Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Żeby dobrze zacząć: dla mnie Jerzy Jarniewicz i tomik Oranżada.
Tutaj przykład wiersza, który z amerrozzo uważamy za cud-miód (z tego tomiku):

SZTAFETA POKOLEŃ

Fala na Zdrowiu gotowa do rozbiórki.
Będą siać trawę. Od końca do końca
trawa. Jest na to inne słowo? Bo
chciałbym być dobrze zrozumiany.
Na betonie trawa nie rośnie,
mógłbym powiedzieć od siebie
i rozwiać, pewne przynajmniej, wątpliwości.
Sam jednak dokonaj rozbioru
słów, w których nas zamknięto. I słuchaj dalej
do skutku. Jaki czas, taki język.
Nie przeocz: na dnie oka zmiany. Kończy się
oranżada. Ci, którzy po nas tu siądą,
będą pili mirindę.
Pust wsiegda. Let it be. Amen.




Jakbyście mogli, przepiszcie jakiś jeden wiersz do tego wątku z tego tomiku, to sobie poczytamy wybiórczo.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ja lubię ten (kiedyś już tu wstawiałem ale Dział został zamknięty).
Wklejam, bo zawsze na czasie, poza tym nie sztucznie wydumany
a zarazem dający pole dla wyobraźni:


Karaluch

Ona była z Tokio.
On z Tabrizu.
Spotkali się w księgarni.
Oboje wyciągnęli rękę po tą samą książkę.
Przepraszam, po japońsku.
Przepraszam, po persku.
Była to rozprawa o karaluchach.
Oboje chcieli kupić tę książkę.
Był tylko jeden egzemplarz.
Umówili się, że kupią go na spółkę.
Oboje byli specjalistami od morfologii i bihewioru karaluchów.
Fascynowały ich przez całe życie.
Teraz poczuli się zafascynowani sobą.
Pokochali się patrząc na wizerunki karaluchów jedzących
to, co jedzą karaluchy.
On ją zaprosił do siebie.
Ona jego.
Chodzili razem ma długie spacery.
Często rozmawiali też o innych rzeczach
niż karaluchy.
On jej czytał ulubionych poetów sanskryckich.
Ona mu czytała haiku.
Gdy badali narządy rozrodcze swych ulubionych
owadów, ich własne genitalia robiły się wilgotne.
U niego w mieszkaniu. Potem u niej.
Było to rozkoszne.
Romantyczne.
Byli niewiarygodnie szczęśliwi.
Romans ich powinien trwać wiecznie.
Aż im oczy błyszczały.
Coś robiło się z ich głosem.
Traktowali się z ogromną czułością.
On przyniósł jej trochę własnych wierszy.
Ona sprowadziła dla niego prezent samolotem z Tokio.
Aż pewnego dnia się posprzeczali.
Rozeszło się o zwyczaje karaluchów podczas jedzenia.
On mówił tak, a ona inaczej.
Sprzeczka zamieniła się w spór.
Spór stał się kłótnią.
Kłótnia stała się gwałtowna i zawzięta.
Nie mogli się pogodzić w poglądach na zwyczaje karaluchów podczas jedzenia.
Przepaść między nimi wciąż rosła.
On mówił to, a ona tamto.
Nie sposób dojść do porozumienia.
Tylko jedno mogło mieć rację.
Syczeli na siebie.
Oczy im się napełniały nienawiścią.
Kwestionowali wzajemnie swoją inteligencję i pochodzenie.
Wszystkie miłe i ważne rzeczy, jakie powiedzieli sobie wzajemnie
o karaluchach, poszły w niepamięć.
Smutne to było.
Bardzo smutne.
W końcu on zabrał jej swoje wiersze.
A ona mu powiedziała, żeby sobie wziął ten traktat o karaluchach
bo jest mu najwyraźniej potrzebny.
Suka, po persku.
Niedouczona gnida, po japońsku.
Tak skończył się romans.
Smutne to było.
Bardzo smutne.


