Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 80
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


To nie historia, do dzisiaj ten przesąd jest aktualny ale komentator to pominął. Po prostu: nie wie.
Ale czemu w takim razie rzuca się na wiersz jak hiena, robi z Autora idiotę który pisze o nocy bzdury? Tymczasem podmiotem tego wiersza jest ktoś, kto stracił kogoś bliskiego, od kogo odwróciło się szczęście i słyszy, jak "obok":

za ścianą
mężczyzna i kobieta

na prześcieradłach krew
wizerunek miłości
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bursa? W życiu nie napisałby tak pięknie jak Messalinowe bajania :)
Pozdrawiam.

Ale kurczę... ciągle idzie o gusta, prawda? Tzn. wiem, kiedy wiersz jest beznadziejny, a kiedy nie, bo parę miesięcy się baruję z poezją, ale nie zamykajcie jej w szufladce. Rozumiem, że jestem tandeciarzem i na tym forum nie do wszystkich trafiam, ale czy to powód, aby mnie wyganiać do biblioteki? Mam wolę doskonalenia się i jestem wdzięczny nawet jeśli ktoś zjedzie mój wiersz. Pan Rybak kiedyś napisał: 'Twój wiersz jest jak wata cukrowa, którą lubią dzieci' i od tamtej pory ciągle próbuję zmieniać swoje pisanie, czytać itd. Mam przestać pisać, bo ktoś uważa, że piszę marną prozę, a nie kwiecistą/mickiewiczowską poezję?
PS: I nie podoba mi się twierdzenie: bajania Nagietkowe są lepsze od Bursy ;)) GUSTA!

Pancolek
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Typowe asekuranctwo :) Skoro ktoś ma, jak pisze, wolę samodoskonalenia, to chyba jasne, że nie trzeba go wyganiać do biblioteki? Czy przyszły fizyk też tak mówi? "Lubię fizykę, ale to nie znaczy, że mam chodzić do biblioteki (i czytać, co mieli do powiedzenia fizycy przed mną)"
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




ciężki orzech jesteś Mess
ja nie wdrażam nic do dyskusji ale wypiszę 3 nazwiska z których czerpię niekiedy swoje płytkie przemyślenia mianowicie E Sonnenberg R Wojaczek T Różewicz

a tak a propos. za co poeci czy nie poeci dostają nagrody zostają wyróżnieni ? chyba nie za płytkie nic nie znaczące słowotoki... troszke horyzontu i tolerancji
masz wypaczony gust.

the end
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




ciężki orzech jesteś Mess
ja nie wdrażam nic do dyskusji ale wypiszę 3 nazwiska z których czerpię niekiedy swoje płytkie przemyślenia mianowicie E Sonnenberg R Wojaczek T Różewicz

a tak a propos. za co poeci czy nie poeci dostają nagrody zostają wyróżnieni ? chyba nie za płytkie nic nie znaczące słowotoki... troszke horyzontu i tolerancji
masz wypaczony gust.

the end

Tomaszu - co powiesz na to, że pewien Pan B. miał w październiku 5-6 konkursów, jurorował w nich, za każdy z nich zgarnął przynajmniej 4,5 a cały czas chodził nawalony, czy tu chodzi o rozum czy wątrobę?
MN
ps. czy być poetą to chodzić nawalonym?
Opublikowano

myślę, że każdy z nas ma swoich poetów, któych czyta
i chce uświęcać, powiedziałem już na wstępie, że poezja
zbyt zbliżyła się do prozy, czy to jest jakieś przestępstwo?

odrazu pisać, że mam cos wypaczonego?
mam, dla zwykłego pana/pani (nie mylić z
obywatelem) - mam, bo piszę, więc jestem
w całości wypaczony z tego dzisiejszestwa

w dalszym toku wprowadzam podział na
poetów z dużych miast co nie wiedzą co pije krowa
i na tych z małych, bez przebicia, wybicia i z lewo co
widocznym szczęściem - co się śmieją - pij mleko!
będziesz ryczał

a Ty Tomaszu do któych należysz?
teraz Cię zaskoczę, że powyższy świat
wymysliłem na poczekaniu, specjalnie
dla Ciebie? czy ten Twój Wojaczek oprócz
przerżnięcia gwintu potrafił co jeszcze?
czy ten Różewicz miał choć w jednym z wierszy
prostą puentę dla człowieka, który zrozumie o co chodzi?
niestety sonnenberg nie jest mi znany

