Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*


Harowałem jak wół, by być dla ludzi przykladem człowieka zmotywowanego. Wspólnik co tydzień drukował słupki, pokazując kto ile dokonał. Moje graficzne erekcje zawsze były największe. Wydawało mi się, że wrota do bogactwa i dobrobytu są tuż tuż, aż pewnego dnia zadzwoniła księgowa z zapytaniem dlaczego tyle faktur mamy nie popłaconych. Serce podeszło mi do gardła. Wskoczyłem w taksówkę i pognałem do niej, żeby sprawdzić co jest grane. Tam w oparach tytoniowego dymu, bo paliliśmy oboje na potęgę, wyszo na jaw, że mam w plecy jakieś 40 tysięcy. Dopadłem wspólnika Grzesia w afrykańskiej knajpce za rogiem. Zadowolony z siebie kończył pstrąga w migdałach, popijając whisky. Zrobił wielkie oczy i udawał ,że nie wie o co chodzi. Niemal w tej samej chwili barman zapytał czy zapłacę jego rachunek za bieżący tydzień.
- Ile? – spytałem
- Jakieś 1200 – odrzekł ze zmartwioną miną.
- Nie.
Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do banku. Odebrałem Grzesiowi pełnomocnictwa, wypłaciłem wszystkie pieniądze i zaniosłem do naszego głównego kontrahenta – Gazety Wyborczej. Okazały się być kroplą w morzu, ale przynajmniej zaprezentowałem dobrą wolę, zyskując więcej czasu na opanowanie sytuacji. Nagle uświadomiłem sobie grozę mojego położenia i przyczyny, które za tym stały. Kiedy zawieraliśmy przyjacielską umowę, nie wziąłem pod uwagę faktu, że Grześ już kiedyś zbankrutował, ale pozrywał komornicze banderole i wyniósł cały sprzęt z zajętego biura. Tłumaczył się, że załatwił go inny wspólnik, robiąc z niego ofiarę oszustwa. Szybko wyszło na jaw, że jego styl życia i uzależnienie od alkoholu są w stanie położyć każdy biznes. Ile to razy Matuś nabijał się z naszych metod. Pytał na przykład po co kupować bilet na pierwszą klasę, skoro cała drogę pije się w Warsie albo w jakim celu bierzemy na delegację do Warszawy 2000 złotych. Oprócz tych widomych znaków, zdarzyło się coś, co od razu powinno mnie ustawić do pionu. W dniu wypłat Grześ dramatycznym glosem oświadczył, że przegrał w kasynie i zadłużył się u mafii. Musi jeszcze dziś oddać 4 tysiące albo połamią mu nogi. Uległem, zostając sam na sam z pracownikami, którzy musieli odejść z kwitkiem. Straciłem ich wtedy, mimo że stopniowo zapłaciłem każdemu, i zostałem zmuszony budować zespół od nowa. Oczywiście pogoniłem Grzesia, ale było już za późno na ratunek. Walczyłem jeszcze przez trzy lata, zadłużając się jeszcze bardziej w Skarbówce i ZUS-ie, jeździłem do Norwegii, by ciężko zarobioną kasę wpompowywać w studnię bez dna. I w końcu upadłem na pysk.
Dziś widzę całą jaskrawość popełnionych błędów. Minęło osiem miesięcy odkąd potknąłem się o własną głupotę i odzyskałem rozum.
Październik w Londynie jest bardzo uprzejmy. Mało pada, jest ciepło, wciąż kwitną kwiaty. Klienci zaczęli mnie polecać znajomym i rodzinie. Mam roboty po uszy, a kasę grzecznie zanoszę do banku. Zostawiam sobie drobne na jedzenie, papierosy i piwo.
Coraz częściej zerkam na ogłoszenia motoryzacyjne w polskich gazetach. Waham się między Vectrą, Passatem i Volvo. Aha, no i mam oko na „japończyki”. Strasznie ich tu dużo, nawet bardzo stare roczniki – to może oznaczać, że warto w nie inwestować. Obejrzałem nawet ostatnio z Rickiem 10-letnią Toyotę, ale szybko odkrył, że niedługo zacznie się sypać. Postanowiłem się nie napalać i nie popełnić jakiegoś głupstwa. Przecież chcę tym autem skoczyć na święta do Polski.
