Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Żeby dobrze zacząć: dla mnie Jerzy Jarniewicz i tomik Oranżada.
Tutaj przykład wiersza, który z amerrozzo uważamy za cud-miód (z tego tomiku):

SZTAFETA POKOLEŃ

Fala na Zdrowiu gotowa do rozbiórki.
Będą siać trawę. Od końca do końca
trawa. Jest na to inne słowo? Bo
chciałbym być dobrze zrozumiany.
Na betonie trawa nie rośnie,
mógłbym powiedzieć od siebie
i rozwiać, pewne przynajmniej, wątpliwości.
Sam jednak dokonaj rozbioru
słów, w których nas zamknięto. I słuchaj dalej
do skutku. Jaki czas, taki język.
Nie przeocz: na dnie oka zmiany. Kończy się
oranżada. Ci, którzy po nas tu siądą,
będą pili mirindę.
Pust wsiegda. Let it be. Amen.




Jakbyście mogli, przepiszcie jakiś jeden wiersz do tego wątku z tego tomiku, to sobie poczytamy wybiórczo.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ja lubię ten (kiedyś już tu wstawiałem ale Dział został zamknięty).
Wklejam, bo zawsze na czasie, poza tym nie sztucznie wydumany
a zarazem dający pole dla wyobraźni:


Karaluch

Ona była z Tokio.
On z Tabrizu.
Spotkali się w księgarni.
Oboje wyciągnęli rękę po tą samą książkę.
Przepraszam, po japońsku.
Przepraszam, po persku.
Była to rozprawa o karaluchach.
Oboje chcieli kupić tę książkę.
Był tylko jeden egzemplarz.
Umówili się, że kupią go na spółkę.
Oboje byli specjalistami od morfologii i bihewioru karaluchów.
Fascynowały ich przez całe życie.
Teraz poczuli się zafascynowani sobą.
Pokochali się patrząc na wizerunki karaluchów jedzących
to, co jedzą karaluchy.
On ją zaprosił do siebie.
Ona jego.
Chodzili razem ma długie spacery.
Często rozmawiali też o innych rzeczach
niż karaluchy.
On jej czytał ulubionych poetów sanskryckich.
Ona mu czytała haiku.
Gdy badali narządy rozrodcze swych ulubionych
owadów, ich własne genitalia robiły się wilgotne.
U niego w mieszkaniu. Potem u niej.
Było to rozkoszne.
Romantyczne.
Byli niewiarygodnie szczęśliwi.
Romans ich powinien trwać wiecznie.
Aż im oczy błyszczały.
Coś robiło się z ich głosem.
Traktowali się z ogromną czułością.
On przyniósł jej trochę własnych wierszy.
Ona sprowadziła dla niego prezent samolotem z Tokio.
Aż pewnego dnia się posprzeczali.
Rozeszło się o zwyczaje karaluchów podczas jedzenia.
On mówił tak, a ona inaczej.
Sprzeczka zamieniła się w spór.
Spór stał się kłótnią.
Kłótnia stała się gwałtowna i zawzięta.
Nie mogli się pogodzić w poglądach na zwyczaje karaluchów podczas jedzenia.
Przepaść między nimi wciąż rosła.
On mówił to, a ona tamto.
Nie sposób dojść do porozumienia.
Tylko jedno mogło mieć rację.
Syczeli na siebie.
Oczy im się napełniały nienawiścią.
Kwestionowali wzajemnie swoją inteligencję i pochodzenie.
Wszystkie miłe i ważne rzeczy, jakie powiedzieli sobie wzajemnie
o karaluchach, poszły w niepamięć.
Smutne to było.
Bardzo smutne.
W końcu on zabrał jej swoje wiersze.
A ona mu powiedziała, żeby sobie wziął ten traktat o karaluchach
bo jest mu najwyraźniej potrzebny.
Suka, po persku.
Niedouczona gnida, po japońsku.
Tak skończył się romans.
Smutne to było.
Bardzo smutne.


Irving Layton
Kanada 1912
z angielskiego przełożył Robert Stiller
Opublikowano

z całą pewnością Ewa Lipska "Pomarańcza Newtona"
a z niej po skórce obrany utwór "Zazdrość"

Nie mówisz mi wszystkiego
mówią twoje oczy.

Pijemy dżin z martini
z plasterkiem cytryny.