wypaczam sobie i Ci
MN

Opublikowano

Ja jeszcze tylko na chwilę - Wojaczek monotematyczny jest. Ostatnio wypożyczyłem z Biblioteki Śląskiej Wojaczka "Dzieła zebrane", czyli wszystko, co ukazało się gdziekolwiek za jego życia i po jego śmierci, plus rękopisy (niektóre chyba nigdy nie miały wyjść z szuflady; trochę nieładnie, że tak wszystko mu wygrzebali i pokazali innym). Ale o co chodzi - pierwsze wrażenie pozytywne, a potem, szkoda gadać. O śmierci bezpośrednio w 2/3 wierszach (samo słowo "śmierć" pojawiało się tak często, że aż mdło mi się robiło, niejednokrotnie "śmierć" kończyła puentę, zamykała cały tekst). Poza tym krew, sperma etc. Ziomek całkowicie zatopiony w świecie materialnym. Liryczny onanista. I choć jego życiorys fascynuje (a może tylko koniec jego drogi jest fascynujący?), to wiersze - poza kilkoma wybornymi, jak "Mit rodzinny" - dla mnie nie stanowią czegoś niezwykłego. Wiem, że teraz tak cholernie powierzchownie ujmuję temat, a sam Wojaczek nie może się bronić, ale chciałem wrzucić swoje 3 grosze, bo i tak rzadko się tu pojawiam.

Takie moje gadanie.

Pozdrawiam.

PS. Zresztą o gustach się nie dyskutuje ;) Żeby jasność była - to było tylko moje odczucie po lekturze twórczości Pana W.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan jest boski Panie Rewiński ;)


Co do tematu - poezja istnieje i ma się całkiem nieźle - tylko w innej formie niż sto lat temu, ba! nawet 20 lat temu. Jako sztuka marginalna nie cieszy się również zbyt wielkim zaintersowaniem. Z czego to wynika? Uważam, że z pożądanego modelu współczesnej osobowości. Bycie otwartym, asertywnym, ambitnym, wiecznie zadowolonym z życia, nie sprzyja pisaniu liryki. Bo o czym ma np. pisać uśmiechnięty pan akwizytor? O tym, że wcisnął komuś kolejny wspaniały towar? No przecież nie. Jeśli natomiast wypala się społecznie, rodzinnie i zawodowo, jest w stanie opisywać senne bzdety i swoje frustracje. Dobra poezja wymaga jednak przemyśleń, głębokich przemyśleń i przeżyć ... I taka istnieje. Panie Messa, Pan się raczej wypowiada na temat gustów poetyckich, pisząc o tej księgarni co to w niej Panu nic nie odpowiadało, a nie o faktycznej wartości tego co obecnie powstaje.

Inna sprawa to istnienie elitarnej grupy ludzi piszących - mówię tu o profesjonalnym rzemiośle --- no ale czemu nie :) ... egoizm jest twórczy Panie Messa ... np. taki Ciechanów? Czy nie uważa Pan, że jest Pan dokładnie tym kogo sam opisuje?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



hmm :P

być poetą, to być nawalonym :]
[bynajmniej w czasie konkursów poetyckich itp.]
zdążyŁam zauważyć, że często i gęsto są nakrapiane.
niestety. a no i niektórzy mówią, że poeta i alkoholik
to synonimy są ;)

pozdrawiam Espena :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan jest boski Panie Rewiński ;)


Co do tematu - poezja istnieje i ma się całkiem nieźle - tylko w innej formie niż sto lat temu, ba! nawet 20 lat temu. Jako sztuka marginalna nie cieszy się również zbyt wielkim zaintersowaniem. Z czego to wynika? Uważam, że z pożądanego modelu współczesnej osobowości. Bycie otwartym, asertywnym, ambitnym, wiecznie zadowolonym z życia, nie sprzyja pisaniu liryki. Bo o czym ma np. pisać uśmiechnięty pan akwizytor? O tym, że wcisnął komuś kolejny wspaniały towar? No przecież nie. Jeśli natomiast wypala się społecznie, rodzinnie i zawodowo, jest w stanie opisywać senne bzdety i swoje frustracje. Dobra poezja wymaga jednak przemyśleń, głębokich przemyśleń i przeżyć ... I taka istnieje. Panie Messa, Pan się raczej wypowiada na temat gustów poetyckich, pisząc o tej księgarni co to w niej Panu nic nie odpowiadało, a nie o faktycznej wartości tego co obecnie powstaje.