Zapomniałem o najważniejszym. Za tydzień przyjeżdża do mnie Aneta. Wszystko się jej tam sypie. Niebawem straci pracę w hotelowej recepcji, a Mydlarnia nie przynosi spodziewanych zysków. Czyli same dołujące rzeczy. Nawet na odległość Polska sprawia mi ból. Strasznie się cieszę, że wreszcie zobaczę Anetę. Ile to już miesięcy? Chyba z pięć, a jakby to była cała wieczność.
Jadę odwiedzić Jarka i Justynę w nowym lokum na Ruislip. To kawał drogi na północ. Autobus grzęźnie w korkach, rozwrzeszczane murzyńskie bachory licytują się ilością produkowanych decybeli, w czym wydatnie pomagają im telefony komórkowe. Puszczają z nich kiepskie kawałki w tandetnym konkursie, który zagra głośniej. Staram się skupić na widoku za oknem. Wszystkie londyńskie ulice zdają się wyglądać tak samo. Niska zabudowa, sklepiki, agencje nieruchomości, fryzjerzy, arabskie„chickeny”, knajpki tandoori... A jednak żadna z tych ulic nie jest taka sama. To przedziwne, niewytłumaczalne zjawisko.
Nagle okazuje się, że grupka czarnych dzieci nie tworzy jednolitej grupy. Dwóch podrostków wyraźnie dogaduje dwóm dziewczynkom w chustach.
- Ty pier... somalijski beneficie! – udaje mi się zrozumieć ostatnie zdanie.
Wtedy nieduża w sumie dziewczynka podrywa się z siedzenia, wiesza na poręczy i z całej siły wali chłopaka podeszwami grubych Martensów. Zaczyna się regularna zadyma. Kierowca reaguje natychmiast. Zatrzymuje autobus i każde wszystkim wyjść. Dzieciaki tłuką się zawzięcie aż do drzwi. Bojowe Somalijki w niczym nie ustępują silniejszym chłopakom - zapewne urodzonym już Londynie.
Wsiadam do następnego autobusu i jadę dalej. W Northolt ze zdziwieniem widzę, że przystanek nazywa się Polish War Memorial. Pięknie ukwiecony pomnik polskich lotników! Szybko kojarzę. Przecież to Northolt. Tu mieści się baza RAF-u. Gdzieś w sercu czuję dumę, mam nawet idiotyczną ochotę, by zasalutować.
Ruislip, jak się okazuje, mieści się tuż za wojskowym lotniskiem. Jarek już czeka na przystanku z obowiązkową reklamówką w ręce. Kiedy się witamy, dostrzegam, że ma podbite oko.
- Baba cię leje? – próbuję żartować.
- Jasne! – krzywi się – Dostałem w ryj z powodów patriotycznych. Siedziałem sobie w pubie, rozmawiając z barmanką o naszych lotnikach, których w czasie wojny było tu pełno. Jeden z nich nawet romansował z jej matką. Gadamy, gadamy, tłumaczę, że nasi uratowali Londyn przed Hitlerem, aż tu nagle jakiś pijany Angol zaczyna mi przygadywać, że bredzę, bo Polacy głównie za robotą przyjechali. Tłumaczę gnojowi, że jestem magistrem historii i wiem co mówię, ale próżna gadka. Daliśmy sobie po razie i nas rozdzielili.
- Kup dziadowi „Sprawę honoru”. Wyszła także po angielsku.
- Nie jestem pewien, czy umie czytać...
Z rechotem znikamy w przytulnej uliczce. Jarek częstuje mnie Fostersem.
- Jeju, czemu kupujesz tego australijskiego sikacza? – pytam z niesmakiem.
- Bo ma 4 procent. Nie chcę się upijać. Chcę czuć smak piwa. Justyna się uwzięła i ciągle mam o to awantury.
- No cóż, związki z kobietami poważnie komplikują nasze kawalerskie sprawy – przyznaję i pstrykamy puszkami – Okolica wygląda na spokojną.
- Bo jest! – mówi z dumą Jarek – Sami Angole. Cicho, czysto, spokojnie. Tylko te wojskowe samoloty...
- W całym Londynie niebo huczy. Nie ma od tego ucieczki.
- No wiem. Justynka zaprasza na rosół i mielone z kapustą.
W żołądku natychmiast robi mi się ciepło. Sto lat nie jadłem polskiego, domowego obiadu. Ciągle w biegu, żywię się publiczną karmą dla emigrantów – kurczakami z frytkami, hamburgerami i pizzą. Czasami po wypłacie potrafię zaszaleć i zjeść hinduską cormę, tortillę albo kebab.
Dochodzimy do furtki miłego domku z ogrodem. Jarek przystaje i patrzy na mnie z powagą.
- Poza tym jesteśmy z Justynką w ciąży...

