Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

ten dzień zwyczajnie nie przyszedł.
moje wielkie wypasione CHCĘ w milczeniu
przeżuwa porażkę. przegląda puste kadry
wyznaczane paskami zaciemnienia

gdyby nie sny byłabym wciąż tam
i wtedy. smakując perspektywy i
planując słowa. jawa jest asertywna:
konsekwentnie zatyka przypływ zmian
i odpływ czasu.

a więc tak jest lepiej? defragmentacja
zdarzeń by odzyskać trochę wczoraj
i przesunąć dziś na później jest lekiem
na przemijanie? skutek uboczny: refluks.

cofam się. jawa cieknie. czas biegnie.
zmian nie stwierdzono.

Opublikowano

Tera => Dzięki :) A co nie podchodzi, bom ciekawa?
Stefan Rewiński => Dziekuję :) CHCĘ na diecie od dawna, ale niestety bez skutku. Natomiast czasem pojawa się efekt jo-jo ;)
Messalin Nagietka => cóż, może i tak.
Pozdrawiam i dzięki, j.

Opublikowano

Niezwykłam z przyzwoitości i może z braku kompetencji komentować Twoje wiersze pod względem technicznym. Więc może tylko powiem, że strasznie mroczny ten wiersz w moim odczuciu. Czuję ciemność, chłód i lekką rezygnację. Może tak miało być. Ale jakoś tak smutno.

Nie wszystko musi się zawsze udać. Walcz dalej :)

Wiersz nastrojowy, stonowany, pełen wyszukanych słów. Nie wiem gdzie tu Pan Nagietka widzi krzyk. Dla mnie to jest wyraz pewnej bezradności ( choć mogę sie opczywiście mylić).Wiem, że taki Twój styl, ale tęsknię za nutką wesołości w Tobie.

Uśmiechu...

Pozdrawiam.
D.

Opublikowano

Podoba mi się ten wiersz. Wyraża w moim odczuciu rozczarowanie, świadomość przemijania, utracenia niektórych szans i - co za tym idzie - marzeń, koniec wielkich (młodzieńczych?) planów, uzmysłowienie sobie ograniczeń i bezradności - przy jednoczesnym nie malejącym pragnieniu ich spełnienia. To jest to, co mnie męczy i jest najczęstszym powodem bezsenności. Cóż? Nie całe życie jest smutne, ale to akurat jest, więc nie można chyba pisać o tym wesoło.
Pozdrawiam.

Opublikowano

czemu w nas ciągle ten głód ciepłego mleka na śniadanie
czemu tak bezrozumnie łakniemy nawet babiego lata cień
czemu zawsze po kolana w pragnieniach
by na partyturze życia poczuć zapach ust, łaskotanie rzęs, szelest zmysłow
czemu...
jak dobrze, że tyle w nas ... zapachów
i choć melancholią okutałaś się cała
opłociłaś krnąbne "chcę"
i tak nie zgubisz uśmiechu duszy

i tak się cieszę, że jesteś taka obnażona jakoby, taka cielesna niby
może to i zarzut
ale dla mnie ... prawda, co z rąk ucieka

tak się cieszę na spotkanie z tobą tutaj
uśmiech śle taki jesienny, taki barwny
pozdrawiam
seweryna

Opublikowano

Wiem, że tego nie lubisz ;)
ale zamiast pisać analizy poszczególnych elementów i całości, interpretacje (jakże tu oczywiste, co interpretować? przesunięcia znaczeń na przerzutniach tworzą tylko atmosferę - wiersz gra raczej jako całość, nazywana czasem "wielką metaforą") - pozmieniam tak, jak uważam, że byłoby lepiej (w razie jakby co - mogę uzasadniać :)
Oto (w italicu) wersja zbezetolona:


Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



To, wbrew pozorom, nie jest smutny wiersz!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bezecie :)
Pomiędzy: masz rację, brzmi wdzięczniej, tylko nie bardzo chciałam tutaj wprowadzać wieloznaczność.
Sny, gdyby nie one - trochę za bardzo akcentuje sny. Tu są tylko przeszkodą, nie głównym bohaterem.
skutek uboczny - podobnie jak ostatni wers miało być sucho, medyczno-farmaceutycznie. Coś pomiędzy ulotką z lekarstwa, a wypisem ze szpitala.
ucieka - zakłada, że coś go goni. Tu go nic nie goni, a już na pewno nie pl.
Twoja wersja ładniejsza brzmieniowo, to na pewno. Kusiło mnie, nie powiem. Ale chyba jednak tak zostawię. Jak myślisz?...
Wielkie dzieki za lekturę i przemyślenia.
Pozdrawiam serdecznie, j.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiesz, aj się nie upieram, w końcu kiedyś napisałąś, że nie powinno się poprawiać cudzych wierszy ;)
Ale:
- ucieka nie tylko będąc gonionym, wszak wcześniej przypływ i odpływ były zamknięte (porównaj sobie z zatkaną wanną - woda płynie czy ucieka po wyjęciu kurka?)
- jeśli miało być diagnostycznie, to jest to (refluks), ale skoro piszesz część dalszą, to ona powinna być opisywana jako wynik - skutek tej przypadlości (sądzę, że wprowadzenie minimalnej sugestii ruchu, następujące objawy, współgra z ruszeniem się czasu)
- pomiedzy i sen, bo ona razem, tworza takie zakole, może wolisz tę ścisłoścś (dla mnie też: oschłość) dla przebiegu wiersza, ale sądzę, że jedna wolta emocjonalna, w dodatklu senna;), nie zaszkodzi.
Dzięki za spokój w przyjęciu uwag - i - decyduj autorko ;)))
pzdr. b