Mój strażnik zasłabł na służbie
podczas tamtej nocy
kiedy twoja ręka głaskała psa.

A ja wiedziałam
że to nie o to chodzi.

Opublikowano

ja wiem...
chyba wszystko, co napisał Rimbaud.
wyprzedził swoją epokę o jakieś 100 lat co najmniej=).
naszą może i też=)

z Iluminacji:

II
To ona, maleńka zmarła, za krzewami róż. - Młoda nieboszczka matka schodzi z werandy. - Kolaska kuzyna skrzypi na piasku. - Braciszek (wyjechał do Indii) jest tam, pod słońcem, co zachodzi nad łąką goździków. - Starcy, których pochowano wyprostowanych w okopie pod lewkoniami.
Gęstwa złotych liści otacza dom generała. Przenieśli się na południe. - Czerwoną drogą dochodzi się do pustej gospody. Zamek jest do sprzedania; wyrwano żaluzje. - Ksiądz zabrał pewno klucz od kościoła. Nikt nie mieszka w domkach dozorców dokoła parku. - Ogrodzenia są tak wysokie, że widać tylko szeleszczące czuby drzew. Nic tam zresztą nie ma do zobaczenia.
Łąki podchodzą ku wioskom bez kogutów, bez kuźni. Śluza jest podniesiona. O Kalwarie i wiatraki pustkowia, wyspy i kamienie młyńskie!
Brzęczały magiczne kwiaty. Kołysały je stoki wzgórz. Krążyły bajecznie zwinne zwierzęta. Chmury gromadziły się nad pełnym morzem stworzonym z wieczności gorących łez.



a oprócz tego, jako że tradycyjnie ciężko mi wybrać jeden, coś współczesnego: Jurij Andruchowycz: "Piosenki dla martwego koguta".

Opublikowano

Nie wiem jaki tomik , ale czy to ważne przy tak wspaniałym poecie ?!?!
NIE WAŻNE :D:D:D
Cudowny pan Stanisław Barańczak i jego wiersz :

Widokówka nie z tego świata

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
z którego mam za darmo rozległe widoki:
gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
ta sama mroźna próżnia
milczy swą nałogową
odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie,
Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
Ale dosyć już o mnie. Powiedz co u Ciebie
słychać, co można wiedzieć
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem w chwili
dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
choć jak ją nazwą, co będą mówili
o niej ci, co przewyższają nas o grubą warstwę
geologiczną, stojąc
na naszym próchnie, łgarstwie,
niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
własną mieszankę śmiecia i rozpaczy -
nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
kolejny stopień, rosnący pod stopą.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
czas - i czy czas coś znaczy,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zagłębiam się w ciele,
w którym zaszyfrowane są tajne wyroki
śmierci lub dożywocia - co niewiele
różni się jedno z drugim w grząskim gruncie rzeczy,
a jednak ta lektura
wciąga mnie, niedorzeczny
kryminał krwi i grozy, powieść-rzeka, która
swój mętny finał poznać mi pozwoli
dopiero, gdy i tak nie będę w stanie unieść
zamkniętych ciepłą dłonią zimnych powiek.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz
z moim bólem - jak boli
Ciebie Twój człowiek.

Opublikowano

Dla mnie Sylvia Plath, ciągle od niej uciekam, by powrócić.
A ulubiony wiersz? Chyba...

Ta inna

Przychodzisz późno wycierając usta.
Co pozostawiłam nietknięte na swoim progu-

Biała Nike,
Płynąca wśród moich ścian?

Z uśmiechem błękitna błyskawica
Przyjmuję, jak hak na mięso, ciężar jego części.

Policja lubi cię, gdyż wszystko wyznajesz,
Lśniące włosy, czarnidło do butów, stary plastyk,

Czyż moje życie jest tak ciekawe?
Czy to dla niego powiększasz cienie pod oczami,

Czy dla niego pyłki powietrzne wzlatują?
To nie pyłki, to ciałka krwi.

Otwórz swoją torebkę. Cóż to za odór?
To twoja robótka, pracowicie

Zaczepia oczko o oczko,
I twoje kleiste cukierki.

Twoja głowa na mojej ścianie.
Pępowina sinoczerwona i lśniące,

Krzyk z mojego brzucha, jak strzały, które ujeżdżam.
O, chorobliwy blasku księżyca,

Skradzione konie, cudzołóstwa
Okrążają łono z marmuru.