Inna sprawa to istnienie elitarnej grupy ludzi piszących - mówię tu o profesjonalnym rzemiośle --- no ale czemu nie :) ... egoizm jest twórczy Panie Messa ... np. taki Ciechanów? Czy nie uważa Pan, że jest Pan dokładnie tym kogo sam opisuje?

księgarnią był empik w wawie
do ciechanowskich księgarni nawet nie zaglądam
mam chyba alergię na kurz
gdybym trącim część półeczki przeznaczonej na poezję
MN
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



hmm :P

być poetą, to być nawalonym :]
[bynajmniej w czasie konkursów poetyckich itp.]
zdążyŁam zauważyć, że często i gęsto są nakrapiane.
niestety. a no i niektórzy mówią, że poeta i alkoholik
to synonimy są ;)

pozdrawiam Espena :)
nawalony kojarzy mi się z walonym czyli ze zwierzem "waleniem" a ten w niektórych broszurkach jest uważany za wodnego jednorożca, jajć, dokąd ten tok mnie zaprowadzi? do bezguścia? czy może bezościa?
gusty można mieć, ale jeśli chodzi o ocenę czy może tworzenie to zawsze trzeba mieć na uwadze jakieś większe grono, w takim bądź razie idąc dalej -Ci którzy się zamykają wydają się być "samowaleniami", Ci którzy otwierają "wszelkowaleniem" a nawalonym zdaje się być odbiorca, jeju, czy coś pokręciłem?
MN
ps. Espeno absolutnie, żeby to nie było do Ciebie, to takie luźne analizowanie - walonego
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



rozumiem, nie obrażam się. zresztą, sama jestem
raczej bliżej abstynentki niż tej nawalonej.
chodziŁo mi jedynie o podzielenie się kilkoma
spostrzeżeniami odnośnie poetyckich konkursów,
nocy poetów i innych.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



rozumiem, nie obrażam się. zresztą, sama jestem
raczej bliżej abstynentki niż tej nawalonej.
chodziŁo mi jedynie o podzielenie się kilkoma
spostrzeżeniami odnośnie poetyckich konkursów,
nocy poetów i innych.

konkursy? to oddzielny temat
ale przepraszam, bo ja o nich
zacząłem - Rybaczek wysłał mi gdzie
indziej taki dziwny dostęp do dwóch takich, których
co to ukradli księżyc i myśli, że o to mi chodzi, a no nie o to,
zmienił się klimat - wszędzie
zakłąd o żołędzie?
MN
Opublikowano

a po co bursa miałby pisać "tak pięknie" jak MN? jałowa dyskusja, "dzis prawdziwych cyganow juz nie ma". Boskie Kalosze widzi gnojowke poetycką wynikłą z postępu cywilizacyjnego, widac chęć powrotu do poetyckich wieczorków w szlacheckim dworze lub na salonach arystokracji. najlepiej jakby czytać potrafiły tylko elity, prawda? tęsknota za kanonem i piedestałem.
Co jest POEZJĄ? to, co zyskuje uznanie kiedyś autorytetów, teraz mas. czas jest obojętny i nie związany z okresem życia twórcy, często to, co kiedyś odrzucane, dzis nam klasyką.
"poezja dla ludu powinna być prosta jak je...nie" dawno temu powiedzialem na lekcji polskiego. poezja dla ludu? co to ma być? teraz to nie modne, problematyka społeczna. chcial mickiewicz pod strzechy? trafil na blokowiska. chyba wiedzial ze jego plomienne wiersze czytane klakierom podczas herbatki na salonach tracą sens. poezja to nie tylko muskanie absolutu, to także wscieklość i brud.
dzis, na forum, bursa i wojaczek co najwyżej byliby przeciętniakami, majakowski czy szwendel pośmiewiskiem.

Aha, nie jestem nawalony;) może i mam nawalone. poczytam dziś szwendla z okresu katastrofizmu. znow.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



to jest Twoje rozumowanie
widzisz są takie układy, które
ustawiają się w wielkie wieże
na przykład babel albo org
a rzeczywistość jest zupełnie
inna i wcale nie chodzi o dworki i elitę
tylko jej tworzenie - często z niczego
w nic
wszystko to pic (to z jednej z moich piesni)
MN
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Chodzi o obniżenie lotów. Jakość przechodzi w ilość nie tylko w konsumpcji ale i w muzyce sztuce, poezji. To nie tęsknota za kanonem, tylko obserwacja właściwa wybitnym umysłom ;)

Poezja i wszystko, co jest wytworem ludzkiej kultury, podlega takim samym procesom, jak drożdże. Łatwo je obserwować bo kilka miesięcy dla nich to tyle, ile dla ludzkości tysiące lat.
Oczywiście, jak napisałem wyżej, nie każdy zauważy jakiekolwiek podobieństwo :)

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...