Irving Layton
Kanada 1912
z angielskiego przełożył Robert Stiller
Opublikowano

z całą pewnością Ewa Lipska "Pomarańcza Newtona"
a z niej po skórce obrany utwór "Zazdrość"

Nie mówisz mi wszystkiego
mówią twoje oczy.

Pijemy dżin z martini
z plasterkiem cytryny.

Mój strażnik zasłabł na służbie
podczas tamtej nocy
kiedy twoja ręka głaskała psa.

A ja wiedziałam
że to nie o to chodzi.

Opublikowano

ja wiem...
chyba wszystko, co napisał Rimbaud.
wyprzedził swoją epokę o jakieś 100 lat co najmniej=).
naszą może i też=)

z Iluminacji:

II
To ona, maleńka zmarła, za krzewami róż. - Młoda nieboszczka matka schodzi z werandy. - Kolaska kuzyna skrzypi na piasku. - Braciszek (wyjechał do Indii) jest tam, pod słońcem, co zachodzi nad łąką goździków. - Starcy, których pochowano wyprostowanych w okopie pod lewkoniami.
Gęstwa złotych liści otacza dom generała. Przenieśli się na południe. - Czerwoną drogą dochodzi się do pustej gospody. Zamek jest do sprzedania; wyrwano żaluzje. - Ksiądz zabrał pewno klucz od kościoła. Nikt nie mieszka w domkach dozorców dokoła parku. - Ogrodzenia są tak wysokie, że widać tylko szeleszczące czuby drzew. Nic tam zresztą nie ma do zobaczenia.
Łąki podchodzą ku wioskom bez kogutów, bez kuźni. Śluza jest podniesiona. O Kalwarie i wiatraki pustkowia, wyspy i kamienie młyńskie!
Brzęczały magiczne kwiaty. Kołysały je stoki wzgórz. Krążyły bajecznie zwinne zwierzęta. Chmury gromadziły się nad pełnym morzem stworzonym z wieczności gorących łez.



a oprócz tego, jako że tradycyjnie ciężko mi wybrać jeden, coś współczesnego: Jurij Andruchowycz: "Piosenki dla martwego koguta".

Opublikowano

Nie wiem jaki tomik , ale czy to ważne przy tak wspaniałym poecie ?!?!
NIE WAŻNE :D:D:D
Cudowny pan Stanisław Barańczak i jego wiersz :

Widokówka nie z tego świata

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
z którego mam za darmo rozległe widoki:
gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
ta sama mroźna próżnia
milczy swą nałogową
odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie,
Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
Ale dosyć już o mnie. Powiedz co u Ciebie
słychać, co można wiedzieć
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem w chwili
dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
choć jak ją nazwą, co będą mówili
o niej ci, co przewyższają nas o grubą warstwę
geologiczną, stojąc
na naszym próchnie, łgarstwie,
niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
własną mieszankę śmiecia i rozpaczy -
nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
kolejny stopień, rosnący pod stopą.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
czas - i czy czas coś znaczy,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zagłębiam się w ciele,
w którym zaszyfrowane są tajne wyroki
śmierci lub dożywocia - co niewiele
różni się jedno z drugim w grząskim gruncie rzeczy,
a jednak ta lektura
wciąga mnie, niedorzeczny
kryminał krwi i grozy, powieść-rzeka, która
swój mętny finał poznać mi pozwoli
dopiero, gdy i tak nie będę w stanie unieść
zamkniętych ciepłą dłonią zimnych powiek.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz
z moim bólem - jak boli
Ciebie Twój człowiek.

Opublikowano

Dla mnie Sylvia Plath, ciągle od niej uciekam, by powrócić.
A ulubiony wiersz? Chyba...

Ta inna

Przychodzisz późno wycierając usta.
Co pozostawiłam nietknięte na swoim progu-

Biała Nike,
Płynąca wśród moich ścian?

Z uśmiechem błękitna błyskawica
Przyjmuję, jak hak na mięso, ciężar jego części.