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Kto mnie czyta na bieżąco ten wie, że miałem użyć jeszcze obywatela Żerebcowa w innym utworze niż "Szare eminencje". Więc proszę oto nowa proza poetycka z postacią niesamowitego poety.   Amerykański studebaker, przedzierał się przez zaspy, plątaninę krzaków  i zwalonych siarczystym mrozem drzew, niczym wściekły i głodny niedźwiedź. Potężny silnik ciężarówki charczał, kaszlał i wył wchodząc na najwyższe obroty. Śledziłem każdy jej ruch,  od kiedy tylko wychynęła zza odległego  zakrętu u stóp niewielkiego wzgórza. Rozkazałem pilnować więźniów w budynku posterunku a sam wyszedłem na spotkanie tych, którzy mieli uwolnić mnie  od tego problematycznego balastu  który często pozbawiał mnie spokojnego snu a jeszcze częściej wiary  w racjonalne pojmowanie rzeczywistości.     Byłem wyznaczony na stanowisko  nadzorcy obozu pracy nr 233. Łagru dla szczególnie wrogich i niebezpiecznych dla systemu  więźniów politycznych. Zakończona ledwie pół roku temu  Wielka Wojna Ojczyźniana nie zatrzymała nawet na chwilę maszyny śmierci,  która zbierała swe okrutne żniwo na tym zapomnianym przez wszelką cywilizację  i oczy świata skrawku terenu gdzieś na zachód od Irkucka. Przybywali tu i ginęli setkami, tysiącami. Pociągi i ciężarówki  były pełne żywych i umarłych. Śmierć w trakcie drogi lub zaraz po przybyciu, równała się tu łasce i miłosierdziu. Ci którzy opierali się śmierci, nie mogli robić tego w nieskończoność. Pięć lat katorgi, było prawie pewnym wyrokiem śmierci. Zdecydowana większość miała wyroki  od piętnastu lat do dożywocia. Umierali w obozach, kopalniach, hutach,  przy budowie dróg i tras kolejowych. Umierali w tajdze. Głód, tyfus, czerwonka, kule strażników. Te też były oznaką miłosierdzia. Często nie kopano nawet mogił. Zrzucano ciała w lasach a zwierzyna i czas robiły co do nich należało. Wszędzie wokół chodzono po kościach  jak po świeżo wybrukowanym  moskiewskim prospekcie.     Nie ma to jednak znaczenia. Śmierć miliona to tylko statystyka, dla słabych, uczuciowych umysłów. Walka musiała trwać. Element reakcyjny i burżuazyjny  należało wyplenić. Tak samo jak inteligencję. Sierp i młot miały ściąć i zgnieść  epokę carskiej szabli i poetyckiego pióra. Byli jednak tacy niezłomni, którzy nie trwożyli przed obozami, kulami, chorobami, sierpem ani młotem a nawet gniewem czerwonego cara. Przeżywali lata więzienia czy łagru. Odnotowywano niby ich śmierć. A potem łapano ich gdzieś w kraju po raz wtóry, trzeci… dziesiąty. Osadzano, umierali i odradzali się  w innym miejscu tylko po to  by dać się z czasem schwytać  i koło się zamykało. Niektórzy modlili się do nich jak do ikon.     Byli święci choć przeklęci. Był wśród nich najsłynniejszy wyklęty. I za kilka chwil  będę mógł gościć go  w progu swego obozu. Aż trudno uwierzyć,  że cały komitet centralny  drży z przestrachu  na samo wspomnienie jego imienia. Mówi się,  że pojawił się w kraju  zaraz po rewolucji październikowej. I przez te prawie trzydzieści lat. Ciągle unika wyroków śmierci. Lecz schwytać można go łatwo. Nie ukrywa się zbyt dobrze. Cały czas piszę i wydaje w podziemiu, swoje wiersze i książki. Mówi się, że piekło go zrodziło. Piekło go posłało, chroni go i odradza w kółko. Taki on święty  a pakt podobno przed laty  zawiązał z Diabłem. Piekło wydaje jego dzieła.     Siedział wyroki i na Kriestach i na Kołymie. Za Murmańskiem i na Łubiance. Nie bał się kaźni tortur mu zgotowanych, oprócz jednej tylko. Chrestu całować nie chciał  i na Boga się nie klął. A w celi osadzony po nocach  prawił rozmowy z cieniami. I z kocurem, grubym i czarnym  go często w celi widywano. Nieraz go chcieli zatłuc strażnicy  albo zastrzelić,  lecz kocisko było mądrzejsze niż człowiek. Unikało wszystkich pułapek. I odwiedzało więźnia wszędzie,  gdziekolwiek nie trafił. Byli świadkowie niepodważalni, którzy asystowali przy egzekucjach pisarza. Strzelano w niego, truto, bito na śmierć, wieszano a nawet rąbano na części. Zawsze po czasie wracał. A nazywał się Paweł Fiodorowicz Żerebcow.   Ciężarówka dowlokła się do bramy obozu. Kierowca zgasił silnik. Z szoferki wysiadł oficer enkawudzista, z przewieszoną przez prawy bark pepeszą. Nie rzekł nawet słowa na przywitanie, miast tego wręczył jakieś papiery  jednemu z moich strażników a ten od razu przekazał je do mnie. Wszystko się zgadzało. Chcę go zobaczyć.  