Dokąd idziesz,
Połykając oddech jak mile?

Siarczane cudzołóstwa nękają we śnie.
Zimne szkło, jak wciskasz się

Pomiędzy mnie a mnie.
Drapię jak kot.

Płynąca krew przypomina ciemny owoc-
Efekt, kosmetyk.

Uśmiechasz się.
Nie, to nie jest śmiertelne.

Opublikowano

Raczej nie mam ulubionego tomiku ( może ewentualnie 'Ziemia Jałowa i inne wiersze' Eliota ), ale to jest jeden z wierszy które najbardziej sobie upodobałem

'Wydrążeni Ludzie' ( T.S. Eliot )

I


My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma
Nie znaczy nic nasza mowa
Kiedy do siebie szepczemy
Głos nasz jak suchej trawy
Przez którą wiatr dmie
Jak chrobot szczurzej łapy na rozbitym szkle
W suchej naszej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez barwy
Siła odjęta, gesty bez ruchu.

A którzy przekroczyli tamten próg
I oczy mając weszli w drugie królestwo śmierci
Nie wspomną naszych biednych i gwałtownych dusz
Wspomną, jeżeli wspomną,
Wydrążonych ludzi
Chochołowych ludzi.

II


Oczu napotkać nie śmiem w moich snach
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukarzą:
Tam na złamanej kolumnie
Oczami będzie blask słońca
Tam tylko chwieją się drzewa
I głosy,
Kiedy wiatr śpiewa,
Są dalsze i uroczyste
Niż gwiazda blednąca.

I obcym nie był bliżej
W sennym królestwie śmierci
Niechaj jak inni noszę
Takie umyślne przebranie
Patyki stracha na polu
Szczurzą sierść, pióra wronie
Niechaj jak wiatr wieję się skłonię
Nie bliżej —

Niech ostatecznie ominie spotkanie
W królestwie ni światła ni cienia

III


Tutaj kraina nieżywa
Kraina kaktusowa
Tu hodują kamienie
Obrazy, ich łaski wzywa
Dłoń umarłego błagalnie wzniesiona
Pod migotem gwiazdy blednącej.

Czy tak samo jest tam
W drugim królestwie śmierci
Czy budzimy się zupełnie sami
W godzinę kiedy wszystko w nas
Jest czułością i czystymi łzami
Usta chcą pocałunku
A modłą się do złamanego kamienia.

IV


Nie tu są oczy
Nie ma tu oczu
W tej dolinie umierających gwiazd
W tej wydrążonej dolinie
Złamanej szczęce naszych utraconych królestw

W tym ostatnim miejscu spotkania
Na oślep szukamy
Nieufni i niemi
Na żwirach zgromadzeni pod opuchłą rzeką

Na zawsze niewidomi
Bo nie ukażą się oczy
Gwiazda nieustająca
Wielolistna róża
Królestwa śmierci bez świateł ni cienia
Nadzieja tylko
Pustych ludzi

V


Więc okrążajmy kaktus nasz
Kaktus nasz kaktus nasz
Więc okrążajmy kaktus nasz
O piątej godzinie rano

Pomiędzy ideę
I rzeczywistość
Pomiędzy zamiar
I dokonanie
Pada Cień

Albowiem Tuum est Regnum

Pomiędzy koncepcję
I kreację
Pomiędzy wzruszenie
I odczucie
Pada Cień

A życie jest bardzo długie

Pomiędzy pożądanie
I miłosny spazm
Pomiędzy potencjalność
I egzystencję
Pomiędzy esencję
I owoc jej
Pada Cień

Albowiem Tuum est Regnum

Albowiem Tuum est
Życie jest
Albowiem Tuum est
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem ale skomleniem.

Opublikowano
XX wiek

zawiośniało - latopędzi przez jesienność białośnieże
- KINEMATOGRAF KINEMATOGRAF
KINEMATOGRAF...
słowikując szeptolesia falorycznie caruzieją
- GRAMOPATHEFON GRAMOPATHEFON
GRAMOPATHEFON...
iokohama - kimonooka cię kochają z europy
- RADIOTELEGRAM RADIOTELEGRAM
RADIOTELEGRAM...
espaniolę z ledisami parlowacąc sarmaceniem
- ESPERANTISTO ESPERANTISTO
ESPERANTISTO...

odwarszawiam komentuję odsłoneczniam
- AEROPLAN AEROPLAN...
zjednoliterzam paplomanię
- STENOGRAFIA...

