rycząc z bólu. Wreszcie grzywa zamieniła się w żywy, rudy ogień, jaki czasem samorzutnie zajmuje suche trawy. Strach było patrzeć, jak bardzo cierpiała w tym żarze stara lwica.
W nocy ogień zgasł – grzywa spaliła się całkowicie na głowie Nitty. Dopiero wtedy, o świcie, wszystkie lwy zobaczyły, że jest zwykłą lwicą, która niczym się nie różni od innych lwic. Bez grzywy wyglądała jak normalna żona, matka, babcia.
Tyle tylko, że mroźną, afrykańską nocą umarła z zimna. Zamarzła na kamień. I chyba stopniowo zamieniła się w jedną z żółtawych skał Afryki. Od innych lwic różniło ją tylko to, że bez grzywy nie nauczyła się walczyć z chłodem sawanny.

Opublikowano

Niezupełnie autobiograficzny. Może troszkę? :) Ale wątpię, szczerze mówiąc.
Tak, jak pisałam, raczej chodziło mi tu o te wszystkie wspaniałe, piękne i utalentowane kobiety o silnej osobowości, które przez całe życie są samotne, choć lubiane i uwielbiane. Kilka z nich wymieniłam z nazwiska; znam ich znacznie więcej, a nie wszystkie są sławne.

Talent prozatorski? Takie tam bajdurzenie. Ale dziękuję. :)

Opublikowano

Daremond, dziękuję bardzo za komentarz i przyjazną opinię o utworze. Cieszę się, że Ci się podoba.
Czy lwica rzeczywiście dąży do inności? Przecież mówi wyraźnie do rodziców, że "samo jej się tak robi" i że nie może być inna - po prostu ma taką naturę - inną niż nakazują obyczaje. Nie mieści się w szufladce, wyznaczonej dla jej statusu w tej społeczności, w której przyszło jej żyć. Dlatego cierpi, jest samotna i nierozumiana, uważana za dziwaczkę. Dopiero po jej śmierci, kiedy jej ciepła zaczyna brakować otoczeniu, ono dostrzega jej "normalne" uczucia i potrzeby, takie same, jakie mają wszyscy.
Ale poza tym szczegółem Twój odczyt baśni jest zgodny z moimi założeniami, dlatego sądzę, że napisałam ją wyraźnie, a poza tym - umiesz czytać. :-)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Taak... jednak lwicy zdarzyło się jeszcze urodzić lwiątko w pewną mroźną, listopadową noc, kiedy nadeszła pierwsza śnieżyca tego roku. I nie dość, że lwiątku też wyrosła grzywa, to jeszcze skorpioni pancerz pod gęstym futrem. :/