Nie biorę kota w worku. Enkawudzista zaśmiał się  sucho przez nos. Na pace jest i kot. Sprawdźcie sobie jeśli chcecie. Kierowca bębnił niespokojnie  palcami o kierownicę. Podświadomie wyczułem w nim strach. Zasiał we mnie chwilę niepewności. A jeśli Żerebcowa tam nie ma? Ulotnił się w trakcie podróży. Rozpłynął pośrodku niczego, gdzieś w lesie.     Obchodziłem ciężarówkę ostrożnie. Sam chciałbym teraz sięgnąć po broń. Nawet jeśli kulę nie imają się jego ciała. Spod zaciągniętego na sztywno  brezentu paki, wionęło ciepłą wilgocią,  moczem, kałem i słodką nutą krwi. Na samym przodzie za szoferką,  siedział jeden jedyny więzień. Nie był skuty. Nie wyglądał  na mocno zaniedbanego czy chorego. To nie był żywy trup ani szkielet. Zjawa przybyła z Łubianki czy Kołymy. Był to po prostu człowiek. Więzień na zewnątrz  lecz nie wewnątrz samego siebie. Nie wszystko wydawało się jednak być w jak najlepszym porządku. Wedle akt, Żerebcow powinien dobijać  do pięćdziesięciu sześciu lat. A ja patrzyłem na oblicze  studenta rosyjskiej filologii  uniwersytetu w Petersburgu. Odjąłbym mu co najmniej trzy dekady. Był co prawda brudny, pobity, zawszony  ale co dla niego najważniejsze, nie był złamany. Jego wzrok nie był wzrokiem więźnia. Nie był pogodzonym ze śmiercią, przestraszonym mężczyzną. On był tylko smutno patrzącym w onuce poetą któremu kolejny wyrok śmierci przerywał passę tworzenia swoich dzieł.     Spojrzał na mnie tylko przez ułamek sekundy, widać nie był ciekaw gdzie trafił. Był to wzrok bystry i czujny. Prawda, przygnębiający ale nie pusty. Kriesty. Kołyma. Murmańsk. Trzy potwierdzone egzekucje. Dwie próby ucieczki. Sześć transportów więziennych zakończonych śmiercią konwoju. A mimo to siedział tutaj. Żywy. Jakby czas po prostu nie chciał go dotknąć.     Między jego nogami coś się poruszyło. Był to ogromny, czarny kot. Uniósł ogon i wtulił się  nastroszoną sierścią w łydkę Żerebcowa. Łasił się powoli,  wręcz prowokująco. Wiedział, że skupiłem na nim całą uwagę. Miał piękne, lśniące futro,  poszarpane lekko,lewe ucho  i prawie ludzki, zimny uśmiech. Dołączył do tego hipnotycznie, głęboki wzrok. Patrzył nie na mnie a w głąb mnie. Przerażał bardziej niż sam Żerebcow. Pomyślałem, że ten kocur  to jakiś jego krajan z samej czeluści piekła.     Żerebcow siedział bez ruchu. Zgarbiony lekko. Tak jak gdyby czytał książkę  w sali leningradzkiej biblioteki. Nie zamierzał chyba mówić ani słowa. Wy jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Po tych latach  odsiadki, łagrów, obław i egzekucji. Wyglądał po prostu jak człowiek. Nie nowy rodzaj człowieka. Zbudowany ze stali, obywatel sowiecki. Żerebcow był z innej epoki, innego czasu. Spokojny, miły, wyjęty z kart dawnej literatury. Inteligent milcząco przytaknął. A kot wskoczył mu ochoczo na kolana.                  
    • @Berenika97 dziękuje bardzo@alex121
    • w starym domu gdzie wiatr toczy boje niemowlę śpi a męczy się bardzo nogi mu marzną coś w kącie  skrzypi sny dobudowują sobie bajkę coś dostaje coś mu zabierają kocyk się zsuwa w wody głębiny pusta pierś nie chce dać pożywienia trudno oczy otworzyć coś sięgnąć jeszcze trudniej krzyknąć tak doniośle żeby się odstało to szaleństwo   w końcu z jedynego parapetu na dechami pokrytą podłogę spadł wymęczony wojną kwiatek i rozbił ciszę energią dźwięku ta z niemowlaka głos wydobyła co się połączył z kroplami deszczu rodzic się zerwał i pies kudłaty wespół przybiegli mu na ratunek w ostatniej chwili tuż przed ulewą ktoś zamknął okno ktoś wziął na ręce   nikt nie pochylił się nad doniczką gdzie połamany leżał bohater
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witam - fajnie że wciąga cicho do owego koła - miło że się podoba - dzięki -                                                                                         Pzdr.zadowoleniem. Witaj - miło Czarku że czytałeś  i zostawiłeś komentarz - dziękuję -                                                                                                                     Pzdr.                                                                                                                     
    • @Robert Witold Gorzkowski  lubię  Jego sonety. Ten mnie uwiódł o miłości którą ktoś pogardza nie chce i jednocześnie się dziwi, dlaczego pomimo to ta miłość kocha.   Nie wiem Robert nie wiem, czasem wydaje mi się, że możemy a może tylko mi się wydaje?  Bo dziś tak trochę my ludzie się  "ślizgamy"?    dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...