Policja lubi cię, gdyż wszystko wyznajesz,
Lśniące włosy, czarnidło do butów, stary plastyk,

Czyż moje życie jest tak ciekawe?
Czy to dla niego powiększasz cienie pod oczami,

Czy dla niego pyłki powietrzne wzlatują?
To nie pyłki, to ciałka krwi.

Otwórz swoją torebkę. Cóż to za odór?
To twoja robótka, pracowicie

Zaczepia oczko o oczko,
I twoje kleiste cukierki.

Twoja głowa na mojej ścianie.
Pępowina sinoczerwona i lśniące,

Krzyk z mojego brzucha, jak strzały, które ujeżdżam.
O, chorobliwy blasku księżyca,

Skradzione konie, cudzołóstwa
Okrążają łono z marmuru.

Dokąd idziesz,
Połykając oddech jak mile?

Siarczane cudzołóstwa nękają we śnie.
Zimne szkło, jak wciskasz się

Pomiędzy mnie a mnie.
Drapię jak kot.

Płynąca krew przypomina ciemny owoc-
Efekt, kosmetyk.

Uśmiechasz się.
Nie, to nie jest śmiertelne.

Opublikowano

Raczej nie mam ulubionego tomiku ( może ewentualnie 'Ziemia Jałowa i inne wiersze' Eliota ), ale to jest jeden z wierszy które najbardziej sobie upodobałem

'Wydrążeni Ludzie' ( T.S. Eliot )

I


My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma
Nie znaczy nic nasza mowa
Kiedy do siebie szepczemy
Głos nasz jak suchej trawy
Przez którą wiatr dmie
Jak chrobot szczurzej łapy na rozbitym szkle
W suchej naszej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez barwy
Siła odjęta, gesty bez ruchu.

A którzy przekroczyli tamten próg
I oczy mając weszli w drugie królestwo śmierci
Nie wspomną naszych biednych i gwałtownych dusz
Wspomną, jeżeli wspomną,
Wydrążonych ludzi
Chochołowych ludzi.

II


Oczu napotkać nie śmiem w moich snach
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukarzą:
Tam na złamanej kolumnie
Oczami będzie blask słońca
Tam tylko chwieją się drzewa
I głosy,
Kiedy wiatr śpiewa,
Są dalsze i uroczyste
Niż gwiazda blednąca.

I obcym nie był bliżej
W sennym królestwie śmierci
Niechaj jak inni noszę
Takie umyślne przebranie
Patyki stracha na polu
Szczurzą sierść, pióra wronie
Niechaj jak wiatr wieję się skłonię
Nie bliżej —

Niech ostatecznie ominie spotkanie
W królestwie ni światła ni cienia

III


Tutaj kraina nieżywa
Kraina kaktusowa
Tu hodują kamienie
Obrazy, ich łaski wzywa
Dłoń umarłego błagalnie wzniesiona
Pod migotem gwiazdy blednącej.

Czy tak samo jest tam
W drugim królestwie śmierci
Czy budzimy się zupełnie sami
W godzinę kiedy wszystko w nas
Jest czułością i czystymi łzami
Usta chcą pocałunku
A modłą się do złamanego kamienia.

IV


Nie tu są oczy
Nie ma tu oczu
W tej dolinie umierających gwiazd
W tej wydrążonej dolinie
Złamanej szczęce naszych utraconych królestw

W tym ostatnim miejscu spotkania
Na oślep szukamy
Nieufni i niemi
Na żwirach zgromadzeni pod opuchłą rzeką

Na zawsze niewidomi
Bo nie ukażą się oczy
Gwiazda nieustająca
Wielolistna róża
Królestwa śmierci bez świateł ni cienia
Nadzieja tylko
Pustych ludzi

V


Więc okrążajmy kaktus nasz
Kaktus nasz kaktus nasz
Więc okrążajmy kaktus nasz
O piątej godzinie rano

Pomiędzy ideę
I rzeczywistość
Pomiędzy zamiar
I dokonanie
Pada Cień

Albowiem Tuum est Regnum

Pomiędzy koncepcję
I kreację
Pomiędzy wzruszenie
I odczucie
Pada Cień

A życie jest bardzo długie

Pomiędzy pożądanie
I miłosny spazm
Pomiędzy potencjalność
I egzystencję
Pomiędzy esencję
I owoc jej
Pada Cień

Albowiem Tuum est Regnum

Albowiem Tuum est
Życie jest
Albowiem Tuum est
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem ale skomleniem.