Bardzo, bardzo mi się podoba. Wzruszyło mnie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Jestem w pracy. Lecę na Marsa. Misja wojskowa, kontrakt zawodowy. Eter w próżni gra mi w uszach melodię o czarnoksiężniku na Księżycu. W karczmie „Rzym” nie byłem już dawno. Pewnie z Marsa nie wrócę – bilet w jedną stronę. Powoli zarysowuje się Planeta Mars na mojej drodze. Mówili: „Kategoria A otwiera drzwi wszędzie”. A tak zwyczajnie się mnie pozbyli. I mam wakacje... Przez interkom możemy pogadać. Taki ze mnie bohater. zazdroszczę  Wam na Ziemi  problemów   
    • no to tak , automatyczne skrzynie są wygodne wiec po co się męczyć z kijem drogi teraz praktycznie wszędzie gładkie wiec nie ma sobie co wmawiać prędzej zepsujesz manualna niż automatyczna a w ruchu drogowym z ograniczeniami przepisami etc etc to nie będzie nikt lepszym czy gorszym po co się męczyć z manualem tu nawet nie ma jakiegoś poczucia większych umiejętności  raczej się tylko utrudnia sobie życie 
    • nie wyjeżdżaj sam na wakacje spójrz, macoszki piąstki pogryzły zobacz krawat raptem przyciąłeś i wystaje cisza z walizki   chodź, wyśnimy wyspy szczęśliwe dwa anyżki, złote księżyce, oglądałam prospekt w nefryty, cena warta naszych zasyceń   nie wyjeżdżaj sam na wakacje wymienimy chęci na słowa? wtedy starczy już nam na wszystko, no więc jak - czy mam się pakować?      
    • Słoneczny dzień. Na skraju polanki,w środku lasu, stoją dwie choinki – duża i mała. Matka i jej mała córeczka. Jest mroźny dzień. Dziecko zasypia. Budzą ją dziwne odgłosy. W pierwszym momencie, nie wie co się dzieje. Jeszcze się zupełnie nie rozbudziła. Najpierw otwiera kilka igieł, ale mało co dostrzega. Za chwilę patrzy kilkoma gałązkami. Widzi, że jakiś zły człowiek, podcina siekierą gardło jej matki. Drzewko, które kocha najbardziej, za chwilę ma być martwe. Zostanie stąd wzięta, a mały pieniek, co po niej pozostanie, będzie jedyną po niej pamiątką.    Patrzy jak człowiek, bierze jej matkę, odcina jeszcze kilka gałązek – i odchodzi. Maleńkie drzewko zostaje samo w lesie. Zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę wokół niej, jest wiele różnych drzew, ale nie ma tej jednej jedynej. Czuję się bardzo samotna. Zaczyna drgać wszystkimi igłami, aż niewinny śnieg z nich zlatuje. Patrzy na pozostałość po swojej matce. W myślach wszystkich gałęzi, obiecuje ludziom zemstę. A może nawet inne dzieciaki namówi.   * Człowiek stoi w lesie. Patrzy na dorodny, piękny świerk. Będzie się nadawał na choinkę – myśli sobie. Podchodzi bliżej. Bierze siekierę i zaczyna ścinać drzewko. Coś mu jednak to ścinanie nie idzie. Takie cienkie. Powinno iść raz dwa. Uderza miarowo, bo to człowiek uparty. Byle iglak, nie będzie nim rządzić. Nachodzi go dziwaczna myśl, że to drzewko, ma chyba jakieś...porąbane serce. Zimne i twarde jak lód.   * Jest zajęty pracą. Robi swoje. Gdyby się obejrzał, to może by zdążył uciec. Albo gdyby chociaż spojrzał przed siebie. Ale się nie obejrzał i nie spojrzał. Musi udowodnić, temu drzewku, że wreszcie je pokona.   A zatem nie jest świadomy, że ze wszystkich stron, podchodzą do niego świerki. Dla obserwatora z boku, to nawet śmiesznie wygląda. Tak się niezgrabnie kołyszą, na swoich korzeniach. Co jakiś czas zlatuje z nich trochę śniegu. Ocierają się wzajemnie, co sprawia, że słyszalny jest jednostajny szum. Jakby uzgadniali szczegóły. Kto co ma robić. Człowiek nadal ich nie widzi. Ścina, jakby go jakieś zło opętało. A że ściąć nie może, to jest coraz bardziej wściekły. Jego odczucia udzielają się świerkom, które go otaczają. Też są coraz bardziej wnerwione.   Ptaki, które na nich mimo wszystko siedziały, teraz czym prędzej dały z pióra. Drzewka zamykają człowieka w potrzasku. Teraz zauważa niebezpieczeństwo. Najpierw dostaje po oczach żywicą, żeby nie wiedział gdzie uciekać. Jest zupełnie oślepiony. Świerki zaczynają „strzelać igłami’’. Wchodzą głęboko w człowiecze ciało. Chce uciekać, ale ból jest nie do zniesienia. Zaczynają owijać go gałęziami. Jedna włazi do jego ust. Morderca drzewa zaczyna się dusić. Ale najgorsze ma dopiero nadejść.   Człowiek jest niewidoczny. Za to świerki, robią się coraz większe. Mają czerwonawy odcień.Prawie widać – jak rosną. Z ich gałęzi wylatuje jakaś cuchnąca ciecz, pomieszana z żywicą. Igliwie zamienia się w strzępki jakiś lepkich tłustych kawałków. Grubsze konary, pękają, rozsadzane przez skrawki ostrych kości . Świerki są grubsze, o wiele wyższe...a przed wszystkim silniejsze. Z gałęzi tryska krew, a po pniu ześlizgują się skrawki skóry, pomieszane z włosami.    Śnieg robi się różowy. Po chwili spadają w niego, gałki oczne, jak jabłuszka z jabłoni. Sprawiają wrażenie, jakby obserwowały całe zajście – od dołu. Świerkowe cielska, nabierają pewności siebie. Odchodzą. Polować na ludzi.   Na białym śniegu, zostaje samotna siekiera.   *   Szeroka leśna ścieżka. Matka z pięcioletnią córeczką, idą na spacer. – Mamusiu… – Co mi znowu powiesz, ty moje słoneczko. – Choinki za nami idą. Czy one chcą, żebym je pogłaskała? Bo ja nawet mogę. Wiesz? – Och ty mój skarbie. Jesteśmy w lesie. To chyba nic dziwnego, że za nami idą choinki. A bombki mają? – Zobacz sama. – To ty jeszcze raz zobacz. A później powiesz mamusi. – Zobaczyłam. Nie mają bombek. Ale one śmierdzą. Jak moja kupa, wiesz? – No nie. Co ty mówisz. Aż tak nie mogą. – No odwróć się wreszcie , mamusiu. Są już całkiem blisko. Ale one duże. Jak mój tatuś. A gdzie on poszedł? Kiedy wróci on? – Poszedł po choinkę do lasu. Zawiesisz na niej swoje wycinanki. Cieszysz się? – No przecież. Cała z radości podskakuję. Aż biały puszek ze mnie leci. Widzisz jak umiem. – No to chodźmy do domu. Tatuś już na pewno czeka z choinką.   *   Ogromne świerki się zatrzymują. Pozwalają im odejść. Najstarszy świerk, nadal się wpatruje, w pieniek wystający ze śniegu.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...