Wiersz pochodzi z 1. futurystycznego tomiku wierszy Stanisława Młodożeńca. Wersję, którą zamieściłem powyżej, skopiowałem z Sieci i nie jestem pewien, czy to pełna wersja, a nie mam możliwości sprawdzić, bo ten tomik jest bardzo ciężko zdobyć. Nie wiem, czy były jakieś jego reedycje. Ja miałem kiedyś w ręce rozpadające się wydanie z 1921 roku.
Jakiś czas temu, zanim rozmiłowałem się w dada-jazgocie, miałem zajawkę na futurystyczną poezyję, to chodziłem do czytelni w biliotece i czytałem takie rzeczy. Ten tomik, o którym wspomniałem powyżej, polecam szczególnie. Zaledwie kilka wierszy, ale bardzo oryginalne (moim skromnym zdaniem najciekawszy tomik futurystyczny).

Przy okazji wspomnę jeszcze o Jerzym Jankowskim i jego świetnym (i jedynym wydanym) tomiku zatytułowanym "Tram wpopszek ulicy. Skruty prozy i poemy" z roku 1921, wydanym pod nazwiskiem Yeży Yankowski. Znajduje się tam, o ile mnie pamięć nie bodzie, też kilka interesujących opowiadań.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Jeśli chodzi o wiersze futurystyczne, ten oto darzę szczególnym sentymentem

Celowanie ( Guillaume Apollinaire )

Konie wiśniowo-gniade brzeżki zelandzkich ostryg
Błyszczące mitraliezy rechotają klechdy
Kocham cię wolności czuwająca w podziemi
Harfo o srebrnych strunach o deszczu moja muzyko
Wróg niewidzialny szczelina srebrząca się w słońcu
Tajemnica przyszłości oświetlona rakieta
Słuchaj jak płynie Hasło przemykająca ryba
Miasta jedno po drugim stają się kluczowe
Błękitna maska Bóg swoje niebo zakrywa
Wojna bez walki asceza metafizyczna samotność
Dziecko z obciętymi rękami wśród rózowych proporców królewskich

(Adam Ważyk)

Opublikowano

gdybym musiał wybierać ten jeden wiersz...

Artur Rimbaud - Marzenia zimowe


Dobrze nam będzie w tej zimowej jeździe
W miękkim różowym wagonie.
W błękitnych kątach poduszek jak w gnieździe
Całusów rój utonie.

Aby nie patrzeć na okienne szyby,
Zanikniesz oczęta strwożone,
Bo tańczą w nocy czarne wilki niby
A niby czarne demony.

Nagle uczujesz dotyk połechtliwy —
To całus lekki, pająk dokuczliwy,

Po karku ci się snuje.

Powiesz mi: "Złap go!", uchylając głowy,
I rozpoczniemy bestii długie łowy,

Która daleko wędruje.



...może dlatego, że tak mało takich wierszy.

z poetów znalezionych, kiedyś przypadkiem, w sieci - rozkapryszony tygrys - i taki wiersz:


a one tylko całują się, całują

obiecałem sobie, że nigdy nie dorosnę,
bo wata cukrowa ma cudowny smak,
bo ciepły piasek jest moim obserwatorium,
bo pocałunek jest początkiem śmierci

i nie nosiłem spodni w prążki,
i nie wiązałem z panną wstążki,
i nadal bym w obłokach bujał,
gdyby nie usta - całują się, całują

choć coraz słodsze jest to co zapomniane,
to coraz słodsze jest to co pod ustami,
choć wata z cukru ma cudowny smak
to usta tylko całują się, całują

Opublikowano

Bawiłem się wiele lat temu w domowego redaktora wydając swój miesięcznik poetycki (nakład: 1). Zabawa ta trwała przez 7 lat. :-)
W dziale „Nieznani poeci” zamieściłem w jednym z numerów wiersz, którym chciałbym się z wami podzielić.
Pamiętacie może takie czasopismo harcerskie wydawane w Polsce w latach 70's „NaPrzelaj”? Był tam taki kącik dla młodych autorów (KMA) poświęcony poezji:

(bez tytułu)
Zagubieni w ciemnościach cywilizacji
liczymy nanizane na nitkę atomy
Szukamy ciebie czarnoleska wiosno
pomiędzy schnącym drzewem
a kwitnącym kominem

Tadeusz Bugański, członek KMA

Opublikowano

lubię kilku poetów, jednak jednym z moich
pierwszych numerów jest Tomasz Różycki.
czytaŁam jego wszystkie tomy i jestem
pod wrażeniem za każdym razem, gdy
powracam do wierszy.