Opublikowano
XX wiek

zawiośniało - latopędzi przez jesienność białośnieże
- KINEMATOGRAF KINEMATOGRAF
KINEMATOGRAF...
słowikując szeptolesia falorycznie caruzieją
- GRAMOPATHEFON GRAMOPATHEFON
GRAMOPATHEFON...
iokohama - kimonooka cię kochają z europy
- RADIOTELEGRAM RADIOTELEGRAM
RADIOTELEGRAM...
espaniolę z ledisami parlowacąc sarmaceniem
- ESPERANTISTO ESPERANTISTO
ESPERANTISTO...

odwarszawiam komentuję odsłoneczniam
- AEROPLAN AEROPLAN...
zjednoliterzam paplomanię
- STENOGRAFIA...

Wiersz pochodzi z 1. futurystycznego tomiku wierszy Stanisława Młodożeńca. Wersję, którą zamieściłem powyżej, skopiowałem z Sieci i nie jestem pewien, czy to pełna wersja, a nie mam możliwości sprawdzić, bo ten tomik jest bardzo ciężko zdobyć. Nie wiem, czy były jakieś jego reedycje. Ja miałem kiedyś w ręce rozpadające się wydanie z 1921 roku.
Jakiś czas temu, zanim rozmiłowałem się w dada-jazgocie, miałem zajawkę na futurystyczną poezyję, to chodziłem do czytelni w biliotece i czytałem takie rzeczy. Ten tomik, o którym wspomniałem powyżej, polecam szczególnie. Zaledwie kilka wierszy, ale bardzo oryginalne (moim skromnym zdaniem najciekawszy tomik futurystyczny).

Przy okazji wspomnę jeszcze o Jerzym Jankowskim i jego świetnym (i jedynym wydanym) tomiku zatytułowanym "Tram wpopszek ulicy. Skruty prozy i poemy" z roku 1921, wydanym pod nazwiskiem Yeży Yankowski. Znajduje się tam, o ile mnie pamięć nie bodzie, też kilka interesujących opowiadań.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Jeśli chodzi o wiersze futurystyczne, ten oto darzę szczególnym sentymentem

Celowanie ( Guillaume Apollinaire )

Konie wiśniowo-gniade brzeżki zelandzkich ostryg
Błyszczące mitraliezy rechotają klechdy
Kocham cię wolności czuwająca w podziemi
Harfo o srebrnych strunach o deszczu moja muzyko
Wróg niewidzialny szczelina srebrząca się w słońcu
Tajemnica przyszłości oświetlona rakieta
Słuchaj jak płynie Hasło przemykająca ryba
Miasta jedno po drugim stają się kluczowe
Błękitna maska Bóg swoje niebo zakrywa
Wojna bez walki asceza metafizyczna samotność
Dziecko z obciętymi rękami wśród rózowych proporców królewskich

(Adam Ważyk)

Opublikowano

gdybym musiał wybierać ten jeden wiersz...

Artur Rimbaud - Marzenia zimowe


Dobrze nam będzie w tej zimowej jeździe
W miękkim różowym wagonie.
W błękitnych kątach poduszek jak w gnieździe
Całusów rój utonie.

Aby nie patrzeć na okienne szyby,
Zanikniesz oczęta strwożone,
Bo tańczą w nocy czarne wilki niby
A niby czarne demony.

Nagle uczujesz dotyk połechtliwy —
To całus lekki, pająk dokuczliwy,

Po karku ci się snuje.

Powiesz mi: "Złap go!", uchylając głowy,
I rozpoczniemy bestii długie łowy,

Która daleko wędruje.



