Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*


Harowałem jak wół, by być dla ludzi przykladem człowieka zmotywowanego. Wspólnik co tydzień drukował słupki, pokazując kto ile dokonał. Moje graficzne erekcje zawsze były największe. Wydawało mi się, że wrota do bogactwa i dobrobytu są tuż tuż, aż pewnego dnia zadzwoniła księgowa z zapytaniem dlaczego tyle faktur mamy nie popłaconych. Serce podeszło mi do gardła. Wskoczyłem w taksówkę i pognałem do niej, żeby sprawdzić co jest grane. Tam w oparach tytoniowego dymu, bo paliliśmy oboje na potęgę, wyszo na jaw, że mam w plecy jakieś 40 tysięcy. Dopadłem wspólnika Grzesia w afrykańskiej knajpce za rogiem. Zadowolony z siebie kończył pstrąga w migdałach, popijając whisky. Zrobił wielkie oczy i udawał ,że nie wie o co chodzi. Niemal w tej samej chwili barman zapytał czy zapłacę jego rachunek za bieżący tydzień.
- Ile? – spytałem
- Jakieś 1200 – odrzekł ze zmartwioną miną.
- Nie.
Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do banku. Odebrałem Grzesiowi pełnomocnictwa, wypłaciłem wszystkie pieniądze i zaniosłem do naszego głównego kontrahenta – Gazety Wyborczej. Okazały się być kroplą w morzu, ale przynajmniej zaprezentowałem dobrą wolę, zyskując więcej czasu na opanowanie sytuacji. Nagle uświadomiłem sobie grozę mojego położenia i przyczyny, które za tym stały. Kiedy zawieraliśmy przyjacielską umowę, nie wziąłem pod uwagę faktu, że Grześ już kiedyś zbankrutował, ale pozrywał komornicze banderole i wyniósł cały sprzęt z zajętego biura. Tłumaczył się, że załatwił go inny wspólnik, robiąc z niego ofiarę oszustwa. Szybko wyszło na jaw, że jego styl życia i uzależnienie od alkoholu są w stanie położyć każdy biznes. Ile to razy Matuś nabijał się z naszych metod. Pytał na przykład po co kupować bilet na pierwszą klasę, skoro cała drogę pije się w Warsie albo w jakim celu bierzemy na delegację do Warszawy 2000 złotych. Oprócz tych widomych znaków, zdarzyło się coś, co od razu powinno mnie ustawić do pionu. W dniu wypłat Grześ dramatycznym glosem oświadczył, że przegrał w kasynie i zadłużył się u mafii. Musi jeszcze dziś oddać 4 tysiące albo połamią mu nogi. Uległem, zostając sam na sam z pracownikami, którzy musieli odejść z kwitkiem. Straciłem ich wtedy, mimo że stopniowo zapłaciłem każdemu, i zostałem zmuszony budować zespół od nowa. Oczywiście pogoniłem Grzesia, ale było już za późno na ratunek. Walczyłem jeszcze przez trzy lata, zadłużając się jeszcze bardziej w Skarbówce i ZUS-ie, jeździłem do Norwegii, by ciężko zarobioną kasę wpompowywać w studnię bez dna. I w końcu upadłem na pysk.
Dziś widzę całą jaskrawość popełnionych błędów. Minęło osiem miesięcy odkąd potknąłem się o własną głupotę i odzyskałem rozum.
Październik w Londynie jest bardzo uprzejmy. Mało pada, jest ciepło, wciąż kwitną kwiaty. Klienci zaczęli mnie polecać znajomym i rodzinie. Mam roboty po uszy, a kasę grzecznie zanoszę do banku. Zostawiam sobie drobne na jedzenie, papierosy i piwo.
Coraz częściej zerkam na ogłoszenia motoryzacyjne w polskich gazetach. Waham się między Vectrą, Passatem i Volvo. Aha, no i mam oko na „japończyki”. Strasznie ich tu dużo, nawet bardzo stare roczniki – to może oznaczać, że warto w nie inwestować. Obejrzałem nawet ostatnio z Rickiem 10-letnią Toyotę, ale szybko odkrył, że niedługo zacznie się sypać. Postanowiłem się nie napalać i nie popełnić jakiegoś głupstwa. Przecież chcę tym autem skoczyć na święta do Polski.