Abecadło

Lato się kończy deszczem w tej taniej dzielnicy,
gdzie dwie chude dziewczyny obchodzą granice
jak lotny patrol; Mimi i ta druga, ruda,
przez którą już dwunastu uwierzyło w cuda

kiedy zdjęła sukienkę nad rzeką, w niedzielę,
i teraz się modlą do niej w świetlistym kościele,
aż pocą się obrazy. Pokój jest nieduży,
ze śladami świetności i tłustego kurzu

na lustrze, które krzywi okopcone ściany,
lekkie plecione krzesło, lampę, żółte plamy
na stole i podłodze. Uczę się języka,
niech mi pozwoli nazwać to, co się wymyka

przez uchylone okno, w noc. Nadał imiona
takim dniom przecież po to, żeby mnie pokonać.

styczeń 1999

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Wieczorem

zawsze zasypiamy w spokoju
sny się lekko kołyszą na powiekach
nasze myśli wędrują po niebie
duchy patrzą na nas
oczyszczający deszcz wciąż pada
szum fal wycisza ciało
statek płynie do portu
wszyscy aniołowie fruwają
cisza i piękno kołyszą liście
ich drzewa zapuszczają korzenie głębiej
słońce oświetla nasze twarze
widać na morzu linię horyzontu
i ziemię do której zmierzamy
jutro będzie kolejny dobry dzień
***
miłość cieszy najbardziej