Opublikowano

zawsze twierdziłem, że takie pisanie jest najlepsze, nie znam cię, nie mogę ocenic jak bardzo sytuacje, które opisujesz są prawdziwe, ale sądze, że bardzo dużo wiesz, na temat swoich bohaterów. Pewnie czerpiesz mocno ze swojego życia, i ja takie pisanie uwielbiam , szanuję...

jedna sprawa, squat kojarzy mi sie raczej z ludzmi ( z opoiwesci kumpli, którzy wrócili z tego bagna), którzy koczują gdzieś w pustostanach, melinach , pracują byle gdzie i to ludzie z wyzszym wylształceniem...a twój bohater jest biurowym szczurem, jest ułożony - po swojemu oczywiście...jakoś mi się to miesza...

Opublikowano

Piotr, co Ty piszesz? W którymś z odcinków wyjaśniałem, że na squatach mieszkają dyrektorzy, biznesmenim, dziennikarze itp. Przynajmniej na tych, w których ja bywałem. Podobno w północnym Londynie jest inaczej, ale na moim południowym zachodzie jest jak pisałem. Mieszam fikcję i rzeczywistość. Myślę, że tak jest ciekawiej. Dzięki za wgląd.

Opublikowano

I skończmy już z tą złą propagandą. Nie udało się, znaczy byli źle przygotowani do tej eskapady. Znam tu setki Polaków, którzy sobie świetnie radzą. Właśnie wystartowałem jako manager angielskiego pubu, którego szef zakochał się w Polce i myśli o nas głównie dobrze.
Robię polską dyskotekę jako DJack, pokazy filmów i wypożyczam ksiązki. Do tego wydaję lokalną gazetę - Mrówkę. Jestem z Polakami na codzień. Są w świetnej formie, zarabiają po 1000 złotych dziennie! Niektórzy mniej...

Opublikowano

no niestety nie podyskutujemy sobie, bo nigdy tam nie byłem, słyszałem tylko z opowieści, ludzi, którzy wracają na stałe do polski, lub przyjechali do polski na wakacje heheh,

1000 złoty dziennie? wow to nieźle...

"mieszam fikcję i rzeczywistość tak jestciekawej..." - ja powiem tak : tak się po prostu robi...

Opublikowano

Nie ściemniam. Odpuściłem budowlankę, bo moi lejbrzy chcieli za dużo. Przez jakiś czas zarabiali po 150 funtów dziennie i kieszeń klientów przestała to wytrzymywać. Jest nas tu w bród, dużo więcej niż wróciło z nosem na kwintę :) pozdrawiam

PS. Teraz mam hurra frajdę. Wydaję lokalną gazetkę, robię w pubie imprezy dla Polaków - szef się bujnął w Polce - i tu go mam. Mamy pierwsi w Londku Tyskie Lane itd. Łeb 3ba mieć i podstawy języka. Wtedy przeżyjesz, a nawet po roku kupisz auto czy chatę w Polsce...

Opublikowano

Technikalia:
Moj graficzne – moje
że wrota do bogactwa i dobrobytu jest tuż tuż, - są tuż tuż
Zrobił wielkie oczy i udawał ,że nie wiem o co chodzi. – nie wie
[u]Okazały[/u] się być kroplą w morzu, ale przynajmniej [u]okazałem[/u] dobrą wolę, – to powtórzenie nie robi dobrze zdaniu ;)
zyskując więcej czasu na opanowanie sytuacji. Nagle uświadomiłem sobie grozę sytuacji – znowu powtórzenie
Coraz częsciej zerkam - częściej
Wszystko jej tam się sypie – przestawiłbym szyk – wszystko jej się tam sypie

publiczna karmą dla emigrantów – to jest dobre, niezły passus się udał.