Zapomniałem o najważniejszym. Za tydzień przyjeżdża do mnie Aneta. Wszystko się jej tam sypie. Niebawem straci pracę w hotelowej recepcji, a Mydlarnia nie przynosi spodziewanych zysków. Czyli same dołujące rzeczy. Nawet na odległość Polska sprawia mi ból. Strasznie się cieszę, że wreszcie zobaczę Anetę. Ile to już miesięcy? Chyba z pięć, a jakby to była cała wieczność.
Jadę odwiedzić Jarka i Justynę w nowym lokum na Ruislip. To kawał drogi na północ. Autobus grzęźnie w korkach, rozwrzeszczane murzyńskie bachory licytują się ilością produkowanych decybeli, w czym wydatnie pomagają im telefony komórkowe. Puszczają z nich kiepskie kawałki w tandetnym konkursie, który zagra głośniej. Staram się skupić na widoku za oknem. Wszystkie londyńskie ulice zdają się wyglądać tak samo. Niska zabudowa, sklepiki, agencje nieruchomości, fryzjerzy, arabskie„chickeny”, knajpki tandoori... A jednak żadna z tych ulic nie jest taka sama. To przedziwne, niewytłumaczalne zjawisko.
Nagle okazuje się, że grupka czarnych dzieci nie tworzy jednolitej grupy. Dwóch podrostków wyraźnie dogaduje dwóm dziewczynkom w chustach.
- Ty pier... somalijski beneficie! – udaje mi się zrozumieć ostatnie zdanie.
Wtedy nieduża w sumie dziewczynka podrywa się z siedzenia, wiesza na poręczy i z całej siły wali chłopaka podeszwami grubych Martensów. Zaczyna się regularna zadyma. Kierowca reaguje natychmiast. Zatrzymuje autobus i każde wszystkim wyjść. Dzieciaki tłuką się zawzięcie aż do drzwi. Bojowe Somalijki w niczym nie ustępują silniejszym chłopakom - zapewne urodzonym już Londynie.
Wsiadam do następnego autobusu i jadę dalej. W Northolt ze zdziwieniem widzę, że przystanek nazywa się Polish War Memorial. Pięknie ukwiecony pomnik polskich lotników! Szybko kojarzę. Przecież to Northolt. Tu mieści się baza RAF-u. Gdzieś w sercu czuję dumę, mam nawet idiotyczną ochotę, by zasalutować.
Ruislip, jak się okazuje, mieści się tuż za wojskowym lotniskiem. Jarek już czeka na przystanku z obowiązkową reklamówką w ręce. Kiedy się witamy, dostrzegam, że ma podbite oko.
- Baba cię leje? – próbuję żartować.
- Jasne! – krzywi się – Dostałem w ryj z powodów patriotycznych. Siedziałem sobie w pubie, rozmawiając z barmanką o naszych lotnikach, których w czasie wojny było tu pełno. Jeden z nich nawet romansował z jej matką. Gadamy, gadamy, tłumaczę, że nasi uratowali Londyn przed Hitlerem, aż tu nagle jakiś pijany Angol zaczyna mi przygadywać, że bredzę, bo Polacy głównie za robotą przyjechali. Tłumaczę gnojowi, że jestem magistrem historii i wiem co mówię, ale próżna gadka. Daliśmy sobie po razie i nas rozdzielili.
- Kup dziadowi „Sprawę honoru”. Wyszła także po angielsku.
- Nie jestem pewien, czy umie czytać...
Z rechotem znikamy w przytulnej uliczce. Jarek częstuje mnie Fostersem.
- Jeju, czemu kupujesz tego australijskiego sikacza? – pytam z niesmakiem.
- Bo ma 4 procent. Nie chcę się upijać. Chcę czuć smak piwa. Justyna się uwzięła i ciągle mam o to awantury.
- No cóż, związki z kobietami poważnie komplikują nasze kawalerskie sprawy – przyznaję i pstrykamy puszkami – Okolica wygląda na spokojną.
- Bo jest! – mówi z dumą Jarek – Sami Angole. Cicho, czysto, spokojnie. Tylko te wojskowe samoloty...
- W całym Londynie niebo huczy. Nie ma od tego ucieczki.
- No wiem. Justynka zaprasza na rosół i mielone z kapustą.
W żołądku natychmiast robi mi się ciepło. Sto lat nie jadłem polskiego, domowego obiadu. Ciągle w biegu, żywię się publiczną karmą dla emigrantów – kurczakami z frytkami, hamburgerami i pizzą. Czasami po wypłacie potrafię zaszaleć i zjeść hinduską cormę, tortillę albo kebab.
Dochodzimy do furtki miłego domku z ogrodem. Jarek przystaje i patrzy na mnie z powagą.
- Poza tym jesteśmy z Justynką w ciąży...