[color=#FF0000]Benedykt Żeromski[/color]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widziałem jak dajesz mu pieniądze  a ledwie wczoraj  gdy ja chciałem od Ciebie pożyczyć,  zbyłeś mnie tym,  że nie masz tyle  by jeszcze pożyczać innym. I ja bynajmniej nie potrzebowałem na wódkę a po drugie oddałbym Ci te drobne już dziś a on, zerknął przez ramię na kloszarda, który ściskał pięciodolarówkę,  tak mocno niczym  kochanego syna albo wyśnioną kochankę, będzie miał u Ciebie wieczny dług w piekle. Dziękuję, że traktujesz żuli spod sklepu, lepiej niż starych przyjaciół.     Wykonał ruch jak gdyby chciał, obrócić się i ruszyć do bezdomnego, wyrwać mu banknot  i wsadzić go sobie do kieszeni kurtki. W tym czasie  pozostawiony sam sobie kloszard,  skierował swe posuwiste,  niepewne kroki do sklepu. Mi w tym czasie udało się  ukierunkować rozmowę znów  na poprzednie, przyjemniejsze tory. Gdy wróciliśmy do dialogu  o dzisiejszej próbie naszego zespołu i zaczęliśmy omawiać koszta  związane z wynajęciem sali koncertowej, bezdomny opuścił sklep. Teraz w jego dłoni  zamiast dolara z Lincolnem, spoczywała niewielka butelka  najtańszej whisky.     Widać byłem finalnym darczyńcą tego dnia. Jego oczy śmiały się wręcz  do rubinowego płynu w środku. Alkohol widział w nim kogoś więcej  niż istotę z marginesu. Nie widział w nim ofiary  ani rzuconego w  otchłań choroby uzależnionego. Był naczyniem,  które skupiało w sobie procenty. Mistrzem powolnych,  wymierzonych dokładnie łyków. Lekarzem swej duszy. Szamanem inicjacji. Wyzwolonym z  systemu praw społecznych bytem. Był plamą na honorze krajobrazu, lub plamą honoru  pośród upadku ideałów społecznych.     Usiadł z butelką na niskim murku i pociągnął z niej solidny łyk. Dlaczego mu się tak przyglądasz? Liczyłeś na to że kupi sobie burgera i colę? Nie znasz go?  Zapytałem wybijając go lekko z rytmu. Że co? Czy z nim kiedyś gadałem? Nigdy w życiu. Raz, kilka lat temu  podszedł do mnie  i poprosił o drobne.  Kazałem mu spadać i grzebać w śmietniku. Czekaj, czekaj … a niby dlaczego  miałbym go znać? Gość jest legendą. Jeszcze żywą. Mój rozmówca zrobił wielkie, zdumione oczy. Legendą? Pijaków?  Pobił jakiś miejscowy rekord promili i przeżył? Czy obudził się w kostnicy  i kazał się zawieźć z powrotem na imprezę?     Pamiętasz sezon Sfinksów w dziewięćdziesiątym trzecim? Zbiłem go z tropu zupełnie. Wybacz ale jak przez mgłę, ironizował, miałem wtedy dwa lata i Ty zresztą też. A co to ma z nim wspólnego? Bo ten oto gość,  zapewnił nam wtedy  wicemistrzostwo stanu. Jedyne jak dotąd w historii. Do niego również należy  nie pobity rekord przebiegniętych jardów i celnych podań w historii klubu. Oto przed Tobą  James Crighton we własnej osobie.     Mój kolega nie dał się nabrać, choć była to czysta prawda. Pieprzysz! Crighton zarobił miliony  przez lata gry. Mam gdzieś jego platynową kartę w domu. Mój ojciec miał piłkę  podpisaną przez niego na jakimś festynie. Zrobił sobie z nim zdjęcie. Stało na kominku w zaszczytnym miejscu. Bliżej jego oczu niż własna rodzina. Crighton był bogiem. Kasyna, fury, kobiety, modelki, apartamenty. Kasa lała się jak szampan. Fakt, chyba miał tutaj kiedyś dom. Przepisał na syna, wtrąciłem,  tylko on mu został. Cały czas próbuję go wyciągnąć z ulicy  ale stary zawsze wraca pod sklep. A kasa? Nie da się przepić milionów. Ostatni majątek, który miał przepisał na syna. On nie nosi nazwiska ojca lecz matki. Jednej z setek kochanek Crightona. A kasa poszła w butelki, koks i ruletkę.     Normalnie historia na film, ironizował dalej, ktoś może kiedyś mu pomoże  na pewno nie ja. A ja tak. Pamiętam każdą noc i zimę  spędzoną na ulicy. Rękawice bez palców  nad rozpalonymi koksownikami. Napady na pustostany  jakiś miejscowych gówniarzy. Pożary i bójki. Godziny na komisariatach. Chociaż tam było ciepło. Jeden z policjantów  zawsze poratował świeżą kawą  a czasami wczorajszym donutem. Pamiętam odór wyziewów  z kratek ściekowych. Spało się na nich w plątaninie starych szmat i kocy, wyciągniętych ze śmietnika. Błagało się o resztki z restauracji albo drobne. Przeszukiwało budki telefoniczne  i kosze na przystankach. Cały dobytek mogłem zmieścić w marketowym wózku na kółkach. I broniłem go jak niepodległości. Pisałem dziesięć lat  z poziomu bruku i o bruku. Tragedie i dramaty o ludziach duchach. O swoim utraconym człowieczeństwie. Nie znałeś mnie wtedy i postąpiłbyś ze mną  tak jak dziś z Crightonem.     A ja mam wobec niego i innych dług. I spłacam go w tych kilku dolarach. Nie piszę o tym co ludzie chcieliby czytać a o tym czego nie chcą widzieć i czego nie chcą być świadkami. A ja nie boję się już żyć. Nie boję potknąć się i zderzyć z brukiem. Bo wiem, że na Crightona  i innych mogę liczyć. A ludzie niech dalej żyją sobie  na swoim biegunie. Chyba nie słyszał ostatnich zdań. Podszedł szybko do Crightona. Dał mu kilka banknotów z portfela. Uścisnął dłoń. Wyjął marker z torby na ramię a były gracz umieścił na niej swój autograf. Tak powinno czcić się legendy.          
    • @Berenika97 ... wrócić do siebie ...   pierwszy krok zrobiła  kota polubiła    on ją wyprowadzi  do parku na słońce  i psotami podsunie  myśli kwitnące    jak on  była kiedyś śmiała    więcej życia  już więcej  nie będzie się bała  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
    • @Berenika97 Smutny obrazek kobiety, która dała zbyt dużo siebie. Ładny wiersz. Pozdrawiam Cię

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @Berenika97 dzięki serdeczne

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...