Asher – wielu ludzi na pewno morze Ci pozazdrościć, bo piszesz o emigracji z perspektywy człowieka, który sobie radzi, w dodatku robisz to w dość ciekawy sposób. Nie psioczysz jaki to świat jest zły i niesprawiedliwy (to przecież ludzie powtarzają na każdym kroku). Wydobywasz z codzienności pierwiastek niepowtarzalnego. Dlatego kolejne squaty czytał z zaciekawieniem. respect!!

Opublikowano

Poprawione. Dzięki :) Widzisz, ja sobie nie zazdroszę, choć nieszczęśliwy nie jestem. Ale jak sobie przypomnę Monolog z kaczej dupy, to jednak moja mentalność uległa kolosalnej zmianie. Respect as well!

Opublikowano

Pewnie wszyscy sądzicie, że ja, na tym swoim Zadupiu jedynie podziwiam piękne widoki i słucham wycia wilków. Tak, niestety nie jest. Mam cholernie mało czasu, ale kiedy zobaczyłem „Squata”, nie mogłem odpuścić. Czytało się, jak zawsze, z wielką przyjemnością. Doszukałem się jednak kilku błędów, oraz sformułowań, które mi się niezbyt spodobały. A oto i one.
Moj graficzne erekcje > moje
wspólnika Grzesia > Grzesia należałoby chyba wcisnąć pomiędzy jakieś znaki?
zostając sam na sam z pracownikami, którzy musieli odejść z kwitkiem. > to zostali z tobą, czy musieli odejść? A może kwitek była zamiast kasy? Trza cóś z tym zrobić...
stopniowo zapłaciłem każdemu > trochę mi to zgrzyta. Zarówno określenie „stopniowo”, jak i każdemu”. Może powoli zapłaciłem (spłaciłem) wszystkim (wszystkich)?
w Skarbówce > albo w Urzędzie Skarbowym, albo w skarbówce
by ciężko zarobioną kasę wpompowywać w studnię bez dna > dodałbym: w studnię
Dziś widzę całą jaskrawość popełnionych błędów > w powiedzeniu „widzi się z całą jaskrawością”, a więc z całą jaskrawością ujrzałeś wagę popełnionych błędów, czy jakoś tak...
znikamy w przytulnej uliczce.> to znaczy jakiej? Może zacisznej?
pstrykamy puszkami – Okolica wygląda na spokojną. > pstrykamy puszkami[]. – Okolica wygląda na spokojną.

Mam nadzieję, Jacku, że skończyłeś już z FLIZUSOSTWEM i działaniami pokrewnymi, co pozwoli rozwinąć ci skrzydła i oddać się literaturze.

Opublikowano

Fajnie, że zajrzałeś, Lechu. Pisane w pośpiechu, więc i błędy się wkradły. Wiesz, siedzisz sobie i myślisz jak zbudować zdanie, a tu jeb... telefon i musisz gadać po angielsku. I od razu burza mózgu, problemy, przenikanie języków, błędy. Po prosu koszmar. Wyczytałem gdzieś ostatnio, że im lepszy jest czyjś angielski, tym gorszy staje się polski. Dlatego samo się zaprłem i dużo czytam i dużo piszę, choćby to były największe bzdury. Ale dość już osobistych wycieczek. Poustawiałem rodzinę, przyjaciół i po trosze siebie, więc chyba naprawdę mam więcej czasu na rozwój osobisty. Aha, przygotowujemy powoli z bezetem Szorty 2. Tak dla jaj. W Bieszczadach wyją wilki, w Londku huczą samoloty. Czy to taka wielka różnica? Ważne co my wtedy robimy :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar – moja ulubiona seria z pająkiem