Opublikowano

zawsze twierdziłem, że takie pisanie jest najlepsze, nie znam cię, nie mogę ocenic jak bardzo sytuacje, które opisujesz są prawdziwe, ale sądze, że bardzo dużo wiesz, na temat swoich bohaterów. Pewnie czerpiesz mocno ze swojego życia, i ja takie pisanie uwielbiam , szanuję...

jedna sprawa, squat kojarzy mi sie raczej z ludzmi ( z opoiwesci kumpli, którzy wrócili z tego bagna), którzy koczują gdzieś w pustostanach, melinach , pracują byle gdzie i to ludzie z wyzszym wylształceniem...a twój bohater jest biurowym szczurem, jest ułożony - po swojemu oczywiście...jakoś mi się to miesza...

Opublikowano

Piotr, co Ty piszesz? W którymś z odcinków wyjaśniałem, że na squatach mieszkają dyrektorzy, biznesmenim, dziennikarze itp. Przynajmniej na tych, w których ja bywałem. Podobno w północnym Londynie jest inaczej, ale na moim południowym zachodzie jest jak pisałem. Mieszam fikcję i rzeczywistość. Myślę, że tak jest ciekawiej. Dzięki za wgląd.

Opublikowano

I skończmy już z tą złą propagandą. Nie udało się, znaczy byli źle przygotowani do tej eskapady. Znam tu setki Polaków, którzy sobie świetnie radzą. Właśnie wystartowałem jako manager angielskiego pubu, którego szef zakochał się w Polce i myśli o nas głównie dobrze.
Robię polską dyskotekę jako DJack, pokazy filmów i wypożyczam ksiązki. Do tego wydaję lokalną gazetę - Mrówkę. Jestem z Polakami na codzień. Są w świetnej formie, zarabiają po 1000 złotych dziennie! Niektórzy mniej...

Opublikowano

no niestety nie podyskutujemy sobie, bo nigdy tam nie byłem, słyszałem tylko z opowieści, ludzi, którzy wracają na stałe do polski, lub przyjechali do polski na wakacje heheh,

1000 złoty dziennie? wow to nieźle...

"mieszam fikcję i rzeczywistość tak jestciekawej..." - ja powiem tak : tak się po prostu robi...

Opublikowano

Nie ściemniam. Odpuściłem budowlankę, bo moi lejbrzy chcieli za dużo. Przez jakiś czas zarabiali po 150 funtów dziennie i kieszeń klientów przestała to wytrzymywać. Jest nas tu w bród, dużo więcej niż wróciło z nosem na kwintę :) pozdrawiam

PS. Teraz mam hurra frajdę. Wydaję lokalną gazetkę, robię w pubie imprezy dla Polaków - szef się bujnął w Polce - i tu go mam. Mamy pierwsi w Londku Tyskie Lane itd. Łeb 3ba mieć i podstawy języka. Wtedy przeżyjesz, a nawet po roku kupisz auto czy chatę w Polsce...