...może dlatego, że tak mało takich wierszy.

z poetów znalezionych, kiedyś przypadkiem, w sieci - rozkapryszony tygrys - i taki wiersz:


a one tylko całują się, całują

obiecałem sobie, że nigdy nie dorosnę,
bo wata cukrowa ma cudowny smak,
bo ciepły piasek jest moim obserwatorium,
bo pocałunek jest początkiem śmierci

i nie nosiłem spodni w prążki,
i nie wiązałem z panną wstążki,
i nadal bym w obłokach bujał,
gdyby nie usta - całują się, całują

choć coraz słodsze jest to co zapomniane,
to coraz słodsze jest to co pod ustami,
choć wata z cukru ma cudowny smak
to usta tylko całują się, całują

Opublikowano

Bawiłem się wiele lat temu w domowego redaktora wydając swój miesięcznik poetycki (nakład: 1). Zabawa ta trwała przez 7 lat. :-)
W dziale „Nieznani poeci” zamieściłem w jednym z numerów wiersz, którym chciałbym się z wami podzielić.
Pamiętacie może takie czasopismo harcerskie wydawane w Polsce w latach 70's „NaPrzelaj”? Był tam taki kącik dla młodych autorów (KMA) poświęcony poezji:

(bez tytułu)
Zagubieni w ciemnościach cywilizacji
liczymy nanizane na nitkę atomy
Szukamy ciebie czarnoleska wiosno
pomiędzy schnącym drzewem
a kwitnącym kominem

Tadeusz Bugański, członek KMA

Opublikowano

lubię kilku poetów, jednak jednym z moich
pierwszych numerów jest Tomasz Różycki.
czytaŁam jego wszystkie tomy i jestem
pod wrażeniem za każdym razem, gdy
powracam do wierszy.

Abecadło

Lato się kończy deszczem w tej taniej dzielnicy,
gdzie dwie chude dziewczyny obchodzą granice
jak lotny patrol; Mimi i ta druga, ruda,
przez którą już dwunastu uwierzyło w cuda

kiedy zdjęła sukienkę nad rzeką, w niedzielę,
i teraz się modlą do niej w świetlistym kościele,
aż pocą się obrazy. Pokój jest nieduży,
ze śladami świetności i tłustego kurzu

na lustrze, które krzywi okopcone ściany,
lekkie plecione krzesło, lampę, żółte plamy
na stole i podłodze. Uczę się języka,
niech mi pozwoli nazwać to, co się wymyka

przez uchylone okno, w noc. Nadał imiona
takim dniom przecież po to, żeby mnie pokonać.

styczeń 1999

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Wieczorem

zawsze zasypiamy w spokoju
sny się lekko kołyszą na powiekach
nasze myśli wędrują po niebie
duchy patrzą na nas
oczyszczający deszcz wciąż pada
szum fal wycisza ciało
statek płynie do portu
wszyscy aniołowie fruwają
cisza i piękno kołyszą liście
ich drzewa zapuszczają korzenie głębiej
słońce oświetla nasze twarze
widać na morzu linię horyzontu
i ziemię do której zmierzamy
jutro będzie kolejny dobry dzień
***
miłość cieszy najbardziej