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Posem   Bardzo obrazowy wiersz - podoba mi się paralela między kruszącymi się liśćmi a wewnętrznym kruszeniem się podmiotu lirycznego, gdy brakuje mu światła. To proste, ale trafne porównanie natury i emocji. Najciekawszy jest obraz "słońca jako małej duszy" – to nietypowa, poetycka metafora, która nadaje wierszowi delikatności i ciepła. Podoba mi się też zaskakujące zakończenie – serce "pełne nie z braku powietrza, lecz z powodu drogi, która jest za zakrętem" – to niejednoznaczne, intrygujące domknięcie, które zostawia przestrzeń do własnej interpretacji (nadzieja? niepokój przed nieznanym?). Subtelna, refleksyjna poezja – dobrze oddaje nastrój niepewności połączonej z cichą nadzieja
    • @Adam Zębala   Ten wiersz ma bardzo mocny oniryczną atmosferę   zawieszenia między jawą a snem, między życiem a czymś więcej. Motyw korytarza i światła na jego końcu jest szczególnie sugestywny - to archetypiczny obraz granicznego doświadczenia, a w połączeniu z "zaśpiewaj po mnie żałobną pieśń" i przezroczystą, nimfopodobną postacią wyłaniającą się z wody, tworzy się bardzo niepokojącą całość.     
    • krew piach pot i łzy         "nie żyjesz dopóki nie spłoniesz a miłość to jedyny płomień który nigdy nie gaśnie" - Migrena ona miała włosy jak ogień a on śmiał się jak benzyna nie mieli nic oprócz drogi czarnej rany ciągnącej się przez noc i starego motelu za plecami gdzie zostawili klucze resztki rozsądku i wszystko co miało ich zatrzymać wyrwali motor z cienia gdzieś obok chrom błysnął jak ostrze wyciągnięte z gardła nocy i pojechali tam gdzie kończy się mapa w ustach mieli wiatr i pył spalonej drogi a między jej udami sierpień ciężki od żaru co wyło jak silnik na czerwonym wibracja stali wchodziła w mięśnie a ich cienie ścigały się po asfalcie jak wilki głodne światła i krwi zdzierał z jej ust gęstą noc ona wgryzała się w krew jego ramion zostawiając ślady zębów głębokie jak przysięga bez czekania aż krzyk pękał jak grzmot ich krew wyła pod skórą jak przeciążony silnik zsuwali z siebie ubrania wraz z rozsądkiem wbici w siebie tak głęboko jakby śmierć miała pomylić imiona brat i siostra krwi kochankowie bez metryki bez prawa jazdy bez przyszłości tylko drapieżne oczy rozgrzana skóra i słony pot co spływał po kręgosłupie jak gorąca smoła jej piersi pachniały skórą nagrzaną do granicy dnia jego dłonie zapadały się w dno jej brzucha plaża nie miała granic oni też nie gorący piasek pod biodrami gniótł ich bezwstydnie gdy brał ją zapatrzony w ciemność a ona otwierała się przed nim jak noc wypełniona wilgotnym krzykiem i amokiem tam gdzie dotykali ziemi nawet Bóg nie odważył się wypowiedzieć ich imion wokół nich gęsta nieprzenikniona próżnia jakby wygryzali ze świata całe powietrze i zostawiali w nim przerwę na wieczność a on wyssał z jej gardła ostatni czysty krzyk zostawiając na jej ciele nie zapach mężczyzny ale gęsty żywy strach przed zmartwychwstaniem tylko czysty nagi zachwyt ostry jak potłuczone szkło   a potem spali w cieniu wydm wciąż połączeni ciasno splątani z kropelkami soli na napiętych brzuchach jak zgłodniałe wilki syci miłością głodni jutra aż we śnie cień losu przeciął ich jak błysk noża i przez mgnienie zniknęli bez siebie bez tchnienia tylko z echem lecz gdy świt dotknął rzęs szukali swoich ust na ślepo pragnąc siebie znowu od pierwszego oddechu mówili sobie na zawsze z winem na języku i piaskiem w zębach żyli tylko tyle ile potrafili płonąć bo bezpieczne miejsca były grobami dla tych którzy bali się ognia nikt ich nie rozumiał i dobrze miłość była dzika i bezwstydna miała zdarte kolana i uśmiech benzyny a dzikie nie musi się troszczyć o jutro żaden horyzont już ich nie utrzyma jest tylko pusta flaszka po winie na wydmie dwa wgłębienia w gorącym piasku i swąd spalonej gumy dzikie psy nie przepraszają za świt żrą to co zostało z nocy aż po sam stalowy rdzeń      
    • Coraz smutniej w ogrodzie coś mu dusze skradło pająk już nie knuje smuci się kwiat   Trawa już nie tak żywa zaczyna zaglądać mgła nuda się rozpycha zagląda tu i tam   Coraz smutniej to fakt ale są chwile wesołe gdy liściem w berka bawi się wiatr
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...