Opublikowano

Technikalia:
Moj graficzne – moje
że wrota do bogactwa i dobrobytu jest tuż tuż, - są tuż tuż
Zrobił wielkie oczy i udawał ,że nie wiem o co chodzi. – nie wie
[u]Okazały[/u] się być kroplą w morzu, ale przynajmniej [u]okazałem[/u] dobrą wolę, – to powtórzenie nie robi dobrze zdaniu ;)
zyskując więcej czasu na opanowanie sytuacji. Nagle uświadomiłem sobie grozę sytuacji – znowu powtórzenie
Coraz częsciej zerkam - częściej
Wszystko jej tam się sypie – przestawiłbym szyk – wszystko jej się tam sypie

publiczna karmą dla emigrantów – to jest dobre, niezły passus się udał.

Asher – wielu ludzi na pewno morze Ci pozazdrościć, bo piszesz o emigracji z perspektywy człowieka, który sobie radzi, w dodatku robisz to w dość ciekawy sposób. Nie psioczysz jaki to świat jest zły i niesprawiedliwy (to przecież ludzie powtarzają na każdym kroku). Wydobywasz z codzienności pierwiastek niepowtarzalnego. Dlatego kolejne squaty czytał z zaciekawieniem. respect!!

Opublikowano

Poprawione. Dzięki :) Widzisz, ja sobie nie zazdroszę, choć nieszczęśliwy nie jestem. Ale jak sobie przypomnę Monolog z kaczej dupy, to jednak moja mentalność uległa kolosalnej zmianie. Respect as well!

Opublikowano

Pewnie wszyscy sądzicie, że ja, na tym swoim Zadupiu jedynie podziwiam piękne widoki i słucham wycia wilków. Tak, niestety nie jest. Mam cholernie mało czasu, ale kiedy zobaczyłem „Squata”, nie mogłem odpuścić. Czytało się, jak zawsze, z wielką przyjemnością. Doszukałem się jednak kilku błędów, oraz sformułowań, które mi się niezbyt spodobały. A oto i one.
Moj graficzne erekcje > moje
wspólnika Grzesia > Grzesia należałoby chyba wcisnąć pomiędzy jakieś znaki?
zostając sam na sam z pracownikami, którzy musieli odejść z kwitkiem. > to zostali z tobą, czy musieli odejść? A może kwitek była zamiast kasy? Trza cóś z tym zrobić...
stopniowo zapłaciłem każdemu > trochę mi to zgrzyta. Zarówno określenie „stopniowo”, jak i każdemu”. Może powoli zapłaciłem (spłaciłem) wszystkim (wszystkich)?
w Skarbówce > albo w Urzędzie Skarbowym, albo w skarbówce
by ciężko zarobioną kasę wpompowywać w studnię bez dna > dodałbym: w studnię
Dziś widzę całą jaskrawość popełnionych błędów > w powiedzeniu „widzi się z całą jaskrawością”, a więc z całą jaskrawością ujrzałeś wagę popełnionych błędów, czy jakoś tak...
znikamy w przytulnej uliczce.> to znaczy jakiej? Może zacisznej?
pstrykamy puszkami – Okolica wygląda na spokojną. > pstrykamy puszkami[]. – Okolica wygląda na spokojną.

Mam nadzieję, Jacku, że skończyłeś już z FLIZUSOSTWEM i działaniami pokrewnymi, co pozwoli rozwinąć ci skrzydła i oddać się literaturze.

Opublikowano

Fajnie, że zajrzałeś, Lechu. Pisane w pośpiechu, więc i błędy się wkradły. Wiesz, siedzisz sobie i myślisz jak zbudować zdanie, a tu jeb... telefon i musisz gadać po angielsku. I od razu burza mózgu, problemy, przenikanie języków, błędy. Po prosu koszmar. Wyczytałem gdzieś ostatnio, że im lepszy jest czyjś angielski, tym gorszy staje się polski. Dlatego samo się zaprłem i dużo czytam i dużo piszę, choćby to były największe bzdury. Ale dość już osobistych wycieczek. Poustawiałem rodzinę, przyjaciół i po trosze siebie, więc chyba naprawdę mam więcej czasu na rozwój osobisty. Aha, przygotowujemy powoli z bezetem Szorty 2. Tak dla jaj. W Bieszczadach wyją wilki, w Londku huczą samoloty. Czy to taka wielka różnica? Ważne co my wtedy robimy :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...