[color=#FF0000]Benedykt Żeromski[/color]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Cylinder zastygł w bezruchu  a tuba zamilkła. Tym razem nawet igła fonografu  zdawała się nie mieć ochoty  wracać na powierzchnię cylindra  po raz setny tej przeklętej nocy. Obiecałem, że pomogę w poszukiwaniach, lecz po tym czego się tu dowiedziałem  i po tym co usłyszałem i zobaczyłem, stwierdzam jasno,  choć z dozą  naprawdę przejmującej rozpaczy, że mój nieodżałowany ojciec, został pochłonięty w odmęty,  bezdennej paszczy szaleństwa. Po czym uleciał w kompletny niebyt, bagiennych wrzosowisk północnej Szkocji. Przeszukano cały dom od piwnicy po strych. Wszystkie pozostałe obejścia i budynki. Studnie, staw a nawet rozkopano przydomowy ogródek ze wspaniałymi krzewami piwonii o które tak dbał. Bardziej niż o jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się  gdy byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec był  szanowanym profesorem archeologii  na uniwersytecie oksfordzkim. Był najlepszy w swoim fachu i dzięki temu pozostawał w kontakcie z najtęższymi umysłami z całego świata.     Pamiętam doskonale zimowy poranek, jakieś piętnaście lat wstecz. Zakładałem szkolny mundurek  i z teczką w prawej dłoni  zmierzałem ku drzwiom domu. Ojciec szedł za mną. Trzymał mnie delikatnie za ramię, tłumaczył mi że jeśli  nie zakończy  zaplanowanego wykładu na czas  to odbierze mnie ze szkoły  nasza sąsiadka panna Stevenson. A jeśli wszystko zakończy się  zgodnie z planem  to obiecuję zabrać mnie potem na łyżwy.     Nic nie poszło zgodnie z planem. Otworzyłem drzwi i o mało co  nie zderzyłem się w nich  z ponurym, wysokim  i dość postawnym jegomościem  w szarym, długim, dwurzędowym płaszczu  o prostym kroju. Jego fason nie był typowym dla wyspiarza a raczej obywatela zbuntowanej kolonii. Dziwny gość otarł mnie ledwie wzrokiem  zza przyciemnianych, wąskich szkieł i zwrócił się do mojego ojca. Bardzo przepraszam za tak nagłe najście  ale na uniwersytecie powiedziano mi, że jest Pan jeszcze w domu panie Fodden a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który z pewnością pana zainteresuję.     Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko i wręczył je ojcu. Nazywam się Peter Noyes  i jestem zastępcą profesora Clarka  na uniwersytecie Miscatonic w Arkham. Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia. Profesor liczy na Pana pomoc w tej sprawie. Jeśli tak w istocie będzie  czekam na Pana  w dniu jutrzejszym w południe  na nabrzeżu numer dwa, celem odbycia podróży najpierw do Bostonu  a potem do Arkham. Proszę pamiętać,  że nie ma czasu do stracenia. Gwiazda czy też planeta, powoli pojawia się  w naszych snach nieprawdaż? Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i szybko znikł za zakrętem skrzyżowania. Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson i nakazał jej  by zajęła się mną przez jakiś czas  bo czeka go długi i pilny wyjazd do Bostonu.     Zostałem u niej długie lata. A ojciec wrócił podobno kilka lat temu. Nikt nie wiedział skąd ani po co. Uważano go za zmarłego. Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii  razem z tym całym Noyesem i Clarkiem. Nadal gdzieś w szufladzie biurka  mam jego nekrolog z jednej z gazet z Arkham. Żył ale przypłacił to szaleństwem. Nie widziałem go już nigdy później. A teraz zaginął po raz wtóry. Podobno planeta  znów nawiedzała go w snach.     Odebrałem telefon z policji  i obiecałem przybyć na miejsce  by jakkolwiek pomóc śledczym. Bo sami nie rozumieli  w środek jak wielkiego szaleństwa  przyszło im wpaść i brnąć dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom. Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne. Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth? To miasteczko, osada czy może  jakaś kodowa nazwa  jakiejś świątyni czy wykopalisk? Znaleźli pamiętnik ojca, gdzie ta nazwa pojawia się ciągle. Ten krótki wpis ołówkiem  sprzed wielu tygodni. Wreszcie odezwali się do mnie Ci z Yuggoth. Będą czekać w oktawę święta  ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach. Zabiorą mnie znowu… Brzmiało to jak żart. Lecz jedno było pewne. Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.    
    • @vioara stelelor Spalić pamiątki, zniszczyć wspomnienia te nie po drodze nam.Jest tylko Kosmos i nasza Ziemia to teraz nasz ludzki czas..,
    • @hollow man   :) tak! Na przedmieściach, masz w oczach czerwień, neonu :)))  @KOBIETA hollow man:)))) uśmiechnij się:)))        
    • @KOBIETA Z każdej perspektywy.
    • @hollow man   od tyłu ;)))
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...